niedziela, 31 marca 2013

Deadgirl (2008)

Wszystko jest kwestią percepcji. Niby wiadomo, jak powinniśmy zachowywać się wobec potworów. Ale wystarczy, że zamiast obleśnej kreatury pojawi się naga, w miarę wyględna babka, a już postawa się zmienia. Niby wiadomo, że jest potworem, ale... Impuls natychmiastowej destrukcji zastąpiony zostanie innym. U jednych wzbudzi chorą fascynację, pragnienie dominacji i rozporządzania cudzym ciałem. U innych wzbudzi równie nienormalne w tych warunkach pragnienie ratowania. Ci pierwsi (dla uproszczenia nazywajmy ich z angielskiego "cunt") mają z początku łatwą przewagę. Bowiem różnica między nimi a potworami jest naprawdę ledwie zauważalna. Ci drudzy (również dla ułatwienia użyjmy angielskiego zwrotu "pussy") z kolei są z definicji słabi, więc na deklaracjach i półśrodkach będą kończyć... przynajmniej do czasu.


Twórcy filmu stawiają ciekawe pytania o ludzką naturę, o dyktat powierzchownych wrażeń i potworność czynów człowieczych. Szkoda więc, że na pytaniach kończą. Sam w sobie "Deadgirl" jest filmem miernym z przerażająco słabą grą aktorską i scenariuszem, który miejscami śmierdzi gorzej od głównej bohaterki. Znalazłem w nim w zasadzie dwie fajne sceny: kiblowa eksplozja (jedyny moment prawdziwego gore) i akcja na stacji benzynowej (redefiniująca termin "słaba płeć"). To trochę mało jak na 100 minut.

Ocena: 5

sobota, 30 marca 2013

Liberal Arts (2012)

Trzy pokolenia, trzy etapy w życiu człowieka, światy tak różne, że wydaje się, iż nie ma między nimi nic wspólnego. A jednak to właśnie na styku pokoleń, z różnic w spojrzeniach na świat rodzi się dojrzałość. I co ciekawe, jest to proces, który działa w obu kierunkach, starsi uczą młodszych, ale przy okazji sami też są nauczani.


"Sztuki wyzwolone" to jedna wielka pochwała platońskiego systemu relacji międzyludzkich, opartych na zrozumieniu i uczuciu, ale nie na fizycznej miłości. Więź, autentyczna i intymna, oto podstawa wzrostu. To ona otwiera nas na innych oraz innych na nas, to dzięki temu możliwa jest komunikacja i wsparcie. Niebezpieczeństwem jest pokusa sięgnięcia po to, co jest oferowane, a czego zagarnąć nie powinniśmy. Radnor za Platonem podkreśla, jak ważne są granice, jak istotna w relacjach jest sztuka mówienia "nie".

W zasadzie "Sztuki wyzwolone" jest jak 759 innych niezależnych produkcji. A jednak, mimo wszystko, polubiłem ten film. Pomogli z całą pewnością bohaterowie i ci pierwszoplanowi i ci na drugim planie. Pomogło też to, że ciepło, entuzjazm i naiwność miesza się tu z cynizmem, ironią i strachem. Nie jestem wielkim fanem "Jak poznałem waszą matkę", więc Radnor był dla mnie zaskoczeniem. Fajną, choć niewielką rólkę ma Janney. Zaplusował sobie też u mnie Zac Efron (zresztą po raz kolejny). Jeśli tak dalej pójdzie, skutecznie odetnie się od wizerunku disnejowskiej gwiazdki, a jednocześnie ominie rafy młodocianego świrowania.

Ocena: 7

All About Evil (2010)

Tanie horrory, pełne kiczu, złego aktorstwa i prowizorki zamiast efektów specjalnych od zawsze stanowiły bezpieczną przystań dla wyrzutków, outsiderów i wszelkiej maści nonkonformistów. Darzą oni te dzieła miłością i oddaniem, akceptując ich wady, bo towarzyszą im wyjątkowe zalety. Ale rzeczywistość jest brutalna i nawet te przystanie kurczą się i znikają. A te, które jakimś cudem trwają, zostają wystawione na pokusy, którym trudno się oprzeć. Któż bowiem nie chce poczuć sławy, zakosztować słodkiego owocu popularności. Łatwo się sprzedać, zapomnieć, że niszowe rzeczy są takimi właśnie dlatego, że nie są popularne.


"All About Evil" jest hołdem złożonym kinu klasy C. Jest zarazem krwawą ale zrealizowaną z przymrużeniem oka i dystansem zabawą w kino, jak i opowieścią o tym, czym jest subkultura fanów niskobudżetowych horrorów. Wykorzystano tu wszystkie chwyty gatunku, bawiąc się nimi, ale nigdy ich nie wyśmiewając. I pewnie dlatego obraz nie spodoba się zwykłemu widzowi. Jeśli nie lubicie podobnych produkcji, nie będziecie w stanie zrozumieć, dlaczego film może się komuś spodobać. Owszem, jest tani, chwilami jest zły, innym razem jest przerysowany z premedytacją, ale ja bawiłem się pierwszorzędnie. "A Tale of Two Severed Titties" - genialny tytuł, ktoś musi kiedyś nakręcić taki film. Scena zejścia Adriana należy do moich ulubionych.

Nie dziwi mnie jednak to, że nie trafił do szerszej dystrybucji, bo choć żałuję, że wiele osób nigdy go nie obejrzy, to z drugiej strony jestem świadomy tego, że taki jest już los tego rodzaju produkcji.

Ocena: 7

Adam & Steve (2005)

To, co potrzebował ten film, to mniej miłości a więcej dowcipów. Tekst o miłośnikach psów rozbawił mnie do łez. Dowcip o karle był obłędny. Piosenka "Shit Happens" też na swój sposób była zabawna. Ale cała reszta? Sorry, ale nie, nie i jeszcze raz nie.


Główni bohaterowie są bezbarwnymi mydłkami, choć ze scenariusza i tego, co się dzieje wokół nich wynika, że powinni na maxa odjechani. Drugi plan wypada o wiele lepiej. Obie rodzinki są zabawne. No i plus za to, że w końcu jest kumpel facet hetero (fajny Chris Kattan). Choć z drugiej strony posiadanie w obsadzie Parker Posey i niewykorzystanie w pełni jej talentu, to zbrodnia, za którą reżyser powinien trafić do piekła.


Ocena: 4

Safe (2012)

Standard. Ona jest bezbronną dziewczynką przeklętą genialną pamięcią, który wykorzystują Bardzo Źli Ludzie. On był gliną, ale teraz stracił wszystko. Jest na granicy popełnienia samobójstwa, kiedy włącza mu się instynkt obrońcy i ratuje dziewczynkę przez BŹL. Reszta to trochę akcji, walki wręcz i strzelanek. Ale ponieważ w głównej roli jest Statham, koniec łatwo przewidzieć.


"Protektor" to rzecz tak bezbarwna, że gdyby nie Statham, w ogóle bym po nią nie sięgnął. Ale cóż ja biedny poradzę, że mam do niego słabość. Na szczęście rzecz film jest sprawnie zrealizowany, więc przynajmniej się nie nudziłem, a że nie jest długi, to też nie było czasu, żebym się zirytował na fabularne debilizmy. Nie zmienia to faktu, że film nadaje się tylko do zabijania czasu.

Ocena: 6

Killer Joe (2011)

Jeśli nie masz w czymś doświadczenia, lepiej nie bądź zbyt pewny tego, że jesteś na tyle sprytny, by sobie z sytuacją poradzić. Istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, że znajdzie się parę osób mądrzejszych od ciebie. Ale nawet jeśli sprytem bijesz na głowę całe trailerowe towarzystwo, to i tak możesz paść ofiarą głupiego przypadku, bo jak to mówią life is a bitch.


"Zabójczy Joe" to przez długi czas solidne kino, ale tak naprawdę niczym specjalnym się nie wyróżniające. Za to pod koniec robi się ciekawie. Scena obciągania udka z KFC jest bezcenna. A sam finał przypomina raczej najlepsze slasherowe jatki. McConaughey jest świetny, ale na głowę bije go Church, kiedy z rezygnacją patrzy, jak odkrywana jest cała prawda o szambie, w jakim się znalazł. Gdyby nie ostatnie 20 minut, film miałby u mnie o co najmniej jeden punkt gorszą notę.

Ocena: 7

piątek, 29 marca 2013

Henry Poole Is Here (2008)

Bardzo często zdarza się, że film latami czeka, aż go zobaczę. A kiedy w końcu go oglądam, nie mogę się nadziwić, że tak długo zwlekałem. Z takim przypadkiem nie mam jednak do czynienia tym razem. "Henry Poole powrócił" to rzecz irytująca swoją naiwną pozytywnością. Lubię bajeczki ubrane w szaty indie movie, ale tym razem twórcy przesadzili.


"Henry Poole powrócił" zarzuca widza tragediami, by potem pouczać go, że życie zaczyna się doceniać dopiero wtedy, kiedy stajemy się świadomi własnej śmiertelności, że najważniejsza na świecie jest nadzieja, a jej moc jest tak wielka, że nawet aktywnie się jej opierając i tak zostaniemy przez nią natchnieni.  Śmiertelnie chory główny bohater, jedna sąsiadka, która straciła bliskiego przyjaciela, druga, której córka w obliczu tragedii zamyka się jakby była autystyczna – trochę tego dużo. A kiedy doda się do tego tanie moralizatorstwo, robi się po prostu nudno i przewidywalnie.

Bardzo liczyłem na ten film. Niestety tym razem okazało się, że poza wyświechtaną formułą, twórcy nie mieli nic ciekawego do zaoferowania. Nawet całkiem fajna ścieżka dźwiękowa nie jest w stanie poprawić nastroju.

Ocena: 4

The Place Beyond the Pines (2012)

Łatwo jest być bohaterem, kiedy jest się w sytuacji ekstremalnej, gdy adrenalina krąży w naszym organizmie, kiedy jesteśmy skupieni na tym, by przetrwać. Kaskaderskie popisy motocyklowe albo pościg za rabusiem – to wszystkim imponuje, wydaje się takie niezwykłe, heroiczne. Ale prawdziwe bohaterstwo kryje się gdzie indziej. Kiedy codzienność nas przytłacza, kiedy racjonalne argumenty kuszą nas wyborami na skróty, oszustwem, rabunkiem, szantażem. Bohaterstwem jest stawienie temu oporu. Ale jak pokazuje historia Luke'a i Avery'ego, w takich sytuacjach o bohaterstwo jest bardzo trudno. A to właśnie decyzje podejmowane w tych momentach mają decydujący wpływ na nasze życie.


Dobrymi intencjami jest ponoć piekło wybrukowane. Obserwując Luke'a można w to łatwo uwierzyć. On chciał się przecież tylko zachować porządnie. W rezultacie znalazł się w desperackiej sytuacji, co wykorzystał inny społeczny wyrzutek. Dał się uwieść, czym przypieczętował swój los. Z Averym jest podobnie. Jedna decyzja pociągnęła za sobą kolejną, a ta następną. Wkrótce znalazł się w bagnie po uszy. Był jednak od Luke'a sprytniejszy, był lepiej przygotowany do walki. Ale jego zwycięstwo i tak okazało się pozorne. Odwlekło tylko to, co było nieuniknione od momentu, kiedy stchórzył...

Muszę powiedzieć, że mam bardzo mieszane uczucie co do "Drugiego oblicza". Z jednej strony nie mogę się oprzeć wrażeniu, że jest to rzecz wtórna wobec tego, co ostatnio można było często oglądać w kinie. Stylistka w połączeniu z rolą Goslinga przywodzi na myśl "Drive", a z kolei Cooper zdaje się powtarzać rolę z "Poradnika pozytywnego myślenia", tyle że w poważniejszym tonie. Można też spokojnie zarzucić reżyserowi brak umiaru. Zasypał bowiem fabułę tyloma wątkami i tematami, że spokojnie wystarczyłoby tego na pół tuzina filmów.

Z drugiej strony nie potrafię podejść do filmu obojętnie. Derek Cianfrance wie, jak sugestywnie opowiadać historię. Uwielbiam, kiedy gra aktorów, zdjęcia, montaż i muzyka tworzą jedną wysmakowaną estetycznie, nasyconą emocjami całość. Mam wtedy wrażenie namacalności historii, przekraczania ograniczeń narzucanych przez ekran. I właśnie z taką sytuacją miałem doczynienie w przypadku "Drugiego oblicza", zwłaszcza w pierwszej części. Nie mogłem po prostu wyjść z podziwu nad tym, co widziałem. Potem było już trochę gorzej. Środkowa część filmu jest zbyt rozwlekła, przez co końcówka nie uderza w psychikę aż tak bardzo. Niemniej jednak "Drugie oblicze" ma w sobie coś z klasycznego kina lat 50. i 60. i nie zdziwiłbym się, gdyby z czasem stało się w niektórych kręgach kultowe.

Ocena: 7

czwartek, 28 marca 2013

Dirty Girl (2010)

Mam słabość do tego rodzaju filmów. Sentymentalnych i to na różnych poziomach. Bo "Niegrzeczna dziewczyna" jest jak wehikuł czasu cofając widzów do lat 80. Nie tych prawdziwych, lecz w ich przefiltrowaną przez wspomnienia wersję. Jawią się tu jako czas dorastania, bolesnego odkrywania prawdy o sobie, prawdy, która w krótkim okresie przynosi cierpienie, ale w dłuższej perspektywie prowadzi do rozwoju. Do tego tak świetnie dobrano muzykę, że zamiast kojarzyć się z kiczem, lata te budzą jak najbardziej pozytywne skojarzenia.


Sentymentalny jest również ze względu na samą historię puszczalskiej nastolatki, która pragnie rodzicielskiej miłości i grubego prawiczka, który potrzebuje wsparcia odkrywając to, kim naprawdę jest. "Niegrzeczna dziewczyna" jest więc opowieścią o przyjaźni i rodzicielstwie. W gruncie rzeczy ma bardzo konserwatywne przesłanie, ale po drodze doprawiono je dużą dozą humoru oraz szczyptą cynizmu. Wszystko to serwowane jest w idealnie wyważonych proporcjach, przez co oglądałem to z nieskrywaną przyjemnością.

Do tego film ma ode mnie duży plus za Juno Temple i dla osoby od castingu, która uznała, że Milla Jovovich może mówić z amerykańskim akcentem (świetnie jej to swoją drogą wyszło). No i oczywiście dla cudownego "dzidziusia", te jej miny są rozkoszne.

Ocena: 8

środa, 27 marca 2013

Mobile Home (2012)

Nie jest łatwo znaleźć swoje miejsce na ziemi. W miejscu trzymają nas normy społeczne, przyzwyczajenia oraz rodziny. I nawet kiedy wiemy, że musimy się uwolnić, bo inaczej zwariujemy, to i tak próbujemy oszukać system, wybrać drogę na skróty albo asekurować się z cudzą pomocą. Tak się jednak nie da.


Simon i Julien to dwaj kumple ze szkoły. Kiedy Simon zerwał z dziewczyną i wrócił do rodziców, odnowili przyjaźń. I wkrótce wpadli na pomysł porzucenia rodzinnych stron, wyruszenia niczym współcześni nomadowie w świat, a dom ich miał być tam, gdzie akurat zatrzyma się ich bryka. Trudno sobie wyobrazić lepszą parę do realizacji tego planu. Przyjaciele doskonale się bowiem uzupełniają. Simon od zawsze przyzwyczajony jest, że ktoś się nim zajmuje. I choć ma już dość nadopiekuńczości matki, to nie potrafi się inaczej zachowywać. Julien z radością daje się wykorzystywać. Ma to w naturze. Korzystał z tego ojciec, a teraz Simon.

Ale plan był od samego początku poroniony. Bo choć Simon i Julien mają dość inercji, w jakiej się pogrążyli, to jednak to, czego pragną wcale nie jest tak kompatybilne, jak się im wydawało. Przekonają się o tym już wkrótce, kiedy zamiast setek kilometrów wylądowali tuż za granicą rodzinnej miejscowości z zepsutym samochodem i dużym rachunkiem do uregulowania. Dopiero wtedy zacznie się ich prawdziwie bolesny proces wychodzenia na swoje. I nie będzie on wyglądał tak, jak sobie to wyobrażali.

"Dom na kółkach" to kin proste ale niezwykle sympatyczne. Do tego wcale nie takie głupie, jak się może na pierwszy rzut oka wydawać. Twórcom udało się uchwycić wiele ulotnych prawd o człowieku. Zaś grający parę przyjaciół Arthur Dupont i Guillaume Gouix świetnie spisali się w swoich rolach. W sumie niby nic, ale przyjemnie się to oglądało.

Ocena: 6

wtorek, 26 marca 2013

I Want Your Love (2012)

Parę lat temu po raz pierwszy zetknąłem się z nazwiskiem Travisa Mathewsa. I nie zdziwiło mnie to, że wkrótce potem zaczęło być o nim głośno, że kręcił z Jamesem Franco i trafił na festiwalowe salony w Sundance i Berlinie. Krótkometrażówka "I Want Your Love" naprawdę pozytywnie mnie zaskoczyła tym, jak sprawnie udało się Mathewsowi połączyć hardcore'owe sceny seksu z autentyczną intymnością i prawdą o międzyludzkich relacjach.


Niestety od tamtej pory mój entuzjazm wobec reżysera stopniowo słabnie, bo nie widzę żadnego artystycznego rozwoju. Pełnometrażowa wersja "I Want Your Love" jest tego najlepszym przykładem. De facto jest to nieco bardziej fabularyzowana wersja berlińskiej edycji "In Your Room". Mathews wciąż myśli kategoriami krótkometrażowych epizodów i seksu. W rezultacie film nie klei się, brakuje w nim myśli przewodniej (chyba że ma nią być przesłanie, że jeśli myślisz o porzuceniu San Francisco na rzecz Ohio, to przygotuj się na seksualne niespełnienie, bo jedynym bohaterem, który nic z kontaktów seksualnych nie ma jest Jesse, nominalnie główny bohater i łącznik z krótkometrażówką).

Guardian, New York Times i inni mogą widzieć w tym filmie novum, ale najwyraźniej nie zapoznali się z wcześniejszą twórczością Mathewsa. Ja już przy "Berlinie" byłem zmęczony powtórką z rozrywki, ale jeszcze dawałem mu szansę. A teraz, to wcale nie jestem pewien, czy chcę zobaczyć filmik z Franco czy też londyńską część "In Their Room". Jestem przekonany, że mogę je bowiem opisać bez oglądania. Obawiam się, że reżyser nie ma mi nic więcej do zaoferowania.

A przecież "I Want Your Love" miało naprawdę wielki potencjał. Scena, kiedy Jesse i Ben się spotykają albo kiedy Ben mówi Brontezowi, że nie wie, dlaczego wcześniej nie zostali przyjaciółmi: jest w tym potężna dawka prawdy i emocji. W tych momentach podoba mi się bardziej niż wychwalany przez wielu "Weekend". Ale są to chwile dobre dla krótkiego metrażu. Pełnometrażowa fabuła potrzebuje czegoś więcej. Mathews jak na razie tego najwyraźniej nie zrozumiał.

Ocena: 5

poniedziałek, 25 marca 2013

Populaire (2012)

"Wspaniała" to typowa filmowa wata cukrowa. Rzecz lekka, przyjemna i kompletnie niezapadająca w pamięć. Ot historyjka o mężczyźnie, który chciał być twardy i kobiecie, która chciała być wyzwolona, ale tak naprawdę oboje są zupełnie inni i czego innego potrzebują.


Gdyby patrzeć na "Wspaniałą" wyłącznie w kategoriach komedii romantycznej, to niewiele dobrego można byłoby o niej powiedzieć. Bo też jedyną wyróżniającą się rzeczą jest dziwaczny ściskoszczęk, który przez cały film uskutecznia Romain Duris.

Na szczęście na drugim planie jest o wiele ciekawiej, choć na ile były to zabiegi intencjonalne, to już inna kwestia. Przede wszystkim rzuca się w oczy paradoks maszyny do pisania, która jest niby symbolem kobiecego wyzwolenia, a w rzeczywistości jest tylko innym sposobem zadowolenia mężczyzn. Kobiety są tu bowiem pionkami w grach ambicjonalnych samców, ale ponieważ zostaje im wmówione, że to one nie oni rywalizują, w tej szaradzie biorą udział nadzwyczajnie chętnie. Mnie jednak sceny z konkursów maszynopisania kojarzyły się ze scenami walk kogutów. Baba zastąpiła ptaka, ale idea pozostała bez zmian.

Ocena: 6

Quartet (2012)

Artysta jest niczym płomień świecy na wietrze. Jeśli ma talent, będzie płonąć jasnym światłem w mrokach nocy. Ale jak wszystkich, także i ich czeka chwila, gdy zostaną zdmuchnięci, gdy pamięć o nich przeminie. Dla zwyczajnych ludzi jest to trudny proces do zaakceptowania, ale większość sobie z nim radzi. Mają bliskich, nie mają zbyt wielkich osiągnięć, więc nie spadają ze zbyt wielkiego konia. Ale gwiazdy sceny? Przez lata żyją w świetle jupiterów. Ich ego nie zna granic, wszystko wydaje się możliwe, głupota choć bolesna zostaje zignorowana, nawet jeśli łamie serce, bo jest przecież sława, bo jest jeszcze Życie. Ale kiedy nadchodzi starość, kiedy talent blaknie, kiedy światła jupiterów skierowane są na innych, wtedy gwiazdy stają oko w oko z prawdą o świecie i tym, czym była ich kariera. I wtedy naprawdę trzeba być niezłym twardzielem, by wytrzymać presję, by nie poddawać, by mieć wciąż nadzieję.


Bardzo chciałem, żeby ten film mi się spodobał. Bo też jak mogło być inaczej, skoro w obsadzie jest tyle znakomitych nazwisk. Ale nie mogłem się przemóc, by film polubić. Niestety.

Nie chodzi tu o to, że "Kwartet" jest dziełem nieudanym czy złym, bo tak nie jest. Chodzi o to, że jest do bólu poprawny. Wszyscy aktorzy grają role, które były do przewidzenia zanim jeszcze pojawiły się napisy początkowe. Grają je z typową dla siebie manierą, niczym nie zaskakując, nie zaliczając ani wpadek ani wzlotów. Zabrakło w tym wszystkim ironicznego brytyjskiego humoru, który sprawiłby, że wszystko byłoby widzom bliskie, a jednocześnie podane z zachowaniem odpowiedniego dystansu. Być może zawinił tu reżyser, który nie potrafił wyczuć niuansów wyspiarskiej kultury?

Ocena: 6

niedziela, 24 marca 2013

Five (2011)

Dzisiejszy dzień minął mi pod znakiem nowotworów. Najpierw było "Pół na pół", a potem "Pięć", czyli pięć nowelek od pięciu kobiet, wszystkie opowiadające o raku piersi.


Wydawać by się mogło, że skoro mamy pięć różnych reżyserek, to możemy spodziewać się pięciu dość odmiennych spojrzeń na chorobę. Tymczasem okazało się, że prawie wszystkie autorki mówią jednym głosem i w zasadzie różnią się w niewielkim stopniu. Może dlatego najbardziej przypadła mi do gustu nowelka Alicii Keys, bo odbiegała od innych klimatem, nastrojem i dynamiką. Świetna postać matki, fajnie pokazana dynamika rodzinnych relacji. Duży plus. Reszta była poprawna, ale w zasadzie niczym się nie wyróżniała. Na przykład nowelka Aniston byłaby zupełnie bezbarwna, gdyby nie świetna rola Patricii Clarkson.

Ocena: 6

Into the Lion's Den (2011)

To miał być "twisted thriller". Niestety Amerykanie chyba mają inną definicję słowa "twisted" niż ja. Nie spodziewałem się tu żadnych rewelacji fabularnych, zadowoliłbym się pomysłowymi scenami przemocy i dużą ilością krwi.


Niestety "Into the Lion's Den" nie oferuje zbyt wiele ani tego pierwszego ani tego drugiego. Trzeba czekać prawie godzinę, żeby zaczęło się coś dziać, a i wtedy jest to rozczarowująco mało efekciarskie. Dobra, scena zgwałcenia faceta przez kobietę nawet była zabawna. Ale reszta to jakieś nieporozumienie. Najwyraźniej na amerykańskiej prowincji nawet psychopaci pozbawieni są wyobraźni.


Ocena: 3

50/50 (2011)

Jeśli oceniać "Pół na pół" jedynie w kategorii filmów o raku, to nie znalazłby się on u mnie na czele rankingu, ale gdzie pośrodku stawki. Trochę trudno uznać za wiarygodną opowieść, w której bardzo wygodnie pominięto co bardziej mroczne fakty dotyczące choroby i kuracji. Całość jest po prostu zbyt sympatyczna i sterylna.


To, co broni film w moich oczach, to drugi plan. Są to drobnostki, w zasadzie szczegóły, jeśli patrzeć na główny wątek fabularny, ale to właśnie one wydały mi się bezcenne. Jak choćby scena, kiedy matka wyznaje synowi, że chodzi na spotkania grupy wsparcia. Albo kiedy odkrywa w mieszkaniu kumpla, którego pół godziny wcześnie oskarżał o znieczulicę, podręcznik, jak wspierać osobę chorą na raka. Albo kiedy bohater nie wytrzymuje i naskakuje na terapeutkę. W tych drobnych scenkach kryją się prawdziwe skarby opowiadające o relacjach międzyludzkich. I za to, że twórcom udało się jej tak fajnie pokazać, daję im mocne brawa.

Ocena: 6

Liz & Dick (2012)

Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się zbyt wiele po tym filmie. Chciałem jednak zobaczyć, jak Lindsay Lohan wypadła w roli Taylor. O dziwo, nie było tak najgorzej. Owszem, do gwiazdy, jaką była Taylor, jej daleko, ale obyło się bez żenady, a chwilami było nawet zaskakująco dobrze. Lepiej wypadł Grant Bowler w roli Burtona, tak więc aktorsko obraz pozytywnie mnie zaskoczył.


To, co rozczarowuje, to reżyseria i scenariusz. Tak, wiem, że to film telewizyjny, ale mimo wszystko jakieś standardy obowiązują. Tymczasem "Liz & Dick" jest bardzo chaotyczny, ma o co najmniej jedną linię narracyjną za dużo. Brakuje tu wizji, czy myśli przewodniej. Króluje liniowość i bezrefleksyjne odgrywanie znanych z biografii aktorów momentów. Bez składu i bez ładu. Szkoda.

Ocena: 5

piątek, 22 marca 2013

The Last Exorcism Part II (2013)

W naszym kręgu cywilizacyjnym istnieje dość silnie zakorzeniony model wiązania się mężczyzn i kobiet w pary. Zgodnie z nim mężczyzna jest stroną aktywną, zabiegającą, a kobieta stroną pasywną, czekającą, aż mężczyzna zasłuży na jej rękę (!!!). Model ten funkcjonuje w dwóch postaciach. W pierwszej ("księżniczka w wieży") kobieta jest chętna, ale świat jest przeciw, więc mężczyzna musi pokonać tych, którzy stoją na drodze ich szczęścia. W drugiej kobieta początkowo odrzuca awanse zalotnika, ale ten nie poddaje się, swoim uporem i niezłomnością przekonuje ukochaną, że miała o nim złe zdanie, że razem będą szczęśliwi.


Obie wersje stanowią podstawę najpiękniejszych i najbardziej znanych historii miłosnych. Nie ma na świecie (a przynajmniej w naszym kręgu kulturowym) dziewczyny, która nie marzyłaby chociaż raz o rycerzu w lśniącej zbroi czy zalotniku, nie ma też chłopaka, który nie pragnąłby popisać się przed dziewczyną robiąc dla niej największą nawet głupotę. Ale czy rzeczywiście jest to tak piękny model miłości, jak się nam wydaje? W bardzo przewrotny sposób próbują nam na to odpowiedzieć twórcy drugiej części "Ostatniego egzorcyzmu".

Oto mamy ogarniętego miłosną gorączką Abaloma. Niestety cały świat zdaje się sprzeciwiać jego związkowi z młodą Nell. Dziewczyna zostaje zamknięta w zamku pilnowanym przez ateistycznego stróża, który próbuje przekonać Nell, że Abalom w ogóle nie istnieje, że był wytworem jej wyobraźni. Inne mieszkanki domostwa otwierają przed Nell drzwi do bardziej przyziemnych rozkoszy, pojawia się nawet konkurent o rękę. Zrozpaczony Abalom jednak tak bardzo kocha Nell, że zrobi wszystko, by odbić jej serce. Swoim działaniem chce udowodnić szczerość intencji, udowadnia, że dla niej poruszy niebo i ziemię, odda jej wszystko, uczyni z niej prawdziwą królową, jaką w jego oczach jest... To się nazywa miłość! Piękne, prawda? Tyle że widziane z perspektywy Nell wcale nie wygląda to tak wspaniale. Jest raczej koszmarem, z którego nie można się uwolnić.

Na poziomie czysto koncepcyjnym "Ostatni egzorcyzm. Część 2" wypada nieźle. Niestety, kiedy przyszło do realizacji, coś poszło straszliwie nie tak. Film ogląda się raczej jak parodię "Zmierzchu". Jeszcze na początku miałem nadzieję, że całość utrzyma przynajmniej przyzwoity poziom, choć od pierwszych minut pojawiały się znaki, że będzie inaczej. Wraz z upływem czasu robiło się jednak coraz bardziej absurdalnie. A kiedy pada nazwa Zakonu Prawej Ręki, nie dało się już inaczej zareagować, jak wybuchem śmiechu. Od tego momentu jest to już niezamierzenie jeden z najzabawniejszych filmów, jakie widziałem w tym roku. Dawno już tak nie płakałem ze śmiechu w kinie (nie na komedii). Jestem pełen podziwu dla aktorek, które z poważną miną były w stanie wypowiadać kretynizmy. Szmira totalna.

Ocena: 3

środa, 20 marca 2013

Jagten (2012)

Jedną z najbardziej rozpowszechnionych iluzji jest wiara w to, że dzieci są czyste, dobre, niewinne. Chcemy w to wierzyć, ponieważ poprawia to nam samopoczucie. Z jednej strony dlatego, że dzieci postrzegane są jako to, co z nas najlepsze, nasze dziedzictwo. Z drugiej strony ponieważ chcemy myśleć, że jeśli nie teraz, to przynajmniej kiedyś my sami byliśmy doskonali. Tak jednak nie jest. Dzieci to obywatele królestwa Id, o którym wiele można powiedzieć, ale z całą pewnością nie to, że jest to świat moralności. Dobro i zło to koncepcje, które dzieci przyswajają sobie wiele lat w procesie socjalizacji. Kiedy połączy się ich amoralność, niewielkie zrozumienie idei konsekwencji z aksjomatem niewinności, otrzymujemy materiał wybuchowy, przy którym bomba wodorowa wydaje się niczym płomień zapałki. Szybko dochodzi do eksplozji, której skutki daleko wykraczają poza osoby najbardziej zainteresowane, a efektów nigdy nie da się cofnąć, nawet jeśli sprawa z pozoru zostanie wyjaśniona.


"Polowanie" Vitenberga to tak naprawdę trzy filmy w jednym. Pierwszy to opowieść o ofierze posądzeń o pedofilię. Twórcy pieczołowicie oddają beznadziejność sytuacji, ponieważ nie sposób jest się bronić przed takimi oskarżeniami. Człowiek nie zostaje z dnia nadziej pariasem, on staje się wirusem w żywym organizmie wywołując natychmiastową reakcję systemu immunologicznego nastawioną na anihilację zagrożenia. Źle, że samemu trzeba się z tym borykać. Jeszcze gorzej, kiedy ofiarami padają inni, prawdziwie niewinni.

Drugi film to portret dziecka, które rzuca nieprzemyślane oskarżenia. Klara w złości powiedziała kilka słów, ale to, co następuje potem jest już okrutną psychiczną torturą dokonywaną na niej w imię troski i miłości. Subtelne naciski, by "przypomniała sobie", sugestie, co się działo, a kiedy próbuje się wycofać, racjonalizowanie, że wypiera to, co negatywne. A potem jest jeszcze gorzej, kiedy staje się świadkiem niezrozumiałego chaosu i ponieważ ma już w głowie zarys związków przyczynowo-skutkowych wie, że to jest jej wina. Tej traumy nigdy nie wyleczy.

I w końcu jest to film o przyjaźni, która nie wytrzymuje próby. To rozdzierająca opowieść o lojalności dzielonej pomiędzy przyjaciela i dziecko oraz wyborze, który jest niemożliwy do dokonania, a jednak musi zostać wykonany. W rezultacie obie strony czują się zdradzone, a przepaść między nimi zdaje się nie do przezwyciężenia.

Każdy z tych filmów z osobna oceniałbym bardzo wysoko. Siłą pierwszego jest fantastyczna rola Madsa Mikkelsena. Siłą drugiego, młodziutka Annika Wedderkopp w roli Klary, która ma kilka znakomitych scen (ciekawe ile z nich rozumiała, jeśli dużo, to reżyser powinien zapłacić za jej terapię). Trzeci film ma najlepszą scenę w całym "Polowaniu": wigilijne spotkanie Lucasa i Theo. A jednak, kiedy zsumuje się to w jedno, okazuje się, że wcale nie jest taki dobry. "Polowanie" jest zbyt niespójne, twórcy chcą za wiele rzeczy zawrzeć w nim, a przez to wszystko, co ważne przestaje takie być. Ostatnie 20 minut to co najmniej o jedno zakończenie za wiele. W sumie jest to więc najsłabszy film Vitenberga, jaki widziałem, a w temacie zaszczucia, znacznie wyżej cenię obraz rodaka Vitenberga Ole Bornedala "I zbaw nas ode złego".

Ocena: 6

wtorek, 19 marca 2013

Immaturi (2011)

Zastanawiam się, czy ten film jest optymistyczny czy pesymistyczny. Na korzyść tej pierwszej opcji przemawia fakt, że wszyscy bohaterowie tego filmu otrzymują drugą (albo i trzecią) szansę. Owszem, czasem muszą długo czekać na swoje szczęście, ale jednak cierpliwość jest wynagrodzona. Na korzyść tej drugiej opcji przemawia jednak fakt, że przez 20 lat bohaterowie filmu tkwili w miejscu, pozostając tytułowymi niedojrzałymi ludźmi, bojącymi się miłości, zobowiązań, wciąż przeżywający dawne tragedie. I nawet jeśli teraz dostają drugą szansę, to jednak wcześniej stracili 20 najlepszych lat swojego życia.


Sam filmik to takie duże nic, ale przyjemne w oglądaniu. Wpada jednym uchem, wypada drugim. Nie nudzi, ale też nie wciąga. Jak na komedię jest trochę za mało zabawny. Jak na poważny obraz, jest chwilami zbyt frywolny i roztrzepany. To dobry wybór, gdy wam się nudzi i nie macie, co robić. Ale jeśli zastanawiacie nad wyborem spośród dwóch (lub więcej) potencjalnie ciekawych opcji, z tego filmu możecie bez żalu zrezygnować. Gdyby nie Raoul Bova ja pewnie nigdy bym po ten tytuł nie sięgną.

Ocena: 5

Side Effects (2013)

Kiedy zaczynało się "Panaceum", wszystko wskazywało na to, że po raz kolejny zostanę mile zaskoczony przez Soderbergha. Po znakomitym "Magic Mike'u" wydawało się, że reżyser dalej trzyma formę. Pierwsza część to hipnotyzująca, pulsująca emocjami opowieść, na którą składa się harmonijne współgranie trzech elementów: pięknie kadrowanej twarzy Rooney Mary, zmysłowych zdjęć Soderbergha i idealnie dobranej muzyki Thomasa Newmana (plus genialny kawałek Thievery Corporation). "Panaceum" zdaje się być wtedy inteligentnym i sugestywny portretem społeczeństwa, które definiuje chodzenie na skróty. Po co zajmować się problemami, skoro można wziąć pigułkę i poczuć się lepiej? To, że problem nie znika, a tłumione są jedynie jego objawy, nikogo nie obchodzi, bo też wszystkim wydaje się, że to objawy są problemem. Podczas oglądania nie mogłem odpędzić się od myśli, jak bardzo normalność została wypaczona i zdeformowana.


A potem następuje nagły zwrot akcji. Wszystko to, co dotąd braliśmy za pewnik, zostaje brutalnie podważone. Sam w sobie ten zwrot akcji nie byłby jeszcze niczym złym. Doskonale poszerzał prezentowaną diagnozę pokazując, że największymi ofiarami lekomanii są sami lekarze. O ile bowiem u pacjentów dążenie na skróty do szybkiego rozwiązania problemów jest skłonnością zrozumiałą, o tyle lekarz powinien być na tę pokusę odporny. Tak jednak nie jest, co sprowadza na wszystkich lawinę straszliwych kłopotów.


Niestety kłopotem Soderbergha jest to, że od momentu twistu gubi się gdzieś stylistyka. Reżyser wpada w koleiny rutyny. Narracja podąża głęboko wyżłobionymi koleinami formy, której nigdy w wydaniu Soderbergha nie lubiłem. Mój entuzjazm wobec filmu zaczął gwałtownie gasnąć, a w scenie u terapeutki pada roztrzaskany w drobny mak. Dobrze, że film szybko się kończy, bo moja ocena zapewne poszłaby jeszcze bardziej w dół. Niestety, tym razem sprawdziło się stare porzekadło: dobre złego początki.

Ocena: 6

poniedziałek, 18 marca 2013

The Mysteries of Pittsburgh (2008)

Jak można zdefiniować szczęściarza? Proste, to osoba, która trafia na swojej życiowej drodze na ludzi egzystujących w świecie chaosu, poza nawiasem tego co zwyczajne. Fascynują swoją wolnością ale i autodestrukcją. Spotkawszy ich, szczęściarz sam zyskuje więcej wolności, smakuje tego, co w innych okolicznościach pozostałoby owocem zakazanym, staje się kimś więcej. Ale nigdy nie daje się wciągnąć w pełni w ten świat entropii. Na koniec może się wycofać, a przeżycia zdobyte wzbogacą go i uczynią życiowo mądrzejszym. Pechowcem jest właśnie ten ktoś, kto zanurzony jest w chaosie po czubek głowy. To osoba stracona, która w najlepszy razie może liczyć na los babci z "Pokoju, miłości i nieporozumień", a w najgorszym na los bohatera granego tutaj przez Sarsgaarda.


Sam film niestety wydaje się dziełem nie do końca spełnionym. Mam wrażenie, że książka Chabona jest o wiele ciekawsza, ze względu na jego styl pisarski, dzięki któremu mógłbym zanurzyć się w doświadczeniach Arta z lata 1983 roku. Filmowi brakuje charakteru. Jest niczym setna kopia historii opowiedzianej lepiej dawno temu. Aktorsko jest całkiem dobrze, ale też reżyser nie stawia przed nikim wielkich wyzwań. Wszystko jest tu zbyt ładne, zbyt poukładane. Zabrakło tego tajemniczego pierwiastka, który przemienia zwyczajną produkcję w magiczne filmowe przeżycie.

Ocena: 6

niedziela, 17 marca 2013

Hur många lingon finns det i världen? (2011)

"Warto samemu wiązać buty" stawia bardzo ciekawe pytanie: gdzie powinna znajdować się granica pomiędzy traktowaniem osób niepełnosprawnych umysłowo jak zwyczajnych ludzi, a specjalnymi wymaganiami stawianymi przez ich zaburzenia.


Ignorowanie faktu, że są odmienni nikomu nie służy. Trzeba wiedzieć, co można zrobić, a czego nie. A jednak na przykładzie Aleksa pokazane jest i to, że poza błędami wychodzenie poza standardy postępowania niesie też i pozytywne skutki. Bo to on właśnie stawia przed bohaterami filmu nowe wyzwania. To on otwiera ich na możliwość porażki. Bliscy chronią upośledzonych, by zaoszczędzić im wstydu (a może sobie?), ale w ten sposób zabraniają im dostępu do tego, co jest normalne dla każdego człowieka: poczucia porażki, ale i satysfakcji, kiedy po raz pierwszy coś się uczyniło dobrze.

Film pokazuje również, że wyzwanie wyzwaniu nierówne. Tytułowe wiązanie butów jest tego najlepszym przykładem. Albo wąż ogrodowy. To sztuczne problemy, które "normalny" człowiek obszedłby bez nawet chwili zastanowienia. A jednak w przypadku niepełnosprawnych nagle stają się przeszkodą nie do przejścia... chyba że ktoś się odważy wyjść poza schemat.

Inspirowany prawdziwą historią film, to ciepła przypowieść o sięganiu po marzenia i zyskiwaniu pewności siebie. Proste, a zarazem bardzo sympatyczne.

Ocena: 6

Trishna (2011)

Życie składa się wyłącznie z błędów, złych decyzji, przypadkowych tragedii i niewykorzystanych okazji. Szczęście to przerwa reklamowa i nic więcej. Oto morał "Triszny". Biedne dziewczę poradziłoby sobie w życiu lepiej, gdyby miała w sobie trochę więcej z Machiavelliego. Może wtedy wiedziałaby, kiedy powiedzieć "nie", kiedy milczeć zamiast paplać "prawdę" i kiedy termin ważności związku dobiega końca, po którym to czasie zmieni się w monstrum wypaczające wszystko, co dawniej było dobre.


Winterbottom tym razem totalnie się pogubił. Fajnie, że zamiast pompatycznej adaptacji klasyki literatury, postawił na prostotę stylu. Szkoda tylko, że zrobił to tak niestarannie, że historia Triszny/Tess gdzieś w tym wszystkim się gubi. Spokojnie można byłoby wyciąć jej historię, a film nie tylko nic by nie stracił, ale wręcz zyskał, bo końcówka wygląda groteskowo i kompletnie niewiarygodnie.

Tymczasem bez Triszny byłby to całkiem fajny pseudodokument, który z powodzeniem można byłoby pokazywać na kanale National Geographic. Winterbottom robi przegląd całego społeczeństwa indyjskiego. Pokazuje życie biedoty, wielkomiejskich nuworyszy i finansowej arystokracji. Oglądamy zapierające dech pejzaże, odwiedzamy wspaniałe pomniki jednej z najstarszych cywilizacji, zaglądamy nawet za kulisy magii, jaką jest kino bollywoodzkie. Winterbottom jest tak bardzo zaabsorbowany społecznym kontekstem historii, że jej bohaterowie giną zapomniani na długo przed tragicznym i zupełnie niepotrzebnym finałem.

Ocena: 4

Peace, Love, & Misunderstanding (2011)

Ciekawe, czy o to chodziło twórcom, ale dla mnie ta podróż do geriatrycznego Woodstock to opowieść o tym, że hipisi nie są z tego świata. Niby są zaangażowani politycznie i społecznie, świadomi roli człowieka we współczesnym świecie, ale wszystko to jest tak naprawdę udawane, nie ma większego znaczenia. Bo hipisi żyją poza tym światem, są niczym kult afirmujący entropię. Ale brak ograniczeń nie jest wolnością, a czasem może być odbierane jako więzienie, świat chaosu budzącego lęk. W niewielkich dawkach jest orzeźwiający, ale 24 godziny na dobę działa destrukcyjnie dla tych, których konstytucja psychiczna jest inna.


Oczywiście reżyser skupia się na pozytywach. Jest to o tyle łatwe, że cała wizyta rodziny u babki-hipiski jest właśnie krótkim epizodem. W ten sposób chaos jest jak najbardziej potrzebny, bo zarówno córka, jak i jej dzieci żyli w zbyt uporządkowanym świecie i potrzebują oddechu. W ten sposób reżyser pokazuje, że społeczeństwo może nawet i dziś dużo zyskać dzięki hipisom. Jednak sami hipisi nie zyskują nic, poza "wolnością" pariasa.

To co najbardziej imponuje w filmie Bruce'a Beresforda, to obsada. Cała reszta to jakaś wyświechtana kalka milionów podobnych filmów. Wypada to pretensjonalnie i mało autentycznie, a w ostatecznym rozrachunku jest po prostu nudne. Owszem, jest to i tak lepszy film od poprzedniej rzeczy Beresforda, jaką widziałem ("Kontrakt na zabijanie"), ale tamten naprawdę nisko postawił poprzeczkę, więc pokonać go nie jest żadnym wyczynem.

Ocena: 5

czwartek, 14 marca 2013

Identity Thief (2013)

Ten film przywodzi miłe wspomnienia, kiedy Goldie Hawn grała w "Ptaszku na uwięzi" z Melem Gibsonem i w "Damie za burtą" z Kurtem Russellem. "Złodziej tożsamości" odwołuje się do tego samego wzorca komediowego: dwójka niedobranych osobników płci obojga, którzy zmuszeni są być ze sobą z powodu zewnętrznych okoliczności. Niestety z obrazu Setha Gordona wieje nudą i z całą pewnością za pół roku nie będę o nim pamiętam, a co tu mówić o 10, czy 20 latach.


Może to brak wątku miłosnego jest powodem rozczarowania tym filmem? Nie wiem, ale jedno jest pewne: Melissa McCarthy i Jason Bateman nie współgrają ze sobą. Każde z osobna jest zabawne, ale po zsumowaniu okazuje się, że czegoś brakuje. Reżyser stara się cały czas uatrakcyjniać fabułę, ale i tak w "Złodzieju tożsamości" znalazłem może ze dwa naprawdę zabawne momenty (Eric Stonestreet – świetna transformacja – i węże) i jeszcze dwa, gdzie można się uśmiechnąć.

Koniec końców rzecz okazała się rozczarowaniem. Zdecydowanie lepiej jest sięgnąć po "Mike'a i Molly" czy "Bogatych bankrutów", gdzie dwójka głównych gwiazd prezentuje się znacznie lepiej, a i zabawnych sytuacji jest o wiele więcej.

Ocena: 5

środa, 13 marca 2013

21 & Over (2013)

Kolejna komedia opowiadająca o tym, jacy to nieodpowiedzialni są młodzi ludzie, ile "zła" uczynić może ich brak kontroli jeśli chodzi o używki. W oczach niektórych jest to zapewne film niesmaczny albo wręcz horror, jeśli sceny wziąć na serio. Dla mnie "nieletni/pełnoletni" to niestety przede wszystkim rzecz wtórna i średnio zabawna.


Poziom dowcipów jest tu niewiele lepszy od tego ze "Skoku na cnotę", bliski temu, co pokazano w "Projekcie X". Owszem, chwilami jest zabawnie, głównie za sprawą Justina Chona (scena z żuciem tamponu). Większość tego, co widziałem, sprawia jednak wrażenie, jakby została to zrobiona na odczepnego, bez wysilania się.

To, co najbardziej mnie zainteresowało, to odwrócenie sytuacji z typowych komedii kumpelskich, gdzie mamy do czynienia z samymi Piotrusiami Panami, niedojrzałymi chłystkami kryjącymi się w ciałach 30-latków. W "nieletni/pełnoletni" bohaterowie zmagają się z odwrotnym problemem, czyli ze zbyt wczesnym dorastaniem. Dojrzałość nie jest tu czymś, do czego należy dążyć ale tym, od czego należy uciec. Dorosłość rozbija przyjaźnie, bo zamiast ze sobą rozmawiać kumple zajęci są pracą i rozwojem osobistym. Dorosłość sprawia, że zapominamy, czym jest zabawa, dobry czas i z góry patrzymy na to, co jeszcze niedawno sprawiało nam przyjemność. O ile inne komedie kumpelskie przekonują nas, że dorastanie jest zdrowe, a trwanie w niedojrzałości koniec końców szkodzi, tu twórcy mówią wprost przeciwnie: zostań chłopcem, więcej stracisz stając się odpowiedzialnym mężczyzną. Szkoda więc, że nie pociągnięto tego tematu bardziej odważnie.

Ocena: 5

The Guilt Trip (2012)

Najgorsze, co mogła zrobić Anne Fletcher, to próbować z "Mama i ja" uczynić komedię. Ten pomysł zupełnie nie wypalił. Dlatego też pierwsze 40 minut to w gruncie rzeczy męczarnia. Barbra Streisand miota się próbując za wszelką cenę przekonać nas, że dowcipy o nowojorskich żydówkach jeszcze się nie zestarzały. Seth Rogen zachowuje się z kolei jak zombie, jest tak wyciszony i zdezorientowany, jakby go cały czas faszerowano koktajlem z dodatkiem bromu. Na domiar złego w całym filmie są dwie zabawne sceny, z czego jedna jest już w trakcie napisów końcowych, więc pewnie mało kto ją widział.


Kiedy reżyserka daruje sobie dowcipy i zaczyna opowiadać o relacji matka-syn, wtedy robi się nawet znośnie. Oczywiście, film nie wychodzi poza sprawdzony zestaw sytuacji, ale udaje jej się tchnąć w to trochę autentyczności i uczuć. Wystarczająco dużo, bym nie żałował, że z kina nie wyszedłem. Za mało jednak, by całkowicie zatrzeć złe wrażenia z początku.

Ocena: 5

Playing for Keeps (2012)

Pewne rzeczy się nie zmieniają. Należy do nich z całą pewnością kaznodziejstwo Gabriele Muccino. Ale już wolę, kiedy opowiada miłe bajeczki, niż kiedy uderza w wysokie tony próbując powiedzieć coś ważnego.


"Trener bardzo osobisty" to kolejna produkcja Muccino, którą mógłby sponsorować Watykan. Tym razem tematem katechezy jest ojcostwo, odpowiedzialność rodzicielsko-partnerska jak i ustalanie priorytetów. Muccino pokazuje, że największym wyzwaniem nie jest radzenie sobie z problemami, ale powstrzymywanie się przed pokusami, kiedy świat zdaje się leżeć u naszych stóp. Niestety to, co opowiada reżyser z życiem codziennym niewiele ma wspólnego. W takie bajeczki to uwierzyć mogą jedynie ci widzowie, którzy mają pracę i pełne lodówki. Reszta może sobie co najwyżej pomarzyć o takim luksusie, jakim jest odrzucenie dobrej pracy, bo rodzinne wymagania są inne.

Niemniej jednak Muccino fajnie pokazał relację ojca i syna. Nawet jeśli otoczka fabularna jest naiwna i mocno kłamliwa, to jednak w tej relacji czuło się autentyczność. I dzięki temu byłem w stanie obrazowi wiele wybaczyć.

Ocena: 6

PS. Dobrze, że polski dystrybutor nie targetował tego filmu pod kibiców piłki nożnej, bo tłumacz zostałby ukatrupiony. Sam fanem piłki nożnej nie jestem, ale wiem jaka jest różnica między Porto a Portugalią, czego autor polskich napisów najwyraźniej nie wie.

poniedziałek, 11 marca 2013

Oz the Great and Powerful (2013)

"Oz" utwierdził mnie w przekonaniu, że Sam Raimi nie potrafi kręcić ciekawych wielkich widowisk. Kilka razy próbowałem obejrzeć "Spider-Mana" i nigdy nie wytrwałem dłużej niż do połowy. Po "Ozie" zdecydowanie nie dam mu drugiej szansy.


Film dzieciakom pewnie się spodoba, bo jest tak kolorowy, że przy ich poziomie uwagi nic więcej nie zauważą. Kiedy jednak odrzeć film z całej tej wizualne otoczki, to nie zostaje w zasadzie nic. Rezultat jest gorszy nawet od wersji z Michaelem Jacksonem i Dianą Ross. Papierowe postaci udają, że coś robią. A to, co robią, jest tak nudne, że film spokojnie może służyć jako dobranocka, uśpi bowiem każdego.

Najgorsze jest jednak to, że Raimi okazuje się antytezą reżysera potrafiącego wykorzystać aktorów. W "Ozie" większość obsady kompromituje się ze zdumiewającą ochotą. Franco udowadnia, że jest aktorem charakterystycznym, który nigdy nie powinien być obsadzany w gwiazdorskich rolach. Kunis chyba nigdy nie wyglądała tak ohydnie (i mówię tu o pierwszych scenach). Nabrzmiała twarz pod gejszowatym makijażem przywodzi na myśl mieszaninę Kathy Bates ze sprzedawczynią z kołchoźnianego sklepu.

Poza kolorami jedyny plus filmu, jaki wiedzę, to postać Finleya. Miał swoje pięć minut, jako jedyny bohater całego filmu.

Ocena: 3

Broken City (2013)

Ciężka jest sytuacja dzierżącego władzę. Czasem potrzebuje on pomocy kogoś, kto jest w stanie zrobić wszystko, ale tylko dlatego, że w to wierzy. Problem z takimi osobami polega na tym, że kiedy ich wiara zostanie wykorzystana, mogą stać się niebezpiecznymi, bo nieprzewidywalnymi, przeciwnikami.


Jak ja uwielbiam takie historie. Zakulisowe rozgrywki o władzę, wpływy i pieniądze. Na to nakładające się uczucia i różne spojrzenia na świat. Wszystko tkane z precyzją pająka szykującego misterną sieć. Intrygi, kłamstwa, manipulacje. Pyszności.

Niestety Allen Hughes bez swojego brata wcale nie jest dużo lepszym reżyserem. "Władzę" ratuje scenariusz, choć Hughes robi wszystko, by film pogrążyć. Nie delektuje się zawiłościami intrygi i paradoksami sytuacji, w jakich znajdują się bohaterowie. Hughes jest niczym barbarzyńca, który pożera wykwintne dania i nawet nie zauważa ich smaku, bogactwa wrażeń, potencjału. Hughes nie próbuje też żadnych stylizacji. Niczym śnieżny pług prze do przodu miażdżąc kolejne zwroty akcji. W sumie, to jestem zdumiony tym, że "Władza" nie jest tak złym filmem jak "Księga ocalenia". A chwilami jest nawet całkiem porządnym (jak scena otwierająca).

Ocena: 6

La Colère de Dieu (2006)

Postapokaliptyczny standard. Christian Monnier wylicza tu wszystko, co w takiej sytuacji ma miejsce: irracjonalna nienawiść, ideologia strachu, desperackie trwanie zakończone obojętnością i w końcu ludzki odruch wynikających z potrzeby kontaktu z drugą osobą. Na to wszystko nakłada się poczucie winy i akt przebaczenia.


Całość jest całkiem nieźle sfilmowana, choć na dalekim planie zdarzają się wpadki przeczące masowej zagładzie. Ogląda się to bez większego zainteresowania ale i bez zniechęcenia.

Ocena: 5

People (2002)

Dobrze, że najpierw zobaczyłem "Vibration(s)", bo też ta, chronologicznie wcześniejsza krótkometrażówka Christiana Monniera mocno mnie rozczarowała. I obawiam się, że mogłaby "zanieczyścić" odbiór tamtej.


Jak poprzednio, tak i tu socjologiczne zacięcia reżysera są aż nadto wyraźne. Tym razem jednak nie ma nic, co funkcjonowałoby jako bufor. Została więc pretensjonalna opowiastka o fotografie z artystycznymi ambicjami, pełna pozerskich ujęć. Ale i tak najgorsza jest sekwencja na komisariacie policji. Przesłuchujący fotografa glina zachowuje się co najmniej tak, jakby bohater był członkiem Al-Kaidy, a nie idiotą chodzącym półnago po ulicach Nowego Jorku. Jego reakcje są kompletnie nieproporcjonalne do tego, o co w tym wszystkim chodzi.

Ocena: 3

Vibration(s) (2003)

Krótkometrażówka powstała z okazji europejskiego roku ludzi niepełnosprawnych. Ale mimo że rzecz powstała niejako na zlecenie, to i tak okazała się ciekawym obrazem.



Owszem, widać społeczne zacięcie. Wykład o integracji, udawaniu normalności i akceptowaniu różnic jest aż nazbyt czytelny. Ale na to nakłada się prosta, acz chwytająca za serce opowieść o  ojcowsko-synowskiej miłości. Jeden gest i tyle piękna.

Ocena: 7

Le chien (2007)

W małych wioskach niby nie ma tajemnic. A jednak dwóch nie-braci ma sekret. Definiuje on ich wzajemne relacje, ale też i to, jak funkcjonują w relacjach z innymi. Jean-Claude wydaje się być normalny. Ma pracę, prowadzi się jak na zwyczajnego mieszkańca wioski przystało. Kevin jest niczym dziki pies. Żyje we własnym świecie, nie potrafi nawiązać relacji z innymi, reszta mieszkańców tak naprawdę boi się go. Ich wzajemne relacje wahają się od obojętności po podjazdową wojnę. W ten zamknięty układ wkroczy Michèle. Jej obecność, jej pytania, jej wścibstwo sprawią, że w końcu sekret ujrzy światło dzienne. I nie będzie to przyjemne.


"Le chien" to całkiem interesujące studium ludzi popsutych, naznaczonych tragedią. Udawanie i alienacja wydają się dobrymi metodami radzenia sobie z traumą. W rzeczywistości jednak odkładają jedynie w czasie nieuchronność poniesienia konsekwencji. Prosta narracja ma w sobie coś intrygującego i hipnotyzującego. Niestety film chwilami jest trochę niechlujnie zrealizowany, co powoduje, że tu i tam niezamierzenie robi się dodatkowo schizoidalny.

Ocena: 6

niedziela, 10 marca 2013

Hard Boiled Sweets (2012)

Rasowe brytyjskie kino gangsterskie. Całkiem fajna stylizacja, świetna muzyka i dobry zwrot akcji. Nie jest to mistrzostwo świata, ale oglądało mi się to całkiem przyjemnie.


Świat pełen twardzieli, którym wydaje się, że są sprytni i obrotni. Ale kolejka dziobania jest tu bardzo jasno określona. Awans możliwy jest tylko po trupach. A na koniec i tak okazuje się, że wszystkim rządzą kobiety i pieniądze.

Mocno cyniczne, ale nie do końca noir. Przewrotne i na swój sposób demaskujące facetów jako gatunek tak sobą zaabsorbowany, że wręcz bezużyteczny.

Ocena: 6

Struck by Lightning (2012)

Ostatnio narzekałem trochę na amerykańskie kino niezależne, że wieje nudą, że używany jest ciągle ten sam schemat i tylko twarze bohaterów i lokacje się zmieniają. Nie spodziewałem się, że antidotum na to zaoferuje mi dzieciak z "Glee". A tu proszę, taka niespodzianka.


Chris Colfer wymyślił film, który jest dokładną kopią tego wszystkiego, co właśnie mnie znudziło. Historia o dorastaniu, jednostka wyobcowana, bo myśląca w świecie prostych potrzeb, w tle toksyczni rodzice i czyhająca za rogiem śmierć. Reżyser, dostosowując się do tego schematu, opowiada wszystko z typowym niezależnym zacięciem, jest więc lekko i ironicznie.

Na czym więc polega różnica? Dlaczego "Trafiony piorunem" zyskał u mnie tak wysoką ocenę? To proste. Dlatego, że tutaj jest to tylko sztafaż, gra z widzem. W rzeczywistości jest to jeden z najbardziej ponury i przygnębiających filmów, jakie widziałem w ostatnich miesiącach. U Colfera i Dannelly'ego jedynym pozytywem jest fakt, że główny bohater został trafiony piorunem, zanim jeszcze zdążył zamienić się w konsumpcyjne zombie. Marazm, brak marzeń, rozwiane iluzje, cynizm i defetyzm, oto władcy świata. Choć nie wiemy nic o nieuchronnej katastrofie, to wszyscy zachowujemy się tak, jakby apokalipsa czaiła się już za rogiem i nie ma już odwrotu. Jedni oddają się więc radosnej dekadencji wiedząc, że nic lepszego już w życiu ich nie spotka. Inni pogrążają się w debilizmie niemyślenia, dzięki czemu niczym nie muszą się przejmować. Jeszcze inni zatapiają gorzkie żale w alkoholu i pigułkach. Scena, w której matka wykłada synowi lekcję życia, zmiażdży nawet największego optymistę.

Do tego wszystkiego film jest bardzo dobrze zagrany. Allison Janney raz jeszcze udowadnia, że wśród aktorek świata indie movies jest królową.

Ocena: 8

John Dies at the End (2012)

Chyba spokojnie można już mówić o nowym trendzie kinowym. A fakt, że jest on nieskoordynowany, anarchizujący jeszcze lepiej o nim świadczy. "John Dies at the End" stawiam w jednym rzędzie z "Kaboom", "Attack the Block", "Wrong" i "Berberian Sound Studio". Jak tamte, tak i ten jest szalony i dziwny, wykorzystuje sprawdzone wzorce, ale zestawia je w nowych konfiguracjach, przez co wywraca całość do góry nogami. Wszystko tu pulsuje życiem, entuzjazmem i brakiem ograniczeń stawianych wyobraźni. Od czasu wczesnego Cronenberga i Lyncha w bardzo szeroko pojętej fantastyce nie działo się tyle wspaniałych monstrualnie odczapistych rzeczy!


Moją przygodę z twórczością Dona Coscarelliego skończyłem gdzieś przy drugiej części "Morderczych kuleczek". I szczerze mówiąc nie spodziewałem się, że jest w stanie zrobić film, który będzie tak bardzo świeży, by nie powiedzieć młodzieńczy. Podczas gdy większość "mistrzów kina" w podobnym do Coscarelliego wieku odcina kupony kręcąc wciąż to samo, on zadziwia filmem, który jest tak odważny i energetyczny, że kojarzyć się powinien z twórczością kogoś dopiero zaczynającego karierę filmową, kto jeszcze nie nabawił się odruchu samozachowawczego, który sprawia, że pewnych rzeczy w filmie się nie pokazuje. Twór z mrożonek rozmawiający przez komórkę, eksplodująca gałka oczna, Giamatti, który jest (nie, tego nie powiem) i pełno one-linerów. Czy jest coś, co może się nie podobać? (oczywiście, jeśli jesteście fanami tego rodzaju dziwów, w innym przypadku mój entuzjazm uznacie za przejaw niezdiagnozowanej choroby psychicznej).

Ocena: 9

sobota, 9 marca 2013

El sexo de los ángeles (2012)

Bruno i Carla bardzo się kochają. Są ze sobą od dawna i nawet wrogość rodziców Carli im nie straszna. Ich związek wydaje się bardzo solidny, nawet jeśli Bruno czasem stroszy piórka zazdrosnego macho. Ale wszystko to zmieni się, kiedy pomocnej dłoni udzieli Brunonowi Rai. Od tego momentu, wszystko, co "jest wiadome" o związkach zostanie zakwestionowane.


"El sexo de los ángeles" zadaje całą serię intrygujących pytań na temat istoty międzyludzkich relacji. Pokazuje, jak łatwo jest grać rolę otwartej osoby, tolerancyjnej, kochającej wolność i swobodę, kiedy ogranicza się to wyłącznie do krytykowania matki udającej, że nie wie nic o romansie ojca. Ale kiedy samemu zostaje się postawionym pod pręgierzem zdrady, sytuacja wygląda zupełnie inaczej. A Bruno, który wymusza na dziewczynie zaakceptowanie sytuacji, czy naprawdę rozumie, czym jest odrzucenie zazdrości? Łatwo jest żądać czegoś od kogoś, kiedy sami tego poświęcać nie musimy. A wreszcie Rai, który symbolizuje totalną wolność i przełamanie granic. Czy nie jest tak, że kryje się za tym ból i strach przed stratą? To proste bawić czyimiś uczuciami, ale czasem można zostać zranionym własną bronią.

"El sexo de los ángeles" to przykład na to, że nie można oceniać filmów "obiektywnie". Jeśli bowiem chodzi o warsztat, to jest to rzecz bardzo przeciętna. Chwilami zgrzyta nawet montaż, a finał jest gorszy niż w niejednej telenoweli. Ale z drugiej strony podpasował mi temat i przewrotność, z jaką reżyser poszczególne problemy pokazuj. Ten film kwestionuje samą istotę koncepcji orientacji seksualnej. Sprawia też, że widz zaczyna się zastanawiać, czy związek jako para to jest tylko koncepcja kulturowa, czy może kryją się za tym jakieś głębsze podstawy, skoro tak trudno jest się człowiekowi wyrwać z tych ograniczeń.

Do tego trójka głównych aktorów. Widać, że świetnie czuła się w swoim towarzystwie i nawet jeśli historia jest zbyt ckliwa, to dzięki nim i tak fajnie się to oglądało. A może to przez hiszpański łatwiej jest nadmierny sentymentalizm zaakceptować? Coś jest w tym języku, co pasuje do takich prostych powiastek emocjonalnych.

Ocena: 7

niedziela, 3 marca 2013

Rock of Ages (2012)

No tak, teraz rozumiem, dlaczego film był klapą. O wiele lepiej jest kupić sobie soundtrack niż męczyć się dwie godziny na tym czymś. Muzyka jest naprawdę świetna i wszyscy aktorzy dają radę wokalnie.


Niestety fabuła to nuuuuda. Nic się tu nie kleiło. Wszystko wyszło kukiełkowe, bez polotu, bez pomysłu. Jeden wielki bajzel, co jest bardzo zaskakujące biorąc pod uwagę to, kto całość wyreżyserował. Shankman ma przecież już na swoim koncie udaną adaptację broadwayowskiego musicalu. Dlaczego tym razem mu się nie udało? Nie rozumiem. Jeszcze bardziej smuci mnie fakt, że jednym ze scenarzystów jest Justin Theroux.

Za to Tom Cruise i Catherine Zeta-Jones wypadli świetnie i choć trochę uratowali "Rock of Ages" przed całkowitą klęską.

Ocena: 4

28 Hotel Rooms (2012)

Miłość jest jak szpara na powierzchni rzeczywistości, w którą wpadamy zupełnie przez przypadek. To przestrzeń pomiędzy zwyczajnym życiem, fantazja i właśnie to sprawia, że miłość działa jak narkotyk, intensyfikuje przeżycia. I choć jest tylko wyrwą w codzienności, to przez fakt, że jest czasem szczęśliwości, ludziom to nie wystarcza. Bo pragną bliskości. Bo pragną dzielić się uczuciem. Bo pragną więcej, więcej, więcej. A kiedy pęknięcie się rozrasta, wpływa na codzienność, która jest gdzieś, tam, daleko, zaczynają się schody. I o tym, jakże pięknie, opowiedział Matt Ross.


"28 Hotel Rooms" przypomina mi "W łóżku" Matíasa Bize i "Brokeback Mountain" (nowelę, nie film). Dwójka bohaterów, anonimowa przestrzeń hotelowych pokoi i zmysłowe tango pragnień i pragmatyzmu. Między Chrisem Messiną (w końcu widzę go w głównej roli!) i Marin Ireland czuje się prawdziwą chemię. Dzięki nim i cudownym zdjęciom udało się twórcom przeniknąć do intymnego świata czegoś tak nieuchwytnego jak emocjonalna relacja i przekazać wszytko i ból i radość i nadzieję i niepokój widzom.

Brawo!

Ocena: 7

Ps. Zazwyczaj lubię oglądać dodatki na płytach, dla mnie właśnie w nich tkwi cały sens kupowania płyt DVD. Ale w tym przypadku jakoś nie mogłem się przemóc. Owszem, sceny usunięte ujawniają proces twórczy. Ale te wszystkie wariacje historii, które zostały odrzucone, skrzywiały to, co mi się spodobało i przez to nie czułem się oglądając sceny usunięte zbyt komfortowo. Dziwne uczucie.

sobota, 2 marca 2013

Porno de autor (2010)

Po obejrzeniu "Tensión sexual, Volumen 1: Volátil" postanowiłem sprawdzić, kim jest drugi z reżyserów antologii Marcelo Mónaco. Jak się okazało, zbyt bogatej filmografii to on nie ma, ale jeden film pełnometrażowy nakręcił. Uznałem, że powinienem go obejrzeć.


No cóż. Dobra wiadomość jest taka, że Mónaco chyba rozwija się jako reżyser, a może po prostu lepiej wypada w krótkiej formie. Zła wiadomość jest taka, że "Porno de autor" z trudem się ogląda.

Żeby być fair, muszę przyznać, że Mónaco już na starcie był na straconej pozycji. Ja po prostu nie lubię tego rodzaju filmów, które chcą być hiperrealistyczne. Owszem, wszystko w "Porno de autor" wygląda bardzo naturalnie (w końcu to prawie amatorska produkcja). Mogę sobie z łatwością wyobrazić ludzi, którzy prowadzą równie banalne rozmowy i gierki. Ale ja nawet nagrań wideo z imprez na których bywam nie oglądam, bo mnie nudzą, więc co dopiero mam mówić o nagraniach kompletnie obcych mi osób.

Takie filmy mają szansę mi się spodobać tylko w jednym przypadku, kiedy niosą ze sobą jakąś intrygującą myśl, kiedy pod płaszczykiem naturalności, kryje się dekonstrukcja rzeczywistości. Niestety Mónaco tego nie oferuje. Po prawdzie ma morał, który zostaje zresztą odczytany przez jedną z bohaterek, ale cóż, trudno było mi to traktować poważnie.

Ocena: 3

Tensión sexual, Volumen 1: Volátil (2012)

Marco Berger ma u mnie duży kredyt zaufania od czasu "Planu B". Jak na razie widziałem prawie wszystkie jego filmy, więc jak tylko dowiedziałem się, że powstaje "Tensión sexual, Volumen 1: Volátil", znalazł się on na moim celowniku.


Nie jest to do końca jego samodzielny projekt. Jest to bowiem antologia składająca się z sześciu nowelek, z których tylko połowę zrealizował Berger, a drugą połowę nieznany mi wcześniej Marcelo Mónaco. Łączy je temat, który jest zarazem tytułem całości. I nie wymaga on chyba wyjaśnienia. "Tensión sexual" prezentuje różne oblicza erotycznego napięcia, jakie mniej lub bardziej niespodziewanie pojawia się pomiędzy dwójką osób. I trzeba przyznać, że panowie napięcie to potrafią oddać perfekcyjnie, nawet jeśli wszystko inne nie zawsze im wychodzi.

Świetna jest już pierwsza nowela "Ari", bardzo ambiwalentna w swoim wydźwięku. Bowiem z jednej strony można uznać, że wszystko rozgrywa się jedynie w głowie zadurzonego chłopaka, który zwyczajną troskę o klienta chce interpretować po swojemu. W ten sposób biedak stawia się na przegranej pozycji, ponieważ wyobraźnia podpowiada to, co nie ma odpowiednika w rzeczywistości. Ale mnie "Ari" skojarzył się trochę z pierwszą częścią "Raju" Seidla. Miałem wrażenie, że Ari doskonale wie, jak grać na swoich klientach, jak ich uwodzić w sposób zupełnie "niewinny", wszystko po to, żeby wracali po kolejne tatuaże (i przy okazji zostawiali więcej kasy), ale nigdy niczego wprost nie obiecujący.

Najbardziej spodobała mi się nowela Bergera "El primo". Jest ona jakby komplementarną wersją "Ariego". Tym razem jednak obie strony czują przyciąganie. Zaczyna się taniec, testowanie tego, czy to tylko pobożne życzenia, czy też naprawdę ten drugi coś czuje. I świetne zakończenie, kiedy wydaje się, że bohaterowie są o krok od spełnienia, czas upływa, pozostaje żal, że zmarnowało się czas. Berger w bardzo sugestywny sposób oddał intymne i emocjonalne aspekty całej sytuacji. Cudo! (Ps. Javier De Pietro wygląda tu zupełnie inaczej niż w "Ausente").

Niestety Berger nie wykorzystał do końca okazji w "Los brazos rotos". Praktycznie cały film wydaje się grą z widzem, co bardzo, ale to bardzo mi się spodobało. Bo scena niby nie ma w sobie nic erotycznego, ale przez kontekst, umieszczenie jej wśród pozostałych nowelek, nabiera drugiego znaczenia, a w zachowaniach pielęgniarza i jego podopiecznego możemy doszukiwać się podtekstów. I gdyby tak zostało do końca noweli, wtedy uznałbym ją za najlepsza. Niestety jedno spojrzenie wystarcza, by rozwiać złudzenia. Dla bohaterów to wcale nie było do końca niewinne przeżycie. Szkoda.

O dziwo, najsłabiej w tym zestawieniu wypadły dwie nowele, której bohaterami są kumple. Ani w "El otro" ani w "Entrenamiento" nie udało się uchwycić tego przejścia ze zwykłej znajomości do czegoś więcej. Nie ma tu tej zmysłowości, napięcia, jakie wyczuwa się w pozostałych nowelach. Zamiast tego mamy sporo niezręczności i nieprzekonywujące powielanie stereotypów.

Ocena: 6

Brake (2012)

Praktycznie cały film byłem rozczarowany tym, co widzę i zastanawiałem się, czy przypadkiem twórcy nie przesadzili z ambicjami. Ale na pytanie, czy "Potrzask" może coś uratować uzyskałem pozytywną odpowiedź. Świetna końcówka odkupiła wszystko, co nie zadziałało wcześniej.


Przez 99% filmu "Potrzask" wydaje się niczym więcej, jak powtórką z "Pogrzebanego". Żeby się wyróżnić, podniesiono stawkę i tym razem mamy do czynienia ze zmasowanym atakiem terrorystycznym na Amerykę. To, co się dzieje oglądamy z perspektywy jednego człowieka, zamkniętego w szklanej skrzyni umieszczonej w samochodzie.

Jeden aktor i sporo akcji. Niezwykła mieszanka, ale mimo najlepszych starań, nie do końca udało się twórcom zbudować odpowiedni poziom napięcia. Ale za to twórcom całkiem dobrze poszło uśpienie mojej czujności. Dlatego też fabularna wywrotka,  a nawet dwie, jakie zaserwowali pod koniec, były dla mnie zaskoczeniem i to jak najbardziej pozytywnym. Świetna pointa i bardzo okrutny morał. Gdy stoisz na straży państwa, nigdy nie możesz tracić czujności, a rodzina nie jest podporą, a najsłabszym ogniwem, przez które zginąć mogą miliony.

Ocena: 7

piątek, 1 marca 2013

Borgríki (2011)

W świecie zbrodni nie ma miejsca na "biznes", tam wszystko jest sprawą osobistą. Tak przynajmniej wynika z filmu "Państwo w państwie".


Film ma typową szkatułkową strukturę: kilku bohaterów i ich zazębiające się losy. Są wśród nich policjantka, serbski gangster, islandzki pan i władca kryminalnego świata, skorumpowany szef policji i szeregowy rzezimieszek. W ich pracy trudno nie jest nastąpić komuś na odcisk. Najmniejsza pomyłka w ocenie sytuacji prowadzi do tragedii, a stąd już prosta droga do nakręcania spirali zemsty i przemocy. Reżyser pokazuje nam to wszystko w krótkich zajawkach. Scena, cięcie, scena, cięcie, scena, cięcie. Wszystko się zmienia poza jednym: ból, cierpienie i błędne koło brutalności.

Gorzki to film, w którym nie ma miejsca na gloryfikację gangsterskiego świata. Okrutny film tym bardziej, że rozgrywa się w Islandii, która raczej nie kojarzy się z niebezpieczeństwem i brutalnością. A skoro tam jest tak czarno, to jak musi być tam, gdzie zbrodnia jest normalnością?

Ocena: 6

Ps. Wojciech Golczewski to zdecydowanie nazwisko, które muszę zapamiętać. Zrobił całkiem niezłą muzykę.

Bad Boy Street (2012)

Pewnych opowieści nie powinno się kręcić, jeśli nie ma się na to odpowiedniego budżetu i zaplecza technicznego. W "Bad Boys Street" chwilami szwankują tak podstawowe rzeczy, jak nagranie dialogów, więc trudno uwierzyć, że Brad/Aaron/Scott jest gwiazdą kina. Gdyby tylko Verow wymyślił inny powód, dla którego bohaterowie nie mogą być razem. Ale w tej wersji naprawdę nie byłem w stanie zawiesić niewiary. Jestem tylko człowiekiem i mam swoje ograniczenia.


Gdyby nie kwestia techniczna, historia nie byłaby nawet taka zła. Fakt, jest to bajka i to z rodzaju tych bardzo ckliwych i przesłodzonych. Ale to akurat wcale mi nie przeszkadzało. Za to po prostu nie mogłem znieść tego czegoś, co uchodziło za muzykę. Nie jestem aż takim słuchowcem, ale tu z trudem powstrzymywałem się przed wyłączeniem fonii.

Parę rzeczy było jednak fajnych: tekst Catherine, że musi przestać sypiać z pijanymi gejami, jej koszulka "Poor American" i ręcznik na głowie, którym wcześniej przepasany był Brad. Zabawne było też to, że niby Catherine i Claude są na oficjalnej premierze i niby jest tłoczno, a tymczasem w kadrze widać tylko ich i pełno pustych krzeseł (i nie, nie kupuję ich wyjaśnienia).

Ocena: 3