piątek, 31 maja 2013

Flying Blind (2012)

Miłość nie wszystko zwycięża. W świecie opanowanym fobiami na tle rasowo-religijnym są granice, których nie da się przekroczyć, podziały, których nie da się zignorować.


Frankie i Kahila połączyła silna namiętność. Choć dzieliło ich wszystko, nie potrafili żyć bez siebie. Ale zaślepienie nie może trwać długo. Szybko do głosu zaczynają dochodzić podejrzenia. Rzeczy, które mogą mieć setki wyjaśnień, zaczyna się interpretować w konkretny sposób. I tak stają się ślepi ale zupełnie inaczej. Nie widzą prawdy, lecz lęk i uprzedzenia. Ponieważ historia opowiedziana jest z punktu widzenia Frankie, to jej uprzedzenia poznajemy przede wszystkim. Ale Kahil nie jest od nich wolny, co można zauważyć w chwilach gniewu, kiedy to co skrywane, zostaje wyrzucone z siebie.

Ponieważ "Hanoi – Warszawa" bardzo mi się podobało, byłem ciekawy, jak Katarzyna Klimkiewicz poradzi sobie z kolejnym filmowym projektem. W sumie nie jest źle. Historia jest trochę zbyt naiwna i oczywista jak na mój gust, przez co wcale mnie aż tak bardzo nie wciągnęła. Może dlatego za najciekawszą część uznaję końcówkę, kiedy pokazane są konsekwencje dokonanych przez bohaterkę wyborów. Mimo mało odkrywczego przesłania, film ma ciekawą konstrukcję i niezłe tempo. Klimkiewicz zdecydowanie ma potencjał. Teraz tylko musi znaleźć sposób na jego realizację.

Ocena: 6

Rosencrantz and Guildenstern Are Undead (2009)

Na papierze film ten wydawał się bardzo fajny. Wampir szuka reżysera do wystawienia własnej wersji historii Hamleta, historii opartej na jego życiu. Pojawia się młody, naiwny reżyser i tak zaczyna się zabawa.


Niestety w rzeczywistości najzabawniejsze są śródtytuły. Sam film jest niestety nudny, zrealizowany bez polotu i co gorsza pomysłu. Nie jest ani makabrycznie ani zabawnie. A już sama historia szekspirowskich bohaterów to jakaś żenada. Szkoda.

Ocena: 5

czwartek, 30 maja 2013

Hypnotisören (2012)

Nie mogę w to uwierzyć. Lasse Hallström od dawna nie nakręcił nic porywającego (ostatnim naprawdę udanym jego filmem był dla mnie "Blef"), ale zawsze trzymał przynajmniej przyzwoity poziom. Wydawać by się mogło, że powrót do kraju da mu większą wolność twórczą (za cenę mniejszego budżetu rzecz jasna). Tymczasem on kręci coś takiego???


Skandynawowie na potęgę produkują kryminały i większość z nich wypada bardzo dobrze. Tym bardziej trudno jest mi zrozumieć, jak powstał "Hipnotyzer". Toż to jest rzecz tak zła, że gdyby nakręcił ją student wydziału reżyserskiego filmówki, to bym go oblał. Początek jest rozwlekły, Hallström nie spieszy się, daje sobie czas, żeby opowiadać o niczym. Za to w końcówce pędzi na oślep, bez zwracania uwagi na konsekwencje dla fabuły. Najgorsze są jednak wszystkie książkowe wtręty pozostawione bez składu i ładu, jak choćby tajskiej jedzenie. W powieści zapewne zostało to jakoś ograne, tutaj stanowi bezsensowny element, który wprowadza jeszcze większy bałagan w i tak już bardzo chaotyczną konstrukcję. I, na Boga, po co jest postać Magdaleny? Joona sam ją wybiera, by pomogła mu w śledztwie, lecz w filmie jej rola ogranicza się do trzymania na rękach wrzeszczących lub płaczących bachorów. Śmiechu warte.

Musiałem mocno trzymać się fotela, żeby nie wstać i nie wyjść z kina przed czasem.

Ocena: 2

wtorek, 28 maja 2013

Fast & Furious 6 (2013)

UWAGA SPOILERY

Po pierwsze: Luke Evans ma najlepszego agenta na świecie. Od 2010 roku zawsze się wkręci do znaczącej produkcji. I to pomimo tego, że za młodu sam praktycznie postawił się w sytuacji, gdzie duża kariera powinna być wykluczona.


Po drugie: Na ten film lepiej nie zabierać swoich żon, dziewczyn, kochanek. Kiedy zobaczą, co w tym filmie wyczyniają faceci, by udowodnić swoją miłość, to żadnej kobiecie nie wystarczą już róże i czekoladki.

Po trzecie: Miłość jest wspaniała. Ale zanim się zakochacie, lepiej sprawdźcie, czy jesteście głównymi bohaterami w filmie. Jeśli nie, to zapomnijcie o szczęśliwym zakończeniu.

Po czwarte: Nie dziwi mnie to, że film stał się mega przebojem w Stanach. W końcu wrestling jest tam bardzo popularny "sportem". "Szybcy i wściekli 6" chwilami wyglądają jak najnowsza odsłona WWF Wrestlemania.

Po piąte: Ja chcę więcej bijących się kobiet. Dawno już nie widziałem w mainstreamowej produkcji tak fajnych walk z udziałem kobiet. Naprawdę reżyser i koordynatorzy bijatyk mocno mi zaimponowali.

Po szóste: W końcu jest nadzieja, że Jason Statham zagra innego bohatera. Lubię go, ale przestałem już odróżniać jego kolejne role, wszystkie wyglądają dokładnie tak samo.

A sam film to tona absurdu i hektolitry czystej bajki, ale podane na tyle fajnie, że ogląda się to bez znużenia. Fajnie byłoby, jakby popracowali jeszcze trochę nad muzyką ilustracyjną, więcej tam było hałasu, niż rzeczywistej muzy. Humor nie zawsze trafiony, ale tekst o błyskotkach rozbawił mnie i to bardzo. Najfajniej wypadło splecenie wątków poprzednich pięciu filmów w jedną historię. Może nie jest to do końca spójne i wymaga od widza odrobiny dobrej woli, ale w sumie udało się.

Ocena: 6

Shotgun Stories (2007)

UWAGA SPOILERY

Dobrze jest zacząć od nowa. Spróbować ułożyć sobie życie, wyjść na prostą. Ale czynić to odwracając się plecami do tego, co uczyniło się wcześniej, poddając się i nie próbować naprawić błędy, jest naiwnością. Jej konsekwencje mogą nie dotknąć nas osobiście. Niemniej jednak przed tragedią nie da się uciec.


Debiut Jeffa Nicholsa to opowieść o staromodnej waśni rodzinnej. Z jednej strony są Son, Kid i Boy. Z drugiej Cleaman, Mark, Stephen i John. Wszyscy noszą nazwisko Hayes. Jednak pierwsza trójka pochodzi z czasów, kiedy ojciec był pijakiem i niszczył wszystkich wokół siebie. Druga czwórka pochodzi z czasów nawrócenia, kiedy wyszedł na prostą. Dopóki żył, obie rodziny ignorowały się. Na jego pogrzebie Son powiedział kilka gorzkich słów, doszło do rękoczynów. I jak kamyk może wywołać lawinę, tak to jedno wydarzenie doprowadziło do serii straszliwych konsekwencji.

"Shotgun Stories" jest bardzo ponurym filmem, ponieważ Nichols wyraźnie pokazuje, że świadomość tego, co się dzieje przed niczym nie broni. Son doskonale wie, jak został wychowany. Wyrzuci to nawet matce. A jednak nie potrafi przerwać błędnego koła przemocy. Wiedzę wykorzystuje jedynie do fałszywego usprawiedliwiania siebie. Bo skoro wie, jakim uwarunkowaniom podlega, decyzja jest jego i tylko jego i nie może zwalać winy na innych.

Koło przerwie za to jego brat. Ale czyn, który jest przecież niezwykle heroiczny – nie ma nic bardziej odważnego, niż odrzucić głupie zasady i po prostu żyć dla siebie i swoich rodzin – to w tym filmie ma posmak porażki. Decyzja Boya pozostaje decyzją ambiwalentną. I choć ostatnie sceny sugerują sielankę. W rzeczywistości nikt nie może zagwarantować, co stanie się za lat kilkadziesiąt. Czy na pogrzebie Sona jego syn Carter nie wda się w bójkę z którymś z synów Stephena lub Cleaman, w ten sposób zaczynając kolejną rundę rodzinnej waśni.

Film ma też jedną z najbardziej szatańskich postaci, jakie widziałem w ostatnich latach w kinie. Diabeł zawsze jest demonizowany, jakby w ten sposób człowiek próbował usprawiedliwić się, że nie ma z nim żadnych szans. Jednak postać Shampoo wydaje się o wiele bardziej prawdziwa. Jest nikim, nikomu nie zagraża, ale wystarczy kilka ot tak rzuconych słów, by wbić się niczym rozżarzony pręt w samo centrum skazy na duszy.

Ocena: 7

poniedziałek, 27 maja 2013

Puhdistus (2012)

Wielka jest cena płacona za przetrwanie. Jeszcze większa jest cena płacona za nieodwzajemnioną miłość. Po czymś takim człowiek zostaje tylko pustą skorupą. Jeśli ma szczęście, zyska szansę odkupienia. Ale cena za to będzie jeszcze wyższa.


Film Anttiego Jokinena to poruszająca opowieść o niedawnej historii Estonii. Zgodnie z zasadą wróg mojego wroga jest moim przyjacielem, wielu Estończyków w czasie II Wojny Światowej było faszystami widząc w Niemczech nadzieję na wyzwolenie się spod jarzma okupacji radzieckiej. Tak się niestety nie stało i po wojnie Estończycy byli przez komunistyczne władze radzieckie mocno prześladowani. Na tle brutalnej historii kraju rozgrywa się nie mniej tragiczny dramat dwóch sióstr zakochanych w tym samym mężczyźnie. Jedna zdołała podbić jego serce, druga trzymała swoje uczucie w tajemnicy. Jednak ból niespełnienia jak rak drążył jej ciało i umysł, aż w końcu zniszczył i ją i jej ukochaną siostrę.

Finał historii nastąpi lata później, już po odzyskaniu przez Estonię niepodległości. Kraj może i stał się wolny, ale dla mieszkających w nim ludzi zmieniło się niewiele. Podmieniono etykietki, zamiast komunistycznych aparatczyków, ból i cierpienie rozsiewają równie bezwzględni gangsterzy.

Spodobała mi się cała ta historia. Ale opowiadanie jej na dwóch planach czasowych wydało mi się zbyt melodramatycznym zabiegiem, zwłaszcza w końcówce, gdzie powtórzony zostaje egzaltowany monolog bohaterki z początku filmu. Wątek z lat 90. jest ciekawszy pod względem wizualnym, ale to historia z przeszłości ma większą siłę emocjonalnego rażenia. Ten brak równowagi daje się mocno we znaki w czasie oglądania i tak naprawdę czyni współczesny wątek zbędnym.

Ocena: 6

niedziela, 26 maja 2013

La Vénus à la fourrure (2013)

Uwielbiam takie niespodzianki! Roman Polański, który jeszcze parę lat temu wydał mi się zdziadziałym reżyserem odcinającym kupony od sławy, której dorobił się dekady wcześniej, nagle objawia się jako odważny eksperymentator. "Wenus w futrze" to kino minimalistyczne, gdzie liczy się przede wszystkim słowo, aktor i to, co z połączenia tych dwóch elementów może powstać. Polański okazał się prawdziwym filmowym alchemikiem. Jego dziełu jest tak blisko złota, jak to jest tylko możliwe.

Kocham filmy, które egzystują jednocześnie na wielu płaszczyznach istnienia, w których granice pomiędzy poszczególnymi warstwami są płynne, łatwe do przekroczenia. Spotkanie na deskach teatralnych, starcie reżysera i aktorki, jawi się jako skomplikowany taniec woli, inteligencji, pragnień. Polański dokonuje głębokiej analizy tego, czym jest talent, proces tworzenia działa i jego odbioru. Mówi o emocjach, myślach, czynach i nieuchwytnym boskim pierwiastku. Rozkłada na czynniki pierwsze strukturę narracji, po czym łączy je w zupełnie nową konstrukcję.

Mathieu Amalric i Emmanuelle Seigner są niesamowici. Do perfekcji wykorzystali szansę, jaką dali im David Ives autor sztuki, na której powstał filmu, jak i sam Polański.  W czasach, kiedy kino coraz bardziej kierowane jest do widzów niedojrzałych, cierpiących na ADHD i przez to potrzebujących ciągłej stymulacji, Polański tworzy obraz dojrzały, inteligentny, a jednocześnie stanowiący konkurencję dla niejednej masowej komedii. Niesamowite, jak daleko odszedł od katastrofy, jaką był "Autor widmo".

Ocena: 9

Only Lovers Left Alive (2013)

To niesamowite, ale Jarmusch od lat utrzymuje niezmiennie wysoki poziom. Z każdym kolejnym filmem boję się rozczarowania coraz bardziej, bo przecież rozsądek podpowiada, że w przypadku czegoś tak chimerycznego jak talent, potknięcia są nieuniknione. I za każdym razem jestem zaskoczony, że znów się reżyserowi udało.


"Only Lovers Left Alive" to rozkosz dla oczu i uszu. Metafizyczny teledysk z rozważaniami na temat natury czasu i kondycji ludzkiej duszy w tle. Podobnie jak Refn w "Tylko Bóg wybacza", Jarmusch koncentruje się na warstwie zmysłowej. Tworzy fantastyczne obrazy okraszone znakomitą ścieżką muzyczną. Do tego Tilda Swinton i Tom Hiddleston tworzą idealnie uzupełniając się połówki jednej całości. Są tak dopasowani, że aż dziwię się Jarmuschowi, że nie zechciał ich zamienić miejscami, czyniąc z Hiddlestona Ewę, a ze Swinton Adama. W przeciwieństwie do Refna, Jarmusch nie jest jednak aż tak zblazowany. Jego film nie ma w sobie pustki intelektualnej. Może i Jarmusch nie ma tak naprawdę zbyt wiele do przekazania, ale przynajmniej nie puszy piór w pretensjonalnej pozie Artysty. Robi swoje i nic więcej. I to w zupełności wystarcza.

Ocena: 7

Nebraska (2013)

Ileż to już razy narzekałem, że amerykańskie kino niezależne zamknęło się w getcie ciągle tych samych bohaterów i historii? I przy "Nebrasce" znów mogę sobie ponarzekać. Całą fabułę można sobie w zasadzie opowiedzieć bez konieczności oglądania filmu i jedyne, czego się nie trafi, to śmierć. Ta tym razem jest tylko oczekiwana, ale jeszcze nie następuje.


Niemniej jednak nawet przy tak ograniczonym repertuarze, kino niezależne wciąż mnie zachwyca. "Nebraska" to opowieść prosta, ale jednocześnie wciągająca. Payne jest niezwykle utalentowanym bajarzem i choć nie mówi nic, czego nie słyszałbym już sto razy, to i tak jestem zafascynowany. Ciepły humor, nieco dziwaczni bohaterowie i pełno drobnostek sprawia, że seans jest czystą rozkoszą. I choć chciałbym, by w niezależnym kinie zaczęło się coś nowego, to póki twórcy będą tak opowiadać historie, dopóty jestem w stanie im brak oryginalności wybaczyć. Ale ilu jeszcze Peyne'ów zostało?

Ocena: 7

The Immigrant (2013)

James Gray powinien wrócić do opowiadania o przestępcach i policjantach. Jako twórca melodramatów niestety się nie sprawdza. Jego historie miłosne nie mają w sobie potęgi wielkiego uczucia, zaś dramaty wydają się raczej śmieszne i głupie, a nie poruszające.


Gdyby nie Joaquin Phoenix "The Immigrant" byłoby filmem niezauważalnym. Gray jest na tyle dobrym filmowcem, że nawet nie zrobił rzeczy na tyle złej, by tym chociaż mogła się całość wyróżniać. Phoenix ma kilka niezłych momentów i jeden znakomity monolog, który przedstawia z taką siłą, że po raz pierwszy i jedyny w całym filmie poczułem, że przemawia wprost do mojej duszy.

Cotillard zaś jak na cudzoziemkę mówi całkiem dobrze po polsku. Zdecydowanie lepiej, niż się mogłem tego spodziewać. Niestety jest to jedyna dobra rzecz, jaką o niej mogę powiedzieć. Ten nieustający wytrzeszcz oczu, który ma nadać bohaterce uduchowiony charakter męczennicy za rodzinę, straszliwie mnie irytował. Cała zaś postać, wyjęta jakby żywcem z której z kiepskich historycznych polskich produkcji, jest wręcz obraźliwa dla każdego intelektualnego widza, który oczekuje, że bohaterowie będą jednak przypominać żywych ludzi, a nie chodzące i oddychające stereotypy.

Ocena: 6

La Vie d'Adèle. Chapitre 1 et 2 (2013)

W końcu dokładnie zobaczyłem, jak wygląda lesbijski seks. To chyba największa wartość tego filmu, przynajmniej dla mnie. Muszę przyznać, że zaimponowała mi pomysłowość bohaterek, która jest widoczna nawet w tak naturalistycznej sekwencji.


Jeśli mam być szczery, to nowy film Kechiche'a nie do końca przypadł mi do gustu. Mam mieszane uczucia co do wojerystycznej intensywności narracji. Kechiche jest niczym niewidzialny archiwista, który towarzyszy bohaterce we wszystkich sytuacjach życiowych. Nie ocenia, nie interpretuje, po prostu patrzy, licząc, że samo to odkryje przed nim jakąś tajemnicę istnienia. Ale w ten sposób jego podglądactwo jest pozbawione usprawiedliwienia. Film sprawia przez to wrażenie inwazji w życie prywatne, inwazji bezwzględnej i totalnej, zrealizowanej tylko dla zaspokojenia bliżej niesprecyzowanej ciekawości.

Zresztą Kechiche wcale nie jest tak obiektywny, jak chciałby, żebyśmy wierzyli. Owszem, kiedy historia już trwa, pozostaje chłodnym obserwatorem, ale dobór bohaterek nie jest przypadkowy. Adèle i Emma pochodzą z bardzo różnych środowisk (najlepiej widać to w scenach obiadów). I starcie tych odmiennych mentalności jest bardzo na rękę reżyserowi, który lubi poruszać tematy społeczne.

(Jeremie Laheurte)
Oczywiście Kechiche nie jest pierwszym lepszym filmowcem i jego manipulacja jest o wiele wyższych lotów niż chociażby twórcy "Fruitvale Station". Niemniej jednak czułem się niezbyt komfortowo ze świadomością, że całość nie jest tak szczera, jak jest prezentowana.

Ocena: 6

Behind the Candelabra (2013)

No tak. Okazało się jednak, że "Magic Mike" było wypadkiem przy pracy, który już się pewnie nie powtórzy. A szkoda. Bo to był naprawdę dobry kawał filmowej roboty. Tego samego nie da się powiedzieć o "Behind the Candelabra".


Jako filmowa opowieść, jest to rzecz nieznośnie bezbarwna. Ale czego innego można się było spodziewać po scenariuszu, którego autorem jest Richard LaGravenese? Jest to biograficzny standard, który nawet nie udaje, że chce odsłonić przed nami tajemnicę osobowości, jaką był Liberace. Twórcy zachowują się tak, jakby cały ten blichtr i świecidełka jakimi Liberace mamił publiczność i ich oślepiła. Są bezkrytyczni w wykorzystywaniu stereotypowych rozwiązań fabularnych, a historyczne wydarzenia nie filtrują przez pytania o powody i motywacje.

W ten sposób z biografii Liberace i jego kochanka, rzecz staje się rewią kostiumów i błyszczących makijaży. To rzeczywiście robi wrażenie. Bogactwo zaplecza scenograficzno-kostiumowego zdecydowanie przewyższa większość telewizyjnych produkcji. Ale Soderbergh mógł się bardziej postarać, by tchnąć życie w bohaterów.

Za to Michael Douglas jest rewelacyjny. Jak dotąd jedna z ważniejszych aktorskich kreacji w Stanach tego roku. Bardzo spodobała mi się też rola Roba Lowe'a. Jest najzabawniejszym elementem obrazu.

Ocena: 5

Grigris (2013)

Jestem fanem poprzedniego filmu Mahamata-Saleha Harouna "Krzyczący mężczyzna", dlatego też z wielkim zainteresowaniem wybrałem się na pokaz jego najnowszego dzieła. I jak poprzednio, tak i tym razem musiałem uzbroić się w cierpliwość. Przez praktycznie cały film nic ciekawego się nie dzieje. To, co oglądamy, to codzienne perypetie tytułowego bohatera. Jego ojczym jest chory i potrzebuje pieniędzy na leczenie, pieniędzy, których Grigris nie ma. Pracuje jako krawiec i fotograf, a dorabia sobie jako tancerz, gdzie jego kalectwo wcale mu nie przeszkadza. W poszukiwaniu pieniędzy postanowi zabawić się w kombinatora. Ale do tego trzeba mieć więcej sprytu, o czym Grigris przekona się za późno.


Film wydaje się być tak naprawdę o niczym. Zmienia się to w ostatniej scenie, kiedy Grigris odkryje potęgę wspólnoty. I nagle film okaże się afirmacją małych społeczności, które niczym stada gazeli, potrafią chronić siebie samą przewagą liczebną. Głęboki instynkt biologiczny okazuje się wciąż podstawą życia cywilizowanego człowieka. "Grigris" jest koniec końcem kontynuacją "Krzyczącego mężczyzny" wyznaczając drogę ku uleczeniu ran zadanych w konfliktach zbrojnych.

Ocena: 6

Wakolda (2013)

Lucía Puenzo mówi moim językiem, przekonując, że nie ma na świecie nic gorszego od homogeniczności. Obsesja identyczności utożsamianej z doskonałością, to przekleństwo ludzkości. Kryje się za tym głęboka prawda przyrodnicza: tylko populacje mające bogatą pulę genów, mogą ostatecznie przetrwać, gdy zmianie ulegną warunki. A jednak wśród ludzi, to właśnie naukowcy z dziedzin biologicznych zapisali się w ostatnim stuleciu niechlubnie, jeśli chodzi o niszczenie genowego zbioru. Symbolem tej destrukcji jest Mengele, bohater "Wakoldy".


W swoim najnowszym filmie Puenzo pokazuje, do czego może prowadzić niewinna z pozoru potrzeba niewyróżniania się z grupy. Czyni ona nas słabymi, choć słabości doszukujemy się nie tam gdzie trzeba. Prawdziwa słabość jest zaproszeniem do gwałtu, zbezczeszczenia nadziei na lepsze jutro. Otwiera drogę potworom, których nie rozpoznamy jako zagrożenie, chyba że będzie już za późno.

"Wakolda" to poruszający obraz bezbronności w obliczu tych, którzy z definicji powinni stać na straży naszego dobra. Jeśli nie można już wierzyć nawet lekarzom, to znaczy, że nie można wierzyć już nikomu. To zapewne byłoby zdrowszym podejściem do życia, ale czy można istnieć bez zaufania?

Ocena: 7

Blood Ties (2013)

Lubię francuskie filmy Caneta. Oglądając je zawsze myślałem, że powinien kręcić w Ameryce. W końcu to zrobił i niestety lepiej byłoby dla wszystkich, gdyby pozostał we Francji.


Nie rozumiem wyboru Caneta, który zdecydował się zrobić jako swój pierwszy angielskojęzyczny film remake obrazu, w którym już sam zagrał. Czy fakt, że zna materiał, miał stanowić dla niego swoiste koło ratunkowe, kiedy wypływał na nieznane sobie wody? Jeśli nie czuł się pewnie, to nie powinien był tego robić. Rezultat jest mocno rozczarowujący. Cała historia jest miałka, pozbawiona dynamiki, a dwójka bohaterów, mimo że grają ich fajni aktorzy, jest tak pozbawiona charakteru, że w ogóle mnie nie zainteresowały ich losy.

W rezultacie najbardziej spodobała mi się muzyka. Zarówno ta napisana z myślą o filmie jak wszystkie przeboje, jakie wybrano, by oddać klimat epoki. Nawet zdjęcia nie są pomocne, bo bardzo często praca kamery jest aż za dobrze widoczna.

Canet powinien wrócić do francuskiego kina imitującego amerykańskie. To mu wychodzi zdecydowanie lepiej.

Ocena: 5

मानसून शूटआउट (2013)

Młody policjant. Pościg za podejrzanym. Wyciągnięta broń. Co zrobić? Strzelać czy nie? Zabić czy nie? "Monsoon Shootout" to opowieść o tym, jak potoczą się losy bohaterów w zależności od decyzji policjanta.


Przez długi czas film wydaje się naiwny. Losy bohaterów podążają dość uczęszczanymi drogami fabularnymi. Reżyser nie mówi nic odkrywczego ani szczególnie ważnego. Pokazuje świat przeżarty przez korupcję, w którym prawo jest kwestią do dyskusji, a idealiści są pierwszymi ofiarami, ponieważ nikt ich nie chce. Całość opowiedziana jest z wystarczającą werwą, bym nie nudził się i nie skreślił filmu jako nic niewarty śmieć. Ale to dopiero końcówka przekonała mnie do reżysera. Okazało się bowiem, że nie jest aż tak ckliwy, jak to sugerowały poszczególne historyjki. Koniec jest mocno cyniczny, co mnie oczywiście bardzo się spodobało. Brzytwa Ockhama czasem sprawdza się i w kinie.

Ocena: 6

Borgman (2013)

Uwielbiam takie filmy! Przewrotne, nie dające się łatwo wytłumaczyć, balansujące na granicy humoru i makabry. Alex van Warmerdam staje się moim ulubionym reżyserem holenderskim.


Borgman to tajemnica. Cytat z Biblii, od którego zaczyna się film oraz następujące po nim polowanie, w którym bierze udział ksiądz, oczywiście naprowadzają na trop odpowiedzi, ale wcale jej nie dają. A nawet jeśli, to zachowanie Borgmana pozostaje dwuznaczne. Tak, dokonuje strasznych czynów. Manipuluje ludźmi, niszczy ich psychicznie i fizycznie, dowodzi skomplikowaną akcją dywersyjną. Ale do końca nie wiadomo, czy jest agentem Dobra czy też Zła. Wydaje się diaboliczny. Wyłapuje ludzkie słabości, a potem bezwzględnie je wykorzystuje. No właśnie. Czy brak obojętności wobec niedoli innych jest słabością? Tak wynika z filmu, bo przecież pierwszą babę, która zatrzaskuje drzwi Borgmanowi przed nosem, zostawia w spokoju. Pewnie i rodzinę by zostawił, gdyby nie żona, która zlitowała się nad nim. Morał opowieści jest jasny: nie wyciągaj pomocnej dłoni, bo stracisz rękę i całą resztę.

Swoją drogą ciekawe, co też ma przeciwko domom jednorodzinnym van Warmerdam, że po raz kolejny stają się one miejscem dziwacznych rzeczy?

Ocena: 7

Inside Llewyn Davis (2013)

"Poważny człowiek" był filmem, który można było interpretować metaforycznie. "Inside Llewyn Davis" jest zaś filmem, który trzeba tak interpretować. Coenowie, jak nigdy wcześniej, porzucili normalność, wkraczając w świat ludzkiej psychiki. Ale jest to tak naprawdę jedyne novum wprowadzone przez braci.


Cały film miałem wrażenie mocnego deja vu. Wszystko, co pojawia się na ekranie, już gdzieś wcześniej w filmach Coenów widziałem. W tym sensie "Inside Llewyn Davis" przypomina ostatnie filmy Burtona: ogląda się to jako album-składankę z największymi hitami. Jednak Coenowie potrafią lepiej wykorzystać powtórki. Ich film jest wciąż świeży i zabawny. Pełno jest tu świetnych dialogów. Towarzyszą im pomysłowe zdjęcia (zwłaszcza w tych wąskich korytarzach mieszkalnych).

Sam film jest zarazem gorzki i optymistyczny. Wszystko zależy od widza, czy jest on typem widzącym szklankę do połowy pełną, czy w połowie pustą. Ta niejednoznaczność, a jednocześnie mówienie prawdy o chaosie ludzkiego doświadczenia, spodobało mi się najbardziej. Dlatego też nie poczułem się rozczarowany.

Ocena: 7

czwartek, 23 maja 2013

Only God Forgives (2013)

Trochę to dziwne, że "Tylko Bóg wybacza" spodobało mi się. "Valhalla Rising" uważam za najsłabszy film Refna, a ten mógłby być bratem bliźniakiem. Tyle tylko, że tym przystojniejszym. Bo, kiedy o nim myślę, to mam przed oczami przecudne kadry, a w uszach niepokojąco oniryczną muzę.


Gdyby spojrzeć na film chłodnym okiem, to należałoby go od razu wrzucić do kosza. Wśród śmieci w końcu znaleźć może się sporo pięknych skądinąd rzecz. Oto bowiem, jak wygląda "Tylko Bóg przebacza": ludzie stoją i się gapią, ludzie siedzą i się gapią, ludzie idą i się gapią, ludzie jedzą i się gapią, ludzie słuchają i się gapią, ludzie wrzeszczą a kobiety się nie gapią. Hmm, nie przypominam sobie, by byli jacyś ludzie, którzy leżą i się gapią, ale przyznam się, że po pewnym czasie przestałem już na to zwracać uwagę. Za to nie mogłem oderwać oczu od Kristin Scott Thomas. Wow! Co też z niej zrobił Refn! Chyba nigdy wcześniej nie stworzył równie odjechanej kobiecej postaci. Pierwsze wrażenie w różowej bluzeczce robi piorunujące. W scenie obiadu jest jeszcze lepsza (to Thomas wypowiada wszystkie fajnie kwestie w tym filmie).

Zapewne jednak i Thomas nie wystarczyłaby do zamydlenia mi oczu na płytkość i intelektualną pretensjonalność dzieła Refna. Są jednak przepiękne zdjęcia utrzymane w sennej estetyce przywodzącej na myśl obrazy Lyncha. A muzyka Martineza?! Miód na moje uszy!

Ocena: 7

wtorek, 21 maja 2013

過界 (2013)

Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. Tak można podsumować "Bends". Jeden z bohaterów pragnie przedostać się z ciężarną żoną do Hongkongu, gdzie mogłaby je legalnie urodzić. Druga bohaterka z kolei jest świadkiem, jak jej wspaniały raj zmienia się w piekło.




"Bends" nie jest filmem szczególnym. Nie wyróżnia go nic spośród miliona innych tytułów. Nie jest nawet zły. Nie mam się w zasadzie do czego przyczepić. No może do pewnej naiwności w budowie zakończenia. Aktorzy są całkiem dobrzy, szczególnie spodobała mi się Carina Lau. Jej wyciszona kreacja niemniej jednak została nasycona całą masą emocji. Podobały mi się też niektóre ujęcia, choć chwilami reżyserka jest zbyt ostentacyjna w ich prezentacji. Niewiele z niego zapamiętam (jeśli cokolwiek), ale nie mam wcale wrażenia, że zmarnowałem na nim czas.

Ocena: 6

そして父になる (2013)

No tak. Ten film to zdecydowanie nie moja bajka. Historia dwóch rodzin, które odkrywają, że zamieniono im dzieci, w ogóle mnie nie ruszyła. Wydała mi się ckliwa i opowiedziana w mało interesujący sposób.





Owszem, twórcy zadają kilka ciekawych pytań. Ale tak naprawdę nie interesują się głębszymi emocjonalnymi warstwami historii. Zostają więc bardzo płytkie postrzeganie tego rodzaju tragedii. Większość z osób, która nie widziała filmu i tak potrafiłaby fabułę opisać. A końcowy morał wydał mi się bardzo naciągany.

Na szczęście twórcy nie poszli w czysty wyciskacz łez. To duża sztuka (kiedy patrzy się na to, jak w podobnych sytuacjach radzą sobie Polacy).

Ocena: 5

L'inconnu du lac (2013)

Dziwny to film. Gdyby powstał 20 lat temu, łatwo można byłoby go interpretować w kategoriach metafory AIDS. Oto pomiędzy gejami szukającymi anonimowego seksu wędruje chodząca śmierć. Kogo wybierze, ten ginie. Dziś jednak taka interpretacja wydaje się mocno niepełna. Jednak społeczność pikietników, skąpana w promieniach letniego słońca, ma w sobie coś z desperacji ludzi całkowicie przegranych. Oczywiście jest to po części sprytny zabieg reżysera. W końcu widzimy tylko ten jeden zakątek świata. Nie mamy możliwości zobaczyć, jak odwiedzający go ludzie zachowują się w pracy, ze swoimi bliskimi. Tamto życie zostawiają na parkingu.


Muszę się przyznać do tego, że nie spodziewałem się po filmie zbyt wiele. W końcu trochę trudno brać na poważnie film, w których zapewne nic nie wydano na kostiumy. Większość bohaterów cały czas siedzi nago. O dziwo, okazało się jednak, że poza kilkoma wtrętami, reżyser wcale nie poszedł w stronę sexplotation. Bohaterowie są intrygujący, a łączące ich relacje fascynują swoją niejednoznacznością. Jest kilka kiczowatych momentów, ale mogę to darować, bo ogólna atmosfera okazuje się na tyle soczysta, że obejrzałem całość z przyjemnością.

Ocena: 6

niedziela, 19 maja 2013

Miele (2013)

Dobrze jest, kiedy reżyser stara się myśleć obrazami. Nie może jednak przy tym zapominać o fabule Tej lekcji najwyraźniej nie przyswoiła sobie reżyserka "Miele". A może naprawdę chciała nakręcić pretensjonalny film o miłości?


Miele, czyli miód, to ksywa pod którą ukrywa się główna bohaterka, kiedy pracuje w eutanazyjnym podziemiu. Do tej pory udawało jej się żyć ze spokojnym sumieniem, bo przekonała siebie, że ludzie byli śmiertelnie chorzy i w ten sposób im pomagała. Kiedy jednak kolejny klient okaże się zwyczajnym samobójcą, coś w niej pęknie. We mnie też coś pękło, kiedy musiałem cierpieć katusze idiotycznej fabuły. Nie ma nic gorszego jak naiwność próbująca udawać, że jest mądrością. Reżyserka prowadzi wykład etyczny, w którym pada tylko jedno mądre zdanie. Otóż kiedy samobójca pyta się, jaka jest różnica między nim, a ludźmi, którym Miele pomaga odejść, ta odpowiada po prostu: oni chcą żyć, ale nie mogą.

Jednak filmu zupełnie nie skreślam, ponieważ znalazło się w nim kilka naprawdę przepięknych ujęć. Widać, że reżyserka bardzo świadomie wykorzystuje obraz. Szkoda, że nararcyjnie nie jest równie dobra.

Ocena: 4

sobota, 18 maja 2013

Le passé (2013)

Kocham Farhadiego. To niesamowite, jak potrafi mnie wciągnąć w swoje filmy.  "Le passé" zaczyna się bardzo niepozornie i przez cały czas narracja będzie toczyć się niespiesznie. A jednak już po pół godzinie nie byłem w stanie oderwać wzroku od ekranu. Później szczęka zaczęła mi coraz bardziej opadać. Co chwilę kręciłem głową, bo po prostu nie mogłem uwierzyć, w to jak wciągnąłem się w dramat bohaterów.





Farhadi jest też obecnie jednym z nielicznych reżyserów, który naprawdę wiele wymaga od swoich aktorów. U niego nie wystarczy być po prostu utalentowanym. Jego teksty są tak napisane, że braki w technicznym przygotowaniu wychodzą natychmiast. Na szczęście obsada "Le passé" jest fenomenalna. Takie popisy aktorskiego kunsztu kojarzą mi się raczej z latami 60., a nie ze współczesnym kinem. Ogląda się to niebywale dobrze.

Gdyby tylko Farhadi zrezygnował z ostatniego ujęcia, byłoby idealnie. A tak jest "tylko" bardzo, bardzo dobrze.

Ocena: 9

The Bling Ring (2013)

Młode nastolatki w końcu zostały zauważone przez kino. I nie są wyłącznie lolitkami, na widok których ślinią się faceci. Są świadome tego, że seks jest bronią, że w dzisiejszym czasie (jakby w innych było inaczej, ale dzieciaki odkrywają dopiero świat, więc tego jeszcze nie wiedzą) tylko on się liczy. Jednak świat nastolatków to świat z czasów końca imperium: króluje hedonizm i brak myślenia o konsekwencjach.


Temat ten poruszył już Korine we "Spring Breakers". Niestety niezbyt udanie. Tymczasem "Bling Ring" sprawia wrażenie kolejnego wspólnego dzieła Korine'a i Clarka. Jak w "Bullym" czy "Ken Park" tak i tu dorośli są, ale równie dobrze mogłoby ich nie być. Świat młodych jest zupełnie oderwany od tego, w jakim żyją rodzice. Alienacja to dobre określenie. Między nastolatkami a rodzicami jest przepaść, która chwilami wydaje się większa od różnic między ludźmi i kosmitami. Jedynym łącznikiem są media. To one tłumaczą obce sobie światy. Problem w tym, że nie pokazują prawdy, lecz tworzą iluzje, które stają się marzeniami dla odbiorców. Nic więc dziwnego, że coś takiego jak Bling Ring powstało. Nie ma też nic dziwnego w tym, że ktoś nakręcił o tym film.

Coppola pozytywnie mnie zaskoczyła. Jej manieryzmy znalazły idealne ujście w temacie. Narracja jest bardzo świeża i młodzieńcza. Miałem wrażenie, że reżyserka świetnie uchwyciła współczesne obsesje młodych i to bez podpierania się hiperstylizacją, jak to było w przypadku "Spring Breakers". Szkoda tylko, że nie powstrzymała się przed wygłaszaniem kazań. Nie bardzo wiem, po co to robi. W końcu sama przyznaje, że młodzi i tak kazań nie słuchają. Rodzice zresztą też, zbyt będą przerażeni, że i ich dzieci mogą żyć w takiej kulturze, poddani takim wpływom.

Ocena: 7

czwartek, 16 maja 2013

Jeune et jolie (2013)

Tak się jakoś złożyło, że w bardo krótkim czasie zobaczyłem dwa filmy Ozona. Na szczęście oba są dobre, choć ja wolę ten starszy. Może i bardziej efekciarski, ale jednak mocniej trafia w mój gust. "Jeune et jolie" jest prostsze, składa się z samych schematów, jakie w kinie widziałem setki razy. To, co wyróżnia je, to postać głównej bohaterki oraz kilka ciekawych sekwencji rodzinnych.





Może właśnie dlatego "Jeune et jolie" traktuję jak kolekcję bibelotów. Pojedynczo są bezwartościowe, dopiero ustawione razem, jako jedność, robią wrażenie. To, co urzekło mnie w tym filmie, to praca reżysera, operatora i głównej aktorki. Stworzyli oni doskonale współgrający trójkąt, którego rezultatem są fascynujące i niejednoznaczne sceny, pełne emocji, ale łatwiejszych do odczucia niż do opisania. Ozan po wpadce jaką był "Ricky" wytrwale trzyma przyzwoity poziom. I choć mam wrażenie, że artystycznie stoi w miejscu, że obsesyjnie przerabia w kółko ten sam temat, to póki robi to dobrze, nie będę mu miał tego za złe.

Ocena: 7

Fruitvale Station (2013)

Fruitvale Station. Wystarczy wpisać tę frazę do YouTube'a, by zobaczyć cały bezsens ludzkiej egzystencji. Nowy Rok. Na stacji metra dochodzi do zabójstwa. Skuty kajdankami czarnoskóry młody mężczyzna zostaje zastrzelony, leżąc na brzuchu, przez białego policjanta. Scena ta zaszokowała cały świat. Jeśli jednak jakimś cudem ktoś z was jej nie widział, nie ma problemu, właśnie od niej zaczyna się "Fruitvale Station". To co następuje potem jest relacją z ostatnich 24 godzin życia zastrzelonego.


I tu zaczynają się problemy. Nie potrafię uwierzyć, że jest to cała prawda o Oscarze. W tym filmie jawi się prawie jak święty: pomaga obcej kobiecie w sklepie, rozpacza nad nieznanym sobie psem i jeszcze musi zmagać się z problemami zawodowymi (czy raczej ich brakiem, skoro jest bezrobotny). Owszem, twórcy przypominają jego więzienną przeszłość, ale w filmie wyraźnie zostaje zaznaczone, że to jest już przeszłość, że teraz jest już inny. Nie wiem, co chcieli takim zabiegiem osiągnąć twórcy, ale dla mnie był to przejaw skrajnej manipulacji, wymuszenie na mnie świętego oburzenia, że oto całkowicie niewinny człowiek został tak okrutnie potraktowany. Zamiast tego czułem jedynie przygnębienie, bo w moich oczach przesłanie filmu jest zupełnie inne: udowadnia bowiem, że nie ma ucieczki od swojej przeszłości. Z pozoru głupi zbieg okoliczności sprawił, że doszło do tragedii. W rzeczywistości jednak jest on sumą decyzji podejmowanych przez bohaterów latami (w przypadku Oscara co najmniej od studniówki). Zmiana zachowania teraz nie wpływa na przeszłość, za to przeszłość cały czas wpływa na teraźniejszość i przyszłość.

Film zaczął mi się podobać, kiedy ukazuje to, co wydarzyło się po zastrzeleniu Oscara. Jego brak na ekranie sprawia, że reżyser może porzucić hagiograficzne peany. Widać to nawet w stylu filmowania, bliższy bohaterom, który wcale nie wybiela, a po prostu przygląda im się, łącząc się z ich bólem. W tych scenach jest bardzo wiele prawdy i bólu. Dzięki nim całość mocno zyskała w moich oczach.

Ocena: 5

Heli (2013)

Jeden trup i jedno zmaltretowane ciało. Tak zaczyna swoją najnowszą opowieść Amat Escalante. To jedna z mocniejszych i bardziej wyrazistych scen. Escalante z minimalizmu uczynił show. Bawi się obrazami, tempem narracji balansując między rzeczywistością a fikcją. Ale fabuła jest mało zabawna. To świat ponury, który w Polsce znajdzie zapewne wielu fanów, bo też Meksyk w "Helim" jest bliski naszej kinowej stylistyce pławiącej się w ponuractwie.


Escalante jednak lepiej sobie radzi z prezentacją tego świata. To, co go tym razem gubi, to chęć stworzenia przypowieści uniwersalnej, obejmujące całe spektrum nieszczęść. Może przy innej konstrukcji filmu idea ta by się sprawdziła. W tym przypadku niestety tak się nie stało. Pod koniec staje się niezamierzenie śmieszny.

Ocena: 6

środa, 15 maja 2013

The Great Gatsby (2013)

Dziwny to film. Miałem wrażenie, że "Wielki Gatsby" jest bękartem związku "Upiora w operze" Schumachera i "U niej w domu" Ozona. Po tym pierwszy "Gatsby" odziedziczył widowiskowe sceny, które są tak ciężkie, że przytłaczają całą opowiadaną historię. Po tym drugim dostał przekonanie o sile wyobraźni i potędze (również destrukcyjnej) słowa pisanego.


Bo też "Wielki Gatsby" Luhrmanna to dzieło wyobraźni od początku do końca. Całość jest przecież narracją, spisywaną(!) przez Nicka, który jednocześnie jest świadkiem opowiadanych zdarzeń (czy aby na pewno? kim naprawdę jest Gatsby? Nick?). Na poziomie hipernarracji też jest to rzecz odrealniona. Luhrmann stworzył szalone i chwilami naprawdę zachwycające widowisko, które jednak niewiele ma wspólnego z tym, jak naprawdę wyglądały Stany Zjednoczone sto lat temu. Wreszcie tematem filmu jest wyobraźnia, moc, z jaką Gatsby nagiął rzeczywistość do swoich potrzeb. Jest to więc w zasadzie film SF niż dramat psychologiczny.

Niestety, nie potrafiłem się do filmu przekonać. Całość jest tak wielka, że czułem się przygnieciony, a z kina wyszedłem zmęczony. Kiedy zachwyt nad tym, co zobaczyłem i usłyszałem opadł (jak musiało się stać, w końcu wrażenia zmysłowe są ulotne), niestety pozostałem z pustką równie wielką, jaką miał w sobie Gatsby/Nick. Obym tylko nie skończył jak oni. Ocena: 6

poniedziałek, 13 maja 2013

Merci beaucoup Bradley Cooper (2013)

Światem rządzą pozory. I najgorsze, co może się w tym świecie wydarzyć, to dyskredytacja. Wszyscy wiedzą, że wszyscy grają, ale nikt nie chce się przyznać, że został ograny. Dlatego też tak bardzo ważny jest wizerunek; nie dla osoby, która o niego walczy, ale dla osób, które patrząc nadają wagę temu wizerunkowi.


Tę cyniczną prawdę "Merci beaucoup Bradley Cooper" przedstawia w prosty i lekki sposób. Krótkometrażówka jest czymś na kształt komedii pomyłek, ale w rzeczywistości funkcjonuje bardziej jako inside joke niż jako satyra na show biznes. Miłe to, ale w ostateczności pozbawione wyrazu.

Ocena: 5

sobota, 11 maja 2013

Janie Jones (2010)

Co jest takiego w artystach, którzy muszą odkryć "uroki" ojcostwa, że w ostatnim czasie nastąpił prawdziwy wysyp tego rodzaju filmów? Czy to jest znak czasów? Jeśli tak, to nie jest on dla mnie zbyt czytelny. "Somewhere", "Dla Ellen", a teraz "Janie Jones". I wszystkie te filmy podążają w zasadzie w tym samym kierunku. Owszem, za każdym razem droga jest inna, ale idea ta sama.


Może dlatego "Janie Jones" nie zrobiło na mnie większego wrażenia? Brak oryginalności sprawia, że jedyną atrakcją była tak naprawdę obsada. I o ile Nivola nie rozczarowuje, o tyle tego samego nie mogę powiedzieć o Abigail Breslin. Niby ma ona na swoim koncie kilka sukcesów w kinie niezależnym, ale rola Janie zdecydowanie do niej nie pasowała. Janie jest jednocześnie delikatna i twarda, rezolutna i bezbronna. Breslin nie poradziła sobie w utrzymaniu wiarygodności wszystkich tych aspektów. Przez co jej postać jest rozmyta, jakbym ją oglądał odbitą w krzywym zwierciadle. A to rzutowało na końcowy odbiór. Cały czas na myśli przychodził mi Michael Cera jako aktor, który byłby w stanie poradzić sobie z tą rolą. No ale on jest chyba już za stary na granie 13-latka.

Ocena: 5

czwartek, 9 maja 2013

Dans la maison (2012)

Ozon wraca do tematu, który już kiedyś poruszył z dobrym skutkiem, opowiadając o twórcach, obiektach i wyobraźni i odbiorcach, a przede wszystkim o obsesjach rodzących się w wyobraźni. Tym razem Ozon wgryza się w ideę twórczego wampiryzmu, ale od innej strony, niż to ma miejsce zazwyczaj.


W typowej opowieści twórca bezwzględnie wykorzystuje otoczenie, by karmić głód własnej wyobraźni. Jest bezwzględny w niszczeniu wszystkich na drodze do sukcesu. Tu również tak jest, kiedy Claude cynicznie wykorzystuje rodzinę Raphy. Ale tylko do pewnego momentu. Bowiem tym razem istotny staje się również odbiorca. U Ozona twórca nie jest odporny. Czy tego chce czy nie, jest kształtowany przez tych, do których kieruje swą twórczość. I odwrotnie, odbiorca zmienia się pod wpływem dzieła, z którym obcuje. Jeśli pozostać przy metaforze wampira, to z "U niej w domu" płynie morał, iż wampir-twórca jest mocno wyspecjalizowany, potrzebuje nosiciela konkretnej grupy "krwi". Tylko wtedy może się pożywić. Rodzi to więc perwersyjną, sadomasochistyczną relację, w której kajdanki, sznury, kolce i inne gadżety zostały zastąpione słowami. Tymi napisanymi i tymi wypowiadanymi jako opinie. Zaś morał jest jeden: to nie sułtan trzymał tysiąc nocy Szeherezadę, lecz to ona nie mogła przestać. Opowiadający jest w równej mierze niewolnikiem opowieści, co słuchający.

Ozon świetnie kreśli relację łączącą nauczyciela i ucznia. Dzięki genialnemu motywowi Philippe'a Rombiego buduje fascynujący obraz, w który zanurzamy się równie głęboko, co nauczyciel w opowieści Claude'a. "U niej w domu" jest też przyspieszonym kursem narracyjnym. Analizowane są tu różne sposoby kształtowania bohaterów, budowania fabuły, zwrotów akcji, wykorzystywania różnych popularnych schematów rozwiązywania konfliktów. Oczywiście wszystkiego nie byłem w stanie wychwycić, aż tak biegły z francuskiej literatury nie jestem. Ale na szczęście całość i tak jest czytelna, nawet dla dyletanta.

Ocena: 7

środa, 8 maja 2013

20 ans d'écart (2013)

Kolejna komedyjka lekka jak puch i równie ulotna. Oglądałem ją z przyjemnością, ale też bez większego żalu wyrzucę ją z pamięci, by już nigdy więcej do niej nie wrócić.


Tego rodzaju historyjek jest na pęczki. I podobnie jak w większości z nich, tak i tu podstawowym atutem są sympatyczni bohaterowie. Virginie Efira uwodzi zmysłową dojrzałością (grając podobną postać do tej z "Tylko nie miłość"). A Pierre Niney ujmuje młodzieńczym entuzjazmem. Jest kilka zabawnych momentów, ale nie ma w tym filmie naprawdę nic rzucającego się w oczy. Ot, miły filmik w sam raz na zabicie czasu.

Ocena: 6

wtorek, 7 maja 2013

Stoker (2013)

India od dzieciństwa była inna. Jednak pytanie o to, co jest ważniejsze natura czy wychowanie pozostanie bez odpowiedzi. Czy rzeczywiście od urodzenia nosiła w sobie skazę, a jej ojciec robił wszystko, by dziewczyna nie stała się jej świadoma? Czy może to właśnie poczucie winy i strachu uczyniło z ojca osobę przewrażliwioną, która próbując uchronić córkę przed losem, jakiego się obawiał, nieuchronnie wprowadził ją na tę drogę? To, co widzimy, to końcowy rezultat. India jest inna, a "Stoker" to w rzeczywistości opowieść o odkrywaniu przez nią swojej natury i akceptowaniu tego, kim jest naprawdę.


Jej przewodnikiem na trudnej ścieżce do samoakceptacji będzie jej stryj Charlie, o którego istnieniu nie miała pojęcia. Swój pozna swego, mawia stare ludowe przysłowie. I pewnie dlatego India reaguje na Charliego odrzuceniem. Instynktownie lęka się tego, kim jest, nieświadomie zdając sobie sprawę, że jej natura czyni z niej odmieńca, którego społeczeństwo nie zaakceptuje. Charlie również to wie. Doświadczył tego na własnej skórze, dlatego też do Indii podchodzi ostrożnie, jak do dzikiego zwierzęcia, stopniowo budząc jej ciekawość i fascynację, aż będzie gotowa, by odkryć swe prawdziwe pragnienia. W ten sposób "Stoker" jest bardzo przewrotną opowieścią o dorastaniu, czy wręcz o coming oucie, choć seksualny aspekt ma tu duże znaczenie, to jednak nie o orientację tu chodzi.

Po obejrzeniu "Stokera" odetchnąłem z ulgą. Bałem się, że Chan-wook Park jak wielu podobnych mu twórców polegnie w swoim angielskojęzyczny debiucie. Tak się jednak nie stało. Reżyserowi udało się zachować wszystko ze swojego wyjątkowego stylu. Bardzo istotny jest tu fakt, że Park współpracował tu ze swoim stałym operatorem Chung-hoon Chungiem. Panowie genialnie się uzupełniają, dzięki czemu "Stoker" to przede wszystkim arcydzieło filmowej sztuki obrazu. Praktycznie każdy kadr mógłbym kontemplować godzinami. Jest tu wszystko od impresjonistycznego malarstwa pejzażowego, przez barokowe, nasycone intensywnymi barwami sceny rodzajowe w domu, po delikatne i intymne ujęcia chwytające momenty bliskości, emocjonalnej czystości. Każdy z trójki bohaterów ma swoją paletę barw, odcieni, saturacji. I najbardziej fascynujące są te sceny, gdzie bohaterowie i związane z nimi style stykają się i ścierają. Fantastyczny montaż, jeszcze lepsza kompozycja kadrów tworzą hipnotyzującą narrację, budującą niemal namacalną więź mrocznych obsesji. W tej inscenizacji doskonale odnajdują się i Goode i Wasikowska.

Film ma w zasadzie tylko jeden słaby punkt. To chwila, w której rodzinna tajemnica zostaje odkryta. Niestety w tym momencie czar prysł. Patrząc na całość, nie wiem, czy można było tego uniknąć. Chyba nie. Niemniej jednak "Stoker" jest najlepszy wtedy, kiedy budowany jest na niedopowiedzeniu, kiedy pozostaje nieuchwytny niczym emocje, jakie portretuje. Charlie w pewnym momencie staje się zbyt banalny. Rozczarowuje. Oczywiście mogę sobie to zracjonalizować. W końcu jednym z etapów dorastania jest nabycie świadomości, że ci, którzy tak nas w dzieciństwie fascynowali są równie słabi, jak cała reszta. To jednak pomaga tylko i wyłącznie na poziomie intelektualny.

Ocena: 8

PS. Ciekaw jestem, ile w tym filmie jest z Wentwortha Millera. "Stoker" sprawia wrażenie na wskroś parkowego. Jeśli jednak rzeczywiście w ostatecznym kształcie opowieści jest sporo z pomysłów Millera, to jestem przekonany, że stanie się on jednym z moich ulubionych scenarzystów... oczywiście, jeśli w dalszym ciągu będzie mnie potrafił zafascynować tak jak tutaj.

Los amantes pasajeros (2013)

W końcu Almodóvar nakręcił coś innego. Muszę się przyznać do tego, że zdążyły mnie już zmęczy te jego wszystkie odpicowane, wystylizowane filmy, jakie kręcił od czasu "Wszystko o mojej matce". Wejście na kinowe salony sprawiło, że Almodóvar zaczął tworzyć przecudne celuloidowe cacka, ale ceną było zamknięcie się w więzieniu sprawdzonej formy. W "Przelotnych kochankach" udało mu się z tych pęt uwolnić.


W rezultacie nakręcił film, jakiego nie zrobił od czasów "Wysokich obcasów". "Przelotni kochankowie" mają bardzo prostą formę i niezbyt wyszukaną fabułę. Opiera się wyłącznie na barwnych bohaterach, których losy na przemian bawią i wzruszają. Niestety ucieczka z klatki ze złota nie do końca się powiodła. "Przelotnym kochankom" wyraźnie brakuje już młodzieńczej werwy i całości po prostu brakuje ikry. Niby ma kilka odjechanych pomysłów, jednak rzecz jest w sumie stonowana i dość ugłaskana. Przez co największą wartością staje się obsada składająca się niemal wyłącznie z moich ulubionych hiszpańskojęzycznych aktorów i aktorek.

Ocena: 6

niedziela, 5 maja 2013

People Like Us (2012)


Bycie draniem to wybór. I jak z każdym wyborem tak i ten wymaga po pierwsze sporo wysiłku, żeby w nim trwać (jeśli sprzeczny jest z naszą naturą), po drugie zawsze może zostać zmieniony. Drań to człowiek zraniony, który tworzy wokół miękkiego wnętrza swojej duszy chitynowy pancerz przeciwko światu. I przed światem chroni aż za dobrze, ale niestety nie daje żadnej ochrony przed nami samymi. Tak rodzą się wyrzuty sumienia, tak odkrywamy ciepło i akceptację, ból straty i ból odrodzenia.


Kurtzman i Orci postanowili udowodnić, że znają się nie tylko na wysokobudżetowych produkcjach, ale potrafią się także odnaleźć w skromnym kinie obyczajowym. I rzeczywiście, wszystkie lekcje odrobili prawidłowo. To, co ich zgubiło to za duży budżet. "Ludzie jak my" jest filmem zbyt "czystym". Kino niezależne potrzebuje trochę chropowatości, nadaje to opowiadanym historiom więcej autentyczności. Tu wszystko jest takie lśniące, odpicowane, że samoistnie rodzi dystans. Zupełnie jak z daniem początkującego kucharza: składniki odmierzone co do grama i mililitra, całość przygotowana słowo w słowo w zgodzie z przepisem. Rezultat jest zadowalający, ale czuć, że czegoś w tym brakuje, że coś poszło nie tak.

Ocena: 6

Brave (2012)


Wiem, że dla wielu Pixar to bóg animacji. Na mnie jednak nigdy aż takiego wrażenia dzieła studia nie robiły. Owszem, kilka filmów wyszło im naprawdę niezłych. Ale wbrew obiegowej opinii nigdy nie uważałem wytwórni za nadmiernie oryginalnej. Przeciwnie, repertuar morałów ma Pixar bardzo ograniczony. I za którymś razem musi się to już znudzić. Tak się stało w moim przypadku z "Meridą Waleczną".


Najnowsza produkcja Pixara to kolejna pieśń pochwalna egoizmu. Oczywiście nazywane jest to bardziej szlachetnie, jak "bycie kowalem własnego losu". Ale kiedy spojrzy się z boku widać wyraźnie, że chodzi o to, że istotne jest "Ja" i nic więcej. Przewrotność takiego myślenia widać w drugiej części morału, zgodnie z którą, gdyby wszyscy byli egoistami, świat byłby szczęśliwszym miejscem, bowiem to myślenie wspólnotowe jest źródłem wszelkich nieszczęść. Z kolei miłość jest w świecie Pixara idealną unią egoizmu tworzącego zamknięty, wzajemnie napędzający się układ, swoiste perpetuum mobile.

Powtarzanie tego samego w kolejnych filmach nie robi na mnie wrażenia. Sprawia za to, że baczniejszą uwagę zwracam na samą narrację. A ta niestety jest mierna. Merida jest postacią bezbarwną, pozbawioną ikry. Na drugim planie też nie dzieje się nic ciekawego. No może z wyjątkiem wiedźmy, ale ta pojawia się na krótko, więc większego wpływu na ostateczną ocenę nie ma. Technicznie oczywiście nic Pixarowi nie można zarzucić. Choć moim zdaniem w walce niedźwiedzi przesadzili z realizmem przemocy. Jest ona zdecydowanie zbyt intensywna jak na produkcję dla dzieci. Osobiście uważam, że za to filmowi należała się kategoria PG-13.

Ocena: 5

The Lion in Winter (1968)

Być aktorem 60 lat temu. To musiało być coś niesamowitego. Kiedy oglądam filmy takiej jak "Kto się boi Virginii Woolf?" czy właśnie "Lew w zimie", zawsze zbieram szczękę z ziemi. Te genialne dialogi, ta intensywność gry aktorskiej i przede wszystkim potężna historia, która jakimś cudem wcale nie jest uproszczona, lecz pokazuje całe bogactwo barw ludzkich interakcji.


Akcja rozgrywa się w 1183 roku. Boże Narodzenie. Król Henryk II po śmierci swego następcy (który jest tu trochę idealizowany, w rzeczywistości był przecież równie zagorzałym buntownikiem wobec ojca, co jego bracia) musi zdecydować, komu przypadnie korona. Ale sprawy polityczne nieuchronnie mieszają się ze sprawami serca. Henryk, choć kocha Alais i zarzeka się, że nic nie czuje do Eleonory, to jednak wciąż jest z nią związany. Podobnie jak ona z nim, bo choć robi wszystko, by uprzykrzyć mu życie, w rzeczywistości, jest jedynie odtrąconą kobietą, która żyje wspomnieniami dawnej miłości. Cenę za ich miłosno-nienawistny związek płacą wszystko wokół. Bowiem kiedy jest się władcą w średniowiecznej Europie, władza i życie prywatne są jednym i tym samym. W dzisiejszych czasach wydaje się to trudne do zrozumienia, ale twórcom "Lwa w zimie" udało się to ukazać perfekcyjnie. Ambicja i pociąg do władzy są jedynie fizycznym, namacalny dowodem na to, co dzieje się w ich sercach.

Peter O'Toole jest w tym filmie tytanem aktorstwa. Katherine Hepburn nie ustępuje mu kroku. Miło oglądało mi się jednak przede wszystkim Anthony'ego Hopkinsa. To odświeżające obejrzeć go w roli, w której jeszcze nie kryje się za manierą, jakiej stał się ostatnio niewolnikiem. Zaskoczył mnie również Dalton. Chyba nie pamiętam go w równie intensywnej emocjonalnie roli.

Ocena: 9

sobota, 4 maja 2013

The Innkeepers (2011)

Jak cienka granica dzieli w horrorze opowieść klimatyczną od nudnej, można najlepiej przekonać się oglądając "Zajazd pod duchem". Ti West robi wszystko, by nie epatować tanią przemocą. Zamiast tego próbuje budować klimat niedopowiedzenia, niepokoju, tajemnicy. Niestety jego wysiłki prowadzą w ślepy zaułek. Zamiast wciągać, film po prostu nudzi, a jedyny niepokój, jaki budzi, dotyczy czasu trwania.


Mam wrażenie, że Ti West nie przemyślał do końca samej fabuły. Film sprawia wrażenie chaotycznego. Niby nic w nim się nie dzieje, a i tak tych kilka rzeczy, które ma miejsce, wydaje się pozbawione planu. Sama historia hotelowych duchów wydaje się trochę bez sensu. Fakt,od świata astralnego nie trzeba wymagać trzymania się zasad logiki, ale opowiadana historia nie powinna wyglądać tak, jakby ją wymyślono pięć minut przed rozpoczęciem zdjęć. Nie pomaga też dwójka głównych bohaterów, która w sennej atmosferze hoteliku na kilka dni przed jego zamknięciem jest zbyt rozleniwiona, by skupić na sobie uwagę widza. West przedobrzył i niestety efekt tego jest odpychający.

Ocena: 4

piątek, 3 maja 2013

Les petits mouchoirs (2010)

Guillaume Canet jest chyba najbardziej amerykańskim z francuskich reżyserów. Jest doskonałym kopistą. I co ważne, wzoruje się na najlepszych twórcach. Dowiódł tego tworząc znakomity thriller "Nie mów nikomu". A teraz sprawdził się jako autor kina obyczajowego.


"Les petits mouchoirs" to ciekawy obraz przyjaźni i miłości, a przede wszystkim skomplikowanych relacji międzyludzkich. Canet wykorzystał tu pełną gamę sztuczek stosowanych przez amerykańskich twórców. W warstwie wzruszeniowej i dramatycznej wypada świetnie. Jak na mój gustu w tym filmowym przekładańcu jest trochę za mało humoru. Mimo to całość została dobrze zbalansowana i choć film trwa 2,5 godziny, to wcale się tego nie czuje. A to już coś.

Canet miejscami jest naprawdę świetny. Zwłaszcza, kiedy przychodzi do portretowania przyjaźni Marie i Érica. Ma doskonałe wyczucie tego, kiedy w scenie nie potrzeba dialogów. Wydaje mi się jednak, że scenariusz jest zbyt przewidywalny i broni się tylko i wyłącznie za sprawą talentu aktorskiego obsady. Oczywiście ich dobór też jest ważny, niemniej jednak Canet jest w tej dobrej sytuacji (a przynajmniej tak mi się wydaje), że mógł przyciągnąć do swojego projektu osoby z pierwszej aktorskie ligi.

Ocena: 6

The Magic of Belle Isle (2012)

"Magiczne lato" nieodzownie kojarzy mi się ze świątecznymi przedpołudniowymi propozycjami telewizji publicznej. Wszyscy są rozleniwieni po wczorajszej uroczystej kolacji, panuje senna atmosfera, a telewizja nieinwazyjnie zapewnia "white noise" w tle. Tym właśnie jest najnowszy film Roba Reinera.


Wypruty z wszelkiej oryginalności, jest bardzo ugrzecznioną wersją historii rozżalonego pisarza, który powoli wędruje po ścieżce prowadzącej ku autodestrukcji. Nieoczekiwanie znajduje na niej przeszkodę w postaci niespełna 10-letniej rezolutnej dziewczynki i jej pięknej matki. Chwilami film jest tak przesłodzony, że aż mdli. Ale na szczęście ma też kilka naprawdę wzruszających momentów. Szkoda tylko, że jest tak sztuczny, że nie sposób oglądać go inaczej niż tylko kątem oka, resztę czasu spędzając na czymś lepszym.

Ocena: 5

czwartek, 2 maja 2013

Super Shark (2011)

Kiedy zobaczyłem, jak Raczek z poważną miną wypowiada słowa "Rekin cycojad", popłakałem się ze śmiechu. Wiedziałem też, że choć zapewne będzie to jeden z najgorszych filmów, jakie obejrzę w swoim życiu, to i tak muszę to zrobić. I teraz, w końcu nadszedł ten dzień.


Cóż, nie zawiodłem się. Tytuł, choć kłamliwy (ten rekin wcale nie był koneserem cyców), jednocześnie doskonale oddaje poziom "dzieła". To współczesny odpowiednik filmików o potworach, które powstawały przy "udziale" zabawek dziecięcych. Tu też z nich korzystano, ale większość efektów powstała na domowych pecetach. Efekty są tak złe, że w porównaniu z nimi polskie widowiska korzystają z najwspanialszych zdobyczy technologicznych. Fabuła jest absurdalna, aktorstwo praktycznie niewidoczne. No i ten sposób reżyserowania. Na to wszystko można reagować tylko śmiechem. Czysty nonsens.

Ocena: 1

Come non detto (2012)


"Come non detto" nie ma żadnych artystycznych wartości. Na szczęście nie rości sobie też do nich najmniejszych nawet pretensji. Ale to nie dlatego mi się spodobał. Jest po prostu przesympatyczny i uroczy.


Historyjka nie jest specjalnie wydumana. Większość scen bazuje na stereotypach. Ale zupełnie nie przeszkadzało mi to w jego odbiorze. Film jest bowiem niezwykle lekki i przyjemny. Pełno w nim włoskiego entuzjazmu i żywiołowości. Do tego cała obsada świetnie się ze swoich zadań wywiązała, są zabawni i wzruszający. Na specjalne wyróżnienie zasługuje Josafat Vagni, który podbił moje serce i pewnie wielu innych widzów jako Mattia. No i jest jeszcze prześliczna Gaia Scodellaro w króciutkim epizodzie.

(Gaia Scodellaro)
Ocena: 7

Loft (2010)

Zupełnie nie dziwi mnie fakt, że Hollywood zainteresowało się tym filmem. "Loft" ma w sobie duży potencjał, którego holenderski oryginał w pełni nie zrealizował. Jest więc sporo możliwości zabawienia się oczekiwaniami widzów.


Film zaczyna się od dwóch trupów. Pierwszy, niezidentyfikowany z początku, spada z wysokości na maskę samochodu. Drugim jest kobieta przykuta kajdankami do łóżka, mocno poharatana. Od tego momentu fabuła rozgrywa się na kilku planach czasowych. Mamy więc piątkę kumpli, która próbuje we własnym gronie rozwikłać zagadkę tego, kto z nich zabił. Ci sami bohaterowie są też na drugim planie przesłuchiwani przez policję. Jest w końcu trzeci poziom czasowy, poprzedzający dwa pierwsze i ukazujący, co naprawdę się zdarzyło i jak doszło do tragedii.

Fabuła "Loftu" jest mocno poplątana. Twórcy robią co mogą, by zaskoczyć widzów. Kiedy już wydaje się, że wszystko jest jasne, oni wywracają fakty do góry nogami, ukazują je w nowym świetle odsłaniając kolejną warstwę tajemnic. Pod tym względem film funkcjonuje bez zarzutu. Niestety reżyserce nie udało się wykreować odpowiedniego klimatu. Dlatego też, choć pytanie "kto zabił" jest ciekawe, to jednak film wcale aż tak bardzo nie przykuwa uwagi, a miejscami, zwłaszcza w pierwszej połowie, wręcz nudzi. Dlatego też chętnie zobaczę amerykański remake, licząc nie tylko na inne zwroty akcji ale też i na lepiej zrealizowaną otoczkę.

Ocena: 6

środa, 1 maja 2013

Reality (2012)

Na poziomie czysto intelektualnym "Reality" trudno nie docenić. Matteo Garrone bardzo sprytnie miesza konwencje i style filmowania. Technicznie jest to majstersztyk.


Z jednej strony mamy sceny rodem z baśniowych widowisk z czasów świetności Cinecittà. Dom Luciano, rynek z jego sklepikiem rybnym, do tego muzyczne tematy – wszystko to pachnie sceną, produkcją studyjną, baśnią oderwaną od rzeczywistości. Oczywiście wiadomo, dlaczego tak jest. W końcu "Reality" opowiada o bajce, jaką jest telewizyjna iluzja, bajce zdającej się na wyciągnięcie ręki, bo za sprawą programów typu reality show, dostępnej – pozornie – dla każdego.

Z drugiej strony Garrone z operatorem Marco Onorato bardzo wiele scen kręci w stylu bliskim dokumentowi czy realistycznym obrazom niszowym. Chwilami "Reality" jest bardzo rzeczywistym, autentycznym obrazem życia Neapolitańczyków. I to także jest zrozumiałe. Bo w końcu ci, którzy karmieni są papką telewizyjną, żyją w normalnym świcie, mają swoje codzienne problemy, wzloty i upadki.

Niestety mimo kunsztu realizatorskiego "Reality" niczym specjalnym nie imponuje. Jako przypowieść o pragnieniu lepszego życia, które staje się obsesją indukowaną dodatkowo przez mass-media karmiące widzów mrzonkami, nie jest ani oryginalna ani nazbyt finezyjna. Wszystko jest tu zbyt oczywiste, zbyt toporne. No może poza scenami sugerującymi, że kościół jest pełen wariatów, że dzięki nim obsesje i paranoje wiernych są tak skanalizowane, że przestają być niebezpieczne dla ogółu.

W porównaniu z "Gomorrą" Garrone zrobił tu duży krok w tył.

Ocena: 5

Antiviral (2012)

Oglądając takie filmy jak "Antiviral" dochodzę do wniosku, że każdy szanujący się polityk powinien przejść przeszkolenie z problemów etycznych, jakie stoją przed światem. Na przeszkoleniu tym serwowane byłyby właśnie filmy, powieści i opowiadania SF prezentujące wizje przyszłości. Bo kiedy w Polsce debatujemy na temat zarodków, Brandon Cronenberg ukazuje świat, który za naście lat może być rzeczywistością, jeśli politycy wciąż będą reagować z tak opóźnionym zapłonem.


"Antiviral" wydaje się ekstrapolacją bardzo przekonującą. Oto dzisiejszy świat celebryckich obsesji. Za to nauka i technologia nieco bardziej rozwinięta. Naturalnym połączeniem tych dwóch zjawisk jest chęć zarobienia pieniędzy. Cronenberg pokazuje perwersję, która staje się codziennością; morbiczne fascynacje graniczące z czystym kanibalizmem. Do tego świetnie ukazane mechanizmy korporacyjnych walk, szpiegostwa biznesowego i nielegalnego rynku skierowanego na łamanie praw autorskich. Cronenberg stworzył z tego odrażającą, a jednocześnie przykuwającą uwagę całość.

Ale do pełnego sukcesu reżyserskiego jeszcze Cronenbergowi sporo brakuje. Na razie udowodnił, że ma inteligencję i bogatą wyobraźnię. To, czego jeszcze nie ma, to umiejętności opowiadania historii. W tym zakresie brak doświadczenia odczuwalny jest dość mocno. Tempo narracji chwilami szwankuje, w niektórych miejscach przeszarżował w inscenizacjach, prowadząc niepotrzebny dialog sam ze sobą. Ale to wszystko powinno dać się poprawić w kolejnych produkcjach. A wtedy świat kina stanie przed nim otworem. Mam nadzieję, że uda mu się stworzyć jeszcze co najmniej kilka niezwykłych wizji. Ja na jego następny film będę czekał z niecierpliwością.

Ocena: 6

Over the Edge (2011)

Ocena na IMDb – 1,6. To nie zachęca do oglądania. Na szczęście nie wziąłem tego pod uwagę. Na mnie "Over the Edge" zrobiło bardzo dobre wrażenie. Fakt, widać, że robione jest tanim kosztem. Obraz, dźwięk i aktorstwo miejscami mocno szwankuje. Sama reżyseria też jest niechlujna i niekonsekwentna. Ale ja jestem w stanie wybaczyć wiele niedociągnięć technicznych, jeśli tylko kupuję historię i bohaterów. (Co ciekawe, w drugą stronę to nie funkcjonuje. Jeśli film jest technicznie mistrzowski, ale czuję się oszukany gdy chodzi o historię, to moja ocena jeszcze bardziej idzie w dół.)


To, co podobało mi się w "Over the Edge" najbardziej, to całkowita absurdalność sytuacji rozegrana w bardzo naturalnych okolicznościach. Trudno sobie wyobrazić, by ktokolwiek w normalnych okolicznościach z taką nonszalancją reagował na informację, że w sypialni jest trup, a osoba, która o tym mówi jest prawdopodobnie mordercą. Przy tym obaj aktorzy są w tym tak naturalni, że jakakolwiek inna reakcja wydaje się nieprawdopodobna. To nadaje całości surrealistycznego posmaku, co osobiście bardzo lubię.

Dlatego też sceny takie jak późniejsze badanie śladów zbrodni, czy zajadanie się przez policjanta pączkami nad stygnącym trupem, rozbawiły mnie do łez. I właśnie z tego powodu moim największym zarzutem do reżysera jest to, że nie zrobił całego filmu w tej konwencji, że podobnych scen nie ma więcej. Bo tak naprawdę "Over the Edge" to romans rozgrywający się w nietypowych okolicznościach. I choć aktorzy fajnie się uzupełniają, a końcowa wymiana zdań jest urocza, to i tak mnie ta części filmu trochę irytowała, bo po prostu chciałem oglądać co innego.

Ocena: 5