wtorek, 30 kwietnia 2013

Project Kronos (2013)

Sam w sobie "Project Kronos" nie jest filmem w najmniejszym stopniu wybitnym. Ale rozbudza apetyt na więcej. Jest znakomitym wstępem do kosmicznej epopei, której szczegóły bardzo chciałbym poznać.


Film utrzymany jest w konwencji dokumentu opowiadającego o szczegółach wyprawy człowieka (a dokładniej mózgu człowieka) w kosmos. Zebrane w jej trakcie dane otwierają przed ludzkością niezwykłe możliwości i być może pozwolą nawiązać kontakt z inteligentną obcą formą życia. Końcówka otwiera drogę albo dla filmu albo dla powieści SF, która ma w sobie niesamowity potencjał. Ciekawe, czy na krótkim metrażu się skończy, czy może historia doczeka się ciągu dalszego.

Ocena: 6

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Great Expectations (2012)

Dwie rzeczy są plagą człowieka, czyniąc jego życie pasmem cierpienia i bólu. Pierwszym jest wiedza, świadomość, że poza tym kawałkiem świata, jaki znamy z dnia codziennego, istnieje świat wielu możliwości. Wiedza ta rodzi pragnienia, których niemożliwości zaspokojenia czyni nas zgorzkniałymi, skłonnymi do zbrodni, niewdzięcznymi, wstydliwymi. Drugim jest rozsądek, zdolność budowania racjonalnych wytłumaczeń, które są narzędziami mordu na naszych czystych duszach, bo pozwalają nam uzasadnić postępowanie, które zrani najbliższych. Dzieckiem tej dwójki są tajemnice, z których z kolei rodzi się błędne koło bólu. Wydobyć nas z niego może tylko miłość i to wyłącznie wtedy, jeśli jest odwzajemniona. W tym świecie nie ma miejsca dla Boga, tu ludzie sami ze sobą igrają wydając siebie na pokuszenie, będąc oskarżycielami, sędziami i katami.


"Wielkie nadzieje" Dickensa to opowieść prawdziwie monumentalna. Doniosłość historii, totalność uczuć, o jakich opowiada, grzechów i win, jakie są udziałem bohaterów, obezwładnia. Nic więc dziwnego, że wciąż na nowo kusi filmowych twórców, lecz zazwyczaj padają oni pod ciężarem dzieła Dickensa. Nie inaczej jest i z wersją Mike'a Newella.

Jest to wersja poprawna i w tym tkwi jej największy problem. Opowiada historię, ale nie przekazuje emocjonalnej prawdy. Obserwuje bohaterów, ale nie czyni z nich ludzi bliskich widzowi. Newell wybrał bardzo bezpieczną drogę, przez co jego film sunie się niczym ślimak zamiast szybować w powietrzu niczym orzeł. Kiedy mimo wszystko udaje się dotknąć rzeczywistych uczuć, dzieje się tak za sprawą siły oryginału, a nie dzięki reżyserskiej wizji Newella.

Nie pomagają też doświadczeni aktorzy. Fiennes w swojej pierwszej scenie wcale nie przypomina zbiegłego kryminalisty, a szekspirowskiego aktora, który z przejęciem deklamuje któryś ze słynnych monologów barda. Bonham Carter niestety była zbyt oczywistym wyborem do roli Panny Havisham. Zbyt często grała podobne postaci, przez co jej image mocno się zdewaluował i nie robi już takiego wrażenia, jak powinna. A szkoda, bo to właśnie losy Panny Havisham poruszają najbardziej, jako że jest najtragiczniejszą z bohaterek "Wielkich nadziei", jedyną, która tak naprawdę nigdy nie otrzymuje odkupienia, choć jak mało kto na nie zasługuje. Lepiej sprawuje się para młodych aktorów, właśnie dlatego że są nieopierzeni, że w ich grze brakuje finezji. Ale w przypadku tych akurat postaci, działa to na ich korzyść.

Ocena: 6

niedziela, 28 kwietnia 2013

Extremely Loud & Incredibly Close (2011)

Daldry ma na swoim koncie dwa znakomite filmy: "Billy Elliot" i "Godziny". Wydawać by się więc mogło, że jest doskonałą osobą do zaadaptowania powieści Foera. Niestety tym razem wyczucie go opuściło. Postać młodego Oskara i jego niezwykła wyprawa poszukiwawcza wymagały specyficznego podejścia, tymczasem Daldry zrobił rzecz bardzo staromodną, poprawną, wręcz podręcznikową. W ten sposób nie udało mu się uchwycić ducha opowieści, zamiast tego króluje przytłaczająca monotonia, brak pomysłu na bohatera i nuda. Interesująco robi się tylko na koniec, kiedy Oskar dokonuje bolesnej spowiedzi, a jego matka odsłania prawdziwą rolę, jaką odgrywa w całej opowieści. Ratuje to historię przed totalną porażką, ale jest za późno, by uczynić z filmu dzieło naprawdę wyjątkowe.


Ale to jest problem uniwersalny kina i w ogóle tworzenia przekładów: na ile należy być wiernym literze a na ile duchowi oryginału. Daldry idąc w kierunku monologów z offu, rezygnując z niekonwencjonalnych metod filmowej narracji (ograniczając się do prostych zabiegów montażowych zaburzających linearność, ale też w zasadzie tylko na początku filmu), staje po stronie tego pierwszego sposobu postępowania. Co jest zaskakujące, bo przecież w "Godzinach" dokonał kluczowych zmian w stosunku do powieści Cunninghama, a jednak stworzył dzieło bliźniacze do oryginału.

Cały problem filmu najlepiej obrazuje scena wyrzucania z siebie przez Oskara frustracji związanych z poszukiwaniami przed Najemcą. Jest to bowiem de facto powtórzenie tego, co zdążyliśmy już zobaczyć. Co śmieszne, powtórka wypada o wiele bardziej atrakcyjnie i w zasadzie neguje rację bytu całej pierwszej godziny filmu.

Ocena: 5

sobota, 27 kwietnia 2013

Not Suitable for Children (2012)

Film nr 7836 opowiadający o tym, że rak to najlepsza rzecz, jako może przydarzyć się człowiekowi. I w zasadzie powinienem się zgodzić z niskimi ocenami jakie ma IMDb czy Filmwebie. A jednak, mimo całej swej przewidywalności, oczywistości i naiwności, przypadł mi do gustu.


To chyba w dużej mierze zasługa obsady. Ryan Kwanten idealnie odnajduje się w tego rodzaju postaciach, sympatycznych, na granicy normalności, zdesperowanych i zagubionych, a jednocześnie pozytywnych w podejściu do świata. Fajnie uzupełniają go Sarah Snook, której dotąd w niczym nie widziałem i Ryan Corr, którego niby w jednym filmie widziałem, ale jakoś kompletnie nie kojarzyłem. Dzięki nim całkowity brak oryginalności dało się łatwo zignorować.

Ocena: 7

Eres mi héroe (2003)

Z dorastaniem jest jak z walką o wolność. To jeden wielki bałagan, kroczenie przed siebie po omacku, nie do końca wiedząc, co się robi, ale czując podskórnie, że tak trzeba. Na drodze czekają liczne przeszkody, o które będzie się potykać, który sprawią ból. A kiedy w końcu przebrnie się przez to wszystko, okaże się, że cel nie jest tym, czym myśleliśmy, że będzie... a może jest, tylko my po prostu się zmieniliśmy.


"Eres mi héroe" to prosta ale jakże ciepła i wzruszająca opowieść o 12-latku, który po raz pierwszy poznaje czym jest przyjaźń i miłość, a jednocześnie jest świadkiem zmian w kraju tuż po śmierci Franco. Gdyby ten film był malarskim obrazem, to byłby z całą pewnością akwarelą. Jest w nim coś ulotnego, nieprecyzyjnego, ale jednocześnie bardzo intymnego i trafiającego prosto w serce. Skłonność Hiszpanów do melodramatyzowania w tym przypadku zadziałała na korzyść nadając całej opowieści namiastkę szczerości ukrytej w naiwnej baśni.

Ocena: 8

piątek, 26 kwietnia 2013

Iron Man 3 (2013)

Ponoć do trzech razy sztuka. Niestety tym razem przysłowie się nie sprawdziło. Marvel miał trzy szanse zrobić dobrego "Iron Mana" i wszystkie je zmarnował. W porównaniu z pierwszym "Kapitanem Ameryką" czy "Avengers" "Iron Man 3" pozostawia spore poczucie niedosytu. I fakt, że jest to najlepsza część opowieści o Żelaznym Człowieku, jest tylko niewielkim pocieszeniem.


Na pierwszy rzut oka wszystko jest git. Twórcy spróbowali pogodzić ogień i wodę. Z jednej strony mamy więc mroczną podróż w głąb psychiki bohatera, który musi zmagać się z własnymi demonami, coś, na czym oszalało Hollywood od czasu Nolana. Z drugiej strony Marvel nie zapomina, że przecież jest to komiks dla dzieciaków, więc rozładowuje mroczny nastrój bardzo dużą dawką humoru. I to właśnie to jest atutem filmu. Momentami "Iron Mana 3" można odbierać wręcz jako parodię Batmanów Nolana. Oto wielka scena chwały i nagle bach, kompletnie nieprzewidywalny komediowy zwrot akcji wybija nas z rytmu. Największą grę z oczekiwaniami widzów zapewnia jednak Ben Kinglsey. Jego postać to kolejny duży plus.

A jednak coś tu zgrzyta, coś nie funkcjonuje jak należy. Im dłużej o tym myślę, tym bardziej przekonany jestem, że problemem "Iron Mana 3" jest sam Tony Stark. Twórcy chcą w jego osobie zmieścić wszystkie możliwe ikony bohaterstwa. Jest więc ideałem mężczyzny dla każdego: kobiety go pożądają, naukowcy marzą o współpracy z nim, porzuceni przez ojców chłopcy widzą w nim doskonały substytut (scenki z dzieciakiem należą do najzabawniejszych). Nadal pozostaje cynikiem i nadmiernym egocentrykiem, a jednocześnie rozkleja się i ma napady lęków. Za dużo tu tego wszystkiego, na dodatek jest to niespójne z tym, co prezentował w poprzednich filmach.

Jednak najgorzej jest, kiedy zaczniecie się zastanawiać nad fabułą. Dlatego też zaklinam was na wszystkie świętości: nie myślcie o tym. Nie zadawajcie niewygodnych pytań o to, jaka jest/miała być konkretnie rola Tony'ego Starka w intrydze. Bo przez pierwszą połowę filmu jest on pomijany, staje się graczem przez przypadek. Ale potem okazuje się, że jest kluczem, bez którego nie można się obyć, choć nie powstrzymywało to wcześniej nikogo przed dybaniem na jego życie.

"Iron Man 3" pozostaje więc przede wszystkim dynamiczną komedią. Niespójną i chaotyczną, ale w miarę przyjemną do oglądania. Nie jest to najgorszy film Marvela, ale też i nie najlepszy.

Ocena: 6

PS. Prawie wszystkie sceny z Mandarynem, które zostały zamieszczone w powyższym zwiastunie zostały usunięte z ostatecznej wersji filmu.

Interior. Leather Bar. (2013)

No tak. Moje obawy co do "Interior. Leather Bar" spełniły się. Travis Mathews robi wszystko, bym stracił do niego szacunek, jaki zaskarbił sobie po krótkometrażówce "I Want Your Love". "Inetrior. Leather Bar" to piąty jego film, jaki obejrzałem i jest on dokładnie taki sam jak wszystkie cztery wcześniejsze. Mathews zachowuje się jak typowy pornograf. Operuje dość skromny zasobem środków, powtarzając w kółko te same sceny. Żeby zachować uwagę widzów, oferuje fetyszyzację poprzez zmianę scenografii lub dodawanie innych atrakcji. Tym razem tą atrakcją mają być heteroseksualiści skonfrontowani z realnością homoseksualnego seksu. Co ciekawe ta konfrontacja dotyczy tylko i wyłącznie mężczyzn. Choć na planie jest kilka kobiet, to jednak ich opinie na temat tego, co się dzieje, nikogo nie interesują.


Prawdopodobnie nie frustrowałoby mnie to aż tak bardzo, gdyby nie fakt, że Mathews jest dobrym reżyserem. A przynajmniej doskonale wyczuwa wizualną stronę swoich opowieści. Jest jednym z nielicznych twórców, którzy naprawdę świetnie pracuje na bliskich planach i ekstremalnych zbliżeniach. Ma niezwykłą umiejętność kreowania intymności. W "Interior. Leather Bar" to, co wyszło mu najlepiej to kompletnie zacieranie granicy między prawdą a artystyczną kreacją. Moją ulubioną sceną jest ta, w której "Val" siedzi w pokoju i czyta scenariusz. Zaraz potem widzimy, że obserwuje go jedna kamera, za nią stoi następna, całość obserwuje jeszcze jedna i w końcu ostatnia, z której obraz pokazany jest na ekranie.

Niestety to zatarcie granic, choć prowadzi do ciekawych, paradoksalnych ujęć, jednocześnie podkopuje wiarygodność przesłania filmu. Bo też bez możliwości oceny, czy cokolwiek w tym filmie jest autentyczne, (czy może nawet żona "Vala" jest tylko postacią ze scenariusza?) nie sposób odnieść się do ich reakcji. "Val" i "Franco" zachowują się w pewnym momencie tak, jakby byli na planie co najmniej filmu "2 Girls 1 Cup". Czy zatem naprawdę tak ich to, co zobaczyli, szokuje, czy jest to tylko gra?

"Interior. Leather Bar" sprawdza w praktyce jakie są granice tolerancji. Wymusza bowiem na bohaterach-heteroseksualistach o deklaratywnie liberalnych poglądach, by poznali jaka jest różnica między teoretycznym wypowiadaniem sądów wyzwolonych, a bycie postawionym oko w oko z rzeczywistymi konsekwencjami takich sądów. Łatwiej jest powiedzieć, że seks gejowski jest ok. Ale czy równie łatwo jest to powiedzieć, kiedy widzi się faceta robiącego loda?

Niestety wzorem samego Franco (który gdzieś przemyka na drugim planie), film zadaje tylko połowiczne pytania, a rzeczywistego problemu nawet nie podejmuje. A przecież, kiedy obserwuje się "Vala", jak na dłoni widać, że problem tkwi gdzie indziej. Prawdziwe pytanie, na które "Interior" nie daje żadnej odpowiedzi (a nawet nie wskazuje na to, że pytanie to w ogóle zauważa), brzmi bowiem tak: czy jeśli widok dwóch (lub więcej) facetów uprawiających seks mierzi, wywołuje dyskomfort, to czy oznacza to, że osoba taka mimo deklarowanej tolerancji jest w rzeczywistości homofonem? A może są to dwie oddzielne kwestie? Szkoda, że twórcy nie podejmują tematu, bo jest on moim zdaniem ciekawszy niż puste obserwowanie reakcji heteroseksualisty postawionego w mało komfortowej sytuacji. Osobiście oczywiście popieram tę drugą opcję i uważam, że "Val" został postawiony w sytuacji nie do końca fair. Ale ponieważ twórcy nie wgryźli się w temat, zostajemy w tej kwestii tak naprawdę z niczym.

Ostatecznie "Interior. Leather Bar" jest, przynajmniej dla mnie, opowieścią o uległości, wykorzystaniu i skłonności do manipulacji. "Val" jawi się tu jako postać ufna i lojalna, która daje się wykorzystywać kumplowi, nawet jeśli nie jest to do końca rozsądne. Tytułowy skórzany bar odnosi się do S/M, czyli seksualizowanej formy uległości i dominacji. Jednak "Interior" pokazuje również jej aspekty aseksualny, równie silmy emocjonalnie. "Franco" jest tu masterem, "Val" jego popychadłem. "Val" jest psychicznie i emocjonalnie "torturowany" (ale czyni to dobrowolnie), zobowiązania wobec mastera są istotniejsze nawet od zobowiązań wobec żony i nie ma na to wpływu fakt, że master się w połowie projektu zmywa. W ten sposób jest to też studium przyjaźni, gdzie wyraźnie obie osoby nie są sobie równe, ale są komplementarne i wzajemnie się uzupełniają.

Ocena: 5

środa, 24 kwietnia 2013

For Greater Glory: The True Story of Cristiada (2012)

Katolicy przez setki lat byli mistrzami popkulturowej propagandy, jak nikt inny promując swój punkt widzenia. Ale ostatnie lata nie są dla nich zbyt udane. Czego najlepszym dowodem jest "Cristiada". Ten film wyglądałby jak coś wygrzebanego z zakurzonego kąta na strychu już 30 lat temu. Oglądany dziś jest naprawdę trudny do wytrzymania. Sam musiałem robić do niego kilka podejść, by w końcu przez niego przebrnąć.


Mogę twórcom darować całkowitą ideologiczną ślepotę. W końcu od filmu propagandowego trudno wymagać obiektywizmu. Mogę przymknąć również oko na bardzo nierówno rozłożone akcenty jeśli chodzi o prezentację poszczególnych bohaterów. Ale nie potrafię przejść obojętnie obok faktu, że twórcy w najmniejszym nawet stopniu nie próbowali zrobić ze swojej opowieści filmowego widowiska. Jakby wyszli z założenia, że temat wystarczy za wszystko, że jest tak ważny, że cała reszta to już tylko pretekst.

I na nieszczęście wiele osób zapewne ten punkt widzenia podziela. Nie po raz pierwszy spotykam się bowiem z sytuacją, w której film nie może być krytykowany (albo chwalony) ponieważ podejmuje konkretny temat. A dla mnie liczy się sam film. Pod tym względem "Cristiada" przegrywa nawet z polskimi komediami romantycznymi. Co jest wyczynem samo w sobie. Jest pompatyczna i ciężka. Ma nadęte dialogi i sporo kazań rodem z ambony. Jakby samo słowo "Bóg" sprawiało, że bohaterowie tracili zdolność do normalnego i naturalnego wypowiada się. Filmowi brakuje bohatera, brakuje fabuły, która niczym droga wytyczałaby szlak, jakim ma podążać narracja. Stąd film składa się z trudem łączonych ze sobą scenek rodzajowych. Postacie pojawiają się i znikają jak w kalejdoskopie, obcesowo wypychane na pierwszy plan i równie bezwzględnie z niego wyrzucane, kiedy tylko jest to na rękę twórcom. Szkoda, że nie zwrócono się z prośbą o realizację do Mela Gibsona. Wiele można mu zarzucić, ale na reżyserii się zna i na pewno zrobiłby film o wiele bardziej emocjonalnie przejmując. A tak pozostaje mi tylko żałować fantastycznej obsady, która została doszczętnie zmarnowana.

Ocena: 3

Love (2008)

UWAGA SPOILERY


Na pierwszy rzut oka "Love" wydaje się typową opowieścią o gwałcie na randce. Jak to jednak zazwyczaj bywa, prawda jest bardziej skomplikowana. I za to, że twórcy to zauważyli i w banalnie prosty sposób byli w stanie pokazać, mają u mnie duży plus.

Jest więc "Love" to opowieścią o zgubnych skutkach naiwności. Love nie do końca trzeźwy, mający chyba przesadnie romantyczne oczekiwania ,dostał to, o co się prosił. Miał kilka możliwości wycofania się. Nie skorzystał z żadnej z nich. Kiedy w końcu się rozmyślił, było już za późno.

Co oczywiście nie rozgrzesza sprawcy. Podobnie jak i prawda o nim samym. Ale pozwala nam, widzom, zrozumieć, że Sebastian jest także ofiarą, ofiarą swoich własnych lęków i nietolerancji. Agresja, którą czuje wobec siebie, pod wpływem alkoholu i naiwnego idioty, który sam pcha mu w ręce narzędzie zbrodni, zostaje uwolniona. Traci nad nią kontrolę i dla niego też jest już za późno, by się rozmyślić. Dostał więc również to, o co się prosił. A raczej dostanie, jeśli Love zrobi w końcu użytek z głowy i nie przejdzie obojętnie obok komisariatu.

Ocena: 7

How to Survive a Plague (2012)

Tytuł tego nominowanego do Oscara dokumentu jest nieco mylący. "Jak przetrwać plagę" to opowieść o biurokracji i organizacji. Jednostkowe postacie są w niej ważne jako elementy całej tej przedziwnej machiny.


I jako walka Dawida z Goliatem film prezentuje się interesująco, aczkolwiek nieuchronnie popada w koleiny historii podobnych, a dotyczących innych chorób. Historia AIDS, przy całej przytłaczającej liczbie ofiar, jest bowiem identyczną historią inercji badaczy (rzeczywistej czy tylko tak postrzeganej przez tych, którym czas ucieka) i bezduszności systemu, jak chociażby w przypadku znacznie rzadszej adrenoleukodystrofii.

Problemem filmu jest równie to, że twórcy ambitnie próbowali wziąć się za bary z globalnym procesem. Ale jednocześnie nie chcieli uczynić organizacji głównymi bohaterami filmu. W rezultacie "Jak przetrwać plagę" jest więc filmem wewnętrznie rozdartym. Rozumiem, że takie ryzyko było wkalkulowane, bowiem inaczej twórcy nie zdecydowaliby się na taką konstrukcję. Nie mniej jednak z tego powodu "Jak przetrwać plagę" jest przede wszystkim dokumentem edukacyjnym, przybliżającym wydarzenia dziś już stanowiące dla wielu odległą historię.

Ocena: 6

PS. Trudno nie porównywać sytuacji z AIDS do niedawnych epidemii grypy i szaleństwa propagowania niesprawdzonych szczepionek, których stosowanie propagowane było przez różne rządy, w tym także przez polski.

wtorek, 23 kwietnia 2013

De rouille et d'os (2012)

Serio, ten film uznawany jest za jedną z najlepszych francuskich produkcji 2012 roku? Mnie Jacques Audiard kompletnie rozczarował, zwłaszcza po świetnym "Proroku". "Rust and Bone" to kino pompatyczne, zaślepione przekonaniem twórcy o swych artystycznych mocach przerobowych. A w rzeczywistości jest to przydługa bajka, która długo udaje próbę uchwycenia prawdy o ludzkiej naturze, by na końcu wszystko to wrzucić do kosza i dokonać gwałtu na inteligencji widzów.


Przez większość filmu "Rust and Bone" jeszcze jakoś się broni (nawet jeśli jest rozciągnięte do granicy wytrzymałości). Broni się dzięki postaci Alaina, emocjonalnego nomada, niezdolnego do odpowiedzialności i stałości. Jest jak lek, który w niewielkich dawkach bywa zbawienny. Przekonuje się o tym Stéphanie, dla której szorstkie obejście Alaina jest idealną podporą, kiedy jej świat legł w ruinie. W jego zachowaniu wobec niej nie ma litości, przewrażliwienia czy natrętnej troski. Traktuje ją normalnie, czasem z chłodem, czasem ze zdumiewającą otwartością i szczerością. Jednak w zbyt dużych dawkach bywa destrukcyjny, o czym przekonują się jego siostra i syn. I właśnie przez konsekwentne budowanie takiego portretu bohatera, kompletnie nie wierzę w to, co dzieje się przez ostatnie 20 minut. Poczułem się oszukany, a film okazał się stratą dwóch godzin. Gorszych wyborów już chyba nie dało się dokonać. Żal mi Audiarda, żal mi Schoenaertsa i żal mi siebie, że nie przerwałem oglądania filmu, kiedy jeszcze miałem okazję.

Ocena: 4

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Une nuit (2012)

Nocą w Paryżu znikają granice. Te dzielące prawo od bezprawia, policjantów od przestępców. Tu wszyscy grają w niebezpieczną, czasem śmiertelną grę o władzę i wpływy. Policjant Simon Weiss z wydziału narkotykowego z pozoru stoi na straży porządku publicznego. W rzeczywistości jest jednym z czołowych graczy, a czasem tylko pionkiem w cudzych rozgrywkach. A cud tego systemu polega na tym, że wcale nie musi być przekupiony. Czy raczej: nie trzeba mu płacić pieniędzmi. On przyjmuje inną walutę – informacje. Jego szpiclami są wszyscy, a przekazywane mu namiary są wpisane w skomplikowany system manipulacji wpływami. Weiss świetnie się w tym świecie orientuje, może nawet za dobrze. Bo choć ma rezultaty, to nie jest jasne, czy do końca służą one wzmocnieniu prawa na ulicach Paryża.


"Noc" to soczyste kino policyjne stojące w całkowitej opozycji do produkcji amerykańskiej. Wychodząc z tego samego punktu widzenia co filmy hollywoodzkie, przez zrezygnowanie z sensacji i dynamiki kina akcji sprawia, że wyłaniający się obraz świata jest o wiele bardziej interesujący i znacznie mniej jednoznaczny. Jest to zarazem fascynujący portret jednostki, która zaczyna uświadamiać sobie własne ograniczenia.

Mocna rola Zema i świetna końcowa scena na komisariacie czynią z "Nocy" film warty uwagi.

Ocena: 7

I Am Nasrine (2012)

W "Jestem Nasrine" pokazany został świat nizin społecznych, emigrantów pracujących na czarno, biedaków z mieszkań komunalnych i osiedli przyczepowych. Brzmi ponuro, ale tu świat ten został pokazany w taki sposób, że czyni go magicznym, pięknym, pełnym możliwości spełnienia. To zabieg zamierzony, bo też oglądany jest z perspektywy dwójki młodych przybyszy z Iranu. Dla nich to rzeczywiście świat możliwości i cudów. Ale choć jest on piękny, to jednak nie jest idealny. Zapomnieć o tym, oznacza wystawić się na niebezpieczeństwo. Co więcej, to co jest dla jednego drogą ku lepszej przyszłości, wcale nie musi być równie dobre dla kogoś innego. Pchanie takiej osoby, by przestała się chronić, przypomina podcinanie osoby stojącej na krawędzi urwiska. W życiu nie ma uniwersalnych recept na szczęście.


Pierwsza fabuła w dorobku Tiny Gharavi to film ciekawy, ale zwodniczy. Na pierwszy rzut oka uwodzi lirycznym stylem, które jest przecież bardzo prosty. Wystarczyło trochę smyczkowego zawodzenia i nut z pianina, by zamienić obraz robotniczej dzielnicy w fascynujący świat pełen magii. Ale kiedy zrobi się krok do tytuł, okaże się, że tak naprawdę Gharavi operuje samymi stereotypami, tyle tylko, że za sprawą sprytnej oprawy muzycznej maskuje ich znaczenie. Nie robi jednak nic, by wgryźć się głębiej, przebić się przez stereotypy to czegoś ciekawszego, niekoniecznie bardziej prawdziwego (bo w końcu stereotypy nie są zawsze fałszywe).

Ocena: 7

Here Comes the Boom (2012)

Czy "Mocne uderzenie" miało być filmem podnoszącym na duchu, z pozytywnym przesłaniem? Jeśli tak, to ja tego nie zauważyłem, poza "wzruszającą" przemową o komórce, która dzieli się swoją energią z sąsiadującymi z nią komórkami i w ten sposób zapewnia uzdrowienie całego systemu.


Tyle tylko, że w filmie nic z tego pospolitego ruszenia nie wychodzi. Tak, bohaterowi udaje się ruszyć z inercji uczniów, ale nikogo więcej. Do końca filmu ciało pedagogiczne w całej swej masie pozostaje niewidoczne. Nawet rodzic jest bezradny bez pomocy głównego bohatera. Efekt energetycznej komórki okazuje się więc mocno przeszacowany, a niewypowiedziany morał jest prosty: kiedy zabraknie tej jednej komórki, system powróci do stanu apatii w mgnieniu oka. A kiedy jest ciężar zmian wcale się nie rozkłada, tylko spoczywa wyłącznie na barkach tej jednej komórki.

"Mocne uderzenie" nie jest też zabawnym filmem. Nawet scena wymiocin tu nie robi żadnego wrażenia. Twórcom udały się jedynie sceny walki. W niektórych momentach naprawdę fajnie zostały pokazane.

Ocena: 4

Four (2012)

Ech. Nie ma to jak trochę poczucia winy na święta. Nawet jeśli jest to "tylko" Dzień Niepodległości. "Four" to opowieść o potrzebie kontaktu z drugim człowiekiem, potrzebie wynikające z własnego bólu, wstydu i wyrzutów sumienia. Niestety jest to opowieść niespełniona. Zapewne miała skłaniać do refleksji, a kończy się wywołaniem westchnienia ulgi, że to już koniec. A przecież jak na współczesne standardy nie jest to film długi.


Problemem "Four" jest to, że nie udało mu się uwolnić od scenicznego pierwowzoru. Ten bardzo mocno opiera się na monologach. W kinie to wypada jednak sztucznie. Reżyser powinien więc był albo dostosować formę, nie uciekać od teatralności, ale wykorzystać ją na swoją korzyść, albo zignorować strukturę oryginału, porzucić monologi i spróbować oddać ducha, ale uczynić to własnymi słowami. Joshua Sanchez nie potrafił wybrać ani jednej ani drugiej drogi, więc w rezultacie zrobił film nijaki i o niczym. Na dodatek błędem okazało się kręcenie niemal wszystkiego w bliskich planach. To jeszcze bardziej wydobywało sztuczność. Plusami filmu są całkiem niezłe kreacje aktorskie i wykorzystana piosenka Caveman.


Ocena: 5

niedziela, 21 kwietnia 2013

Love and Honor (2013)

W zasadzie powinno być mi głupio, że "Miłość i honor" mi się spodobała. Cyniczna część mojej natury wrzeszczy, że przecież jest to w gruncie rzeczy głupiutka, naiwna bajeczka, romansidło osadzone w czasach niepokojów związanych z wojną w Wietnamie. Rzecz dobra dla przysłowiowych kucht domowych i nieopierzonych nastolatek i dla nikogo innego.


A jednak to prawda, "Miłość i honor" spodobała mi się, choć przecież wszystko, co napisałem powyżej jest prawdą. Może jest tak dlatego, że twórcom udało się nasycić ją ciepłem. Może dlatego, że jest opowiedziana w sposób bezpretensjonalny, prosty, z troską o swoich bohaterów, którzy są naprawdę sympatyczni. Liam Hemsworth tworzy uroczą parę z Teresą Palmer, a Austin Stowell przekonująco gra sympatycznego gościa, który w czasach zawieruchy pielęgnuje proste marzenia o dziewczynie i ich wspólnej przyszłości. "Miłość i honor" przy całej swej naiwności kupuje mnie historią przyjaźni i miłości. Jest w tym coś zwyczajnie uroczego.

Ocena: 7

The Cold Light of Day (2012)

Nie rozumiem dlaczego producenci przeciętniaków z uporem maniaka angażują do nich gwiazdy z pierwszej ligi. Jeśli myślą, że w ten sposób dowartościują film, to się grubo mylą. Fakt, pewnie po "Zimne światło dnia" nie sięgnąłbym, gdyby nie nazwiska Weaver, Cavilla i Willisa, ale aktorzy ci niestety zamiast poprawiać całość, tylko jeszcze bardziej wydobywają na powierzchnię jego przeciętność. O wiele lepiej sprawdziłby się jako produkcyjniak bezpośrednio na DVD z nieznanymi szerzej aktorami w obsadzie.


Fabuła to standard. Dla Willisa wygląda to w zasadzie jak wprawka przed piątą częścią "Szklanej pułapki". Znów ma syna, z którym nie potrafi się porozumieć. Znów trzeba kogoś ścigać. Zwroty akcji są nawet niezłe. Niestety film na poziomie realizacyjnym mocno szwankuje. Począwszy od dupereli, jak źle oświetlony Cavill, przez co wyraźnie widać granice sztucznej opalenizny i pudru, po chaotycznie zrealizowane sceny pościgów, które zamiast dynamiki wprowadzają tylko bałagan.

Biedny Mabrouk El Mechri. Dostał śmierdzące jajo jako swój pierwszy projekt z hollywoodzkimi gwiazdami i oczywiście nie był w stanie go uratować. A brak sukcesu może mu zamknąć wrota do międzynarodowej kariery. Trochę szkoda, bo "JVCD" było mimo swoich wad fajnym filmem.

Ocena: 5

Undressing Israel: Gay Men in the Promised Land (2012)

Typowa propagandówka, która nie do końca jest tak szczera, jak się wydaje.


Już sam tytuł jest mylący. Tak naprawdę powinno się w nim zastąpić "Izrael" "Tel-Awiwem", bo też poza ogólnymi informacjami dotyczącymi ustawodawstwa i stanu prawnego,jest to opowieść o gejach w Tel-Awiwie właśnie. Michael Lucas w ten sposób omija bardzo szerokim łukiem wszystkie problematyczne sprawy, kreśląc obrazek kraju, który jest postępowy i o wiele bardziej otwarty niż większość państw uznawanych stereotypowo za bardziej rozwinięte.

I jest to obrazek bardzo kuszący, a byłby jeszcze bardziej, gdyby nie narcystyczna natura Lucasa, która sprawia, że co minutę musi się pojawić na ekranie, choćby po to, żeby pokiwać głową zasłuchany w to co mówią jego rozmówcy. Z drugiej strony nie sposób nie czuć propagandowej manipulacji, wykorzystywania otwartej polityki wobec homoseksualistów do pokazania w lepszym świetle samego Izraela. W ten sposób znów tytuł jest mylący, bo w intencji geje są tu potraktowani przedmiotowo mając dać państwu, które na świecie ma mieszaną opinię, przyjazną i pozytywną twarz.

I jeszcze jedna sprawa. Zastanawiający jest całkowity brak lesbijek w tym filmie. Czy to jest tylko i wyłącznie wynik plemnikowej solidarności Lucasa, który nie potrafi wyjść poza obręb swojej płci i fascynacji nią? A może jest to forma pasywnej dyskryminacji?

Ocena: 5

sobota, 20 kwietnia 2013

Electrick Children (2012)

15-letnia mormonka jest przekonana, że po wysłuchaniu piosenki z kasety magnetofonowej zaszła w niepokalany sposób w ciążę. Ponieważ nikt jej nie wierzy, a co więcej o spółkowanie z nią oskarżony zostaje jej brat, postanawia odnaleźć mężczyznę, który śpiewa na kasecie. Brzmi intrygująco, prawda? Niestety filmowa rzeczywistość jest zupełnie inna.


Rebecca Thomas zrobiła nudną, pseudouduchowioną przypowieść o niczym. Jest tu trochę historii dorastania, są też spekulacje biblijne, ale przede wszystkim jest bardzo dużo, o wiele za dużo, artystycznych aspiracji. To przez nie film nie ma w zasadzie nic do zaoferowania, jest chaotycznie opowiedziany, zaś montażowo-spoilerowe wtręty są zupełnie niepotrzebne, choć pewnie to dzięki nim reżyserka mogła poczuć się artystką.

"Elektryczne dzieci" mają jednak kilka ciekawych momentów. Gdyby nie scena w piwnicy, która skłania choć nie przekonuje ostatecznie do jednej interpretacji zdarzeń, całość można byłoby postrzegać przez pryzmat współczesnej historii Marii i Józefa. A tak pozostaje tylko morał, że naiwność i rezolutność to mieszanka naprawdę wybuchowa.

Ocena: 5

I Do (2012)

Jak szybko radość zamienia się w rozpacz, a chwila szczęścia w lata smutku. Wystarczył moment nieuwagi, upuszczony portfel i dochodzi do tragedii. Śmierć, która prowadzi do poczucia winy i tęsknoty, o których nigdy się nie mówi. Zamiast tego jest próba zadośćuczynienia. Przez siedem lat Jack żyje życiem swego zmarłego brata. Ale wtedy los się odwraca. Urząd emigracyjny nie przedłuża mu wizy, a w życie osobiste chaos i miłość wprowadzi sympatyczny Hiszpan. I nagle zostanie rozdarty pomiędzy pragmatyką codziennego życia, tragedią, której ranom nie pozwolił się dotąd zagoić i szczęściem.


Gdyby przede wszystkim o tym był "I Do", film by mi się bardzo spodobał. Niestety ten wątek przemyka cichaczem pod trzecim planie. "I Do" na nieszczęście jest w pierwszym rzędzie filmem propagandowym, którego celem jest podkreślenie jak stereotypy, a przede wszystkim bezduszność prawa zawadza gejom w osiągnięciu osobistego spełnienia. W ten sposób jednak "I Do" kompletnie się ode mnie alienuje. Choć bowiem mogę zrozumieć motywacje bohaterów, to propagandowe przesłanie jest mi kompletnie obce i nawet w najmniejszym stopniu nie jestem w stanie go poprzeć. Walcząc o równouprawnienie twórcy "I Do" całkowicie przekreślają afirmację różnorodności, zamiast tego wspierając jedną, jedyną akceptowalną drogę do szczęścia. Tą drogą jest bycie heretykiem w gejowskiej skórze. To wzorce społeczne określone przez heteroseksualną większość, w tym małżeństwo rozumiane jako związek dwojga ludzi, jest ideałem, do którego należy dążyć i o którego oddanie do udziału homoseksualnej mniejszości należy walczyć. Jest to ta sama przedziwna filozofia myślenia o równouprawnieniu, którą od dziesięcioleci stosują kobiety walcząc o swoje prawa. One też uznały męskie normy za ideał, który im się należy w udziale. To nie jest jednak droga, którą ja chciałbym podążać.

Dlatego też wolę filmy, które jeśli już ograniczają się do wzorca 1+1, to przynajmniej tonują swoje zapędy propagandowe (jak "Big Eden") lub takie, które pokazują, że szczęście można osiągnąć też w innych konstelacjach międzyludzkich (jak "El sexo de los ángeles" czy "Weekend z królem").

Ocena: 4

piątek, 19 kwietnia 2013

Oblivion (2013)

UWAGA SPOILERY!


Tym razem muszę się zgodzić z Disneyem. Ten film nie był warty powstania. Co prawda w czasach, kiedy "Niepamięć" był jeszcze zwana "Horizons", a za produkcję miał odpowiadać Disney, fabuła była zupełnie inna. Niestety zmiany dokonane później na zlecenie Universalu wcale nie wyszły projektowi na dobre.

"Niepamięć" to kompendium wiedzy o SF w pigułce. Mamy tu i "Matrixa" i "Equilibrium", praktycznie całą twórczość Dicka i "Moon", "Jestem legendą" (bardziej literacką wersję niż kinową), jak i "Battlestar Galacticę". Tak naprawdę łatwiej jest chyba wymienić tego, czego zabrakło w filmie, niż to, co zostało w nim uwzględnione. O ile jednak pierwsza część jeszcze trzyma poziom (fakt, jest rozwlekła i nudna, ale przynajmniej spójna), o tyle w drugie następuje przesyt. Cytat goni cytat, wszystko jest kopią, kalką, zapożyczeniem czegoś o wiele lepszego (a czasem gorszego).

"Niepamięć" zaciekawia mnie jedynie jako propaganda scjentologiczna. Przez fakt, iż głównego bohatera gra Tom Cruise, trudno nie zwrócić na scjeno logiczne wtręty uwagi. Jak choćby to, że finałowy obcy przypomina Oko Boga. Zresztą bohater okazuje się być przez tego obcego/boga stworzony, buntuje się jednak przeciwko niemu i doprowadza do zniszczenia, otwierając ludziom drogę do nowego raju. Co zabawne ów Obcy przypomina też HAL-a 9000 z "Odysei kosmicznej". Można więc również finał uznać za rozprawę z Arthurem C. Clarkiem dokonaną przez wyznawców jego "konkurenta" L. Rona Hubbarda. I choć "Niepamięć" jest lepszym filmem niż adaptacja "biblii" scjentologów "Bitwa o Ziemię", to i tak mam wielką ochotę zapomnieć o niej jak najszybciej.

Ocena: 3

PS. Film powinien zrobić furorę w krajach islamskich. Jest bowiem jednoznaczną pochwałą zamachów samobójczych. Tyle tylko, że twórcy mówią jasno: jeśli ktoś decyduje się na taki krok, to zamiast rozdrabniać się na nic nieznaczące pipidówy na końcu świata, powinni uderzać w samo centrum, gdzie zginą tysiące (fakt, że tu są to klony, wcale nie rozgrzesza ani twórców ani bohaterów).

Olympus Has Fallen (2013)

Na początku filmu twórcy postanowili za wszelką cenę przekonać widzów, że bohaterami są dwaj 100-procentowi samce alfa i to jak najbardziej hetero. Zaczyna się więc od sceny bokserskiego sparingu, potem prezentacja żon. Jest to lina asekuracyjna, byśmy niczego zdrożnego sobie nie pomyśleli, bowiem to, co następuje później, jest przeniesionym do współczesności średniowiecznym romansem dworskim. "Olimp w ogniu" to tak naprawdę opowieść o dzielnym rycerzu, który musi dowieść tego, iż wart jest ręki białogłowej. Ta jest rzecz jasna przetrzymywana przez złych ludzi w wieży, a rycerz zanim ją uratuje musi przejść szereg prób, w których przetestowana zostanie jego waleczność, inteligencja i szlachetność. Rycerzem jest tu Butler, a jego białogłową prezydent.


Sam film to klasyczne kino akcji. Owszem, cierpi na przerost gruczołów patosu i patriotyzmu, ale i tak wypada o dwie klasy lepiej od "Szklanej pułapki 5". Efekty specjalne wyglądają na tanie, ale paradoksalnie działa to na korzyść produkcji, bo dodaje nutę sentymentu za męskimi filmami z lat 90. Gdyby się wgryźć w fabułę, łatwo byłoby znaleźć wady i dziury. Ale w przeciwieństwie chociażby do "GI Joe: Odwet", tu to nie przeszkadza. Całość jest przyjemną, niezobowiązującą rozrywką.

Ocena: 6

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

De l'autre côté du périph (2012)

Twórcy "Nieobliczalnych" nie kryją się z tym, że inspiracją dla nich były dwie najpopularniejsze serie komedii o gliniarzach, czyli "Gliniarz z Beverly Hills" i "Zabójcza broń". Oba tytuły zresztą są kilkakrotnie wymieniane w filmie. Przeniesie nad Sekwanę amerykańskiej stylistyki prawie się udało, ale zabrakło kluczowego elementu – sprawnego reżysera.


Omar Sy całkiem dobrze czuje się w skórze francuskiego Eddiego Murphy'ego. Jest zabawny, dwoi się i troi, by cały czas zabawiać widza. Do pary ma Laurenta Lafitte'a. Razem tworzą bardzo udane duet. Świetnie się uzupełniają, jest między nimi kumpelsko-rywalizacyjna chemia, która w tego rodzaju komediach jest podstawą. Fabuła jest dość prosta, ale to również jest norma. Żadna z części "Gliniarza" czy "broni" specjalnie interesującą historią nie grzeszyła.

Niestety najsłabszym ogniwem filmu jest reżyser. Nie potrafi sprawnie prowadzić narrację. Stąd po chwilach szalonej zabawy następują zbyt długie okresy przestoju, kiedy robi się po prostu nudno. Ta szarpana forma opowieści mi trochę przeszkadzała.

Ocena: 6

niedziela, 14 kwietnia 2013

Lockout (2012)

Luc Besson chyba wpadł na pomysł tego filmu w kiblu, kiedy zwalczał zatwardzenie. Niestety zapomniał spłukać przez co teraz nas wszystkich nurza w szambie.


Ale żeby być całkiem fair, muszę przyznać, że gdyby ten film powstał ćwierć wieku temu i znalazłbym go wtedy w swojej osiedlowej, zapyziałej wypożyczalni VHS-ów, to pewnie by mi się spodobał. "Lockout" to taka mieszanka wszystkiego. Jest tu trochę i z "Ucieczki z Nowego Jorku" i z "Kopalni króla Salomona". Całość opiera się na absurdalnym pomyśle, który został zrealizowany przy pomocy dość prostackich efektów. Fajnie robi się dopiero koło 50 minuty, kiedy Snow w końcu spotyka córkę prezydenta i zaczynają się przekomarzać. Te dialogi scenarzystom się udały. Szkoda, że nic więcej.

Ocena: 4

sobota, 13 kwietnia 2013

5,80 mètres (2012)

OMG. Żyrafy skaczące z wieży do basenu! Proste i genialne!


Jest coś niesamowicie czarującego i uroczego w tej krótkometrażówce. Żyrafy są rozbrajające w tych wszystkich powietrzno-wodnych akrobacjach. Proste pomysły są jednak najlepsze, choć praca nad zanimowaniem zwierząt pewnie wcale taka prosta nie była.

Ocena: 8

piątek, 12 kwietnia 2013

G.I. Joe: Retaliation (2013)

Ach, znów mieć sześć lat. Wtedy nic poza akcją nie miałoby dla mnie znaczenia, więc "Odwet" pożerałbym wzrokiem i oglądał z rozdziawioną gębą. Oczywiście pod warunkiem, że dostałbym się do kina, co przy liczbie scen przemocy mogłoby być wątpliwe. Owszem, krwi tu nie uświadczysz, a i "fuck" zostało ucięte, ale nie zmienia to faktu, że scen przemocy jest tu od groma i ciut ciut, jakby "akcja" i "zabijanie" były pojęciami tożsamymi. Pewnie dlatego "GI Joe: Odwet" skojarzył mi się z "Atomówkami", tam też było sporo brutalności, ale serial był zabawniejszy i inteligentniejszy.


No właśnie. I tu pojawia się problem z "Odwetem". Ten film nie ma najmniejszego sensu. Ani jedna scena w tym filmie nie dość, że logicznie nie łączy się z poprzedzającymi jak i następującymi scenami, to również pozostanie nielogiczna wewnętrznie. Jest to tak absurdalnie kretyńskie, że jedyne co można robić, to śmiać się w głos. Zazdroszczę scenarzyście fuchy, to musiały być najłatwiej zarobione pieniądze w karierze. Wystarczyło tylko wypisać listę typowych scenek z filmów akcji, wrzucić je do  kapelusza, a potem losować i tak fabuła zbudowała się sama.

Ocena: 3

środa, 10 kwietnia 2013

Evil Dead (2013)

Fede Alvarez miał wielkie szczęście, że jego karierę wsparł sam Sam Raimi. Ale już tylko sobie zawdzięcza to, że z tej okazji skorzystał. A podjął ryzyko ogromne. Przerobienie kultowego horroru to misja samobójcza. Prawdopodobieństwo porażki wynosiło "zaledwie" 99%. A jednak udało się.


Nowe "Martwe zło" wygrywa tam, gdzie poległo większość ostatnio robionych horrorów na serio, a mianowicie klimatem. Bezbłędnym posunięciem było osadzenie historii w stylistyce baśni. W ten sposób twórcy sprawili, że łatwiej przychodziło godzić się z nielogicznościami scenariusza (w końcu baśń ze względu na swój oniryczny charakter rządzi się innymi prawami). Równocześnie postawili film w kontrze do lukrowanych opowiastek i przesłodzonych bajeczek, przypominając tym, którzy kiedyś o tym wiedzieli, że baśń to kraina brutalna i mroczna, a happy-end znaczy tam coś zupełnie innego niż dziś (kłania się chociażby masakra w Czerwonym Kapturku).

Sam film zbudowany jest oczywiście na bardzo prostym planie, ale twórcy fajnie wypełnili przestrzeń. Najlepsza jest bez wątpienia scena w łazience z miażdżeniem czerepu. "Martwe zło" miałoby notę o punkty wyższą, gdyby nie efekty specjalne dotyczące pokazania opętańców. Mam wrażenie, że od czasu "Ringu" nic się w tym wizerunku nie zmieniło. Można wręcz uznać, że to ciągle jest jedna i ta sama postać. Twórcy mogli się tu postarać o więcej oryginalności.

Ocena: 7

Ps. Widać, że od czasu "Martwej dziewczyny" Shiloh Fernandez trochę się wyrobił jako aktor.

Le capital (2012)

Pieniądz jest kobietą. I to dość bezwzględną królową w matriarchalnym świecie. Daje się bowiem posiąść tylko prawdziwym samcom alfa i to tylko na chwilę. Długość tej chwili zależy wyłącznie od zdolności samca do utrzymania pozycji alfa. Bowiem pieniądz nie daje chwili wytchnienia, domaga się ciągłej rywalizacji, nieustannego udowadniania, że jest się godnym jej wdzięków. Wystarczy jedno potknięcie, a już kogo innego obdarza swoją opływającą w luksusy i poczucie władzy uwagą. Pieniądz nie znosi też konkurencji. Wymaga 100% skupienia na sobie. Stąd bez skrupułów niszczy rodzinę, wypacza spojrzenie na innych ludzi, każe wszystko interpretować jedynie w terminach walki, korzyści i strat. A przede wszystkim uczy, że nikomu nie można ufać.


"Żądza bankiera" mogła się Gavrasowi udać. Kiedy skupia się na mechanizmach walki o wpływy, jest naprawdę bardzo ciekawie. Ale to reżyserowi nie wystarczyło. Musiał dołączyć do tego historię modelki, nadać całej opowieści moralizatorski wydźwięk z pseudocynicznym proroctwem. To niestety wypada znacznie słabiej, brzmi fałszywie i czyni z filmu kazanie z ambony. Może komuś taka konstrukcja się podoba. Mnie nie za bardzo.

Ocena: 5

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Spring Breakers (2012)

Jeśli o mnie chodzi, to Korine mógłby już skończyć kręcić filmy. Nigdy za jego reżyserskimi dziełami nie przepadałem, ale dotąd zawsze mogłem sobie to tłumaczyć tak, że jest on po prostu zbyt hermetyczny. "Spring Breakers" jednak jakimś cudem trafia do bardziej masowego odbiorcy, a dla mnie jest to bełkot artystycznie na równie niskim poziomie co "Wkraczając w pustkę" czy "Essential Killing".


Z początku wydawało mi się, że "Spring Breakers" ma całkiem fajne zdjęcia. Ale szybko mi to minęło, kiedy zorientowałem się, że Korine ogranicza się tu do scenek znanych z lat 90. z "MTV at the Beach" (tyle że dodał piersi) i prostych scenek transportowych. Całość oblana została neonowymi barwami, by wyglądać bardziej odlotowo. Na taką przynętę nie złapał mnie Noé, którego cenię jednak bardziej niż Korina, więc tu też nie poskutkowało.

Ale to i tak nic w porównaniu z dialogami, które wydają się napisane przez niedorozwoja mającego artystyczne aspiracje. Za każdym razem, kiedy buzię otwiera Selena Gomez, gorączkowo rozglądałem się w poszukiwaniu żyletki, by się pociąć. A kiedy James Franco zaczynał deklamować "wiersze", to we mnie budziło się przekonanie, że mniej bym cierpiał wypiwszy litr czystej rtęci.


Film próbuje ratować nielinearny montaż. Ale jest w tym coś żenującego, jak bycie świadkiem strusia próbującego wznieść się w powietrze. Tak naprawdę jedynym jasnym punktem całości jest muzyka, w szczególności kompozycje Cliffa Martineza (jak choćby "Big 'Ol Scardy Pants"). A do jej posłuchania wcale nie muszę wybierać się do kina.

Ocena: 2

niedziela, 7 kwietnia 2013

Phil Spector (2013)

Solidny teatr telewizji. Po produkcji można się jednak było spodziewać czegoś więcej. Od strony czysto filmowej "Phil Spector" nie ma nic, co mogłoby zaciekawić. Jego jedynym jasnym punktem są dwie aktorskie kreacje. Al Pacino i Helen Mirren nie zawodzą. Są doskonali i to pomimo faktu, że tym razem nie dali z siebie wszystkiego.


Niestety, choć podziwianie Pacino i Mirren to czysta przyjemność, zbudowanie na tym całego filmu jest raczej trudne. A przynajmniej twórcom "Phila Spectora" się to nie udało. Sama fabuła jest jak herbaciana lura, chciałoby się o niej jak najszybciej zapomnieć. Ponieważ sprawa, na której oparta jest historia filmowa, jakoś szczególnie mnie nie obchodzi, to i to, jak interpretowane zostały fakty wcale mnie nie podniecało. O wiele bardziej interesowało mnie, jak pokazana zostanie podróż głównej bohaterki, a to się twórcom niestety nie udało.

Ocena: 6

The Campaign (2012)

To chyba dobrze, że Hollywood wciąż jest w stanie mnie zadziwić. Szkoda jednak, że w tym wypadku jest to zadziwienie negatywne.


Film ma całą masę znakomitych gagów i komediowych pomysłów. Powinienem więc cały czas płakać ze śmiechu. Niestety żaden dowcip mnie nie rozbawił. Dopiero po czasie łapałem się na tym, że przecież powinno być to zabawne. Jak jednak widać między "powinno" a "jest" istnieje duża różnica. W ten sposób mimo dwojenia się i trojenia aktorów, całość znudziła mnie i najbardziej uradowały mnie napisy końcowe.

Ocena: 4

sobota, 6 kwietnia 2013

The Apparition (2012)

Jeśli wierzyć making-ofowi, twórcy postarali się, by nawiedzenia wyglądały w miarę autentycznie. Jeśli tak rzeczywiście było, to jedyne co osiągnęli, to udowodnienie, że między prawdą a rzeczywistością filmową jest olbrzymia różnica.


Problemem "Zjaw" nie jest wcale to, że film jest zły. Pomysł był całkiem fajny. Na główną parę też się fajnie patrzyło. Nie. Problemem jest to, że jest on kompletnie nijaki. Brakuje w nim klimatu, brakuje strachu i napięcia. Wszystko jest takie umowne, powierzchowne i pozbawione wyrazu. Te zjawy giną w tłoku i nie są w stanie wywołać najmniejszego nawet wrażenia.

Najbardziej zabawne jest to, że zarówno w zwiastunie jak i w making-ofie mowa jest o zupełnie innym filmie, niż ten, który oglądałem. Otóż według zwiastuna i twórców zjawiska paranormalne mają być wytworem ludzkiej psychiki. Jednak z filmu wynika, że zjawa, którą wywołano istniała naprawę, a seans spirytystyczny był jedynie otwarciem wrót z innego wymiaru do naszego świata. Coś mi się wydaje, że film, o którym opowiadali aktorzy i który zapowiada zwiastun, mógł być ciekawszy od tego, co naprawdę powstało.

Dobrze przynajmniej, że film nie jest długi.

Ocena: 4

Detention (2011)

Jednego twórcom "Szkolnej jatki" nie można odmówić. Naprawdę odrobili pracę domową. Liczba odwołań do filmów, muzyki i ogólnie historii popkultury (głównie lat 90., ale nie tylko) jest naprawdę imponująca. Można odnieść wrażenie, że każda możliwa klisza, każdy "ważny" moment popkulturowy został tu przywołany, co biorąc pod uwagę długość filmu, zakrawa na prawdziwy cud.


Jednak to, co jest jego zaletą, jest zarazem i jego wadą. Wszystkiego jest tu za dużo. Nie ma chwili przerwy, cały czas zasypywani jesteśmy kolejnymi odniesieniami, cytatami, nawiązaniami, parafrazami, parodiami. Robi się z tego chaos, w którym ginie gdzieś spójność historii. Ale jeśli ktoś pielęgnował w sobie ducha anarchii, ten jest w stanie ten natłok informacji wytrzymać, zwłaszcza że niektóre sceny są naprawdę pomysłowe i zabawne. Do tego film ma całkiem fajną składankę muzyczną za soundtrack. Można na nim odbyć przyspieszony kurs historii muzyki popularnej ostatnich 20 lat.


Ocena: 6

piątek, 5 kwietnia 2013

Blitz (2011)

Podręcznikowy przykład na to, jak można stracić szansę na solidne kino akcji. Kiedy spojrzeć na podstawowe składniki fabuły, to wydaje się, że powinien wyjść z tego hit jakich mało. Oto dwóch niedobranych policjantów. Obaj nie pasują do wizerunku typowego gliny. Jeden jest chuliganem, który czuje się bezkarny, bo nosi mundur, drugi jest antytezą wszystkiego, co uważa się za wzór policjanta, a to przez jego orientację seksualną. Łączą siły, kiedy w okolicy zaczyna panoszyć się zabójca policjantów.


Niestety "Blitz" to jedna wielka, śmierdzą kupa nudy. Statham i Considine nie tworzą (nie)zgranej pary, oni grają, jakby byli sami, nawet w scenach bezpośrednich interakcji. W prowadzeniu narracji dominują nieporadne skróty myślowe. Zamiast konsekwentnie opowiadanej historii i budowania klimatu, mamy serię bardzo słabo powiązanych ze sobą scenek rodzajowych. Do tego dochodzi całe multum historii poboczny, które zmieniają "Blitz" w totalny chlew. Fakt, że mimo wszystko film ma ręce i nogi, zdumiewa mnie ponad wszelką miarę.

Ocena: 4

The Look of Love (2013)

Coś jest poważnie nie tak z Michaelem Winterbottomem. Po słabiutkiej "Trisznie" zaprezentował równie kiepski "The Look of Love". I choć fabularnie oba filmy dzieli wszystko, to w gruncie rzeczy zarzuty mam te same.


Winterbottom znów popisuje się reżyserskimi sztuczkami. "The Look of Love" ogląda się lepiej jako dokument etnograficzny, portret kilku dekad Londynu od wyzwalający lat 60., przez triumf wolności lat 70., po destrukcyjną dekadencję lat 80. Reżyser bawi się formą, stosuje różnorakie sztuczki zdjęciowo-montażowe. Ale całość jest pusta. Gdzieś ginie w tym wszystkim historia, którą jednak Winterbottom upiera się, by opowiedzieć. Bo gdyby postawił na pełną stylizację, a fabułę potraktował pretekstowo, to jeszcze mogłoby z tego coś wyjść. Ale on chce za wszelką cenę opowiedzieć i o królu brytyjskiej erotyki i ckliwą historyjkę o trudnej relacji ojca z córką. I tak jak nie udało mu się to z Triszną, tak i tym razem nic z tego nie wychodzi.

Ocena: 4

czwartek, 4 kwietnia 2013

The Host (2013)

Ciekaw jestem na ile dokłada jest to adaptacja prozy Stephenie Meyer. Jeśli jest to wierna kopia, to muszę powiedzieć, że jestem zdumiony. Mormońska autorka, a tak jawnie chwali związki partnerskie. Bo też jak inaczej tłumaczyć romans chłopaka z luminescencyjnym kosmicznym pełzakiem. To jest związek tak nienormalny, że potrzebuje ludzkiego pośrednika, by mogło dojść do fizycznego zbliżenia (które co prawda w filmie ogranicza się jedynie do pocałunku, ale łatwo sobie wyobrazić, że na tym się nie kończyło). Jest to całkowicie sprzeczne z mormońską nauką społeczną, która należy do najbardziej konserwatywnych w świecie szeroko pojmowanego chrześcijaństwa. Jeszcze nie tak dawno temu mormon mógł zostać wyrzucony ze zboru wiernych za związek międzyrasowy. Obecnie zaś są najbardziej aktywnymi przeciwnikami małżeństw homoseksualnych. Dlatego też kazanie o tolerancji, akceptacji i miłości jako wartości wyżej cenionej niż rasa i pochodzenie, brzmi tu bardzo, ale to bardzo fałszywie.


Zresztą cały film jest straszliwie niekonsekwentnie prowadzony. Cały czas mamy kazania dotyczące świętości życia, a jednocześnie co chwilę któryś z bohaterów radośnie popełnia samobójstwo. Zresztą wszyscy tu mają na bakier z logiką. Motywacje głównych bohaterów są niejasne (delikatnie mówiąc), zachowania i decyzje co chwile przeczą temu, co słyszeliśmy i widzieliśmy pięć minut wcześniej. Zaś dialogi to już szczyt absurdu.

Mam nieodparte wrażenie, że Niccol nakręcił ten film jako karę dla tych wszystkich, którzy narzekali, że seria "Zmierzch" jest słaba. Jeśli chciał udowodnić, że można zrobić gorszą rzecz, to odniósł pełen sukces. Od czasu "Czarnego słońca" nie widziałem w kinie czegoś tak potwornie głupiego (choć w międzyczasie postawiłem dwie inne jedynki "Kowbojom i obcym" oraz "Margaret", ale po "Intruzie" powinienem im chyba podnieść notę).

Ocena: 1

wtorek, 2 kwietnia 2013

Svatá čtveřice (2012)

"Grunt, że jest płot" powie w pewnym momencie jedna z postaci filmu. Niewinne zdanie, ale w nim tkwi całe sedno "Świętej czwórcy". Płot symbolizuje pozory, które są podstawą funkcjonowania społeczności. Rodzinny skład matka, ojciec, dzieci to tylko ładny obrazek, za którym kryje się zdrada, nuda, pragmatyzm. Ale jak długo prawda się ukrywa, tak długo wszystko jest w porządku. Dopiero, kiedy próbuje się zerwać z grą pozorów zaczynają się schody. Bo oto okazuje się, że pozory są spoiwem twardym i trudno się od niego uwolnić. Choć są bez sensu, choć przynoszą więcej szkody niż pożytku, to i tak ich brak budzi opór.


"Święta czwórca" to film w gruncie rzeczy o niczym. Bohaterowie robią z igły widły, ale czynią to bez przekonania. Reżyser wydaje się nie mieć pomysł na to, jak wprowadzić ideę czworokąta, więc zamiast coś wymyślić po prostu ją wprowadza. Że bez składu i ładu, nie ma to większego znaczenia. Późniejsze reakcje otoczenia też są jakieś niemrawe, jakby pozorowane. Ale ponieważ całość jest lekka i miejscami zabawna, ogląda się to w gruncie rzeczy całkiem dobrze. Tyle tylko, że nic z tego się nie wynosi.

Ocena: 6

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

L'air de Paris (1954)

Oglądając filmy takie jak "Zdarzyło się w Paryżu" łatwo można dojść do wniosku, że największym przekleństwem człowieka są marzenia. Nic, tylko prowadzą do cierpienia, zwłaszcza kiedy stoją w opozycji do miłości.


Dla Victora boks jest całym życiem. Ale kariera na ringu dawno dobiegła końca i wcale nie była tak satysfakcjonująca, jak się tego spodziewał. Nie potrafi jednak porzucić marzeń o sukcesach sportowych. Teraz szuka ich realizacji gdzie indziej, w swoich podopiecznych. Znalezienie odpowiedniego kandydata do realizacji własnych marzeń nie jest łatwe. Ale jeszcze trudniej jest, kiedy taka osoba się pojawia, bo przecież ma swoje własne marzenia i ambicje.

Młody André długo pozbawiony był marzeń. Przetrwał II Wojnę Światową, widział wojnę w Sajgonie, a teraz zarabia psie pieniądze jako robotnik na kolei. Victor wydaje się niczym anioł zesłany z nieba. Za jego sprawą zyska perspektywy, zyska marzenia. Ale... No właśnie, przedtem nie miał nic, teraz będzie miał za wiele.

Jest też Blanche, żona Victora. Z miłości zgodziła się na rolę tej drugiej, żyjącej w cieniu boksu, poświęcającej się, by wspomóc realizacje ambicji męża. Lata mijają, a jej marzenia zżera rdza. Zupełnie wbrew sobie stanie się zgryźliwa i małostkowa. Gdyby nie marzenia i miłość, trójka bohaterów  (a w zasadzie czwórka, bo podobnie ciężki los spotkał również i czwartą z głównych postaci, Corinne, miłość André) miałaby o wiele lepiej w życiu.

"Zdarzyło się w Paryżu" to dziś film zapomniany, a szkoda, bo pod wieloma względami pozostaje bardziej nowoczesny od większości dzisiejszych produkcji. Po części dramat społeczny, po części opowieść sportowa o narodzinach mistrza, tak naprawdę jest gorzką i sentymentalną zarazem przypowieścią o miłości i pragmatyzmie. Fakt, że całość rozgrywa się w mieście zakochanych, Paryżu, tylko wzmacnia smutne przesłanie. Do tego obraz ma kilka świetnych kreacji z Jeanem Gabinem na czele, który całkiem słusznie został nagrodzony w Wenecji.

Ocena: 8