środa, 31 lipca 2013

My Brother the Devil (2012)

Brytyjskie blokowisko. Miejsce zamieszkane przez emigrantów. To świat, gdzie kanapy są w folii, a prąd jest tylko wtedy, kiedy wrzuci się banknoty. Kiedy jest się młodym, widzi się to wszystko i pragnie się czegoś więcej, pragnie się pieniędzy... ale nie pracy, bo ta jest nudna i za bardzo kojarzy się z rodzicami, których ma się w pogardzie za to, że cieszą się z tego, co mają. Szybka kasa to także przygoda i kumple, z którymi czuje się prawdziwą bliskość. Tyle tylko, że jest to kłamstwo, które brutalnie obnaża bezwzględna rzeczywistość. Nie wszyscy owo objawienie są w stanie przeżyć.


Rashid był mistrzem życia w kłamstwie. Był tak dobry, że nawet sam nie wiedział, jak bardzo siebie samego oszukuje. Luz, kasa i szacunek, jakim jest obdarzany niezmiernie imponują jego młodszemu bratu, Mo. Po śmierci Izziego, Rashid jednak zaczyna się zmieniać. Widzi kolejne kłamstwa żył i nie chce tak dalej żyć. Ale pewnych prawd wolałby nie poznawać. A już z całą pewnością nie chce ich znać jego brat. Mo coraz bardziej gubi się w świecie, który za sprawą Rashida wydawał się jasny i uporządkowany, a teraz jest jednym wielkim bagnem. I jak zawsze, kiedy odkrywana jest prawda, tak i on boleśnie przekona się na własnej skórze, jaka jest cena wiary w iluzje.

"My Brother the Devil" to kilka historii wymieszane w jedna fabułę. Najsłabiej wypada ta o Rashidzie odkrywającym prawdę o sobie samym. Wydaje się być wtórna, przez co wcale mnie nie zainteresowała. Lepiej, choć też mało odkrywcza, jest część "etnograficzna" przybliżająca życie biednej młodzieży, dzieci emigrantów. Jednak film "robi" tak naprawdę historia Mo i braterskiej relacji. To, jak Mo zdaje się wyczuwać prawdę o Rashidzie, zanim jeszcze dowie się, o co chodzi, jak jest skonfundowany przez coraz dziwniejsze w jego oczach zachowanie brata. Reżyserce udało się to świetnie uchwycić.

Sam film ma kilka dziur, które owszem można spokojnie uzupełnić, lecz mimo wszystko sprawiają wrażenie, jakby reżyserka zbytnio spieszyła się z zamknięciem otwartych wątków. Muszę też powiedzieć, że chyba wolę zakończenie sugerowane w scenie usuniętej, niż nieco zbyt ckliwy jak na ten film oficjalny finał.

Ocena: 6

wtorek, 30 lipca 2013

Cockneys vs Zombies (2012)

I to jest prawdziwy filmy o zombie! A nie jakieś tam efekciarskie spastykujące twory CGI jak w "World War Z". Jakże ja się stęskniłem za tymi powolnymi, krwawymi potworami. A jeszcze twórcy zadbali o ich różnorodność. Jest więc i zombie z metalową płytką w głowie, jak i oczywiście zombie-dziecko w wózeczku oraz zombie kibiców dwóch wrogich sobie drużyn. Flaki i mózgi latają w powietrzu z odpowiednim natężeniem. A scena ze szczęką pozostałą w ręce po odstrzeleniu czerepu jest po prostu świetna.


Niestety nie mogę wyżej ocenić filmu, bo choć zombie wyszło świetnie, to już jako komedia "Cockneys vs. Zombies" sprawuje się nie tak dobrze. Owszem, ma kilka znakomitych momentów (jak pogoń zombie za ledwo wlekącym się staruszkiem). Ale są też i dowcipy zupełnie nietrafione.


Mimo wszystko jest to jeden z najlepszych filmów o zombie, jakie ostatnio widziałem. A zupełnie się tego nie spodziewałem.

Ocena: 6

poniedziałek, 29 lipca 2013

The Conjuring (2013)

James Wan musiał w dzieciństwie mieć bardzo traumatyczne przeżycie związane z lalkami. Tylko w ten sposób mogę sobie wytłumaczyć fakt, że praktycznie w każdym jego filmie pojawia się jakaś demoniczna lalka. Tu co prawda pełni rolę drugoplanową, ale jednak.


Po słabym "Naznaczonym", gdzie wyraźnie zaznaczył się przerost formy nad treścią, tym razem Wan wraca na typowe dla siebie pole. "Obecność" to rzecz niezwykle klimatyczna, której bliżej jest do europejskich produkcji niż amerykańskich (gdybym nie widział, kto stoi za filmem, uznałbym ją za jedną z produkcji Guillermo Del Toro). Niestety problem "Obecności" polega na tym, że jest to 754 wariacja na ten sam temat rodziny przeprowadzającej się do nowego domu. I do tego wariacja zdecydowanie mniej oryginalna od chociażby "Kroniki opętania" (gdzie przeprowadzka dotyczyła tylko rozwiedzionego ojca). Trudno więc ekscytować się historią, którą zna się na pamięć. Pozostaje więc  - znów - podziwianie kunsztu reżyserskiego Wana, w budowaniu klimatu. I choć niczego mu w tym względzie nie brakuje, jest to trochę zbyt narcystyczne jak na mój gust. To powiedziawszy, muszę oddać mu honor za napisy końcowe. Pomysł z mikrofilmami był naprawdę znakomity.

Ocena: 6

niedziela, 28 lipca 2013

Blue Like Jazz (2012)

Jakże łatwo jest się zagubić na morzu indywidualizmu. Szczególnie, kiedy ów "indywidualizm" jest jedynie iluzją, za którą kryje się terror konformizm. Bo też, cóż to za indywidualizm, który narzuca zasady dotyczące tego, co jest a co nim nie jest? Jak można robić manifestacje w przebraniu robotów, ale nie nosić parasolek? Jak można chwalić się praktykowaniem wicci, ale bycie baptystą czy katolikiem uczyni z ciebie pariasa? W środowisku, gdzie wszyscy mają być "różni", w rzeczywistości dochodzi do nieświadomej unifikacji. Przynależność, od której się ucieka, staje się przymusem, bo tylko w ten sposób można się nie wyróżniać negatywnie. Tyle tylko, że jeśli przez to musisz ukrywać to, kim jesteś, prędzej czy później musisz się pogubić. Na szczęście z tego labiryntu można znaleźć drogę do wyjścia, wystarczy odrobina pokory i sporo odwagi, by rzeczywiście być sobą.


"Muzyka duszy" to jeden z ciekawszych filmów prochrześcijańskich, jakie widziałem w ostatnim czasie. Prezentuje wiarę w atrakcyjny dla współczesnego widza sposób, sprytnie łącząc język indywidualizmu z nieodzowną w przypadku wiary (wbrew temu, co się obecnie powszechnie głosi) potrzebą wspólnoty. Rezygnując z debaty o instytucjach kościelnych, stara się zaakceptować to, co istotne z punktu widzenia jednostki. To było właściwe posunięcie.

Sam film jest jednak trochę zbyt chaotycznie zrealizowany. Pierwsza część jest za bardzo rozwlekła, przez co w końcówce pędzi do rozwiązania, co kończy się wrażeniem powierzchownego traktowania tematów. Miejscami pojawiają się sekwencje, które same w sobie może i są ciekawe (jak podróż Dona na uniwerek), ale nie mają formalnego uzasadnienia. Przez to wszystko "Muzyka duszy" wydaje się gubić w gąszczu myśli, jakie chce przekazać, jest niezborny, płytki, a pod koniec trochę trąci kazaniem z ambony. Ale mimo to broni się, dzięki fajnym bohaterom i niezłej grze aktorskiej. Pozytywnie zaskoczył mnie Marshall Allman. Na plus zaliczam też role Claire Holt i Tanii Raymonde.

Ocena: 6

PS. To chyba pierwszy film powstały dzięki funduszom zebranym poprzez Kickstarter, jaki widziałem. Jeśli następne będą równie udane, to stanę się fanem portalu.

La donna della mia vita (2010)

No proszę, niby Włochy to kraj katolicki, a kręci się tam takie na wskroś ateistyczne komedie romantyczne. Bo też morał "Kobiety mojego życia" jest prosty: wolna wola nie istnieje. Natury, dziedziczonej po przodkach, nie da się oszukać. Nie pomoże nawet zaklinanie rzeczywistości, fałszywe interpretowanie zachowania i mniej lub bardziej wprost naginanie cudzego ducha. Prawda prędzej czy później wyjdzie na jaw. Jedyny plus takiej sytuacji to fakt, że nasza natura nie jest wcale taka zła i kiedy pogodzimy się z tym, jacy jesteśmy, w końcu pojawi się w naszym życiu harmonia.


"Kobieta mojego życia" to sympatyczne, ale w gruncie rzeczy nijaki film. Zapewne gdyby nie interesująca mnie obsada, nigdy bym go nie obejrzał. Film nie jest tak zły, bym żałował straconego czasu. Nie jest jednak tak dobry, by zmienił coś w moim życiu. Ot, taki niezobowiązujący relaks.

Ocena: 5

The Makeover (2013)

Pobyt na małym ekranie Julii Stiles niestety nie służy. Pewnie kasy zarabia więcej, niż jest w stanie wydać, ale artystycznie kompletnie się nie rozwija. Widać to niestety dość wyraźnie w filmie "Przeobrażenie".


Ta produkcja telewizyjna uosabia wszystkie stereotypy tego rodzaju obrazów. Jest to idealna zapchaj-dziura, która może lecieć w tle, podczas gdy widzowie zajmują się domowymi obowiązkami. Jedyna rzecz, która naprawdę zwraca uwagę, to muzyka. Czy kompozytor wiedział, do jakiego filmu ją pisze? Bo mam wrażenie, że nie. Muzyka brzmiała bowiem jakby pochodziła z filmu o Bożym Narodzeniu. Zupełnie, ale to zupełnie nie pasowała do tej historii. Jedyny plus to Frances Fisher.

Ocena: 5

Ps. Kiepsko wyszło przeobrażenie Davida Waltona. W brodzie wyglądał lepiej.

piątek, 26 lipca 2013

The Wolverine (2013)

Na nowego "Wolverine'a" wybierałem się z duszą na ramieniu. Spodziewałem się sporego rozczarowania. Osoba reżysera budziła moje jeszcze większe wątpliwości, bo też poprzedni film Mangolda "Wybuchowa para" mocno mnie rozczarował. Tym razem też się rozczarowałem, ale na szczęście na plus.


Pierwsza godzina "Wolverine'a" wydała mi się naprawdę solidnym kinem komiksowym. Było trochę bajki, trochę rzeczy niemożliwych w prawdziwym świecie i sporo solidnej akcji. Sekwencja na Alasce (nawet z disnejowskim niedźwiadkiem) bardzo fajna. Akcja na pogrzebie jeszcze lepsza. A już najbardziej zaskoczyła mnie scena na dachu pociągu. Kiedy widziałem klip z jej fragmentem, wydała mi się beznadziejnie głupia. A jednak, na dużym ekranie, sprawdziła się. Tak, trzeba wziąć poprawkę, że jest to komiks, ale kiedy już się o tym pamięta, to całość ogląda się znakomicie.

Film ma całkiem niezły soundtrack. Marco Beltrami już od lat należy do czołówki filmowych kompozytorów, przynajmniej w moich uszach. Genialny jest sam Hugh Jackman. W jego depresję jest mi jakoś łatwiej uwierzyć niż w rozterki Batmana czy Supermana. U nich wydaje się to reakcja odruchowa, Jackman potrafi loganowemu cierpieniu nadać bardziej autentyczny wymiar.

Niestety sekwencja finałowa to jedna wielka porażka. Miałem wrażenie, że ekipa Mangolda poszła sobie na urlop, a zastąpili ją twórcy "GI Joe: Odwet". Niby dużo się dzieje, a ja nie mogłem przestać ziewać. Nudne to wszystko było jak diabli, a do tego strasznie chaotyczne. Po tak dobrej pierwszej części zawiodłem się tak kompletnie niesatysfakcjonującym końcem. Na szczęście jest jeszcze scena po napisach, dzięki której humor mi się poprawił.

Ocena: 6

wtorek, 23 lipca 2013

Au bout du conte (2013)

Kino na wskroś hermetyczne. Jeżeli ktoś nie trawi estetyki i wyobraźni Agnès Jaoui, lepiej niech się trzyma jak najdalej od tego filmu. "Książę nie z tej bajki" wyda się takim osobom nudny, nieczytelny, męczący.


Jaoui postanowiła pokazać neurotyczne, chwilami wręcz psychotyczne oblicze baśni. Większość z nas w tym bądź innym okresie życia marzy o "życiu jak z bajki", czy to o rycerzu, który wyrwie nas z rąk opresyjnej rodziny, czy też o księżniczce, dla której stracimy serce od pierwszego wejrzenia. Ale prawie nigdy nie zastanawiamy się, jakie byłyby konsekwencje wkroczenia bajki w nasz świat neuroz, kompleksów, niedoskonałości charakteru. Wykorzystując najpopularniejsze baśnie świata Jaoui tka gobelin ludzkiej duszy. I nie jest to piękny obraz, ale dla tych, którzy wiedzą, jak go czytać, będzie mimo to bardzo interesujący.

Nie wszystkie bajki udało się reżyserce równie ciekawie przeszczepić do współczesności. Mnie najbardziej spodobał się pomysł odwrócenia płci w bajce o Kopciuszku. Z kolei historia Wilka i Kapturka wydała mi się pójściem na łatwiznę. To było zbyt oczywiste rozwiązanie.

Całość nie jest na tym samym poziomie co "Gusta i guściki", niemniej jednak ma swój urok.

Ocena: 6

Frances Ha (2012)

No cóż, wolę jednak kiedy Noah Baumabch łączy siły z Wesem Andersonem. Wtedy powstaje ten przedziwnie magiczny amalgamat, który wchodzi pod skórę i na zawsze zostaje w pamięci. Z jego własnych filmów tak naprawdę podobała mi się tylko "Walka żywiołów".


"Frances Ha", choć jest czarno-biała, to niewiele różni się czy to od "Margot" czy też "Greenberga". Każda scena aż krzyczy, jaki to jest uroczy, inteligentny, zabawny w ekscentryczny sposób film. I rzeczywiście taki jest, a Greta Gerwig jako Piotruś Pan w spódnicy wypada zaskakująco dobrze. Jednak dla mnie pozostał obrazem wymuszonym i strasznie stereotypowym. Cała ta fabuła sprowadza się przecież do bardzo banalnej konstatacji na temat dorastania i różnicy między tym, czego się pragnie, a tym co naprawdę jest dla nas dobre. Kino niezależne w Stanach od dekad kręci takie opowiastki i trudno jest mi się nimi w dalszym ciągu ekscytować.

Ocena: 5

poniedziałek, 22 lipca 2013

Red Hill (2010)

W Stanach western może nie jest tak popularny jak kiedyś, za to na antypodach gatunek przeżywa prawdziwy renesans. Wystarczy wspomnieć takie tytuły jak "Propozycja" czy "Skazani na siebie". Niestety "Red Hill" nie mogę postawić w jednym rzędzie z wcześniej wymienionymi tytułami. A była ku temu szansa.


"Red Hill" miało naprawdę duży potencjał. Małe miasteczko, młody przyjezdny z miasta policjant z traumą i lokalne tajemnice, które wyjdą na jaw, kiedy z więzienia ucieknie skazaniec znany przez wszystkich miejscowych. Patrick Hughes opowiada bardzo klasyczną opowieść w bardzo klasycznym sposób. I gdyby konsekwentnie się tego trzymał, byłoby świetnie. Niestety reżyser przeszarżował ze stylizacją, która zupełnie niepotrzebnie nadała dystans. Pantera, przemądrzały koń, niektóre strzelaniny – miałem wrażenie, że oglądam nie w pełni rozwinięty pastisz. Szkoda.

Ocena: 5

Death of a Superhero (2011)

I znów to samo. Oglądając filmy można dojść do wniosku, że najlepszym sposobem na zdobycie dziewczyny jest zapadnięcie na śmiertelną chorobę. Po raz kolejny Thanatos okazuje się bowiem najlepszą swatką. Tym razem pomaga 15-latkowi, który umiera na raka.


Film jest naprawdę sympatyczny. Thomas Brodie-Sangster świetnie poradził sobie z rolą umierającego chłopaka. Jest w tym dużo ciepła i odpowiednia ilość cierpienia. Największe wrażenie robią jednak i tak wstawki animowane ukazujące zmagania bohatera z wyniszczającą chorobą.

Chciałem, żeby film mi się bardziej mi się spodobał. Niestety, kiedy spojrzeć na całość, to okaże się, że "Śmierć superbohatera" jest po prostu pustym obrazem. Nie ma w nim nic poza bezmyślnie powtórzonymi kliszami z opowieści o umieraniu. Gdyby nie animacje nic a nic by go nie wyróżniało.


Z całego filmu zapamiętam tylko piosenkę "For You" Angus & Julia.

Ocena: 6

niedziela, 21 lipca 2013

Otra película de amor (2011)

Tytuł filmu nie kłamie. To naprawdę jest kolejny film o miłości. A dokładniej o pierwszej/letniej miłości. Obraz zrobiony został chałupniczymi sposobami. Twórcy jednak dobrze wykorzystali skromne środki, jakie posiadali i dzięki temu chwilami ma swój urok. Szczególnie udanie wyszły sceny testowania przez Diego granic, do jakich jest skłonny się posunąć. Jest w tym spora doza naturalności i autentyczności. Ta "prawdziwość" zostaje sprzężona w jedno z senną, odrealnioną atmosferą. Pierwsza miłość jest tutaj spektaklem, który odgrywamy sami przed sobą. Odurzamy się nie tylko narkotykami i alkoholem, ale też całym spektrum wrażeń, jakie towarzyszą odkrywaniu swoich uczuć i przekraczaniu oporów przed kontaktem z drugą osobą.


Jak na mój gust film mógłby być mniej dosłowny. Chwilami też zdjęcia są zbyt rozchwiane, czego nie da się do końca wytłumaczyć skłonnością do naturalizmu. Nie jest to rzecz mająca na tyle niezapomniany klimat, bym zatrzymał go w pamięci. Nie jest to " Krámpack", ale nie jest też totalną amatorszczyzną.

Ocena: 5

Hit and Run (2012)

Chwila, moment, ten film jest komedią?? Ciekawe, w którym momencie ma być zabawny, bo jakoś nic śmiesznego w nim nie zauważyłem. Najbliżej rozbawienia byłem w momencie ujrzenia fryzury Bradleya Coopera. To jednak trochę mało jak na komedię.


Historyjka mogła się nawet uda. Ale wszystko tu fałszuje, począwszy od ciapowatego Toma Arnolda, przez głupkowatego Michaela Rosenbauma, po grającą w zgodzie ze swoim wizerunkiem serialowym Kristin Chenoweth. Najlepiej z tego wszystkiego wypadły semidydaktyczne dysputy na temat używania słów obraźliwych czy definiowania tego, co jest kłamstwem lub kiedy komuś można wybaczyć przeszłe grzeszki. W sumie zaś wieje nudą.

Ocena: 3

Chillerama (2011)

O matko! Tego filmu nie da się opisać. "Maraton filmów grozy" wziął wszystko, co najgorsze z filmów klasy C i sklecił z tego kilka szalonych, absurdalnych, pokręconych nowelek. Co jedna to gorsza, bardziej kiczowata, pozbawiona smaku i obrazoburcza. Nic więc dziwnego, że od razu film mi się spodobał. Ale lojalnie ostrzegam: dla tak zwanych normalnych widzów rzecz się kompletnie nie do strawienia.


Zaczyna się całkiem "spokojnie" od "Wadzilla", czyli historii o krwiożerczym plemniku. Tak naprawdę pomysł jest na tyle fajny, że chętnie obejrzałbym cały film o tym opowiadający. Druga nowelka "I Was a Teenage Werebear" przejaskrawia wszystkie homoerotyczne podteksty w horrorach o nastolatkach dodając do tego jeszcze przerażające piosenki (jak ta "Love Bit Me On the Ass").


Ale to i tak nic. Kolejne nowelki przekraczają wszelkie granice. Już sam tytuł trzeciej udowadnia, że dla twórców nie ma nic świętego. "The Diary Of Anne Frankenstein". Genialny tytuł, świetny Hitler i jeszcze lepsza Ewa Braun. W "Deathication" obrzydliwość została podniesiona na poziom, przy którym "2 Girls 1 Cup" wydaje się familijną produkcją. Warto wspomnieć chociażby krucyfiks zrobiony z gówna.


I wreszcie finał: zombie z niepohamowanym popędem seksualnym, które oddaje się orgii pieprząc wszystko, co się rusza (i nie rusza). To, co się tam wyprawia przekracza wszelkie wyobrażenie i albo (tak jak ja) będziecie się dobrze bawić albo też trafi was apopleksja, pod warunkiem, że wcześniej nie udusicie się własnymi wymiocinami.

Ocena: 7

The Call (2013)

Biedny Brad Anderson. Spośród wszystkich Andersonów-reżyserów, jak na razie ma on najmniejsze przebicie. "The Call" było jednak pozytywnym zaskoczeniem w amerykańskim box-offisie i dlatego po film sięgnąłem. Cóż, ja zaskoczony nie jestem.


"Połączenie" to film ze wszech miar rutynowy. Gdyby nie Halle Berry pewnie nigdy do amerykańskich kin by nie trafiło, walcząc o przetrwanie wśród całego multum podobnych filmów wprowadzanych od razu na rynek DVD. Anderson jest jednak sprawnym rzemieślnikiem, więc całkiem nieźle skleił klisze i poradził sobie z mało skomplikowanym pomysłem. Nie ma w sobie klimatu "Pogrzebanego", wypada też słabiej niż "Potrzask" z Dorffem, ale oglądało mi się to całkiem nieźle.

Ocena: 6

piątek, 19 lipca 2013

La proie (2011)

Ależ ten film jest fajowy! Już dawno żaden obraz, który byłby równie głupi nie dał mi tyle frajdy. Bo też kretynizmów jest tu na pęczki: a to policjanci zapominają do czego służy broń; a to nie wiedzą, jak się ustawia blokady drogowe; a to znów sceny pogoni przypominają biegi przełajowe paralityków; a to znów nieudolne sceny śledzenia samochodami. Patrząc na chłodno film nie ma praktycznie nic do zaoferowania, poza jednym: intrygą.


I chyba w tym tkwi klucz do sukcesu filmu. Przy wszystkich idiotyzmach sama historia bardzo mi się spodobała. Piętrowa układanka intryg i pełen cynizm. Oto główny bohater jest tak ostrożny, że nie ufa nawet swojej żonie, którą kocha. Jest też w sumie porządnym facetem, więc rusza go sumienie, kiedy niewinna osoba jest na jego oczach katowana. Te dwie sceny, choć u ich podstaw leżą szlachetne pobudki, okazują się powodem największej tragedii bohatera. To, co następuje potem oglądałem z naprawdę wielką przyjemnością.

Liczę, że kiedyś powstanie amerykański remake, który zachowa ducha historii, a jednocześnie naprawi błędy formalne francuskiej produkcji.

Ocena: 7

The Heat (2013)

"Gorący towar" trochę mnie zaskoczył. Biorąc pod uwagę to, kto całość wyreżyserował, liczyłem na kolejny nieskrępowany komediowy żywioł, jakim były "Druhny". Tak się jednak nie stało. Gdybym nie wiedział, kto stoi za tym filmem, pomyślałbym, że nakręcił go Adam McKay. "Gorący towar" ma bowiem to samo, nieco ekscentryczne podejście do humoru, co "Policja zastępcza", "Bracia przyrodni" czy "Legenda telewizji". Na szczęście filmowi Feiga bliżej jest do "Policji" niż "Legendy", dzięki czemu bawiłem się nieźle.


Melissa McCarthy jest oczywiście w swoim żywiole. Choć zaczyna mnie coraz bardziej niepokoić jej kinowe zaszufladkowanie. Wszystkie ostatnie jej role na dużym ekranie są bardzo do siebie podobne, i – co szczególnie intryguje – zupełnie przeciwstawne Molly, którą gra w sitcomie. Ciekawe dlaczego tak się dzieje? Czy przypadkiem jest to dowód na to, że Hollywood nie potrafi sobie z nią poradzić? Nie wie co z nią zrobić, skoro nie wygląda jak modelka z rozkładówki? Takie obawy powiększa jeszcze plakat, na którym McCarthy w ogóle siebie nie przypomina.

Ciekawie było obejrzeć Sandrę Bullock w tak specyficznej komedii. Widać, że nie jest to ten rodzaj humoru, który najbardziej jej "leży", ale dzielnie się trzymała i koniec końców wygrała, rozśmieszając mnie w kilku momentach.

Ocena: 6

czwartek, 18 lipca 2013

Pacific Rim (2013)

"Pacific Rim" to kinowy odpowiednik piersiastej blondynki. Patrzy się na nią z przyjemnością, bo cieszy oko i (prawie) każdy inny zmysł. Niestety jej obfity biust zużywa tyle tlenu, że do mózgu niewiele dociera, dlatego też jest głupia jak but i można się jedynie modlić, by otwierała buzię tylko w jednym celu... i nie jest to mówienie.


Od strony wizualnej "Pacific Rim" robi niesamowite wrażenie. Oglądany w kinie IMAX jest prawdziwym majstersztykiem. Tu naprawdę czuje się przestrzeń, głębię. Roboty i potwory są dopieszczone do ostatniego szczegółu. I trochę żałuję, że nie jest to kasowy hit, bo też wolę tę wersję widowiska, niż tanie podróby, które później są konwertowane czy w inny sposób polerowane, by wydawać się bardziej dech zapierające.

Ale cała reszta! Nie pojmuję, jakim cudem można było wypuścić taki badziew. Fabuła jest tak rachityczna, że robiło mi się słabo. A kiedy bohaterowie zaczynali mówić, miałem ochotę przekuć sobie bębenki w uszach, by ukrócić męczarnie. Najgorzej było w scenach podniosłych, gdzie bohaterowie starają się przekazać jakieś "emocje". Idris Elba wyglądał tak, jakby sam nie mógł uwierzyć w kretynizmy, które wypowiada i ostatkiem sił pilnował się, by nie wybuchnąć śmiechem w najmniej odpowiednim momencie. Masakra!

Ocena: 3

Red 2 (2013)

Uff, odetchnąłem z ulgą. "RED" wydało mi się całkiem udaną komedią akcji pełną moich ulubionych aktorów. Dlatego też bałem się, że reżyser "Dick i Jane" może całość sknocić. Tak się na szczęście nie stało.


Film w dalszym ciągu stoi humorem i akcją. Oczywiście są momenty nietrafione, gdzie widać braki budżetowe (wywrotka ciężarówek) albo dowcipy nie do końca się udały. Ale jest też bardzo wiele rzeczy, które robi imponujące wrażenie. Większość scen z samochodami się udało (moja ulubiona sekwencja to pościg w Paryżu). Helen Mirren jak zwykle jest boska, a scena w wariatkowie - miodzio. Zaś Zeta-Jones kontra Parker to był mój ulubiony wątek w całym filmie. Zresztą Parker to chyba w ogóle najsilniejszy element "RED 2". Za to Hopkins trochę mnie rozczarował. Wydaje się, że za bardzo chce się pośmiać z samego siebie, przez co trochę spalił swoje sceny. Zresztą sama jego obecność jest spoilerowi, bo od razu oczekuje się czegoś więcej od jego postaci i tak się rzeczywiście dzieje.

Film ma też świetną, bardzo komiksową czołówkę. Aż żałowałem, że trwała tak krótko. Plus również za główny temat muzyczny. Świetny!

Ocena: 6

wtorek, 16 lipca 2013

The Lone Ranger (2013)

Gore Verbinski postradał zmysły. Tylko w ten sposób mogę sobie wytłumaczyć to, co zobaczyłem na ekranie kinowym. "Jeździec znikąd" to dzieło szaleńca cierpiącego dodatkowo na amnezję. Ale nawet Verbinski-wariat pozostał niezłym bullshiterem. Trudno nie podziwiać jego siły przekonywania, skoro Disney wyłożył na to "coś" niemałą fortunę.


Podstawowy problem z "Jeźdźcem" polega na tym, że jest tu praktycznie wszystko, co tylko w kinie pokazano przez ostatnie 100 lat. Łatwiej wymienić tego, czego nie ma, niż to co zostało na siłę wciśnięte. Co gorsza, poszczególne konwencje zupełnie do siebie nie przemawiają. Jeśli miała to bowiem być awanturnicza komedia, to jest w niej zdecydowani za dużo tradycyjnego westernu. Jeśli z kolei miał to być hołd złożony Sergio Leone i Ennio Morricone, to niepotrzebnie Verninski wrzucił bajeczki o koniach, ptakach i zającach. A jeśli miał to być film familijny, to powinien trochę przystopować z pokazaniem przemocy i seriożnym tonem.

Mnie (i zapewne większości oglądającym) najbardziej przypadły do gustu aspekty komediowe. Kiedy Verbinski bezwstydnie flirtuje z campem, jest oczywiście kretyńsko ale przynajmniej zabawnie. Pod tym względem dobrze też dobrał dwójkę aktorów. I Depp i Hammer doskonale odnajdują się w tej konwencji. Problem w tym, że się powtarzają. Szczególnie nudzi Depp, który już całkowicie wyczerpał swój zasób komediowych min. Hammer zaś zachowuje się tak, jakby wciąż pozostawał na planie "Królewny Śnieżki". Lubię go, ale obawiam się, że wielkiej kariery w Hollywood nie zrobi. Coraz bardziej przypomina mi Brendana Frasera, ale nie tego z "Mumii", ale z "George'a prosto z drzewa" czy "Zemsty futrzaków".

Chwilami Verbinski posuwa się jeszcze dalej i wrzuca do swojego filmu sceny, które idealnie pasowałyby ale do niszowej produkcji w stylu "John Dies at the End". Różnica polega na tym, że "John" kosztował grosze i zarobił ledwie 140 tys. dolarów, a "Jeździec znikąd" kosztował grubo ponad 200 milionów i oczekiwano, że zarobi co najmniej trzy razy tyle. Swoją drogą, te 200 milionów to chyba poszło na konia, bo nie bardzo je widać.

Verbinski doskonale czuje western. Udowodnił to przecież swoim najlepszym filmem w karierze – "Rango". Niestety tu kompletnie się pogubił. Dodatkowo za bardzo chciał zrobić nowego "Indianę Jonesa i Świątynię Zagłady" (te wagony!). Ale, cytując słowa każdej rozsądnej kobiety komentującej obnażającego się przed nią ekshibicjonisty, pozostaje mi jedynie rzec: "Panie, z czym do ludzi".

Ocena: 4

poniedziałek, 15 lipca 2013

Trouble with the Curve (2012)

Coś mi się nie chce wierzyć, że Clint Eastwood był tylko aktorem w tym filmie. Jeśli tak jednak rzeczywiście było, to Robert Lorenz jest mistrzem naśladownictwa. "Dopóki piłka w grze" ma wszystkie elementy, z których składały się najlepsze filmy Eastwooda. Znalazłem tu trochę i z "Doskonałego świata" i z "Za wszelką cenę" i z "Północy w ogrodzie dobra i zła".


Obraz Lorenza, jak tamte filmy, jest przede wszystkim opowieścią o spotkaniu dwojga ludzi. W tym przypadku są to ojciec i córka, którzy powinni w teorii doskonale się znać. W rzeczywistości dopiero teraz, kiedy jedno ma już karierę zawodową praktycznie za sobą, a drugie właśnie za chwilę ma rozwinąć skrzydła, mogą się bliżej poznać. I jak to zwykle bywa, jest w tym sporo ciepła zaprawionego odpowiednio dużą dozą goryczy. Film sprawia bardzo przyjemne wrażenie, nawet jeśli jest bajeczką na doskonale znany temat.

Plus dla Amy Adams, która pozbawiona towarzystwa superbohatera jest w stanie pokazać, że może być całkiem interesująca osóbką.

Ocena: 7

I, Anna (2012)

Po czym poznać dobrego policjanta? Po tym, że jest na tropie sprawy nawet o tym nie wiedząc.


Bernie Reid spotkał Annę po raz pierwszy w windzie. Od razu wpadła mu w oko. Ale bardzo długo mylnie odbierać będzie zainteresowanie nią jako wynikające z potrzeby bliskości. Tymczasem zareagował na odczucia "szóstego zmysłu". Choć nie miał o tym pojęcia, wyczuł tragedię i jak pies podążył tropem. A że przy okazji było w tym coś jeszcze? Można to nazwać korzystnym efektem ubocznym. Choć nie jestem do końca pewien, czy "korzystny" to dobre określenie.

Ciekawy film, ale jak na mój gust nieco zbyt histeryczny. Dodatkowo reżyser stara się plątać narrację, ale tak naprawdę jedynie pozoruje wysoki poziom skomplikowania. Historia jest aż nazbyt oczywista od samego początku. A była okazja, by ją naprawdę zamieszać i zagrać na oczekiwaniach widza. Niestety tak się nie stało.

Ocena: 6

niedziela, 14 lipca 2013

The Big Wedding (2013)

"Wielkie wesele" to film idealnie pasujący do ramówki telewizyjnej drugiego dnia Bożego Narodzenia czy Wielkanocy. Wszyscy są obżarci i rozleniwieni, plotkują o członkach rodzin, a w tle leci sobie jakiś sympatyczny, niezobowiązujący film. Od czasu do czasu zwraca się na niego uwagę, ale nawet jeśli dłuższy czas nie śledzi się fabuły, to i tak wiadomo na czym się stoi.


I takie właśnie jest "Wielkie wesele". To ciepły, sympatyczny i lekki film. Jest bardzo bezpieczny. Niczym widza nie zaskoczy. Ale taka jest natura tego rodzaju produkcji, więc naprawdę nie należy tego traktować jako wadę. Nikt zresztą nie udaje, że jest to coś więcej niż tylko przyjemny wypełniacz. I może rzeczywiście nie jest to najtrafniejszy wybór na wyprawę do kina, ale w domu sprawdzi się doskonale.

Jest tu kilka zabawnych dowcipów. Bohaterowie są sympatyczni, a skecze, nawet jeśli są tak stare, że o ich brody potknie się mistrz akrobatyki, to obsada aktorska prezentuje jest z niewymuszonym wdziękiem, że mimo wszystko trudno mieć tu cokolwiek komukolwiek za złe. Nie miałem wielkich oczekiwań, więc nic a nic się nie rozczarowałem.

Ocena: 6

Absentia (2011)

"Absentia" ma w sobie wszystkie elementy, które mogły uczynić z niej znakomity horror. Prosty pomysł, niezły klimat idealnie pasujący do nurtu filmów takich jak choćby "Paranormal Activity" (bo choć nie jest to found footage, niskobudżetowy rodowód nadaje całość mocno "chropowaty" charakter).


Niestety reżyserowi najwyraźniej wcale nie zależało na zaintrygowaniu widza, czy opowiedzeniu ciekawej historii. On wolał zabawić się w poetę. "Absentia" stylizowana jest na poemat gotycki tak, że mam wrażenie, iż reżyser bardzo chciał zostać kinowym odpowiednikiem Edgara Allana Poe. No cóż. Na marzeniach się chyba skończy, bo rezultat jest mało ciekawy. "Absentia" rozczarowuje na każdym polu, przede wszystkim przez zbyt oczywiste zmarnowanie szansy, jaką stanowiła fabuła. Szkoda.

Ocena: 4

sobota, 13 lipca 2013

LOL (2012)

Spore rozczarowanie. Po ocenie 3,8 na IMDb spodziewałem się gniota jakich mało. A tymczasem "LOL" okazało się filmem nawet całkiem sympatycznym. To opowieść o tym, jak niewielka jest różnica między dorosłymi a nastolatkami. I szczerze mówiąc, to nie wiem, czy brzmi to pokrzepiające czy przygnębiające.


"LOL" to opowieść o dorastaniu i relacjach rodzic-dziecko. I rzeczywiście, w porównaniu z takimi "Królami lata", wypada naiwnie, głupkowato i bez wyrazu. Ale bez przesady. Całość jest lekka, ma niezłą obsadę i równie udaną ścieżkę muzyczną. Ogląda się to bez bólu, bez zobowiązań. Ot, miło spędziłem półtorej godziny. Niby nic, a jednak samo w sobie ma to jakąś tam wartość.

Ocena: 6

Cleanskin (2012)

Wojna, zemsta, polityka. Chyba nie przypadkowo wszystko to jest kobietą. Mężczyźni uwielbiają swoje czyny usprawiedliwiać Wielkimi Ideami, walką o równość, obroną tożsamości i kultury. Ale to są jedynie szaty, piórka, w jakie się stroją i które puszą przed światem i przed lustrem, kiedy przyglądają się sobie. Prawda jest o wiele bardziej prozaiczna. Wystarczy cofnąć się odpowiednio daleko w przeszłość, by okazało się, że za czynami każdego mężczyzny stoi kobieta.


W przypadku Asha jest to jego dziewczyna ze studiów. Jest ona chodzącym symbolem jego sytuacji życiowej: z jednej strony pragnie jej, z drugiej strony odrzuca jej styl życia. On jest przecież muzułmaninem, a ona "hedonistyczną" Brytyjką. W przypadku Ewana tych kobiet jest aż dwie. Jedną jest jego żona, która stała się jego słabością. Drugą jest szefowa, która doskonale wie, jak nim pokierować.

Ale choć za czynami mężczyzn stoją kobiety, są one jedynie zapalnikami. Cała reszta to ich własna natura, nad którą nikt nie zapanuje. I tak zamyka się błędne koło przemocy, które nie ma nic wspólnego z religią, narodowością czy statusem ekonomicznym. To wszystko są jedynie pożywki, na których karmi się pierwotny, nierozwiązywalny paradoks ludzkiej egzystencji: życie i śmierć to jedna i ta sama moneta.

Pozytywne zaskoczenie. Myślałem, że będzie to kolejne łubudu, a tymczasem "Terrorysta" okazał się całkiem interesującym i co najważniejsze przewrotnym filmem.

Ocena: 6

Higher Ground (2011)

Vera Farmiga na swój reżyserski debiut wybrała portret kobiety. Bohaterkę poznajemy jako małą dziewczynkę i śledzimy jej losy aż do wieku średniego. To opowieść o życiowych wyborach, wypadkach i przypadkach, niepokojach i tragediach, a także radościach i nadziejach. Jest to również opowieść o wierze. Ale nie tej bezgranicznej i ślepej. To raczej opowieść o osobie, która pragnie takiej wiary, ale jej nie dostępuje. Jest zbyt inteligentna, zbyt świadoma siebie, by nie zadawać pytań, by zupełnie bezwiednie przekraczać niepisane ograniczenia. I to jest w tym filmie wspaniałe: ten cichy heroizm, upadanie pod naporem codzienności, a jednak uparte trwanie. I nawet jeśli przestanie być członkinią społeczności wiernych (zakończenie jest dość otwarte i dwuznaczne), to jednak wcale nie jest postacią przegraną.


Farmiga pozytywnie zaskoczyła mnie tym filmem. Jej opowieść jest skromna, cicha, ale doskonale przemyślana. Wiedziała, co chce przekazać i doskonale wypunktowała swoje myśli. Wydarzenia, które w innych rękach łatwo mogły stać się trywialną kliszą, tu mają posmak autentyczności. Solidny debiut. Oby tak dalej.

Ocena: 7

piątek, 12 lipca 2013

Männer zum Knutschen (2012)

Ten film jest dla mnie wielką zagwozdką. Choć ma innego reżysera i innego scenarzystę, tak naprawdę jest to sequel czy też spin-off "Alex und der Löwe". Tylko nie bardzo wiem, jak to się stało, że te dwa filmy są ze sobą powiązane. Zapewne gdybym przed sięgnięciem po film wiedział, że jest to kontynuacja, to pewnie nigdy bym go nie obejrzał.


"Alex und der Löwe" nie zrobił na mnie zbyt pozytywnego wrażenia. Kiedy więc zobaczyłem Tobiasa, Steffi, Leo i Alexa, od razu zapaliła mi się czerwona lampka. I niestety miałem rację. "Männer zum Knutschen" jest bowiem tylko odrobinę lepsze od części pierwszej. Duża w tym zasługa Alexandry Starnitzky. Jej Uta była naprawdę zabawna w tym swoim psychotycznym pędzie do zagarnięcia dla siebie Ernsta. W miarę podobał mi się też plan jej unieszkodliwienia.

Niestety podobnie jak opowieść o Aleksie i Leo, tak i historia Tobiasa i Ernsta jest w gruncie rzeczy mało zabawna. Na szczęście poziom realizacyjny był wyższy (ciekawe czy to dlatego, że Alex i Leo zeszli na daleki drugi plan?), więc aż tak bardzo mnie to wszystko nie irytowało.

Ocena: 4

The Kings of Summer (2013)

Fantastyczne kino! Idealna mieszanka historii o dorastaniu, niezależnego sztafażu i dialogów lepszych od tego, co można usłyszeć w 90% obecnych sitcomów. Kino jednocześnie piękne i delikatne, inteligentne i rubaszne, okraszone świetnymi zdjęciami i doskonałą muzyką Ryana Millera. Nie chciałem, żeby seans się kończył.


"Królowie lata" są jakby antytezą filmów Larry'ego Clarka i Harmony'ego Korina. U nich problemy nastolatków wynikały z nieobecności rodziców. Twórcy "Królów" pokazują, że wcale nie jest dla młodych lepiej, kiedy rodzice starają się być obecni w życiu swoich pociech. Za bardzo się starają, przez co tłamszą potrzebę niezależności i budzą agresję. Albo też są zbyt niezdarni, przez co zamiast się wspierać, wzajemnie grają sobie na nerwach. Jordan Vogt-Roberts do spółki z Chrisem Gallettą potrafili świetnie ten problem uchwycić. I co istotne nie tylko z punktu widzenia dzieciaków ale też i ich rodziców.

"Królowie lata" podejmują wiele tematów, które tak naprawdę nie są zbyt odkrywcze. Jak choćby to, że do dorosłości nie ma drogi na skróty. Joe swoim buntem chciał zakląć rzeczywistość, ale w rzeczywistości dostał to, czego naprawdę pragną, przekroczył próg niewinności. A jest to rzecz zawsze traumatyczna, ponieważ nawet, kiedy wiele zyskujemy i dowiadujemy się o sobie, równie wiele tracimy. Sztuką jest to, by nie zatracić się całkowicie.

To, dzięki czemu film zrobił na mnie tak pozytywne wrażenie, jest sama forma. Bezpretensjonalne połączenie humoru i inteligencji, która sprawiła, że chciało mi się słuchać o rzeczach oczywistych. Galletta napisał sporo świetnych tekstów, szczególnie jeśli chodzi o kwestie wypowiada przez Franka i Biaggio. Nie raz i nie dwa parskałem śmiechem. Byłem też pod wrażeniem gry młodych aktorów. Na moich oczach rozkwita nowe pokolenie aktorów.

Ocena: 9

Partir (2009)

Miłość to straszliwa choroba. Nie ma na nią leku, można jedynie spróbować ją przetrzymać. Jednak jest to niezwykle trudne, ponieważ miłość jest chorobą pozostawiającą po sobie totalne spustoszenie. Gorzej. Miłość jest plagą, której ofiarami padają wszyscy wokół zarażonej osoby.


Problem miłości polega na tym, że wywraca porządek rzeczy. Suzanne dobrze wiedziała na czym stoi, czego się może spodziewać. Miała plany, marzenia i spokój. Kiedy trafiła ją strzała Amora, zmieniła się jej percepcja rzeczywistości. Zaczęła widzieć mury tam, gdzie wcześniej ich nie było, ujrzała możliwości, gdzie wcześniej ziała pustka. Jest to przewrót tak totalny, że nie do opanowania logicznego. Wszelkie próby powrotu do stanu sprzed będą tożsame z gwałtem, więzieniem, najbardziej wyrafinowanymi torturami. Nikt tego nie wytrzyma. A już z całą pewnością nie Suzanne, która odkryła najbardziej okrutną prawdę o uczuciach: w świecie Id nie ma kompromisów.

Ocena: 6

Baikonur (2011)

Hmm. Nie bardzo wiem, co mam powiedzieć o tym filmie. W zasadzie obszedł mnie tyle co zeszłoroczny śnieg. Nie szczególnie zainteresowali mnie bohaterowie. Nie ma w nim nic, co jakoś zapadłoby mi w pamięć, czy to pozytywnie czy też negatywnie. Czuje się niemal tak, jakbym w ogóle "Miłości z Księżyca" nie obejrzał. To chyba niezbyt dobrze świadczy o filmie. Ale nie mogę go też przez to nazwać złym.


Jedna rzecz jednak mnie zastanawia: jakie intencje przyświecały reżyserowi. Czy ma to być baśń? Tak sugerują niektóre sceny z Julie, czy też to jak jest ona traktowana przez Gagarina. A może miała to być opowieść antropologiczna o egzystencji w cieniu słynnego Bajkonuru. Co z kolei sugerują sekwencje "ogólne". Jeśli miał to być mix, to okazał się on całkowicie nieudany. Zamiast koktajlu powstała breja bez smaku i wyrazu.

Ocena: 5

czwartek, 11 lipca 2013

Elysium (2013)

Neill Blomkamp podtrzymuje moją wiarę w kinowe SF. Po raz drugi pokazał, że fantastyka to coś więcej niż tylko widowisko, to również ciekawa historia, która jest zwierciadłem odbijającym jak najbardziej współczesne problemy. Science fiction (w literaturze) w swojej najlepszej postaci zawsze mówiło o teraźniejszości, konsekwencjach niesprawiedliwości i ignorancji. Blomkamp pozostał temu wiery i tak jak w "Dystrykcie 9", tak i tym razem głośno mówi o tym, co boli zdecydowaną większość mieszkańców naszego globu.


Blomkamp bardzo świadomie czyni z siebie trybuna ludu. Przemawia głosem ludzi z krajów rozwijających się i Trzeciego Świata. Pokazuje rzeczywistość slumsów rozprzestrzeniających się niczym grzyby w cieniu luksusów dla wybranych. Odsłania bezwzględną tyranię, która z jednej strony każe za najdrobniejsze przewinienia, a z drugiej bez skrupułów wyzyskuje pracowników nie dając nadziei na lepsze jutro. Kiedy opowiada o braku dostępu do najnowszych zdobyczy medycyny, to choć ubiera to w futurystyczne szaty, każdy mieszkaniec Ziemi, który musiał zrezygnować z drogich leków, który nie ma dostępu do tanich zamienników, bo te uznawane są za nielegalne, będzie dokładnie wiedział, o czym jest mowa. "Elizjum" jest manifestem pokrzywdzonych i ciemiężonych, wyrazem ich oburzenia i nadziei na lepsze jutro. To film rewolucyjny, a przez to oczywiście demagogiczny i naiwny. Raj, za którym się opowiada, nie zaistnienie, ale to wcale nie znaczy, że nie powinniśmy o nim marzyć.

Ale "Elizjum" to także porządny kawał kina rozrywkowego. Nie jest tak efekciarski, jak "Iron Man 3" czy "Człowiek ze stali", ale to wcale nie należy traktować jako wadę. Zamiast rozdymania się na wszystkie strony, Blomkamp konsekwentnie prowadzi narrację, mocno kontrastując naturalistycznie ukazane slumsy ze sterylnym pięknem futurystycznej wizji kosmicznej Arkadii. Reżyser nie epatuje przemocą, ale też od niej nie stroni. Kiedy dochodzi do walki, nie ucieka przed brutalnością i w paru miejscach pokazuje widzom rzeczy, których nie powstydziłby się nawet najlepszy ze slasherów.

Plusem filmu są też aktorzy. Przede wszystkim Sharlto Copley, jako psychopatyczny czarny charakter. Sądząc po tym, co tu pokazał, świetnie sprawdziłby się w roli przeciwnika Schwarzenegger-terminatora. Spodobała mi się też Jodie Foster. Jej postać sekretarza obrony została świetnie stworzona. Z jednej strony jest zimną suką, która bezwzględnie rozprawia się ze wszystkim, co uznaje za zagrożenie. Z drugiej strony jest przynajmniej całkowicie szczera, a przez to bardziej godna szacunku od chociażby prezydenta, który woli się chronić za prawami człowieka, ale tak naprawdę jest równie zagorzałym zwolennikiem segregacji.

Ocena: 8

The Flying Man (2013)

Kolejny film o superbohaterze. Tym razem jednak zmieniono perspektywę. Prosty zabieg, a ile zmienia.


Jak na tanią produkcję wygląda nawet całkiem imponująco. Jednak sama zmiana perspektywy to jak dla mnie za mało, by ten pomysł zrobił na mnie prawdziwe wrażenie. Jest w porządku, ale nic ponad to.


Ocena: 5

środa, 10 lipca 2013

This Is 40 (2012)

Ciekawe, czy Apatow przeżywa właśnie kryzys wieku średniego, czy też zawsze był takim ponurakiem, ale do tej pory lepiej się maskował? "40 lat minęło" robi wstrząsające wrażenie, kiedy postawić się film obok "Wpadki". Aż trudno uwierzyć, że nakręcił to ten sam facet.


Apatow próbuje opowiedzieć historię, która zarazem byłaby smutna i pokrzepiająca, gorzka, ale zaprawiona słodkimi chwilami. Wydawać by się mogło, że nie ma nic prostszego. Na tym przecież bazuje 90% produkcji niezależnych. A jednak w rękach Apatowa wszystko się rozłazi, przecieka mu między palcami, pozostawiając po sobie jedynie mało satysfakcjonujący fabularny osad. Nie ma w tym ani ducha ani polotu. Jest jedynie trochę inteligentnych pomysłów, które jednak nie zostały w równie inteligentny sposób wykorzystane. Aktorze dają z siebie wszystko, ale na próżno. Tego filmu nic nie uratuje, bo dołuje go sam reżyser.

Ocena: 4

poniedziałek, 8 lipca 2013

Company of Heroes (2013)

No tak, tego należało się spodziewać. Po sukcesie "Bękartów wojny" musiała powstać cała fala imitacji i tanich podróbek. Takie filmy jednak nie mają żadnych szans na odniesienie sukcesu, a jedynie podkreślają zalety pierwowzoru.


"Company of Heroes" to rzecz straszliwie nudna. Co samo w sobie jest sporym osiągnięciem, bo przecież niemal cały czas ktoś gdzieś strzela, coś bombarduje, wali kogoś po mordzie. Komputerowa krew tryska efekciarsko na prawo i lewo. Ale ile można. Po krótkim czasie cała ta sieczka zlewa się w jedną nieczytelną masę (no jedynie mordobicie uskuteczniane przez Vinniego Jonesa jakość z tej masy wychwytywałem). Szybko też zorientowałem się, że tak naprawdę w ogóle nie interesuje mnie intryga. Czekałem po prostu aż się to wszystko skończy. Niestety film trwa długo i każda minuta swoje "waży". Polecam tylko masochistom.

(Melia Kreiling)
Jedyną niezaprzeczalną zaletą filmu jest Melia Kreiling.

Ocena: 3

For a Good Time, Call... (2012)

Oto film, który promuje bezpieczny seks. Według twórców wyimaginowany seks rozwiązuje wszystkie problemy współczesnych Amerykanów (i pewnie mieszkańców innych krajów też). Po pierwsze gadanie o seksie jest dochodowe, nakręca rynek i sprawia, że ekonomia nie popada w ruinę. Po drugie seks w wyobraźni może być niezwykle wyuzdany, a jednocześnie jest w 100% bezpieczny, bo nie wiąże się z nim zagrożenie chorobami czy urazami. Po trzecie nic tak nie spaja przyjaźni i godzi zwaśnione strony jak udawane lizanko. I wreszcie od gadania o seksie się zaczyna, a na prawdziwej miłości kończy. Pełen pakiet Aż dziwne, że tak niewiele osób decyduje się na rozkręcenie seks-biznesu.


Sam filmik jest całkiem sympatyczny, ale to, co sprawia, że się go fajnie ogląda, to wszystkie te epizody. Jak choćby ten z Kevinem Smithem czy też szalona dywersja według Sugar Lyn Beard. O dziwo to epizod z Sethem Rogenem wydał mi się dość przeciętny. W sumie nie jest to jakaś rewelacyjna komedia, ale na tle niektórych innych bardziej nagłaśnianych wypada zaskakująco dobrze.

Ocena: 6

niedziela, 7 lipca 2013

The Truth (2012)

Czyżby pierwszy amerykański film propagandowy promujący teologię wyzwolenia? Choć w filmie nie pojawia się ani jeden ksiądz i ani jedna wzmianka o Chrystusie, to jednak same idee, jakie promuje są mocno powiązane z tym ruchem. "Mroczna prawda" propaguje lewicowe idee sprawiedliwości społecznej i dostępu dla wszystkich do podstawowych dóbr, czemu przeciwstawiana jest idea egoistycznych korporacji. Na to nakłada się idea duchowego rozwoju, odkupienia za winy, zadośćuczynienia za popełnione grzechy.


Niestety przez to wszystko "Mroczna prawda" mocno traci na atrakcyjności. Zamiast bowiem solidnego kina sensacyjnego, dostałem dramat psychologiczny i smęcenie o tym, że wszyscy ludzie są (czy powinni być) dobrzy. Niestety u mnie włączył się wtedy tryb cynika i odrzuciłem to przesłanie jako naiwne. Zupełnie tego nie kupiłem.

Ocena: 5

Layover (2012)

Oto przesłanie dla mieszkańców bankrutującego Detroit (i wszystkich innych miast na całym świecie w podobnej sytuacji): przestańcie być mili, przestańcie wierzyć w piękne obietnice; bądźcie drapieżni, nie przepraszajcie za to, że chcecie żyć godnie; a przede wszystkim walczcie i jeszcze raz walczcie.


Suzanne Hollingsworth jest wrzodem na tyłku każdego, kto musi z nią pracować. Ale ten sam charakter, na który tak bardzo narzeka całe otoczenie, jest tym, co sprawia, że nie tylko stała się kobietą sukcesu, ale też w dramatycznej sytuacji daje jej przewagę i szansę na przetrwanie. Problem w tym, że większość osób, to barany prowadzone na rzeź. W takich warunkach nawet najbardziej zdeterminowana osoba może stracić nadzieję. Na szczęście dla Suzanne jest jedna osoba, która okaże się godna jej inteligencji.

"Przerwa w podróży" to rzecz tak zła, że aż fajna do oglądania. Straszliwe aktorstwo, głupawy scenariusz, absurdalne sytuacji. A jednak zamiast mnie irytować, film wciągnął mnie tak, że obejrzałem go do końca i to bez większych problemów. Zaskakujące, jak czasami kiepskie materiały mogą jako całość sprawiać przyjemność.

Ocena: 5

Solange Du hier bist (2006)

Ciche spotkania Samotności ze Śmiercią. Samotność ma tu postać starca. Jego życiem są fotografie, w których świat przenika, by spotykać wyimaginowanych ludzi. Zapewne ma kontakt z "normalną rzeczywistością", ale w filmie sugeruje to jedna tylko scena. I nie jest to relacja intymna. Samotność żyje przeszłością, tym co było i co mogłoby być. Żywi się produktami własnej wyobraźni. Śmierć ma tu postać młodzieńca. Nieprzewidywalnego, z pozoru beztroskiego, ale kryjącego w sobie pokłady mroku, które od czasu do czasu przebijają się na powierzchnię. Jest w nim ból, pragnienie autodestrukcji, którego substytutem jest relacja ze starcem. Ale i dla Śmierci głównym pożywieniem są opowieści i gry wyobraźni. To sprawia, że choć są dla siebie wrogami, to jednocześnie wciąż do siebie wracają.


Ciche, minimalistyczne kino. Całość rozgrywa się w zasadzie w jednej lokacji. Na ekranie mamy tylko dwójkę aktorów. Ale reżyserowi udało się zbudować właściwy klimat i tym przykuć moją uwagę. Na ekranie niewiele się dzieje, ale to nie ma dla mnie znaczenia. "Solange Du hier bist" zdecydowanie pozytywnie mnie zaskoczyło.

Ocena: 7

piątek, 5 lipca 2013

Twenty8k (2012)

Czy to jest film kinowy? Nie wydaje mi się. Aktorzy rodem z seriali telewizyjnych próbują swoich sił na dużym ekranie. Niestety byli od samego początku skazani na porażkę. A wszystko przez scenariusz, który spokojnie mógł być jednym z odcinków któregoś z podrzędnych brytyjskich seriali kryminalnych.


Intryga jest całkiem nieźle poplątana. Mamy tu kilka wątków, które łączy ze sobą wspólny zestaw bohaterów. Rozplątać je próbuje piękna Deeva. Dziewczyna pracuje w show biznesie, ale kiedy jej brat trafia do aresztu, wychodzi z niej pierwszorzędny detektyw. I to jest największy problem filmu. Deevie wszystko przychodzi zdecydowanie zbyt łatwo. Prawie wcale nie musi się wysilać, kolejne wskazówki same spadają jej prosto w ręce. Wszystko łączy się tak płynnie, że nie zostaje nawet sekunda na to, by zbudować odpowiednią atmosferę.

Jedyny plus filmu to zobaczenie gwiazd "Robin Hooda" i "Demonów Da Vinci" we współczesnych kostiumach.

Ocena: 5

Lore (2012)

Wiele sobie obiecywałem po tym filmie. I to z kilku powodów. Po pierwsze: reżyserka. Uwielbiam jej poprzedni film "Salto" i choć od jego premiery minęło wiele lat, liczyłem, że Shortland wciąż ma to "coś". Po drugie temat: koniec II Wojny Światowej ukazany z perspektywy nazistowskich dzieci. Po trzecie: reżyserka, a konkretnie jej narodowość. Ciekaw byłem, jak temat "ugryzie" osoba z zewnątrz.


Niestety "Lore" to jedno wielkie nieporozumienie. Jest kompletnie nieczytelny, jeśli chodzi o intencje i powodu dla których powstał. Reżyserka nie była na tyle odważna, by pokazać Niemców jako ofiary. Temat co prawda porusza, ale w sposób bardzo delikatny, jakby trzymała na łyżce zgniłe jajko i bardzo bała się, że zaraz upadnie jej na podłogę. Nie wykorzystała też szansy, by wgryźć się w temat odkrywania przez dzieci faktu, że rodzice są ludźmi i to z wieloma wadami. Dodanie do tego upadek mitu Wodza, którym żyły od urodzenia, mógł sprawić, że film stałby się potężnym psychologicznym dramatem. I wreszcie reżyserka mogła opowiedzieć o emocjonalnej zawierusze dojrzewającej dziewczyny na gruzach świata, jaki znała.

U Shortland wszystko to sprowadzone zostało do uroczych slajdów. Reżyserkę bardziej interesuje poetycka strona obrazów, niż próba zagłębienia się w ten arcyciekawy temat. Śliczne widoczki, Kai Malina i cudowna muzyka to jednak za mało, by przysłonić ewidentne braki. Shortland została przygnieciona przez temat, którego nie ogarnęła, nie zrozumiała i nie potrafiła przekazać innym.

Ocena: 4

czwartek, 4 lipca 2013

Dead Man Down (2013)

Kolejny filmik o tym, że swój pozna swego. A zemsta i pragnienie śmieci, jak zwykle, okazują się najpotężniejszymi afrodyzjakami. Niels Arden Oplev pokazuje wyraźnie, że najlepszą drogą do serca kobiety, jest zabójstwo. Najlepszą drogą do serca mężczyzny jest z kolei emocjonalne podkopywanie pewności jego przekonań. W ten sposób dwie obce sobie osoby mogą skończyć ratując siebie nawzajem.


"Czas zemsty" to film przedziwny. Po pierwsze przez samą obsadę. Farrell gra tu Węgra, a Rapace Francuzkę. Po drugie film zaczyna się od tajemnicy. Ale zaraz potem wszystkie zagadki zostają rozwiązane i to w ekspresowym tempie. W ten oto sposób z thrillera psychologicznego, obraz zmienia się w nieco mroczny romans. Na mnie ten gatunkowy mash-up nie zrobił jednak większego wrażenia. I pod koniec przestałem się dziwić, dlaczego film z tyloma gwiazdami w obsadzie nie trafił do polskich kin.

Ocena: 5

środa, 3 lipca 2013

L'écume des jours (2013)

Chyba miałem zbyt wysokie oczekiwania wobec tego filmu. Bo też inaczej nie mogę sobie wytłumaczyć tego, dlaczego "Dziewczyna z lilią" mi się nie spodobała. Gondry zrobił film z rodzaju tych, jakie uwielbiam. To rzecz ekstremalna, bezkompromisowa, która dla większości odbiorców będzie po prostu niezrozumiałą papką (kino było i tak puste na pokazie, a spora część tych, co przyszli, opuściła salę przed końcem). A jednak cały czas miałem wrażenie, że coś mnie uwiera, nie pozwala mi cieszyć się wyobraźnią Borisa Viana i Gondry'ego. W głowie pobrzmiewała myśl, że "Dziewczynę z lilią" powinni nakręcić Dominique Abel, Fiona Gordon i Bruno Romy, czyli twórcy "Rumby". Wydaje mi się, że oni mają większą lekkość w prezentacji w naturalny sposób największych nawet dziwactw.


Sama "Dziewczyna z lilią" jest opowieścią przerażająco posępną. Jest niczym dekompozycja ludzkiej duszy. Zżera ją od środka nowotwór miłości zamieniając kolorową wolność w czarno-białe niewolnictwo troski. Colin nie ma w swoim życiu żadnych zmartwień, dopóki nie postanawia się zakochać. Jego życzenie szybko się spełnia wynosząc go na wyżyny szczęścia. Ale za luksus trzeba płacić. A Colin, choć na brak funduszy nie może narzekać, wkrótce przekona się, że rachunek znacznie przewyższy jego najśmielsze wyobrażenia. Co gorsza, film sugeruje, że przed tym tragicznym losem nie ma ucieczki. Bo miłość jest tu nierozerwalnie związana z przemijalnością czasu. Można by wręcz powiedzieć, że to ona jest czasem, a przynajmniej wyznacza punkt startu, od którego minuty zaczynają pędzić nieuchronnie w stronę mety całkowitej degeneracji.

Ocena: 5

wtorek, 2 lipca 2013

World War Z (2013)

Nie dziwię się, że "World War Z" miało poważne problemy w produkcji. Twórcy stanęli przed naprawdę nie lada wyzwaniem. Miał to być film, który budziłby napięcie, więc musiał być (zgodnie z dzisiejszymi standardami rozrywki) dynamiczny, a to oznaczało zombie z turbo doładowaniem. Miał być w miarę straszny, a jednocześnie PG-13. Miał odchodzić od klasycznego wizerunku zombie, ale jednocześnie chciano i tamten wizerunek wykorzystać. W rezultacie twórcy musieli pójść na kompromis. Jak widać po wynikach kinowych, mieli rację. Widownia pochwaliła ich decyzję. Ja niestety jestem innego zdania.


Może zacznę od plusów. To, co twórcom udało się najlepiej, to stworzenie napięcia, któremu bliżej jest do filmów R niż PG-13. Mimo braku krwi i przy dość łagodnych scenach przemocy, autorzy wykazali się niezwykłą inwencją w sugerowaniu tego, czego pokazać nie mogli (najlepszym przykładem jest tu scena opatrywania uciętej ręki). Spodobał mi się też początek: praktycznie brak ekspozycji, budowania scenerii, niemalże natychmiast jesteśmy wrzuceni na głęboką wodę, a jako przygotowanie do tego służy sekwencja napisów początkowych. I najważniejszy plus: bezwzględny pragmatyzm sił zbrojnych, zamiast dominującej w amerykańskim kinie ślepej solidarności. Jeśli nie jesteś cennym członkiem grupy, zostajesz wyrzucony na pastwę żarłocznych ex-ludzi.


Gorzej jest z samą akcją. "World War Z" jest tak naprawdę filmem nowelowym. Każda część ma swój własny charakter i dynamikę. I jak to zazwyczaj z nowelowymi filmami bywa, niektóre z nich są lepsze, inne niestety wypadają gorzej. Jednak to akurat nie jest aż tak dużą wadą. Najbardziej odstaje część koreańska, ale to ona właśnie mi się najbardziej podobała. Niestety dla mnie słabością "World War Z" są zombie. Pomysł ze stanem uśpienia przy braku bodźców to jedyna rzecz, jaka mi się spodobała. Spastykujące zombie było bardzo zabawne, choć nie jestem przekonany, że taki cel chcieli osiągnąć twórcy. Natomiast kompletnie odrzucam wizję zombie-pędziwiatrów. Zwłaszcza w scenach zbiorowych ukazanych z pewnej perspektywy. Chwilami bardziej przypominały w nich orki z "Władcy Pierścieni" niż żywe trupy. A mając takie skojarzenie, naprawdę trudno brać mi je było na serio.

Ocena: 4

poniedziałek, 1 lipca 2013

アウトレイジ ビヨンド (2012)

Kiedy oglądam takie filmy jak "Poza wściekłością", zastanawiam się, po co ktokolwiek chciałby mieć władzę. W tym filmie jawi się ona jako przekleństwo, piętno Kaina, które raz na zawsze naznacza osobę. Władza jest słabością, ponieważ raz zdobyta, wymaga ciągłej koncentracji uwagi, by ją utrzymać. A to sprawia, że bezwiednie człowiek staje się bezbronny w obliczu cudzych manipulacji. Nawet jeśli wie, czym to się może skończyć, nie może pozwolić sobie na brak reakcji. Kitano pokazuje, jak można wykorzystać naturalną podejrzliwość, by nakręcić spiralę przemocy, która staje się swego rodzaju perpetuum mobile, pozostającym poza kontrolą uczestników gry. Cała sztuka to nie walczyć o władzę (lub jej utrzymanie bądź powiększenie), ale pozostać na powierzchni fali gwałtownych wydarzeń. Nawet sama zakulisowa manipulacja jest formą władzy, a przez to przed niczym nie chroni. Niewidzialny władca marionetek wcale nie jest tak niewidzialny, jak mu się wydaje.


"Poza wściekłością" niestety jest przesadnia stylizowaną gangsterską opowieścią, jak na mój gust. O wiele bardziej przypadła mi, mówiąca w gruncie rzeczy to samo, druga część "Szybkiego cashu". Obraz Kitano przypomina trochę "Tylko Bóg wybacza". Mamy tu ten sam rodzaj pozowania. Różnica polega na tym, że film Kitano jest surowszy. Co tym razem nie było zaletą.

Ocena: 5

The Odd Life of Timothy Green (2012)

Bajka utrzymana w konwencji kina niezależnego. Sympatyczna opowiastka o tym, że dobrym ludziom czasem przydarzają się magiczne rzeczy. Główni bohaterowie tak bardzo pragnęli potomka, że na chwilę go otrzymali, świeżo zebranego z przydomowego ogródka.


Jeśli ominie się magiczną genezę tytułowego bohatera, cała reszta popada w koleiny rutynowej opowieści rodem z kina spod znaku independent. Timothy jest społecznie nieprzystosowany, ma swoje dziwactwa, typowe dla bohaterów tego rodzaju filmów. Ekscentryczność, jak zwykle, jest tu zaletą, podkreślaną przez radości i smutki różnych okoliczności życiowych.

Całość ogląda się nieźle, ale jest to ten rodzaj kina, który już zaczyna mnie nużyć. Oryginalność przestaje być oryginalna.

Ocena: 6