piątek, 30 sierpnia 2013

Any Day Now (2012)

Oto, jak powinno wyglądać kino propagandowe. "Lada dzień" jest wyraźną agitką na rzecz zakończenia dyskryminacji ze względu na orientację seksualną. Jednak reżyser ubrał ją w szaty intymnej opowieści o uczuciach i relacjach międzyludzkich. Dzięki temu ideologia nie rzuca się widzom do gardeł, nie tłamsi przeżyć związanych z fabułą, pozwala oglądającym samodzielnie dojść do właściwych wniosków.


Okazało się, że to poskromienie ideologii udało się osiągnąć w bardzo prosty sposób. Wystarczył jeden dzieciak, którego rozbrajająca naiwność, akceptacja i potrzeba miłości sprawiały, że po prostu nie sposób było tworzyć nadętych przemów na rzecz "jedynej słusznej sprawy". Dzięki postaci Marco "Lada dzień" stał się niezwykłą opowieścią o tym, jak niewiele znaczy uczucie w obliczu państwowej machiny biurokratycznej. Czasami ślepota sprawiedliwości wcale nie jest zaletą.

Choć fajnie było zobaczyć tyle znajomych twarzy w obsadzie, to jednak nie do końca przekonują mnie odtwórcy głównych ról. Och, zagrali bardzo dobrze, ale ja lubię ich w bardziej żywiołowych wydaniach, więc tu wydali mi się pozbawieni życia, szarzy, nijacy.

Ocena: 6

Pain & Gain (2013)

W końcu wyszło szydło z worka. Michael Bay ujawnił, że jest twórcą pozbawionym kręgosłupa moralnego i kompletnie nieodpowiedzialnym. Co można byłoby mu wybaczyć, gdyby nie fakt, że innych obarczonych tymi przywarami wyśmiewa i wykorzystuje. A to już jest bardzo nie w porządku. "Sztanga i cash" to opowieść o kretynach, którzy bezrefleksyjnie wzięli, co chcieli. Bay tworząc swój film postąpił identycznie: wziął cudzą tragedię i przenicował ją w rozrywkę dla mas.


Wydarzenia ukazane w "Sztandze i cashu" miały miejsce naprawdę. W 1994 roku kilku pracowników siłowni porwało jednego z bogatych klientów. Przetrzymywali go, torturowali i próbowali zabić, a wszystko po to, by zdobyć jego pieniądze, a potem pozbyć się go, by nie mógł ich wydać. Ponieważ byli idiotami, to, co wyczyniali przechodzi ludzkie pojęcie. Było tak absurdalne, że w innych okolicznościach mogłoby być nawet zabawne, gdyby skutki nie były tak straszliwe. Tego jednak nie rozumieli ani przestępcy ani Michael Bay. Rzeczywiście nie ma nic zabawniejszego od głupich czynów obcych ludzi. Ale tylko do momentu, w którym skutkiem tych czynów jest śmierć.

Michael Bay zachował się skrajnie nieetycznie zamieniając coś, co w gruncie rzeczy jest mrożącą krew w żyłach tragedią w niedzielną rozrywkę dla całej rodziny. Znalazłem głosy porównujące "Sztangę i cash" do "Fargo". Porównanie to jak na dłoni pokazuje wszystkie braki Baya. Bracia Coen owszem inspirowali się prawdziwą historią, a przestępców ukazali jako skończonych kretynów. Nie unikali również czarnego, absurdalnego humoru. Potrafili to jednak ukazać w szerszej perspektywie, nadali głębszy sens. Bay natomiast zadowala się rozrywką pozbawioną głębszej refleksji.

Sam film jest festiwale wtórności. Bay korzysta ze wszystkich sztuczek, jakimi popisywał się wcześniej, a aktorzy grają dokładnie tak, jak we wcześniejszych komediach. Szkoda mi przede wszystkim Jeonga i Wilson, którzy muszą szybko zmienić coś w swojej grze, inaczej szybko się wypalą.

Jak na komedię film jest też trochę za nudny. Przypomina dziecko, które przedawkowało cukier i staje się nadpobudliwe, by – kiedy cukier przestanie działać – popaść w totalną apatię. Co więc robi? Znów przedawkowuje cukier. I tak w kółko. Są więc w "Sztandze" sceny naprawdę zabawne. Ale między nimi jest nuda i wysilony luz, który nie robi na mnie wrażenia.

Ocena: 5

czwartek, 29 sierpnia 2013

jOBS (2013)

Jestem totalnie zdruzgotany. Nie mogę uwierzyć, że "Jobsa" wyreżyserował Joshua Michael Stern. Jest on bowiem autorem jednego z moich ulubionych filmów – "Nigdylandia". Tymczasem "Jobs" to jeden z najgorszych obrazów tego roku. I nie chodzi mi tu o aspekt techniczny (bo tu akurat nie można się do niczego przyczepić), ale do samej idei filmu i sposobu narracji. Jak Stern mógł upaść tak nisko!


Ten film nie powinien nosić tytułu "Jobs". Jako biografia nie sprawdza się w ogóle. Więcej o Jobsie dowiem się czytając Wikipedię. Obraz Sterna jest prędzej biografią Apple Computer wyliczając najważniejsze wydarzenia z historii firmy do 2001 roku i prezentacji iPoda (od którego film się zaczyna). Na życie prywatne Jobsa składają się trzy czy cztery krótkie scenki rodzajowe, z których praktycznie nic nie wynika.

Zresztą tak naprawdę nic nie wynika z całego filmu. Jeśli w normalnym obrazie fabułę uznamy za płótno, to w przypadku "Jobsa" mamy do czynienia z dziurą ponad którą tu i ówdzie przewieszono parę wątłych nici. Twórcy w ogóle nie przybliżają widzom bohatera. Jeżeli coś powinno się wydarzyć, to zamiast tego w filmie pojawia się postać, która to mówi. Stąd mamy cały pochód bohaterów twierdzących, że Jobs jest geniuszem. W innym miejscu jedna z postaci powie, że Steve się zmienił. Musimy w to wszystko wierzyć na słowo, bo z tego, co widać na ekranie nie sposób cokolwiek wywnioskować. No chyba że geniuszem jest ten, kto w skupieniu gapi się, jak ktoś inny lutuje komponenty płyty głównej, wtedy Jobs jest z całą pewnością jedną z najbardziej genialnych postaci w historii świata. W filmie Steve Jobs nic nie wymyślił. Jego rola sprowadza się do stresujących wszystkich wokół patetycznych przemów na temat tego, że muszą być inni i jak ważne są czcionki.

Scenariusz "Jobsa" to jedna wielka katastrofa, która nigdy nie powinna być nawet brana pod uwagę jako rzecz możliwa do nakręcenia. Autor tekstu musiał chyba odwiedzić twórczą klinikę aborcyjną i pozbierał usunięte, nie w pełni uformowane płody fabularnych pomysłów i niczym Frankenstein pozszywał je w jednego potwora. W ten sposób na film składają się dziesiątki pomysłów na to, jak "ugryźć" postać Jobsa, ale kończy się to wszystko na bezrefleksyjnych klipach ukazujących różne aspekty osobowości bohatera.

Jednak Sterna słaby scenariusz wcale nie usprawiedliwia. To, co wyprawia ze zdjęciami i muzyką woła o pomstę do nieba. Gdyby zignorować fabułę, można byłoby je uznać nawet za udane. Ale przecież w filmie nie funkcjonują one w próżni. Stąd też te wszystkie zdjęcia pełne ciepłych barw, które w romansie sprawdzałyby się idealnie, tu wypadają po prostu absurdalnie. Jak choćby w pięknej scenie, w której widać przeszklony korytarz, cień dwójki rozmawiających osób, a w tle cudowny zachód słońca. Całość okraszona jest romantycznie-podniosłą muzą. Piękny obrazek dopóki nie zdasz sobie sprawy z tego, że jest to scena wykopywania z firmy członka zarządu, którego Jobs uznał za wroga. Takich schizoidalnych decyzji estetycznych stojących w sprzeczności z fabułą, jest niestety w filmie o wiele, wiele więcej.

I tak pozostaje jedyny plus i chyba jedyne uzasadnienie istnienia tego filmu – Ashton Kutcher. Po obejrzeniu "Jobsa" nie mam żadnych wątpliwości, że obraz powstał tylko w jednym celu: udowodnić, że Kutcher jest dobrym aktorem. I rzeczywiście, poradził sobie nieźle, a język ciała Jobsa opanował do perfekcji. Tyle tylko, że to nie miała być reklamówka aktorskich umiejętności Kutchera,  w końcu tytuł brzmi "Jobs", nie "Kutcher".

Ocena: 2

środa, 28 sierpnia 2013

The Do-Deca-Pentathlon (2012)

Czy wszystkie nieszczęścia można zwalić na jedno wydarzenie z przeszłości? A może jest to jedynie wygodna wymówka, dające prostą odpowiedź na pytanie, dlaczego życie potoczyło się tak a nie inaczej?


Mark niby ma wszystko, co potrzeba do szczęścia: stabilną pracę, wspaniałą żonę i syna. A jednak nie jest szczęśliwy. Choć stara się robić dobrą minę do złej gry, w głębi duszy czuje się przegranym. Powodem "jest" jedno wydarzenie z 1990 roku. Wtedy to z bratem zorganizował zawody składające się z 25 "dyscyplin", które miały wyłonić mistrza i zdobywcę tytułu najlepszego brata. Po 24 konkurencjach był remis. Ostatnia zakończyła się w sposób dyskusyjny i to ona naznaczyła Marka, jego brata Jeremy'ego i rodzinne relacje. Teraz, za sprawą Jeremy'ego, zawody zostają powtórzone. Mark ma w końcu okazję wyrzucić z siebie to wszystko, co w sobie tłumił. Ta potrzeba pożera go od środka grożąc zniszczenie tego, co dobre w jego życiu. Ale z drugiej strony jego bliscy (żona, matka, a w pewnym momencie i syn) czują tylko strach, nie rozumiejąc, jak istotne dla jego tożsamości są te zawody.

Po dwóch bardziej mainstreamowych filmach bracia Duplass wracają do korzeni. Inspirując się prawdziwą historią (jej bohaterowie pojawią się zresztą na końcu w swoistego rodzaju post scriptum) stworzyli znakomitą i bardzo mądrą przypowieść o miłości i rywalizacji braterskiej oraz o poczuciu własnej wartości. Polscy twórcy mogliby się od braci Duplass uczyć wykorzystania budżetu. Zamiast porywać się z motyką na słońce, oni przyjęli wszystkie ograniczenia wynikające z niewielkiej sumy pieniędzy, jaką mieli do dyspozycji. Tymczasem w Polsce maskuje się skromność budżetu, udając, że ma się więcej kasy i możliwości, niż w rzeczywistości. Nie ma co narzekać na brak pieniędzy. Po prostu trzeba umieć opowiadać wciągające historie za pomocą prostych środków. Duplassowie to potrafią.

Ocena: 7

wtorek, 27 sierpnia 2013

Kick-Ass 2 (2013)

"Kick-Ass 2" został zrobiony dokładnie tak, jak powinien być. Ma wszystkie elementy składające się na dobre kino rozrywkowego: jest trochę brutalności, jest szczypta humoru, są dynamiczne sceny akcji i trochę efekciarstwa. Jednak "Kick-Ass 2" udowadnia, że mając świetne elementy składowe można i tak stworzyć całość, która nie będzie satysfakcjonowała.


Niby fabuła filmu jest spójna i konsekwentna, a jednak z ekranu biło nieodparte wrażenie nudny i braku celu. Całymi minutami "Kick-Ass 2" dłużył mi się niemiłosiernie, choć przecież nie powinien. Film fajnie ukazuje ewolucję superbohaterów i paradoks istnienia zamaskowanych mścicieli, zgodnie z którym samo istnienie bohaterów wymaga pojawienia się złoczyńców. Tyle tylko, że fabuła w ogóle mnie nie wciągnęła.

Głównym problemem "Kick-Ass 2" jest jednak to, że nikt w tym filmie nie wygląda na licealistę. Aaron Taylor-Johnson może i ma 23 lata, ale wygląda starzej niż Andrew Garfield w "Niesamowitym Spider-Manie". Nawet 17-letnią Claudię Lee tak zrobili, że wygląda na dużo starszą ździrę kreującą się na nastolatkę. Przez to całość wypada niezdrowo perwersyjnie.

Za to bardzo spodobał mi się Jim Carrey jako twardziej. Wypadł naprawdę super. No i Mother Russia – to była świetna postać. Szkoda, że było jej tak mało (ale za to jak efektownie). Chciałbym, choć wiem, że to niemożliwe, żeby kiedyś doczekała się swojego własnego filmu.

Ocena: 5

Scusa ma ti chiamo amore (2008)

Był jeden i tylko jeden powód, dla którego sięgnąłem po "Wybacz, ale będę ci mówiła skarbie". Był nim Raoul Bova. Z tego też powodu nie miałem zbyt wysokich oczekiwań wobec samego filmu. I pewnie dlatego w ogóle się nie rozczarowałem. Bova to, co miał zrobić, zrobił bez zarzutu: prezentował się świetnie, a w scenie "opierania się" flirtowi młódki wypadł uroczo. Może też dlatego, że Bova wygląda, jak wygląda, jakoś w ogóle nie czułem, że 20-letnia różnica wiekowa pomiędzy dwójką głównych bohaterów stanowić może jakiś problem.


Sam film to absolutny standard, który nawet o milimetr nie zbacza z toru wyznaczonego przez milion podobnych komedii romantycznych przed nim. A ponieważ nie znałem pierwowzoru literackiego, wszelkie uproszczenia i zmiany były mi obojętne.

Za to zaintrygowała mnie jedna rzecz. "Wybacz, ale będę ci mówiła skarbie" to już któryś z kolei włoski film widziany przeze mnie w ostatnim czasie, który pełen jest wypowiedzi z offu. Tu zresztą twórcy przeszli samych siebie, bo nawet trzeciorzędne postaci (jak choćby prywatny detektyw) dostają możliwość wypowiadania się do widzów. Czy to jest jakaś wada kulturowa?

Ocena: 6

We're the Millers (2013)

No proszę, Rawson Marshall Thurber wyraźnie się rozwija. Po niezłych "Zabawach z piłką" i "The Mysteries of Pittsburgh" teraz nakręcił swój najlepszy film w karierze. "Millerowie" to zaskakująco zabawna, a przy tym bardzo ciepła opowieść o życiowych rozbitkach, którzy odnajdują - ku swojemu zdumieniu -  oparcie w sobie nawzajem.


"Millerowie" pewnie większe wrażenie robią na osobach z konserwatywnych środowisk. Bowiem cały humor filmu budowany jest na zabawie z moralnymi demonami. Stąd głównymi bohaterami są diler i striptizerka, stąd pojawia się rozwiązła nastolatka i małżeństwo o swingerskich ciągotach. Dla mnie było to trochę za bardzo oczywiste i chwilami łapałem się na tym, że śmieję się zanim zabawna scena nastąpi. Na szczęście humoru Thurberowi nie brakowało. Miał też na tyle rozumu, by większość swoich komediowych gwiazd wykorzystać, jak się tylko dało. No może z Lennonem nie do końca mu wyszło, ale była to scena ekspozycyjna, której niezdarności chyba nikt nie byłby w stanie zamaskować.

Wrażenie robi też Aniston. Na twarzy, pokrytej kilogramami pudru, widać już jej wiek, ale reszta trzyma się fenomenalnie (jeśli to nie była żadna dublerka). Naprawdę imponująco prezentowała się jako striptizerka.

Ocena: 7

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

The Sitter (2011)

Zaczynam podejrzewać, że "Boski chillout" był wypadkiem przy pracy. Nawet ślepej kurze czasem trafi się ziarno. Żaden inny film Davida Gordona Greena nie przypadł mi do gustu, a "Facet do dziecka" okazał się nowym dnem. A wydawało się, że gorzej niż w "Mrocznym dziedzictwie" nie może być.


Czy to miała być komedia? Jeśli tak, to bardzo, bardzo nieśmieszna. Nie wiem, czy uśmiechnąłem się chociaż raz, nie mówiąc już o wybuchu śmiechu. Koszmarnie ordynarne pomysły komediowe zamiast bawić wywoływały u mnie ból głowy. Że też można być takim kretynem i tak niezdarnie operować humorem. A kiedy zaczyna się wygłaszanie morałów, straciłem do reżysera resztki szacunku. Nawet Sam Rockwell nie był w stanie tego filmu uratować. Żenada.

Ocena: 3

Loosies (2011)

Spotkanie na jedną noc może zmienić całe życie. Jednak zmiana te wymaga kolejnych spotkań. Schwytani w sieć przypadkowych okoliczności bohaterowie filmu zyskują szansę, by w końcu znaleźć się na właściwej życiowej ścieżce. Czasem potrzeba mocnego kopa od życia, by zrozumieć, że nie musimy godzić się na wszystko, co przyniósł nam los.


"Loosies" to kino sympatyczne, ale zupełnie nijakie.  Oglądanie go przypomina próbę zebrania wody przy pomocy durszlaka: woda cały czas wycieka i nie pozostaje po niej nic poza odrobiną wilgoci. I tak samo jest z filmem Cerrentego. Pozostaje po nim przyjemne uczucie, ale nic więcej.

Ocena: 5

niedziela, 25 sierpnia 2013

The Good Doctor (2011)

Strzeżcie się troskliwych lekarzy. To przesłanie jest jedyną rzeczą, jaką wyniosłem z filmu. I nie jest to przesłanie zbyt oryginalne. Bo czyż przysłowie nie mówi: "cicha woda brzegi rwie"?


I właśnie o tym jest "Dobry doktor". Główny bohater wydaje się na pierwszy rzut oka człowiekiem miłym i sympatycznym. Niestety Bóg (albo natura) pokarał go wyglądem, który nijak ma się do jego charakteru. Jego umiejętność nawiązywania kontaktu z drugim człowiekiem nie przekracza granic prostej imitacji. Dlatego też najlepiej sprawdza się w sytuacji skodyfikowanej, jaką jest wywiad lekarski. Zdecydowanie gorzej wypada już w sytuacjach improwizacji (jak np. na stołówce), gdzie szybko staje się outsiderem. Owszem, po części można to zrzucić na karb tego, że jest nowy w szpitalu, ale nie wszystkie reakcje da się w ten schemat wpisać.

Twórcy chcieli chyba pokazać jak banalne jest zło czające się w człowieku. Pewnie dlatego zachowanie głównego bohatera pozbawione jest demonicznej otoczki. Sprawia raczej wrażenie nieświadomego, wynikającego z lęku, kompleksów, pragnienia szacunku. I może właśnie dlatego jest tak niebezpieczne, bowiem każdy człowiek ma jakieś słabości. Szkoda więc, że twórcom nie udało się tego w "Dobrym doktorze" właściwie pokazać. Zamiast tego męczyli mnie i wynudzili, a pod koniec zdumieli kiczowatą sekwencją, która pojawia się zupełnie od czapy.

Ocena: 4

czwartek, 22 sierpnia 2013

Insensibles (2012)

Dużo hiszpańskim filmom potrafię wybaczyć. Ich obsesja na punkcie hitlerowców i wojny domowej jest całkiem zrozumiała. Kiedy więc wątki te pojawiają się w co drugim thrillerze czy horrorze, to przyjmuję to jako element stylizacji. Ale mam granice tolerancji. "Granice bólu" ją przekroczyły.


Nie wiem, czym kierował się reżyser, kiedy zdecydował się na równoległe opowiadanie dwóch pozornie niezwiązanych ze sobą historii, które dzieli od siebie ponad 70 lat. Przecież oczywiste jest, że nikogo nie zmyli i wszyscy będą znali odpowiedź w momencie, gdy tylko zadane zostanie pytanie. Do tego reżyser nie bardzo wie, czy chce nas straszyć, wzruszać czy zmuszać do refleksji. Obraz się nie klei, jest kiczowaty i nie ma w tym nic zabawnego. I nie jest dla mnie żadnym usprawiedliwieniem reżyserskiej nieudolności fakt, iż jest to debiut. Wielu innych debiutantów radziło sobie zdecydowanie lepiej. Szkoda mi kilku pomysłów i scen, bo były całkiem niezłe, ale w sumie nie na tyle, bym nie poczuł ogromnej ulgi, kiedy pojawiły się napisy końcowe.

Ocena: 4

Polski film (2012)

"Polski film" był dla mnie sporym zaskoczeniem. Wybierałem się do kina z przekonaniem, że czeka mnie kolejna typowa czeska produkcja, jakie polscy dystrybutorzy uwielbiają ściągać do naszego kraju. A tymczasem dzieło Najbrta to jeden z bardziej niekonwencjonalnych filmów, jakie widziałem w tym roku. Chyba tylko "Dziewczyna z lilią" była bardziej surrealistyczna.


Zresztą Gondry to jedno z nazwisk, które cały czas przychodziło mi na myśl, kiedy oglądałem "Polski film". Dwa kolejne to Spike Jonze i Charlie Kaufman i ich "Być jak John Malkovich". Całość zaczyna się banalnie. Ot, kolejny mockumentary. Ale szybko konstrukcja zaczyna się komplikować. Przy użyciu banalnie prostych chwytów reżyser piętrzy plany rzeczywistości, zaciera granice, aż w pewnym momencie człowiek łapie się na tym, że kompletnie gubi się w tym, gdzie w tej całej konstrukcji aktualnie się znajduje. Jeżeli myśleliście, że "Incepcja" jest skomplikowana, to radzę Wam dać sobie spokój z "Polskim filmem" albo obejrzeć go na DVD, gdzie co chwilę będziecie mogli pauzować i rozrysowywać piramidę poziomów rzeczywistości.

Ocena: 7

wtorek, 20 sierpnia 2013

R.I.P.D. (2013)

No cóż, to byłoby za dużo szczęścia, gdyby okazało się, że drugi dzień z rzędu film, który powszechnie jest krytykowany, mnie by się spodobał. Nie rozumiem, co się stało. Przecież Schwentke ma na swoim koncie całkiem przyzwoite "RED", powinien więc być w stanie zrobić "R.I.P.D." dobrze nawet przez sen. Tymczasem wyszedł totalny bajzel, który nie jest nawet na tyle głupi, żeby dawać frajdę.


Nic, ale to kompletnie nic tu nie funkcjonuje. Miało być zabawnie, a wyszło żałośnie. Miało być dynamicznie, a wyszło nadęcie. Miało być widowiskowo, a wyszło wersja deluxe produkcji rodem z Asylum. Bridges i Reynolds starają się jak tylko mogą, żeby wyglądać na luzaków, którzy dobrze się bawią, ale nawet jeśli tak było na planie, to na ekranie tego nie widać. Ich bohaterowie są wymęczeni i sztywni, jakby dopadło ich permanentne rigor mortis.

Punkt wyjściowy wydaje się całkiem przyzwoity, ale tu przydałby się ktoś z jajem, kto zrobiłby film szalony, a nie pozerski.

Ocena: 3

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

The To Do List (2013)

Stało się. To było nieuchronne, ale i tak dziwnie jest być świadkiem, jak jedna epoka odchodzi w zapomnienie, a kolejna zajmuje jej miejsce. Wydaje się, że jeszcze wczoraj nieskalanym rajem, kiedy świat był piękny, Amerykanie młodzi, niewinni i radośni, były lata 80. Dziś jednak ich rolę przejęły lata 90., a "Do zaliczenia" to kolejny z serii sentymentalnych podróży w czasie.


Lata 90., Macintosh, Nirvana, Clintownowie - to są teraz rzeczy, które podlegają zbiorowej mitologizacji. I w sumie nie ma się co dziwić. Za czasów Clintona Ameryka przeżywała ekonomicznym boom, a największym problemem obywateli była kwestia, czy prezydent uprawiał czy też nie uprawiał seks z "tą kobietą". Pęknięcie bańki internetowej, 11 września, wojna w Iraku, drugi wielki kryzys ekonomiczny – to miało dopiero nadejść. Ci, którzy dziś zmagają się z efektami tych plag, w latach 90. wchodzili właśnie w dorosłość i mieli pełne prawo oczekiwać, że ich przyszłość będzie usłana różami.

Jak na podróż sentymentalną, "Do zaliczenia" wypada zaskakująco dobrze. Choć mam wrażenie, że niektóre inside joke'i mogą być mało czytelne dla tych wszystkich, którzy nie mają z lat 90. żadnych wspomnień. Jako rubaszna komedia o podtekście erotycznym, film również sprawdza się nieźle. Fakt, nie jest to ten sam poziom humoru w "Supersamcu", a dowcipy, choć chwilami dosadne (głównie, kiedy dotyczy to tego, co ma bohaterka w ustach), w sumie są zdecydowanie mniej seksualnie oczywiste od tych z komedii Dane'a Cooka (co, po zastanowieniu, chyba należałoby uznać za wadę).

Aubrey Plaza raczej nie wskoczy rolą w tym filmie do pierwszej komediowej ligi kobiecej, ale ma swoje chwile. Za to nie zawiedli ani Bill Hader (to akurat oczywiste, nie mógł przecież dać ciała w kinowym debiucie swojej żony) ani Andy Samberg (który raz jeszcze pokazał, że lepiej czuje się w roli wspierającej film niż gwiazdy, na której barkach musi całość spoczywać). Z kolei Johnny Simmons wygląda jakby naprawdę urodził się nie w tej epoce, co trzeba. Jest bardziej autentyczny jako nastolatek z lat 90. od większości rzeczywistych nastolatków z tamtych czasów.

Ocena: 7

niedziela, 18 sierpnia 2013

The ABCs of Death (2012)

Cóż, przyznaję się, że składanka "The ABCs of Death" mocno mnie zaskoczyła jeśli chodzi o poruszane tematy. Myślałem, że będzie coś o zombie, wampirach czy innych nieumarlakach, duchach, świecie astralnym, piekle, niebie, duszy, religii. Tymczasem tematy te praktycznie w ogóle nie zostały poruszone. Honoru nieumarłych bronił Ben Wheatley. Raz i to tak półgębkiem pojawia się sama Śmierć. A reszta? Ku mojemu zdumieniu ulubionym tematem reżyserów był kibel, kał i wszystko inne, co łączy się z analem. Nigdy bym nie wpadł na to, że to w toalecie rodzi się tyle koszmarów. Ale w większości temat ten został fajnie pokazany. Do moich ulubionych krótkometrażówek należą dwie kiblowe animacja: "Klutz" i "Toilet".


Druga rzecz, która mocno rzuca się w oczy, to rywalizacja między Azją a resztą świata, którą zdecydowanie wygrali Azjaci. Ale to powiedziawszy, muszę dodać, że dwie najlepsze nowelki powstały poza Azją. Najfajniejszym filmikiem był dla mnie "Dog Fight". Sama historyjka była taka sobie, ale bardzo spodobała mi się strona estetyczna. Normalnie nie przepadam za slow-motion, tu jednak zostało świetnie wykorzystane i całość wyglądała imponująco. Świetne było też "Young Buck" - chora, lecz fascynująca przypowieść o pedofilii i zemście młodych.

Dlaczego więc to Azjatów uważam za zwycięzców? Ano dlatego, że reprezentowali bardziej wyrównany poziom. Nie zawiedli Iguchi i Nishimura, przedstawiając festiwal złego smaku i kiczu, który w tak krótkiej formie sprawdzał się wyśmienicie. Ten pierwszy opowiedział pierdzącą historię miłości lesbijskiej. Ten drugi zarzucił ekran gołymi piersiami i gigantycznym penisem z ostrzem na czubku. Jednak najlepszą azjatycką produkcją okazało się "Libido", gdzie perwersja i obrzydliwość osiągnęły szczyt.

Reszta świata niestety miała sporo nietrafionych filmów, Kompletną pomyłką okazało się "Exterminate", "WTF" (tytuł jak najbardziej odpowiedni do tego badziewia) i "Quack". Nieudane były też wszystkie nowelki bazujące na wyszukanym koncepcie czy grach skojarzeniowych z tytułem (jak "Gravity", "Ingrow", "Orgasm" czy "Removed"). Jedynie Ti West w tej grupie jakoś się wybronił niezłym "Miscarriage".

Na szczęście było też kilka całkiem znośnych filmików z Zachodu. Mistrzowie gatunku postarali się i (z nielicznymi wyjątkami) spełnili pokłada nadzieje. Nacho Vigalondo stworzył niezłą apokaliptyczną historyjkę, a  Xavier Gens pokazał, jak krwawo schudnąć.

W sumie "The ABCs of Death" ma wszystkie wady i zalety filmowej składanki. Ale za Azjatów i kilka szortów z reszty świata producenci całości mają u mnie mimo wszystko duży plus.

Ocena: 6

Red State (2011)

Po obejrzeniu "Red State" przestałem się dziwić, dlaczego Kevin Smith (reżyser bądź co bądź uznany) miał takie problemy z dystrybucją filmu. Co za bałagan! Smith słyszał dzwony, tylko że nie widział, w którym kościele, a to z tego powodu, że był akurat Anioł Pański i dzwoniło we wszystkich kościołach naraz. Bo też czego tu nie ma!!! Zaczyna się od krytyki internetu, który jest ukazany jako narzędzie ułatwiające rozwiązłość seksualną. Później dostaje się fanatykom religijnym widzącym tylko grzech i rozkład zwiastujący koniec czasu. A na deser zostaje cyniczny rząd, który zamiast chronić obywateli, karmi schizę i terrorystyczną paranoję, by w ten sposób tworzyć totalitarne wypaczenie idei demokracji i republiki. Po drodze mamy niekompetentne służby policyjne, ekologów-narkomanów, posthipisowskie ciało pedagogiczne, które dobre jest tylko w gębie oraz bezrefleksyjne, nastawione na tanią sensację media.


Za dużo tego wszystkiego. Tematy ciekawe i zdecydowanie warte bliższemu przyjrzeniu się, ale film zbudowany z takich elementów musi mieć ręce i nogi. Tymczasem "Red State" to jeden wielki kocioł, do którego reżyser wrzucił wszystko. I nie ma się co dziwić, że wyszło mu śmierdzące szambo. Wątki pojawiają się i znikają, jak kolejne osobowości pacjenta szpitala psychiatrycznego. Co naście minut zmienia się zupełnie stylistyka, bez zawracania sobie głowy tym, co było wcześniej i tym, co będzie później. Niektóre rozwiązania zostają wykorzystane zaledwie raz, bez jakiegokolwiek uzasadnienia (jak wrzutka z napisem i godziną, która pojawia się pod koniec pierwszej sceny z Johnem Goodmanem).

Z tego też powodu Smith jawi się jako osoba, która atakując innych za ich paranoiczne i cyniczne postawy, sama jest właśnie najbardziej paranoiczną i cyniczną osobą. Pluje jadem na prawo i lewo, wściekły na kraj, którego obywatele są równie zepsuci co władze. Nie pozostaje mi więc nic innego, jak tylko zastanawiać się, czy ten potop krytyki nie został przypadkiem zainspirowany przez incydent, jaki Smith przeżył w pewnym samolocie, którego obsługa poprosiła go o opuszczenie pokładu... ponieważ był za gruby.

Ocena: 4

A Field in England (2013)

Najnowszy film Bena Wheatleya zaczyna się tam, gdzie kończyły się jego poprzednie obrazy. I chyba w tym tkwi problem "A Field in England". Po jego obejrzeniu dochodzę do wniosku, że to, co najbardziej podoba mi się w jego obrazach, to stopniowe zaciskanie pętli wokół widza. Poprzednio zaczynał zawsze dość "normalnie", by stopniowo odsłaniać przed nami coraz głębsze pokłady dziwactw. I to właśnie było takie fascynujące, to nieuchronne, lecz z początku niezauważalne, przekraczania granicy szaleństwa.


Tymczasem w "A Field in England" granica zostaje przekroczona już w pierwszej minucie. Kraina żywych i tego, co normalne, zostaje daleko w tyle już w momencie, kiedy jeden z głównych bohaterów padnie, by po chwili zupełnie inaczej rozegrać tę samą scenę. Nie ma więc żadnej tajemnicy, nie ma uśpienia widza; szaleństwo, które później rozgrywa się na oczach widza, nie zaskakuje. Kiedy bowiem od początku wiesz, jakie są reguły, nawet najbardziej absurdalna scena staje się normalna, bo zgodna ze zmienionymi zasadami. I przez to dzieło Wheatleya sporo traci.

Oczywiście pozostaje nadal dużo dobrego. Sam pomysł, by myślenie magiczne, tak popularne w XVII wieku, wpleść w historię kilku uczestników wojny domowej, jest już dużym plusem. Szkoda więc, że zamknięty został on w scenerii krainy śmierci. Bez tego ustawienia akcji, pomysł robiłby lepsze wrażenie.

Wheatley nawet w tak skromnej produkcji i do tego czarno-białej był w stanie przemycić kilka krwawych scenek, co też fajnie wyglądało. Ogólnie jednak za bardzo przypominało mi to rzeczy Jodorovsky'ego sprzed paru dekad. A przez to trudno było mi się pozbyć wrażenia deja vu.

Ocena: 6

Westler (1985)

Wielka szkoda, że nie znam komunistycznego Berlina. Wtedy "Westler" miałby dla mnie jakąś wartość. Byłby bowiem interesującą kroniką miasta podzielonego przez ideologię i to widzianą z perspektywy człowieka z Zachodu. Dziś jedyną ciekawostką są amatorskie zdjęcia kręcone z ukrycia, bez dźwięku. Ekipa pewnie udawała zwykłych turystów, żeby tylko wśród komunistów kręcić autentyczne zdjęcia.


W połowie lat 80. musiało to być ekscytujące przeżycie, mające posmak niebezpieczeństwa, robienia czegoś nielegalnego. Dziś niestety został sam film. Bez kontekstu jest to po prostu chałupnicza robótka, która z trudem zasługuje na miano filmu kinowego. Naiwna historyjka, zerowe aktorstwo i absurdalnie nadęte dialogi. Nie bardzo wiem, czy to miała być wprawka z purnonsensu, czy też reżyser naprawdę uważał, że te wszystkie górnolotne, pseudofilozoficzne teksty będą wartościowym dodatkiem.

W sumie jedyna rzecz, jak mi się w całym filmie spodobała to pojawiająca się na początku piosenka "Price to Be Free".

Ocena: 2

여자, 정혜 (2004)

Studium cierpienia i niemego bólu. Główna bohaterka wydaje się zwyczajną dziewczyną. Pracuje na poczcie. Miała narzeczonego, z którym nagle zerwała z niejasnych powodów. Teraz żyje samotnie, wspominając zmarłą niedawno matkę, chodząc z kumpelami na wieczorne spotkania i opiekując się przygarniętym z ulicy kociakiem. Nie ma żadnych powodów, by uważać, że coś z nią jest nie tak. Owszem, od czasu do czasu ujawnia jakieś dziwactwo albo też za niestosowne uzna zupełnie normalne zachowanie sprzedawcy. Ale któż z nas nie ma swoich małych ekscentryczności? Prawdę reżyser odkrywa powoli, przygotowując scenę pod dramatyczny finał, który jednak nigdy nie nastąpi. Twórca okazuje się mimo wszystko optymistą i nawet otwarte zakończenie nic w tym względzie nie zmienia.


Muszę powiedzieć, że jestem trochę rozczarowany ty,m filmem. Minimalistyczne kino musi mieć to "coś", żeby nie wydawać się po prostu nudnym. Tu niestety tego "czegoś" zabrakło. Reżyser przedłuża jak tylko może ujawnienie faktu, że nie ma widzowi nic ciekawego do powiedzenia. Jego film składa się z samych oczywistych oczywistości. Kiedy więc pojawiły się napisy końcowe, moją jedyną reakcją było: "to wszystko?".

Ocena: 6

Élève libre (2008)

Platon miał jednak rację, kiedy przekonywał, że relacja erastes-eromenos nie powinna przekraczać granic fizycznego kontaktu. Bo choć lekcja życia jest bezcenna, kłopoty, jakie ze sobą niesie, niepotrzebnie komplikują i tak mocno już zagmatwane życie.


Oto młody Jonas. Kiedy poznajemy go na początku filmu, jego życie wydaje się w rozsypce. Grozi mu wyrzucenie ze szkoły, bo po raz kolejny zawalił rok, jego rodzice są zajęci sobą, a pierwsze kontakty seksualne z dziewczyną są raczej frustrujące (choć dzieje się tak tylko dlatego, że za dużo się o seksie nasłuchał). Ale jest też trójka libertynów: Nathalie, Pierre i Didier. To oni wezmą pod swoje "troskliwe" skrzydła chłopaka, otwierając przed nim świat nauk ścisłych i tych bardziej frywolnych.

"Élève libre" mocno mnie zaintrygował. Nie tym, co pokazuje, ale tym, czego nie pokazuje. Przez prawcie cały film kamera koncentruje się na postaci Jonasa (nawet podczas meczu tenisowego widzimy tylko chłopaka, nie jego przeciwnika). Przez to motywacje i intencje osób znajdujących się wokół niego pozostają zagadką. I to jest właśnie fascynujące. Dlaczego trójka dorosłych ludzi tyle czasu spędza z niedojrzałym jeszcze chłopakiem? Dlaczego są tak bardzo otwarci w sprawach moralnych? Skąd pomysł, by wprowadzić go w świat seksu?

Ponieważ widzimy tylko ich zachowanie, ale nic więcej, trudno jest określić, na ile ich intencje są szlachetne, a na ile jest to perwersyjna gra. Cała sytuacja przypomina mi trochę historię z "Niebezpiecznych związków", gdzie naiwny Jonas (na początku filmu deklarujący, że chce się kochać tylko z miłości) staje się obiektem seksualnej gry. Reżyser niestety pod koniec filmu trochę psuje tę konstrukcję niepotrzebnie zostając w jednej ze scen z Pierre'em, przez co uchyla rąbka tajemnicy jego motywacji.

Niemniej jednak "Élève libre" stawia ciekawe pytania o to, gdzie kończy się otwieranie horyzontów światopoglądowych, a zaczyna deprawacja, o to, co jest, a co nie jest gwałtem. Dwuznaczność sytuacji sprawia, że nie ma na te pytania łatwych odpowiedzi. I to mi się w filmie tak spodobało.

Ocena: 7

Πεθαίνω για σένα (2009)

Greckie kino jest mi kompletnie nieznane. Bo też trudno uznać to, co do Polski z Grecji dociera za próbkę reprezentatywną dla tamtejszej kinematografii. Dlatego też postanowiłem obejrzeć coś bardziej "normalnego" niż "Kieł". Oczywiście okazało się, że poziom jest taki sam, jak u nas.


Komedyjka "Pethaino gia sena!" to przypowieść o egoizmie, który jest śmiertelną przywarą. Zaświadczyć może o tym trup sympatycznego nauczyciela fizyki, który jest narratorem tej historii. Odkrywa on przed widzami to, jak z żyjącego faceta stał się duchem.

Wszystko zaczęło się od Zoe, która o mały włos rozjechałaby go swoim samochodem. I choć w tym momencie go nie zabiła, w rzeczywistości właśnie wtedy Apostolis stał się trupem. Bowiem za sprawą tego wypadku wkroczył do świata rodziny Zoe. Ona sama już wkrótce wda się z nim w romans. Jej mąż, policjant kierujący ruchem, oszaleje na jego punkcie, uznając go za swoją muzę, dzięki której napisze przebój dla czołowego greckiego pieśniarza. Zaśjej syn Vangelis będzie widział w Apostolisie nie swojego korepetytora, lecz obiekt pierwszej miłości. Oczywiście każde z nich chce Apostolisa zagarnąć dla siebie. Kiedy okaże się, że muszą się nim dzielić, rezultat można sobie łatwo wyobrazić... choć, jak się okazuje, nie do końca.

"Pethaino gia sena!" jako komedia nie jest wcale taka zabawna. Powiedziałbym raczej, że jest głupkowata. Owszem, lekka, ale śmiałem się tylko za sprawą zabójcy-amatora w koszulce "ratujmy ptaki", który nieumyślnie właśnie ptaki zabija. A jednak było to ciekawe doświadczenie. Miło przekonać się na własne oczy, że Grecy kręcą nie tylko duszne, klaustrofobiczne kino artystyczne.

Ocena: 5

Os 3 (2011)

Spotkali się na imprezie. Byli młodzi i spontaniczni i – tak – trochę pijani. Ta mieszanka, w połączeniu z niewielką przestrzenią łazienki, dała początek niezwykłej przyjaźni. Stali się nierozłączni i przez kolejnych kilka lat żyli w oderwaniu od rzeczywistości. Aż przekroczyli granice fikcji i odkryli, kim są dla siebie naprawdę.


Tytuł "Os 3" odnosi się oczywiście do trójki głównych bohaterów. Jednak równie dobrze może być to aluzja do trzech opowieści, jakie twórcy wcisnęli w ten niezwykle krótki filmik. Pierwsza opowieść to ta o trójce przyjaciół. Problem w tym, że jest ona opowiedziana w ekspresowym tempie przez pierwsze 15 minut i powróci dopiero pod koniec. Drugi film, to połączenie found footage, reality show i tematu komercjalizacji życia. Trzeci film, to historia trójki bohaterów, którzy na potrzeby kamer wymyślają siebie na nowo. Każdy z tych trzech pomysłów mógłby starczyć na znakomity pełnometrażowy film. W "Os 3" nie ma jednak dla nich wystarczająco dużo miejsca. Wszystko jest ściśnięte, przelatuje w ekspresowym tempie japońskiego kolejowego ekspresu. Nie ma żadnych szans na rozwinięcie pomysłów, pozostaje tylko forma konspektu z wypunktowanymi ideami. Dla mnie było to zdecydowanie za mało.

Ocena: 5

O Signo da Cidade (2007)

São Paulo to miasto śmierci. A przynajmniej tak się może wydawać z perspektywy głównej bohaterki, astrolożki prowadzącej nocną audycję radiową. Niemal każdy, z kim ma do czynienia, ginie. Choćby Luis, zagubiony chłopak, który przychodzi do niej niby po to, żeby dzień po dniu czytała mu z kard. Dopiero, kiedy skoczy z jej balkonu, bohaterka zorientuje się, że to ona i jej karty były tym, co go trzymało przy życiu. Albo jedna ze słuchaczek, która zabije się tuż po ty, jak do niej zadzwoniła. Aż dziwne, że astrolożka nie zmieniła tytułu swojego programu na "Śmierć".


"O signo da cidade" to typowa wielowątkowa opowieść, którą łączy właśnie postać astrolożki. W zamyśle film miał chyba pokazywać różne aspekty życia w wielkiej metropolii. Ale nie do końca to twórcom wyszło. Fabuła jest mocno skrzywiona w stronę dramatów. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie naiwne próby zbalansowania ich "pozytywami", jak choćby nagła ulewa, która ni stąd ni zowąd pojawia się w najbardziej odpowiednim momencie. Przez takie sztuczki, całość traci wszelką wiarygodność. Zostaje jedynie głupiutka bajeczka z dużą masą irytujących bohaterów i słabego aktorstwa.

Ocena: 4

Magnifica presenza (2012)

Ferzan Oztepek nie zaskakuje. Ale też nie rozczarowuje. Jest chyba jedynym reżyserem, który kręcąc wciąż tę samą opowieść, za każdym razem potrafi mnie do niej przekonać. Głównie dlatego, że zawsze znajdzie jakiś ciekawy punkt widzenia, nowy pomysł na "ugryzienie" starego tematu.


Tak więc, jak we wszystkich wcześniejszych filmach Oztepka, i tym razem mamy bohatera, który staje się częścią większej rodziny (nie definiowanej wyłącznie przez więzy krwi). Dzięki nim może odnaleźć swoje miejsce i spokój duszy, ale też musi przeżyć obowiązkową dawkę smutków związanych z tajemnicą z przeszłości. W "Magnifica presentza" twist polega na tym, że Pietro jest jedynym człowiekiem z krwi i kości. Reszta to bowiem duchy aktorskiej trupy, którzy zginęli w niewyjaśnionych okolicznościach w 1943 roku.

Nie jest to najlepszy film Oztepka. Brakuje mu do nich dość dużo. Jest przede wszystkim zbyt ulotny, jak duchy, którymi są bohaterowie. Fabułę można byłoby zbyt łatwo streścić. Ale mimo to jest tu bardzo sporo uroku. I jeśli nawet wątki z Lucą i Paolo nie zostały tak rozbudowane, jak to zazwyczaj miał w zwyczaju czynić reżyser, ten niedosyt okazuje się zbawienny. Zostawił bowiem mnie z poczuciem tęsknoty i nutą melancholii, która z całą pewnością stanie się pierwszą rzeczą, jaka przychodzić będzie mi na myśl, kiedy wspomnę w przyszłości ten tytuł.

Ocena: 7

El cónsul de Sodoma (2009)

Mam wrażenie, że "El cónsul de Sodoma" to film skierowany przede wszystkim do fanów twórczości Jaimego Gila. Ja do nich nie należę. Po film sięgnąłem wyłącznie ze względu na grającego w nim Jordiego Mollę, który jest jednym z moich ulubionych hiszpańskich aktorów. Tym razem był to błąd.


Bez znajomości poezji Gila, film nie robi zbyt dobrego wrażenia. Jest chaotyczny, pozbawiony celu, bohatera, idei. To jakiś zbiór luźnych anegdot o facecie z bogatej rodziny, który pokazuje swoją solidarność z klasami robotniczymi traktując ich jak dziwki, którym zostawia sowite napiwki. Ta jego wizja komunizmu byłaby nawet zabawna, gdyby nie była taka nudna. Wszystkie historyjki są oczywiście okraszone jego wierszami, które wydały mi się irytująco egzaltowane. Tylko jeden fragment mi się spodobał, w scenie gdy Toni tańczy z młodą dziewczyną słychać z offu słowa o okrucieństwie młodości. Ale i ta scena musiała zostać popsuta przez łzy Jaimego, które wydały mi się przesadą.

Koniec końców w filmie znalazłem tylko dwie naprawdę fajne sceny. Są to zresztą wariacje na ten sam temat: w obu przypadkach jest kłótnia, powiedziane zostały słowa, które chciałoby się cofnąć, zostaje tylko cisza i słowa, które powinna była usłyszeć ta druga osoba, ale wypowiedziano je już w samotności. Smutne i piękne.

Ocena: 4

niedziela, 4 sierpnia 2013

Comme un homme (2012)

UWAGA SPOILERY

Intrygujący film. Głównie dlatego, że stawia dużo pytań, ale praktycznie nie udziela na nie odpowiedzi.


Oglądamy kilka dni z życia Louisa. W tym czasie porwie ze swoim przyjacielem nauczycielkę, jego przyjaciel zginie w wypadku, a my dowiemy się, że wcześniej w wypadku zginęła jego matka. Louis, który początkowo wydaje się być głosem rozsądku, kiedy zostaje sam z problemem porwanej, zachowuje się mało rozsądnie. Dlaczego? Na to pytanie reżyser nie daje odpowiedzi, rzucając tylko aluzje, zostawiając poszlaki dla widza. I to mi się spodobało.

Można więc uznać, że Louis jest kryptopsychopatą. Kumpluje się z Gregiem, bo w jego cieniu jest bezpieczny i nikt go nie zdemaskuje. Kiedy Grega zabrakło, nie ma też cienia i jego mroczne skłonności zaczynają kiełkować. Na ile jest psychopatą, to sprawa otwarta. Czym kierował się wykonując telefon do ojca? Czy były to wyrzuty sumienia? Czy staromodny strach?

Ale można też uznać, że więź Louisa i Grega była znacznie silniejsza, niż zwykła przyjaźń. Sugeruje to reakcja Louisa na wypadek Grega. W takim przypadku jego zachowanie wobec porwanej jest formą substytucji, nawiązania symbolicznej relacji z Gregiem, z którym rzeczywistej relacji nie może już nawiązać. Ta pasożytnicza relacja jest wzmacniana dodatkowo przez wyrzuty sumienia, ponieważ w kluczowym momencie był bez telefonu. Kobieta jest przecież jedynym łącznikiem między Louisem a Gregiem.

Jest też możliwa i trzecia interpretacja. Nauczycielka staje się w niej symboliczną reprezentacją zmarłej matki. Fakt, że Louis porwaną umieścił w domku, który jest mocno związany z rodzicielką, że daje kobiecie ubrania po matce, dużo mówi i może wcale nie być przypadkowy. Dzięki nauczycielce Louis może w końcu uzewnętrznić gniew i inne negatywne emocje, które do tej pory reprezentował jedynie w postaci szkiców w zeszycie. To też wyjaśniałoby, dlaczego do ojca zadzwonił. Bo choć może i czuł wielki ból, gniew i rozpacz, to jednak pragnąc niszczycielskiego odreagowania jednocześnie tak naprawdę nie chciał nikogo skrzywdzić. Wyjaśniałoby też, dlaczego planował zabić nauczycielkę i popełnić samobójstwo. W ten sposób symbolicznie mógłby umrzeć tak, jak pewnie myślał, że powinno było się stać w wypadku, w którym on przeżył, a matka nie.

Ocena: 6

sobota, 3 sierpnia 2013

The We and the I (2012)

No proszę, słabsza "Dziewczyna z lilią" weszła do dystrybucji, a lepszy "To my, a to ja" nie. Czy to fakt, że został nakręcony za niewielkie pieniądze, a obsadę stanowią dzieciaki kompletnie nieznane, sprawił, że polscy dystrybutorzy przestraszyli się filmu? Jeśli tak, to coś z nimi jest nie tak. Bo jak na Gondry'ego, jest to rzecz całkiem dobra.


"To my, a to ja" jest przede wszystkim studium mentalności stadnej nastolatków. Oczywiście jest to sytuacja do pewnego stopnia narzucona, ponieważ bohaterami filmu są uczniowie jednej szkoły, którzy do domu dojeżdżają tym samy autobusem. I to właśnie drogę powrotną po ostatnim dniu w szkole przed wakacjami pokazał Gondry. Widzimy, jak stado definiuje swoich członków, przydziela im role, dopasowuje do odpowiednich grup. Obserwujemy, jak ważne dla grupy jest znalezienie outsidera, osoby, na której mogą skupić swoje negatywne emocje, a przez to konsolidować się w jedną grupę. Ta konsolidacja jest niezbędna, ponieważ więzy grupowe nie są tak silne, jak się wydaje i łatwo mogą zostać przerwane, zaburzone, splątane.

Film Gondry'ego prezentuje całe spektrum zachowań współczesnych nastolatków. Od wygłupów i pozerstwa, poprzez wstydliwość i interpersonalną niezdarność, aż po osobiste dramaty. Jak na mój gust, tych ostatnich jest trochę za dużo. Jakby Gondry uważał, że "zwyczajność" będzie za mało interesująca, więc musiał dorzucić kilka dramatycznych momentów. A tymczasem jako urozmaicenie w zupełności wystarczają wtręty w postaci rekonstrukcji opowieści bohaterów i tych prawdziwych i tych zmyślonych.

Ocena: 6

Truth in Journalism (2013)

Po raz drugi producent Adi Shankar pozytywnie mnie zaskoczył krótkometrażówką osadzoną w świecie komiksów Marvela. W "Dirty Laundry" przypomniał Punishera, a teraz dał widzom inne spojrzenie na świat Spider-Mana i Daredevila. I znów wyszło świetnie.


Co prawda nie jestem komiksowym geekiem, więc o detalach takich jak odniesienia do "Amazing Spider-Man #299-300" przeczytałem w sieci. Ale sama historia francuskich dokumentalistów rejestrujących pracę mocno niestabilnego psychicznie dziennikarza kryminalnego o wiele mówiący nazwisku Eddie Brock i tak wydała mi się bardzo ciekawa. Fajny zabieg zmiany perspektywy opowiadanej historii sprawił, że całość nabrała zaskakującego kształtu.

Szkoda, że Marvel nie robi filmów z R, bo powinien zgarnąć pod swoje skrzydła Shankara i pozwolić mu zmienić sposób opowiadania o komiksowych super- i antybohaterach. Tak, wiem, że Shankar jest też producentem "Dredda", który się nie sprzedał w kinach, ale ma facet potencjał, pasję i podejście do komiksów. Warto byłoby to zobaczyć nie tylko w internecie, ale i w kinie.

Ocena: 7

Joyful Noise (2012)

"Radośnie śpiewajmy" nie jest dobrym filmem na sam środek gorącego lata. Mam wrażenie, że w sezonie świąt Bożego Narodzenia oglądałoby mi się go lepiej. A wszystko przez to, że fabuła jest dość miałka i za bardzo uproszczona. Do tego reżyseria zawodzi i chwilami panuje na ekranie spory bałagan.


Wygląda to jak jakieś rozgotowane danie, zrobione z pierwszorzędnych składników. Bo też obsada jest rewelacyjna. I nie mówię tu o Latifah czy Parton. Mnie zachwycił przede wszystkim Jeremy Jordan (ależ on ma głos), a także parę osób z drugiego planu. Słychać, że są to aktorzy doświadczeni w broadwayowskich musicalach i wiedzą, co z głosem zrobić. Dlatego też szkoda, że sama historia jest tak grubymi nićmi szyta, że tylko w atmosferze świąt byłaby się w stanie obronić.


Za to finałowy mashup jest pierwszorzędny.

Ocena: 5

Dark Tide (2012)

Nic nie usprawiedliwia twórców 'Śmiertelnej głębi". To coś nigdy nie powinno było powstać. O ile jeszcze mogę zrozumieć aktorów, którzy dostali wycieczkę do Kapsztadu i mogli sobie pooglądać wieloryby, rekiny i uchatki (jeśli mogli). Ale reżyser powinien się wstydzić.


"Śmiertelna głębia" urąga inteligencji widza w takim stopniu, że wydaje się to wręcz nieprawdopodobne. O ile pierwsze naście minut jest jeszcze w miarę do strawienia, to, co następuje później, jest po prostu niedorzeczne. Nie potrafię sobie wyobrazić, by ktokolwiek przy zdrowych zmysłach, a już na pewno nie po przeżytej traumie, zgodził się na propozycję zblazowanego bogacza o samobójczych skłonnościach, na jaką zgadza się bohaterka. A później, kiedy ten "wszedł jej na ambicję", zachowuje się jeszcze bardziej nieodpowiedzialnie. Finał jest tak przewidywalny, a jednocześnie tak pozbawiony sensu, że ja już chyba wolę oglądać produkcje Asylum – te przynajmniej są złe z założenia.

Ocena: 1

czwartek, 1 sierpnia 2013

Worried About the Boy (2010)

Nigdy nie byłem fanem Boya George'a. OK, Culture Club miało jedną czy dwie fajne piosenki, ale ta obsesja świata na jego punkcie to dla mnie zagadka. Jeśli liczyłem na to, że "Kłopotliwy chłopak" pomoże mi ją rozwikłać, to się niestety przeliczyłem. Film zostawił mnie jeszcze bardziej skołowanego.


Boy George jawi się tu jako dzieciak bez celu i perspektyw i jest z tego zadowolony. Ma troszczących się o niego rodziców (co biorąc pod uwagę to, kim był, w tamtych czasach nie było zbyt częstą rodzicielską postawą). Dryfuje na fali życia i ma jakiś niesłychany fart, że akurat fala zesłała go na wyspę globalnej sławy. To, że nie przetrwał tam zbyt długo, to już inna sprawa i jest w dużej mierze sam sobie winny. Jednak to, co mnie zdumiewa najbardziej to jego związki, najpierw z Kirkiem Brandonem, a potem z Jonem Mossem. Film nie pozwolił mi zrozumieć, jak ci dwaj, w zasadzie heteroseksualni faceci, ulegli czarowi Boya George'a.

Oddzielna sprawa to Douglas Booth. Wow, ten chłopak ma naprawdę talent! To, co wyprawia na ekranie jest niesamowite. Rewelacyjna kreacja i od teraz na pewno będę miał go na oku. Fajnie też było zobaczyć Richarda Maddena w innym kostiumie niż króla Robba Starka. To on ma najlepszy moment w całym filmie: scena pod koniec, w studiu BBC tuż przed Występę Culture Club. Piękne ujęcie!

Jak na film o piosenkarzu, "Kłopotliwy chłopak" prawie w ogóle nie podpiera się muzyką. Owszem, jest obecna, ale raczej na drugim planie i tylko z rzadka zwraca na siebie uwagę. To mnie trochę zdziwiło i rozczarowało. Liczyłem na całkiem niezły soundtrack, mieszankę punku, reggae i elektroniki.

Ocena: 6