niedziela, 30 czerwca 2013

18 comidas (2010)

No proszę, nie wiedziałem, że Hiszpanie wciąż robią takie filmy. "18 spotkań przy stole" natychmiast skojarzyło mi się z takimi tytułami jak chociażby "Km.0" (który powstał dziesięć lat przed tym filmem). Czas jednak w żaden sposób nie poprawił podejścia twórców do tego rodzaju splotu wielu wątków w jedną opowieść. Powiedziałbym wręcz, że jest gorzej.


Jak to zwykle bywa, pomysł był całkiem fajny. Problem polega na tym, że kulinarny aspekt został zrzucony gdzieś na trzeci plan. Jest ledwie pretekstem, zamiast stać się równoprawnym elementem fabuły. Przez to całość pozostaje w sprzeczności z pierwszymi zdaniami wypowiadanymi z offu. Tak naprawdę posiłki nie mają tu większego znaczenia, równie dobrze większość scen mogłaby się odbywać bez udziału żywności. Tak pada pierwszy filar, na którym opiera się film.

Drugi filar wcale nie jest solidniejszy. Poszczególne historyjki są w większości słabe. Rozczarowują stereotypowym podejściem do tematu i brakiem wyrazistych postaci. Z całej gamy bohaterów moją uwagę przykuła tylko milcząca para staruszków. Głównie dlatego, że nie mogłem rozgryźć, czy jest to obraz optymistyczny (milczą, bo są ze sobą tak długo, że porozumiewają się bez słów), czy może przeciwnie – straszliwie pesymistyczny (milczą, bo są ze sobą tak długo, że nie mają już sobie nic do powiedzenia). Fajna jest też historia Vladimira i wiecznie nieobecnej Laury.

Ocena: 5

Ghosted (2011)

Czy istnieje szósty zmysł do wyczuwania tragicznego powinowactwa? "Przeniesienie" zdaje się sugerować, że tak. Bo też jak inaczej można wytłumaczyć fakt, że Jack, więzień o długim stażu, tuż przed wyjściem na wolność, nagle zaczyna się interesować nowo przybyłym? Na tyle, by wziąć go pod swoje skrzydła i ochraniać przed zakusami bandziora mającego słabość do pięknych chłopców. Kiedy wszystko stanie się jasne, inny współwięzień zapyta Jacka, czy myśli, iż to był przypadek. Biorąc pod uwagę to, co się wydarzyło, trudno w to uwierzyć.


Mam mieszany stosunek do filmu, a szczególnie do zakończenia. Z jednej strony podoba mi się wizja okrucieństwa przeznaczenia, które gra ludźmi jak tylko chce. Kiedy Paul spotyka Jacka, wydaje się, że ten jest jego zbawcą, że najgorsze, co mogło go spotkać, to gwałt. Ale okazuje się, że to, przed czym cały czasy był chroniony wcale nie jest tym, czego powinien się najbardziej obawiać. Jednak w ostatniej scenie przeznaczenie odsłania swoją wrażliwszą stronę. I to mi się już nie podoba. Ale nie potrafię odrzucić sceny, bo jednak coś w niej jest, że mimo wszystko uznałem, iż fajnie, że właśnie tak się to kończy.

Ocena: 6

sobota, 29 czerwca 2013

The Words (2012)

Opowiadanie o sile słów wymaga naprawdę sporo odwagi i talentu. Tytuł "The Words" zobowiązuje. A jednak twórcy nie dali rady. Spróbowali i zostali zmiażdżeni. Ich film to sporo gadania, ale słowa nie układają się w fascynującą opowieść, nie hipnotyzują, nie wciągają, nie poruszają. Bardzo wątpię, czy spisane, naprawdę byłyby warte przeczytania, jak to za wszelką cenę próbuje się mnie przekonać.


A może miałem pecha i sięgnąłem po film w nieodpowiednim momencie? Wystarczy, że przypomnę sobie "U niej w domu" czy choćby nawet "Przed północą", by wypowiadane przez bohaterów "Między wierszami" słowa wydały mi się błahe i banalne. A jest jeszcze gorzej, jeśli spróbuje się to porównać do prawdziwej literatury. Jedyne, co ratuje ten film to Jeremy Irons. Ale na jego barkach nie da się bezkarnie położyć ciężaru całej opowieści. Końcowy rezultat okazał się więc jednym wielkim rozczarowaniem.

Ocena: 3

Now You See Me (2013)

Czy ten film jest adaptacją komiksu? Jeśli nie, to powinien być. "Iluzja" jest bardziej komiksowym filmem, niż wszystkie ostatnie adaptacje DC Comics, Marvela (może z wyjątkiem "Avengers"), Dark Horse (choć liczę na "RIPD"), IDW, Top Cow ("Iluzja" jest tym, czym tak nieudanie próbowało być "Wanted"), Vertigo i  całej reszty. Nic więc dziwnego, że "Iluzja" spodobała się w Stanach.


Film Leterriera w żadnym razie nie należy traktować jako heist-movie. Fabuła jest bowiem tak absurdalna, że nie ma sensu traktować jej poważnie. Trzeba jednak przyznać, że całość fajnie jest opowiedziana i wygląda na ekranie nawet efektownie. Jak dla mnie tempo filmu niestety trochę siada. Miałem wrażenie oglądania sprintera startującego w maratonie: na początku pędzi pełen animuszu, a potem wyraźnie zaczyna mu brakować pary. "Iluzji" przydałoby się trochę więcej lekkości. Nie zaszkodziłoby też, gdyby pokazano trochę interakcji pomiędzy bohaterami. Twórcy stworzyli całą gamę barwnych i ciekawych postaci, których potem praktycznie w ogóle nie wykorzystują.

Ocena: 6

Before Midnight (2013)

Nie jestem jakimś wielkim fanem serii Linklatera. "Przed wschodem słońca" był całkiem fajne, ale już "Zachód" mniej mi się podoba. "Przed północą" to krok w dobrym kierunku, ale nie wzbudził moich zachwytów.


Jak poprzednie filmy, tak i ten opiera się na rozmowach. "Przed północą" sprawia wrażenie celebracji ginącej sztuki budowania wartościowych zdań. Większość z wypowiadanych kwestii jest jakby żywcem wyjęta z Księgi Złotych Myśli. To sprawia wrażenie pretensjonalności. Potęgują je zresztą i poruszane tematy, jak przemijanie czasu i starzenie się. Oczywiście reżyser nie mógł tego pominąć, skoro bohaterami są te same osoby, które poznaliśmy po raz pierwszy 20 lat temu.

Dlatego też część zbiorowa mniej przypadła mi do gustu. Kiedy Jesse i Celine zostają sami, zaczyna być ciekawiej. Linklater w pigułce pokazał wszystkie aspekty związku: radość, miłość, bezwarunkową akceptację, przemilczane zadry, wątpliwości, kłamstewka i ból. Delpy i Hawke wciąż łączy chemia, dzięki czemu ich radości i smutki robią naprawdę duże wrażenie. Jednak w tej całej paplaninie dla mniej najmocniejszą sceną jest chwila, w której między bohaterami zapada milczenie, chwila, w której los ich związku zawisł na włosku. Wspaniałe kilkanaście sekund!

Ocena: 7

czwartek, 27 czerwca 2013

Tonight I Strike (2013)

Jak to często bywa z tego rodzaju krótkometrażówkami, jest parę rzeczy technicznych, które nie do końca zagrały, bo po prostu nie mogły. W niektóre efekty raczej trudno jest uwierzyć. Podobnie jest z sekwencją walki. Ale sam pomysł nie jest taki zły.


Oto brat wyrusza na poszukiwania siostry, która znika z lodziarni. Ponieważ jest to krótkometrażówka całość nie jest zbyt rozbudowana. Wygląda to jak zarys fabuły. I być może ktoś wykorzysta pomysł, by nakręcić pełny metraż. Mógłby to być niezły film akcji z elementami SF. Najfajniejszym pomysłem był robot obdarzony ciętym elektronicznym językiem. Więcej takich maszyn!

Ocena: 6

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Ve stínu (2012)

SPOILERY


No proszę. Zazwyczaj bezpieka w kinie pokazywana jest jako najbardziej drętwa spośród wszystkich organizacji. A tymczasem jak chcą, to potrafią w sposób niezwykle twórczy korzystać z historycznej ironii. Bo też jak inaczej można określić to, że w latach 50. nazista zmuszony jest do wrobienia kilku Żydów w kradzieże i morderstwa, a wszystko po to, by komunistyczne władze Czechosłowacji na zlecenie Moskwy dokonały dewaluacji zbyt dobrze trzymającej się korony. Genialny plan!

Szkoda jednak, że film nie poszedł w tę stronę. Fabuła, wraz z głównym bohaterem, podąża doskonale znanymi z polskiego kina ścieżkami. Nie powinno mnie zatem dziwić, że sporą część kasy dali na produkcję właśnie Polacy. Do tego główny bohater oddaje hołd absurdalnym zasadom honorowym, które dla większości mieszkańców naszego kraju będą aż za bardzo zrozumiałe. A ja nie mogę pojąć, jak tak inteligentny facet mógł postąpić tak kretyńsko, by pójść do przełożonego i wszystko mu wypaplać. Przecież zrobił, co należało. Jego wybieg się udał. Pocisk został zabezpieczony. Zamiast gadać po próżnicy, mógł się zająć swoją rodziną. Głupi obraz, nawet jeśli cenny, nie zastąpi ojca i męża.

Ocena: 6

niedziela, 23 czerwca 2013

Hatchet II (2010)

Krwawej jatki ciąg dalszy. I jeśli chodzi o gore, to Adam Green doskonale wie, co zwróci uwagę widza. Choć większość scen zabójstw nie ma z realiami nic wspólnego, to na ekranie wypada efektownie. Do łez rozbawiła mnie scena odcięcia głowy w scenie seksu. Świetna była też scena wyszarpania korpusu ze skóry.


Szkoda więc, że aktorsko film nie stał choć odrobinę wyżej. Przydałaby się też jakaś fabuła, bo tak naprawdę to, co jest w filmie, to jedynie narracyjny pretekst: grupa poluje na Wiktora i tyle. Na szczęście nie dla fabuły film się ogląda. Trójkę na pewno obejrzę.

Ocena: 5

Arbitrage (2012)

Biedna Susan Sarandon, nie jest jej pisane szczęśliwe małżeństwo z Richardem Gere'em.  Ale tym razem przynajmniej jest bogata. Szkoda, że ja się na tym filmie nie wzbogaciłem.


Jak to często bywa, sam pomysł mi się nawet podobał. Oto potężny biznesmen okazuje się oszustem. Jego życie, zarówno prywatne jak i zawodowe, opiera się na kłamstwach. Teraz następuje moment konwergencji. Bohater desperacko próbuje utrzymać się na powierzchni. Jest cały czas o krok od realizacji marzeń i wciąż wierzy, że nie będzie mu wystawiony rachunek.

To, co niestety mniej przypadło mi do gustu, to forma. Wybrany przez reżysera sposób narracji kompletnie do mnie nie przemawia. Zamiast budzić zainteresowanie, skutecznie studził mój entuzjazm. Już w połowie filmu było mi wszystko jedno, co się stanie z bohaterem. Nawet cyniczna końcówka nie była w stanie uratować mojej opinii. Poza Gere'em, który ma rzeczywiście sporą rolę, pozostałe znane nazwiska są to zupełnie niepotrzebne. Przez co twórcy okazują się alter ego głównego bohatera, koncentrując się wyłącznie na pozorach a ich celem jest tylko kasa.

Ocena: 4

piątek, 21 czerwca 2013

The Hangover Part III (2013)

Ale Todd Phillips sobie pograł z widzami. Najpierw zanudził widzów na śmierć, a kiedy film się kończył, pokazał, jak naprawdę mógł wyglądać. Ostatnia scena powinna być początkiem "Kac Vegas 3". Chętnie dowiedziałbym się, jak przeżyli wesele. Ale nie! Zamiast tego musiałem oglądać jakieś głupoty. No dobra, scena z żyrafą była zabawna. Ale reszta to niestety nie były żarty.


A szkoda, bo sporo miejsca poświęcono Chowowi. To moja ulubiona postać serii, więc liczyłem na sporo dobrej zabawy. Fajnym pomysłem było pokazanie Alana zakochanego. Phillips zrobił jednak wszystko, co w jego mocy, by zniszczyć serię. Najwyraźniej po dziesiątkach wyreżyserowany czy wyprodukowanych niemal identycznych filmach, jest już twórcą wypalonym. "Kac Vegas 3" to ordynarna próba wyciągnięcia kasy jadąc na opinii i nie dając nic.

Ocena: 4

(2012) להישאר בחיים

Optymizm to sztuka spuszczania zasłony milczenia w odpowiednim momencie. "Mój przyjaciel wróg" właśnie dzięki tej sztuczce jest pozytywnie nastrajającą bajką. Opowiada o tym, co wszyscy chyba wiemy: że łatwo jest nienawidzić anonimowego wroga, gorzej kogoś, kogo poznało się jako istotę ludzką, czującą i myślącą, przeżywającą jak my dramaty. Tu ma ona dodatkowo wymiar pokoleniowy, ponieważ wrogość, a potem przyjaźń łączy osoby, które dzieli sporo lat.


I na bardzo podstawowym poziomie zabieg reżysera zdaje egzamin. "Mój przyjaciel wróg" ogląda się całkiem nieźle i mimo przemożnej naiwności ma w sobie coś prawdziwie sympatycznego. Problemy zaczynają się, kiedy włącza się myślenie. Wtedy szybko okazuje się, jak grubymi nićmi szyta jest cała fabuła i jak pozorny jest optymizm opowieści. Bo przecież ciąg dalszy bohaterów wcale nie musi być pełen nadziei biorąc pod uwagę, że problem palestyński nie został rozwiązany ostatecznie do dziś.

Reżyser ma na swoim koncie lepsze filmy. Jednak miło było obejrzeć Dorffa w solidnej roli, a nie tym badziewiu trzeciego sortu, w którym tak często występuje.

Ocena: 6

czwartek, 20 czerwca 2013

Adore (2013)

Czasami łączenie różnych stylistyk prowadzi do zaskakująco dobrych rezultatów ("Stoker" jest tego najlepszym przykładem). Czasami jednak okazują się niekompatybilne. Tak jest w przypadku Christophera Hamptona i Anne Fontaine. "Idealne matki" to ich drugie wspólne dzieło i po raz drugi powstał kompletny niewypał. Na szczęście w przeciwieństwie do "Coco Chanel" ten film przynajmniej niezamierzenie jest bardzo zabawny, więc w sumie bawiłem się nienajgorzej.


Film pokazuje, jak bardzo uczucia i normy społeczne pozostają ze sobą w konflikcie. Dwie kobiety, które w zasadzie powinny być parą z bliżej nieokreślonych powodów pozostają w związkach heteroseksualnych. Niespełnioną relację seksualną w końcu będą mogły zrealizować w sposób symboliczny za sprawą "konsumpcji" syna. I tak tworzą się dwa na pozór bardzo niekonwencjonalne związki.

Twórcy filmu kompletnie nie potrafią opowiedzieć w przekonujący sposób historię czworga bohaterów. Pierwszy akt, zawierający sceny uwiedzenia, jest poprowadzony w sposób tak niezdarny, że wręcz śmieszny. W pewnym momencie można się wręcz popłakać ze śmiechu, a ja byłem przekonany, że "Idealne matki" to tak naprawdę komedia i to dość zwariowana. Jednak twórcy postanowili za wszelką cenę pozostać poważni. To gubi film i wprowadza zamieszanie u każdego, kto zacznie się zastanawiać nad tym, co też twórcy swoim filmem chcą nam przekazać.

"Idealne matki" mogły się udać tylko w dwóch wariantach. Po pierwsze rzeczywiście mogła to być komedia. Nawet opowiedziana z pozornie poważną miną, byłaby przezabawna. Nawet jako komedia niezamierzona jest śmieszniejszy niż chociażby "Stażyści". Po drugie, można było to zrobić na serio, ale wtedy należało mocniej zaakcentować ironię. Wersje melodramatyczne wolę w wydaniu hiszpańskim. Tu niestety wypada to żałośnie.

Ocena: 6 (mocno zawyżona, ale naprawdę śmiałem się, że hej i nawet jeśli wbrew intencjom, twórcy i tak zrobili w moich oczach jedna z zabawniejszych komedii roku)

White House Down (2013)

Roland Emmerich nie do końca stanął na wysokości zadania. Owszem, "Świat w płomieniach" jest sprawnie zrealizowanym "łubudu". Tyle tylko, że kiedy porówna się go z "Olimpem w ogniu", okaże się, że wcale nie mamy do czynienia z jakościowym skokiem. Jedyne, co wygląda lepiej, to efekty. Emmerich miał więcej kasy i dobrze wiedział, jak to wykorzystać. Ale to nie ze względu na efekty "Olimp" mi się fajnie oglądało. I tego porównania "Świat w płomieniach" nie wytrzymuje.


Emmerich chciał zrobić kino kumpelskie podobne do "48 godzin" czy "Zabójczej broni". Niestety do tego potrzebny był lepszy scenarzysta od Jamesa Vanderbilta, który już w "The Losers" udowodnił, że nie potrafi dobrze budować dynamiki pomiędzy bohaterami. Tu relacja wydaje się wymuszona, dowcipne sceny wyglądają strasznie sztucznie. Kiepsko też niestety wypada sam pomysł, by prezydent był lekko ciapowaty. O wiele bardziej przemawiał do mnie twardy Aaron Eckhart w "Olimpie" niż Jamie Foxx jako ziomal w Białym Domu.

Oczywiście mogło być znacznie gorzej, bo choć "Świat w płomieniach" oceniam niżej od "Olimpu w ogniu", to jednak wypada o niebo lepiej od "Szklanej pułapki 5" czy "GI Joe: Odwet".

Ocena: 5

wtorek, 18 czerwca 2013

The Internship (2013)

"Stażyści" w zamierzeniu mają być filmem pokrzepiającym i niosącym nadzieję na lepsze jutro. Ale jakoś nie dziwi mnie fakt, że Amerykanie wcale nie poczuli się lepiej. Twórcy filmu podjęli się zbyt ryzykownego tematu, który dla wielu Amerykanów (i nie tylko) jest na tyle bliski i bolesny, że wywołuje lęk.


Bo też strata pracy i brak realnych perspektyw na znalezienie satysfakcjonującej alternatywy wcale nie jest tematem zabawnym. Owszem "Stażyści" próbują przekonać, że jak się ma entuzjazm i chęć do przekwalifikowania, to wszystko jest możliwe. Tylko że kiedy bliżej się przyjrzeć temu, co naprawdę pokazują "Stażyści", to okazuje się, że zamiast w pełni satysfakcjonującej pracy, bohaterowie zostają sprowadzenie do roli nieodpowiedzialnych rodziców, którzy istnieją po to, by wyluzować i zdeprawować młodych geniuszy.

Gdyby jeszcze film  był śmieszny. Niestety praktycznie wszystkie zabawne sceny zostały umieszczone w zwiastunie, który trwa 2 minuty, a nie 2 godziny. Różnica jest na tyle duża, że jasno widać, iż o wiele bardziej satysfakcjonujące będzie poprzestanie na zwiastunie. No chyba, że ktoś nie wie, do czego w praktyce można wykorzystać google'owe hangouty.

Ocena: 3

Man of Steel (2013)

Na ten film naprawdę czekałem. Ale jednocześnie szedłem do kina pełen obaw. I w jednym i drugim przypadku rozczarowałem się. "Człowiek ze stali" nie był tak złym filmem, jak się tego obawiałem zważywszy na to, co ostatnio serwowali mi Snyder ("Watchmen" i "Sucker Punch") i Goyer ("Jumper" i "Nienarodzony"). Nie był jednak aż tak dobry, jakby tego pragną.


Tymczasem Snyder pozytywnie mnie zaskoczył. Powstrzymał się przed przedawkowaniem slow-motion. Udowodnił, że potrafi korzystać z różnych technik filmowych (choć mógł sobie pozwolić na trochę więcej testosteronu w stylu "300", do Supermana to pasuje). Film kosztował grubo ponad 200 milionów dolarów i tym razem widać to na ekranie. Snyder, wraz z ekipą od efektów, wycisnął z kasy wszystko, co tylko się dało. Kilka sekwencji jest naprawdę efekciarski i efektownych zarazem. Jak rzadko kiedy, tak w tym przypadku nie czuło się chaosu. Oto rozmach Hollywoodu w pełnej krasie.

Niestety to, co szwankuje w filmie, to fabuła. Tu wyraźnie czuć rękę Goyera. Z "Człowiekiem ze stali" mam w gruncie rzeczy ten sam problem co z "Demonami Da Vinci". Otóż Goyer jest świetnym facetem do wymyślania ogólnego zarysu historii. Schody zaczynają się, kiedy musi opracować szczegóły. Ma też spore problemy z dopracowywaniem portretów psychologicznych swoich postaci. To dlatego w "Demonach Da Vinci" jak na razie nie wykorzystał potencjału tkwiącego w postaci Riario, dlatego też pod koniec sezonu ciekawszym bohaterem do Leonarda był Giuliano Medici. Identycznie jest w "Człowieku ze stali". Lois zostaje sprowadzona do roli kobiety, którą musi ratować Superman. Jeszcze gorzej jest z ojcami bohatera. Choć pochodzą z różnych planet, musieli kończyć tę samą szkołę życia na wydziale patosu. Tyle pustych, górnolotnych słów w zasadzie nie usłyszy się nigdzie poza polityczną mównicą. Jeszcze Jor-El jest trochę "rozładowywany", kiedy odgrywa rolę holograficznego drogowskazu. Adoptowany ojciec nie ma niestety tyle szczęścia.

Największym problemem "Człowieka ze stali" jest jednak sam sposób "ugryzienia" historii Supermana. W zasadzie nic mi się w tym nie podoba. Po pierwsze nie przekonuje mnie powszechna opinia, że o krystalicznych postaciach można opowiadać w sposób podniosły, wręcz z religijnym namaszczeniem. Gadki-szmatki o wierze i sprawienie, że Superman ma 33 lat, to jak na mój gust duże przegięcie.

Po drugie film udaje, że mówi o akceptacji, choć w rzeczywistości prezentuje postawę wręcz przeciwną. Ponieważ cały film jest zrobiony tak, by pokazać, jak odmieniec może zasymilować się do grupy, a nie o tym, jak grupa może się poszerzyć, by włączyć w siebie odmienność. To oczywiście jest bliskie czasom, kiedy Superman powstawał, kiedy jego twórcy marzyli o tym, by być "normalni". Dziś jednak wydawać by się mogło, że tego rodzaju myślenie mamy już za sobą.

Zresztą takich sprzecznych komunikatów jest więcej. Przez cały film jak mantra powtarzane są słowa o wolności wyboru, o możliwościach, jakie stoją przed bohaterem. Tyle tylko że akcje wszystkich osób wokół temu przeczą. Jor-El nie ma żadnych kłopotów zacząć przemowę do syna od podkreślenia, jaką to ma wolność wyboru, by w następnym zdaniu nakreśli Jedyną Słuszną Drogę Postępowania.  Ojciec adoptowany jest jeszcze bardziej perfidny, ponieważ swoim postępowaniem wpoi Clarkowi traumę, która na długi czas ograniczy jego działania. Ale Superman jakoś tych sprzeczności nie zauważa. Możliwe opcje, inne wybory spływają po nim jak woda po kaczce i bez mrugnięcia okiem godzi się na los wyznaczony mu przez innych. Z odmieńca stając się żywym wcielenie najbardziej stereotypowej postaci zbawiciela.

Ocena: 6

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Marie Krøyer (2012)

Kiedyś Bille August był niezłym twórcą filmowym. Najwyraźniej podeszły wiek nie bardo mu służy. "Marie Krøyer" okazało się rozczarowująco przeciętnym produkcyjniakiem.


A wcale tak być nie powinno. Historia Krøyer jest niezwykle intrygująca. To opowieść o kobiecie, którą kochało dwóch mężczyzn. Powinna być więc w siódmym niebie, a jednak okazało się, że miłość przyniosła jej więcej bólu i rozczarowań niż radości. Pierwszy mąż był szaleńcem, z którego chorobą z czasem przestała sobie radzić. Drugi ukochany zawiódł jej zaufanie w najważniejszym momencie. A dla własnego szczęścia Krøyer poświęciła nawet dziecko. Scena, w której nie zostaje przez córkę wybrana, powinna łamać serce. Niestety August wszystko to opowiedział jakby mamrotał coś pod nosem nużąc a nie fascynując.

Ocena: 5

niedziela, 16 czerwca 2013

Parada (2011)

Mam nieodparte wrażenie, że "Parada" powinna znaleźć się w Księdze Rekordów Guinnessa. Zmieścić w jednym filmie aż tyle stereotypów, to musi być wyczyn na skalę światową. Srđan Dragojević wrzucił tu nie tylko stereotypy o gejach, ale też o wszystkich nacjach byłej Jugosławii, o wojnie, o barbarzyńskim kapitalizmie, o kobietach i ich wrodzonej potrzebie zmieniania swoich mężów, o ślubach i wiele innych.


Co ciekawe, choć stereotypy te często są źródłem komediowych sytuacji, reżyser tak naprawdę wcale ich nie wyśmiewa. Przeciwnie, akceptuje je, uznając, że to właśnie one nadają kolorytu bałkańskiemu społeczeństwu, są świadectwem tożsamości i wyjątkowości. Bo też "Parada" to tak naprawdę kolejny z całej serii bałkańskich produkcji pokazujących paradoksy tamtejszego świata, paradoksy, bez których nie istnieją ani Serbowie, ani Chorwaci ani muzułmanie z Kosowa: wróg jest przyjacielem, konflikt jest naturalnym stanem rzeczy, a lojalność nie stoi w sprzeczności ze zmianami strony, czy akceptacją przeciwstawnych poglądów. Już pierwsza scena, w której podziwiamy tatuaże Limuna, jest tego najlepszym dowodem.

Jest też coś przekornego i niepokojącego w "Paradzie". Być może nieświadomie Dragojević pokazuje, że agresja wobec ruchu homoseksualistów, pełni bardzo pozytywną funkcję w tamtejszym społeczeństwie. Jest bowiem wentylem bezpieczeństwa, który rozładowuje z jednej strony tęsknotę za "prostotą" wojen bałkańskich (kiedy było się bohaterem walczącym za sprawę), z drugiej strony rozczarowanie kapitalizmem, kiedy to nawet walcząc jest się tylko trybikiem w maszynerii obrotu materialnymi dobrami. Niepokojące jest w tym przypomnienie, że kiedy w społeczeństwie dokonana zostanie selektywna amnezja wypierająca ból i tragedie z czasów wojny pozostawiając tylko wspomnienie bohaterstwa, wtedy znów może pojawić się pokusa udowodnienia zbrojnie własnego przywiązania do narodu. W "Paradzie" można się z tego jeszcze śmiać. Większość scenek nacjonalistycznych wygląda niegroźnie. Ale tak zawsze jest na początku. Później nie jest już nikomu do śmiechu.

To pierwszy film wyreżyserowany przez Dragojevića, jaki oglądam. Nie jest zły, ale jako scenarzysta miał na swoim koncie lepsze tytuły (jak "Łzy na sprzedaż").

Ocena: 6

Bottle Shock (2008)

Film o tym, jak wina kalifornijskie przełamały monopol win francuskich. Nie brzmi to zbyt ekscytująco i dokładnie takie jest. Gdyby nie masa gwiazd, która przewija się przez opowieść, nie byłoby warte roczników w spluwaczkach.


"Wino na medal" składa się z pięknych zdjęć z lotu ptaka prezentujących winnice oraz zbliżeń na beczki, butelki i kieliszki/szklanki z winem. Całość okraszona jest litanią "mądrości" na temat trunku i winorośli. Żeby zachować pozory fabuły, dodano trzy cieńkusze w postaci opowieści o dwóch przyjaciołach i pięknej kobiecie, opowieści o ojcu i synu oraz o pewnym Brytyjczyku zakochanym we francuskich winach. Żadna z nich nie zostaje rozwinięta. Potrzebne są jedynie do stworzenia scenek rodzajowych pełniących funkcję zapchajdziur.

To, że wytrwałem do końca, jest zasługą aktorów. Rickman jako snob jest całkiem fajny, choć scenę klap-pupki można było sobie darować. Pine jako hipis też się nieźle spisał.

Ocena: 5

piątek, 14 czerwca 2013

La migliore offerta (2013)

SPOILERY

"Koneser" okazał się dla mnie niezwykle ciekawym doświadczeniem. Tornatore nieźle sobie ze mną pograł. I to właśnie spodobało mi się najbardziej.


Już po kilku minutach byłem przekonany, że cała sprawa z Claire to pułapka zastawiona na głównego bohatera. Virgil Oldman jest samotnikiem, który jak tylko może ogranicza swoje kontakty z ludźmi. Jego najbardziej intymne relacje są związane z obrazami i innymi dziełami sztuki. Ma swój własny harem, pełen oddanych mu bezgranicznie kobiet. Wszystkie unieśmiertelnione na płótnie. I wtedy pojawia się ona. Nieuchwytna, chimeryczna. Jest zagadką, która irytuje, ale i intryguje Oldmana. Skrajnie zamknięta, otoczona dziełami sztuki jest być może powierniczką zaginionego artefaktu. Dla Virgila jest kobietą idealną, choć sam długo będzie się bronił przed akceptacją tej prawdy.

Dla mnie było jednak oczywiste, że ktoś zastawił pułapkę na Virgila. I jedyne, czego nie wiedziałem, to dlaczego tak się stało. To pytanie z każdą minutą dźwięczało mi w głowie coraz głośniej. Jednocześnie coraz bardziej czułem się nieswojo. Ponieważ po rzuceniu poszlak na początku filmu, Tornatore potem prowadzi narrację w taki sposób, że zacząłem się zastanawiać. Cały czas przekonany byłem, że to jest fałsz i przez to zacząłem uznawać, że moja cyniczna natura tym razem przyćmiła wszystko inne i nie widzę, że przecież jest to opowieść o dwóch zagubionych duszach, które się odnalazły. Im bardziej próbowałem siebie przekonać, że taki jest film, z tym większym uporem trwałem przy swoim, podczas gdy bohater był całkowicie nieświadomy tego, co się wokół niego dzieje. I to było fascynujące. Oczywiście okazało się, że jednak miałem rację. Choć Tornatore pozostawia romantykom furtkę w postaci ostatnich słów Claire i mechanicznej restauracji w Pradze.

Sam film spodobałby mi się bardziej, gdyby Tornatore potrafił stworzyć bardziej intensywny, hipnotyczny nastrój. W narracji jest jednak jakaś skaza, przez co "Koneser" emocjonalnie nie dotknął mnie aż tak bardzo jak intelektualnie. To wciąż przyjemny film, ale chciałem, żeby był czymś więcej.

Ocena: 6

czwartek, 13 czerwca 2013

After Earth (2013)

Nie rozumiem. Czy Shyamalan z wiekiem stracił wiedzę na tematy podstawowe, jak chociażby prezentacja bohaterów? To, co pokazał w "1000 lat po Ziemi", chwilami razi totalną amatorszczyzną i brakiem zrozumienia zasad, jakimi rządzi się filmowa narracja. Już sam początek zdumiewa. Najpierw dostajemy dwa prologi. Zupełnie bez sensu zaprezentowane. Potem jest przedstawiony ojciec głównego bohatera. I żeby wbić widzom do głowy, że jest to człowiek niezwykły nie dość, że mówione jest to nam wprost, to jeszcze mamy całą serię scenek rodzajowych potwierdzających jego wyjątkowość.


Potem jest niestety jeszcze gorzej. Chwilami przypomina to rzyg bulimiczki, po nagłym ataku obżarstwa. Znajdzie się tu wszystko od szlachetnej orlicy (czy to jest substytut flagi amerykańskiej?), przez kretyńskie mądre myśli rodem z azjatyckich filmów o karate, po Górę Przeznaczenia z Władcy Pierścieni. A wszystko to połączone bez składu i ładu. Shyamalan zupełnie się tym nie przejmuje. Nie ma najmniejszych skrupułów przed robieniem karkołomnych uproszczeń fabularnych, jeśli tylko jest to mu na rękę.

To, co mnie zainteresowało w filmie, to aspekt religijny: postać boga-ojca i syna-wiernego. Shyamalan podąża tu ciekawym tropem teologicznym, w którym bóg jest zarazem wszechmocny i kaleki, bliski, a jednocześnie odległy. Czasem wydaje się niezrozumiały, ale wynika to z faktu, że wierni nie są gotowi jego mądrości zaakceptować. Z drugiej strony bóg uzależniony jest od wiary. To jej świadectwa "uzdrawiają" boga, czynią go wciąż na nowo obecnym. Niestety ta na wpół scjentologiczna katecheza jest podana w tak nieprzystępny sposób, że poza krótkim przebłyskiem zainteresowania, do niczego więcej nie skłania.

Ocena: 3

Snabba cash II (2012)

Strasznie przygnębiający film. Szczególnie dla tych wszystkich, którzy przyzwyczaili się do tryskających energią gangsterskich filmów z Wysp Brytyjskich czy z USA. Najwyraźniej w Szwecji nie opłaca się być nawet mafiosem. Wszyscy bohaterowie zaczynają utaplani po same uszy w gównie, a i tak jest to ich najlepszy moment w całym filmie. Potem jest już bowiem tylko gorzej.


Babak Najafi okazał się godnym następcą Daniela Espinozy i dzielnie kontynuuje misję demitologizacji gangsterki. W "Szybkim cashu 2" rządzi nihilizm. Wszyscy bohaterowie mają plany, liczą na odmianę losu. A powinni byli się modlić, by nic się nie zmieniło. Pod tym względem film bardzo przypomina mi serial "OZ", gdzie bohaterowie też jako tako sobie radzili, dopóki nie zaczynali mieć nadziei i snuć planów na przyszłość.

Problemem filmu jest jednak to, że tak naprawdę jest to ledwie pół historii. Ciąg dalszy ma dopiero nastąpić. Przez to "Szybki Cash 2" wydaje się przydługą ekspozycją. W serialu to by tak nie raziło, bo kolejny odcinek obejrzałbym za tydzień. W filmie kinowym jest to jednak frustrujące, zwłaszcza że nie mam pewności, czy legalnie będę mógł trójkę obejrzeć. A jeśli nawet, to kiedy.

Ocena: 6

środa, 12 czerwca 2013

Dziewczyna z szafy (2013)

Za jedno mogę Koxa pochwalić: jest odważny, spróbował zrobić coś innego w polskim kinie. A że nie do końca mu się to udało? No cóż, takie jest ryzyko wypływania na nieznane sobie wody. Lepiej jednak ryzykować niż bezpiecznie robić to samo po raz n-ty.


"Dziewczyna z szafy" ma być polską odpowiedzią na skandynawskie komediodramaty i amerykańskie kino niezależne. Kox, jak twórcy tamtych nurtów, próbuje opowiedzieć o międzyludzkich relacjach i dramatach przy pomocy humoru, pochwały wyobraźni i wzruszeń. Problem w tym, że w swojej próbie popada w skrajność. Zamiast czarnego humoru rodem ze Skandynawii, serwuje widzom całkiem swojskie skecze kabaretowe (czasami naprawdę zabawne). Zamiast czaru wyobraźni, wrzuca nas (i bohaterów) w samo jądro omamów wzrokowych i słuchowych. A zamiast wzruszeń związanych z chorobą, serwuje widzom aż zanadto przerażającą wizję cierpienia.

Film Bodo Koxa jest więc niczym pacjent cierpiący na ostrą formę zaburzenia dwubiegunowego. Zarówna faza manii jak depresji jest tu przejaskrawiona. W ten sposób "Dziewczyna z szafy" okazuje się ledwie słabym echem takich filmów jak "Elling", "Muzyka jest wieczna" czy "Nigdylandia".

Ocena: 5

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Trance (2013)

Ech. "Trans" miał w sobie potencjał, bym zakochał się w nim. Uwielbiam takie zaplątane historie. Ale niestety Danny Boyle okazał się niewłaściwą osobą do jej opowiedzenia. Zgubiło go pragnienie estetycznej perfekcji. Zamiast wciągającej atmosfery, którą zgotowałby Lynch czy Cronenberg, Boyle oferuje fantastyczne zdjęcia. Tyle tylko, że są one za piękne, przez co film niestety traci stając się zbyt samoświadomy własnej estetycznej wartości. Do tego Boyle za bardzo skupia się na rozwiązaniu wszystkich wątków, które nie są wcale aż tak skomplikowane, by trzeba było je z taką dokładnością tłumaczyć.


W rezultacie "Trans" jest tylko fajnym świecidełkiem. Fabułą, która niczego nie oferuje i sprawia wrażenie wtórnej. To, co zostaje w pamięci, to znakomita ścieżka muzyczna. Ale do jej przesłuchania wizyta w kinie nie jest potrzebna. Tak czy siak, naprawdę warto przesłuchać kompozycje Ricka Smitha.


Ocena: 5

niedziela, 9 czerwca 2013

Longford (2006)

Film niezwykle krzepiący. Przynajmniej mnie. Był niczym balsam na moją cyniczną część natury pokazując, że naiwność wcale nie zanika wraz z wiekiem. Owszem, naiwność jest słabością, która może narobić wiele szkody. Ale ta słabość jest też siłą, sprawiając, że po latach tylko kontakt z nią okazuje się na tyle ważny, by ruszyć czyjeś sumienie.



Czy Longford miał rację, że każdy zasługuje na szansę otrzymania odkupienia? Owszem. Ale zaślepiony swoją misją, nie zwrócił uwagi na prawdę. A ta jest okrutna: jesteśmy skłonni przebaczyć tylko określonym ludziom w określonych sytuacjach. Kiedy dwie osoby skazane zostają za identyczną zbrodnię, nie będą one przez nas traktowane jednakowo. Longford daje sobą manipulować ale tylko Myrze. Na argumenty Iana jest odporny. Żona Longforda zaś w znakomitej przemowie wykaże, że o zbrodni Myry mówi się wyłącznie dlatego, że jest ona kobietą. Mężczyźni traktowani są w takich sprawach przez system zupełnie inaczej.

"Longford" porusza wiele interesujących kwestii. Niestety daje się we znaki telewizyjny rodowód filmu i wszystko, co interesujące, jest tu jedynie zarysowane, wspomniane niejako mimochodem. To, co istotne dla twórcy, dla mnie było mało wartościowe, bo typowo telewizyjne. Zostały więc świetne kreacje aktorskie z absolutnie mistrzowskim Broadbentem na czele.

Ocena: 6

sobota, 8 czerwca 2013

Daydream Nation (2010)

Zaczynam powoli przekonywać się do myśli, że kino niezależne jest jednak seksistowskie. Przynajmniej jeśli chodzi o pokazywanie nastolatków. Chłopaków prezentuje się jako młodych Woodych Allenów: wszyscy są neurotykami negatywnie nastawionymi do świata, w którym żyją. Za to dziewczyny są maksymalnie rozochocone, rozkładając nogi na prawo i lewo.


"Szalony rok" to idealny dowód na potwierdzenie tej tezy. Główna bohaterka swoją alienację przekuwa w seksualne dokonania uwodząc nauczyciela i dając się poderwać koledze z klasy. Ów kolega może i potrafi ze wszystkiego zrobić narkotyki, ale kiedy przychodzi do bycia sam na sam z dziewczyną, okazuje się mięczakiem.

Jeden, czy dwa takie filmy są w porządku, w końcu każdy temat powinien znaleźć swoje odzwierciedlenie na dużym ekranie. Kiedy jednak staje się to trendem, zaczyna mnie irytować. Ponadto "Szalony rok" powinien być reklamowany jako fantasy. Bo tylko widzowie wierzący w bajki uwierzą, że Kat Dennings może być licealistką. Jedyne, co mi się podobało, to morał, że facet umawiający się z dużo młodszą dziewczyną, jest w gruncie rzeczy frajerem i rzeczona dziewczyna lepiej zrobi szybko orientując się, że dojrzałość wcale nie jest taka sexy.

Ocena: 5

The Entitled (2011)

"Idealny plan" żeruje na coraz głębszych podziałach ekonomicznych amerykańskiego społeczeństwa. Ale robi to w przedziwny sposób, ponieważ stając po stronie biednych, jednocześnie biedakami pogardza. W tym filmie wszyscy są źli, a skoro tak, to lepiej być wrednym i bogatym. Do tego morał filmu jest mało moralny. Paul jest na tyle inteligentny, że wcale nie musiał czekać, aż ktoś da mu szansę. Nie musiał też sięgać po zbrodnię, by się wykazać. Ale tak było mu po prostu łatwiej. Nie dość, że jednak jest leniem, to jeszcze draniem, który dla oczyszczenia sobie sumienia nie waha się wykorzystać chorej matki.


Część poświęcona intrydze nie jest zbyt oryginalna. A że dodatkowo polski tytuł zdradza finał, to i żadnego zaskoczenia nie budzi (choć technicznie plan Paula nie był idealny, popełnił dwa błędy, dzięki którym może zostać zidentyfikowany). Dlatego też ciekawiej wypada warstwa społeczna, obserwacji relacji zarówno pomiędzy bogatymi rodzicami jak i pomiędzy Paulem a pozostałą dwójką jego "współspiskowców". Niestety reżyser nie był zainteresowany pogłębieniem tematu, a szkoda, bo mogło wyjść z filmu coś lepszego niż zwykła sensacyjka podparta jednym czy dwoma znanymi nazwiskami.

Ocena: 5

It's a Disaster (2012)

Lubię takie kino. Starcie dwóch niepasujących ze sobą konwencji, które prowadzi do bardzo zaskakujących rezultatów. Z jednej strony "Taka piękna katastrofa" to komediodramat obyczajowy o kilku parach i ich nie zawsze harmonijnych relacjach. Z drugiej strony kino apokaliptyczne, kiedy to Stany Zjednoczone stają się ofiarą bliżej niezidentyfikowanych ataków terrorystycznych. To, co mamy okazję oglądać na ekranie stanowi przedziwną mieszankę, zaskakująco odświeżającą i interesującą.


Ale choć bardzo chciałem polubić ten film, nie do końca mi się to udało. Coś mnie cały czas uwierało, coś mi tu nie pasuje. Mam wrażenie, że zabrakło w całej opowieści ikry. Tempo narracji jest jak na mój gust zbyt powolne, starcia bohaterów pozbawione są kopa, co bardziej absurdalne pomysły prezentowane są w sposób zbyt łagodny. Tak więc film oglądało mi się fajnie, ale mimo wszystko z kina wyszedłem nieco rozczarowany.

Ocena: 6

czwartek, 6 czerwca 2013

The Purge (2013)

Pomysł James DeMonaco miał świetny, wręcz genialny w swej prostocie. "Noc Oczyszczenia" z łatwością mogłaby się stać kinowym serialem. Można przecież tyle historii wymyślić na temat 12 godzin, kiedy każda zbrodnia jest legalna. Szkoda więc, że reżyser aż tak spartolił robotę.


"Noc Oczyszczenia" próbuje ożenić dwa formaty kinowe. Z jednej strony chce być wizją niedalekiej przyszłości, w której to, co dziś wydaje się szczytem absurdu, wtedy jest już normą. Ale nie zainteresowało mnie to w takim stopniu, jak chociażby "Maraton Śmierci" (tak, wiem, że jestem chyba jedyną osobą na świecie, której ten film się podobał). Nie był też grzeszną przyjemnością, jak chociażby "Uciekinier".

Z drugiej strony jest to typowa opowieść o inwazjach na dom, jak "Najście", "Nieznajomi" czy "Azyl". Niestety DeMonaco nie potrafi budować napięcia. A pomimo kategorii R, nie jest też wcale brutalny. Dwie albo trzy w miarę ciekawe scenki to za mało jak na półtorej godziny. Gdyby nie dzieciak, którego miałem ochotę zamordować gołymi rękami, "Noc Oczyszczenia" nie wzbudziłaby we mnie żadnych emocji. Całość jest tak straszliwie bezpłciowa, że aż trudno mi jest uwierzyć w to, że nie jest to produkcja Asylum. Jestem trochę niesprawiedliwy, bo technicznie jest o niebo lepsza od wszystkich produkcji Asylum razem wziętych. Ale co z tego, kiedy fabularnie wcale lepiej nie wypada.

Ocena: 3

PS. Wolę jednak Headey jako blondynkę. Tu za bardzo przypominała mi Larę Flynn Boyle sprzed dekady.

wtorek, 4 czerwca 2013

Star Trek Into Darkness (2013)

UWAGA SPOILERY!

Ja rozumiem, że to tak naprawdę jest kino lekkie i że przyszłość jest tu tylko scenografią, ale takie filmy naprawdę robią złą sławę SF. Bo też po raz kolejny trafia się widowisko z piramidalnymi głupotami zamiast fabuły, że po prostu ręce opadają. Jak ktoś nie obeznany z gatunkiem sięgnąłby potem na przykład po marsjańską trylogię Kima Stanleya Robinsona, to przeżyłby szok kulturowy. Przez pierwsze półtorej godziny jeszcze jakoś udawało mi się to ignorować, ale kiedy pojawia się Marcus, logika gdzieś znika i tego już nie zdzierżyłem.


{Tajemnica wyjaśniona! Dzięki!] Największą tajemnicą pozostaje dla mnie scena, kiedy Khan ściska głowę Scotty'ego, następnie mamy zjazd kamery na wrzeszczącą Carol sugerującą, że Khan coś złego Scotty'emu zrobił. Tyle tylko, że chwilę później Scotty bez jakichkolwiek obrażeń jest już na Ensterprise, więc czemu Carol krzyczała i co takiego miał zrobić Scotty'emu uszościsk???

Sam Khan ma być istotą o bardziej rozwiniętej inteligencji. A ja się zastanawiam, z kim tą inteligencję mu porównywano, bo każdy debil wie, że najłatwiej pozbyć się przeciwnika z małej przestrzeni znajdującej się wysoko nad ziemią poprzez wypchnięcie go z niej. Tymczasem Khan walcząc ze Spockiem najpierw czeka, aż ten się wgramoli, a potem robi wszystko, by go nie wypchnąć, nawet bierze go za fraki i pcha w przeciwnym kierunki, żeby tylko biedny Wulkan przypadkiem nie wyleciał.

No i może ktoś mi powie, jakim cudem będąc na Kronosie Kirk był w stanie połączyć się ze Scottym znajdującym się na Ziemi i jaki rachunek wystawili im za to Klingoni w ramach roamingu.

I w końcu sama Flota. Wydawało mi się, że jest to prężna organizacja, ale kiedy po londyńskim zamachu zorganizowane jest zebranie dowództwa, to wygląda to żałośnie. Kapitanów można zliczyć na palcach obu rąk (bo rozumiem, że Kirk i Spock nie są jedynymi pierwszymi oficerami na zebraniu).

Nie wiem, jakim cudem J.J. Abrams zdołał aż tak sknocić nowego "Star Treka". W sumie to cieszę się, że Abrams bierze się za "Gwiezdne Wojny". Jest więc szansa, że trzeci "Star Trek" będzie lepszy z nowym reżyserem za sterami.

Ocena: 4

poniedziałek, 3 czerwca 2013

Mud (2012)

Miłość to przygoda małych chłopców. Z otwartymi głowami i sercami zachwycają się tym, co dotąd było dla nich nieznane. Łatwowiernie wierzą w to, co słyszą i co czują. Świat jest prosty, a emocje oczywiste. A potem pojawia się życie. Raz jest to śmierć, innym razem znój dnia codziennego, jeszcze innym - błędy popełnione po drodze. I nagle nic nie jest proste, a uczucia są ostatnią rzeczą, jakiej można zaufać. Miłość przestaje być przygodą, staje się iluzją, która niesie tylko cierpienie. Tak więc trzeba cieszyć się młodością i naiwnością, bo tylko wtedy bajki nabierają realnych kształtów.


Jeff Nichols nadal nie zawodzi. Jego trzeci obraz znów jest opowieścią o ludziach z prowincji, ale jednocześnie przemyca elementy najważniejszych gatunków filmowych. "Shotgun Stories" było opowieścią o vendetcie. "Take Shelter" swoistego rodzaju kinem SF. Tym razem nakręcił film przygodowy z elementami romansu. Nie wiem, jakim cudem udało mu się utrzymać stylistykę niezależnego kina i jednocześnie stworzyć film awanturniczy, ale tego dokonał. "Uciekinier" przywodzi na myśl przygody Indiany Jonesa (są nawet węże!). Co tylko dowodzi, że budżet nie jest najważniejszy w kinie gatunkowym. Może warto, by tę naukę przyswoili sobie polscy twórcy i zamiast wydawać niepotrzebnie miliony złotych na efekty, które i tak do pięt nie dorosną tym z Hollywood, powinni zająć się budowaniem fabuł.

Matthew McConaughey od paru lat jest jak w transie. Zrobił się z niego naprawdę solidny aktor. Pozytywnie zaskoczyła mnie też Reese Witherspoon. Rola może niezbyt duża, ale zagrana perfekcyjnie.

Ocena: 7

niedziela, 2 czerwca 2013

Hello I Must Be Going (2012)

Wielka pochwała związków z dużą różnicą wieku. Co prawda "duża różnica" jest pojęciem względnym. Mnie się wydawało, że dwójkę głównych bohaterów aż tak dużo nie dzieli, ale w ich oczach różnica była spora. Przez to wymagała przekroczenia przez nich, a w szczególności przez Amy, strefy komfortu. I jak to zwykle w takich sytuacjach bywa (przynajmniej w kinie), jedna zmiana prowadzi do kolejnej i nagle człowiek wyrywa się z rutyny, pozbywa klapek z oczu i zaczyna widzieć możliwości tam, gdzie przedtem ziało pustką. Gdyby jeszcze w życiu było tak samo...


"Witaj, muszę lecieć" to standard amerykańskiego kina niezależnego. Ot trochę ciepła i humoru, do tego kryzys życiowy i nieco zagmatwane relacje rodzinne. Wszystko podane z wyczuciem i bez przesadnej ekstrawagancji. Nie wnosi to nic specjalnego, ale za sprawą znajomych twarzy w obsadzie (jak Danner i Futterman) pozostawia po sobie miłe wrażenie.

Ocena: 6

sobota, 1 czerwca 2013

Winner Takes All (2011)

Problem narcyza polega na tym, że zbyt łatwo znajduje ofiary, które mu ulegają. To karmi tylko jego głód bycia w centrum uwagi. W końcu przegnie i popełni jeden, jedyny błąd: pozwoli swoim wielbicielom zrozumieć, że nic do nich nie czuje, że są wykorzystywani. To wystarczy, by czar prysł.


Prosty filmik, dość łopatologicznie przekazujący swoją myśl. Serial "Dumbass Filmmakers!" miał miejscami więcej lekkości. Ogląda się to nieźle, ale bez większego żalu zapomnę o nim za jakiś czas. Poza piosenką, która mi się spodobała.


Ocena: 5