poniedziałek, 30 września 2013

2 Guns (2013)

No cóż, ja tam wolę Baltasara Kormákura w jego europejskim wydaniu. Drugi film hollywoodzki to dla mnie drugie rozczarowanie.


Podobnie jak w przypadku "Kontrabandy" tak i tym razem wszystko wydaje się być na pierwszy rzut oka w porządku. Materiał wyjściowy jest niezły, gwiazdy też są w porządku, a wszystko zostało sprawnie zrealizowane. W sumie to nie powinno mnie to dziwić, bo większość ekipy stanowią ci sami ludzie, którzy odpowiadali za "Kontrabandę". Ale za tym profesjonalnym blichtrem kryje się historia pozbawiona jaj. Miało być chyba z humorem i zawadiacko, jak przystało na kino akcji sprzed dwóch dekad. Ale Wahlberg i Washington nie są zbyt dobrze dobraną parą. Humor jest zbyt sztuczny i wysilony. Zaś sama intryga wcale mnie nie zainteresowała,  jedynie wynudziła. Najlepsza z tego wszystkiego była muzyka, choć i tu musieli mnie zirytować najfajniejszy kawałek szatkując tak bardzo, że w zasadzie nie miałem czego słuchać.

Ocena: 5

The Way Way Back (2013)

Jeszcze parę lat temu "Najlepsze najgorsze wakacje" miałoby u mnie zdecydowanie wyższą ocenę. Film zawiera bowiem wszystko to, co dobry przedstawiciel kina niezależnego mieć powinien. Jest więc cała gromadka toksycznych, lecz sympatycznych postaci, jest bohater nie wpisujący się w zastaną rzeczywistość i jest opowieść o dorastaniu do własnego potencjału. Do tego wszystkiego film ma świetną obsadę. Allison Janney wyprawia szalone rzeczy. A Sam Rockwell jest czarującym wiecznym chłopcem.


Problem w tym, że to wszystko już oglądałem. Zmieniają się szczegóły, ale nic więcej. Głównego bohatera od postaci z innych filmów odróżnia tak naprawdę tylko naburmuszona mina. Janney nie pokazuje nic, czego już nie wykorzystała w dziesiątkach innych filmów (jak choćby w "Parze na życie"). Zaś bohater grany przez Rockwella mógłby być bratem Billa Hadera z "Do zaliczenia".

Jestem już zmęczony tymi wszystkimi powtórkami z rozrywki. Choć bowiem wciąż jest to czarujące, to magia niestety szybko się ulatnia i nie zostaje po tych filmach nawet ślad w pamięci.

Ocena: 6

piątek, 27 września 2013

Angle mort (2011)

Kolejny film z serii: i Bóg stworzył psychopatycznego mordercę, by uratował rozpadający się związek.


Powyższe zdanie idealnie podsumowuje całą tę produkcję i w zasadzie nie mam nic do dodania. "Martwe pole" jest tak standardowym filmem, jak to jest tylko możliwe. Para oczywiście jest na skraju rozstania. Ale pojawia się on: morderca psychopata, który zacznie na nich dybać. Strach zmieni perspektywę widzenia i nagle zdrada, wizja bankructwa, zaskakująca wieść o ciąży przestają być problemem.

Szkoda, że nie znalazł się żaden psychopatyczny morderca, który dybałby na moje życie, bym mógł spojrzeć na ten film łaskawszym okiem. "Martwe pole" pozostało dla mnie rozczarowaniem i ten związek został zerwany, gdy tylko pojawiły się napisy końcowe.

Ocena: 4

Baczyński (2013)

Jeśli ktoś chce wiedzieć, dlaczego nie lubię polskiego kina, ten powinien obejrzeć "Baczyńskiego". Jest on wręcz słownikową definicją tego wszystkiego, czego w rodzimym kinie nie cierpię. To nadęta impresja udająca Sztukę, bełkot zachwycony słowami, z których nic nie wynika, chaos mający udawać hermetyczną wizję Twórcy i wręcz histeryczne ciągoty do nadekspresji lirycznej.


"Baczyński" jest filmem pustym. Nie przybliża ani biografii poety (co mogę zrozumieć, nie lubię bowiem filmów wyliczanek faktów), ale co gorsza nie daje nawet bladego pojęcia o jego Istocie, duszy, wpływie na innych, na twórców, na widzów. Nie jestem nawet pewien, czy twórcy mieli jakikolwiek zamysł, co ich film miał reprezentować.

Ale najgorszy jest zapis slamu poetyckiego. Przeraziło mnie to, jak bezrozumne były deklamacje wierszy Baczyńskiego, jak niemal wszyscy (z jednym wyjątkiem) zdawali się być zaczarowani słowami, ich melodyką, ale pozostali głusi na znaczenie słów, ślepi na obrazy i emocje, które im towarzyszą. Co prawda te deklamacje są spójne z całą resztą filmu, ale jest to jedyna zaleta "Baczyńskiego", która twórcom chluby jednak nie przynosi.

Ocena: 2

House at the End of the Street (2012)

To mógł być całkiem ciekawy film. Niestety, aby tak się stało, producenci powinni zezwolić na kategorię wiekową co najmniej R. PG-13 było decyzją kompletnie nietrafioną i wykastrowało całość z tego, co najciekawsze.


Został więc sam pomysł z podwójnym twistem. Był on niezły i stał się podstawą wciągającego klimatu. Ale brakuje w nim spełnienia. Bo też jak rzecz o psychopatach, krwawych mordach i grozie może interesować, jeśli jedyne, na co możemy patrzeć to pucołowata buźka JL i smutne oczęta MT...

Zawód.

Ocena: 5

środa, 25 września 2013

About Time (2013)

Jest coś w samej idei komedii romantyczno-krzepiącej o podróżowaniu w czasie, co mnie odrzuca. Zamiast krzepić, budzi u mnie depresję i myślę sobie, że do takich filmów powinny być dawane za darmo kubełki nie popcornu ale żyletek. Bo też skoro bohaterowie muszą powtarzać tę samą scenę parę razy, by dojść do szczęśliwego zakończenia, to jakie szanse mamy na to my, zwykli śmiertelnicy, którzy musimy trafić w dziesiątkę za pierwszym razem. Normalne komedie romantyczne pokazują bohaterów takich jak my albo mających jeszcze gorzej. Bohaterowie, którzy już na starcie mają lepiej, nie są wiarygodni, a ich moralizowanie na temat tego, jak to im podróże w czasie wcale nie są potrzebne, brzmią fałszywie.


To powiedziawszy, muszę się przyznać do tego, że "Czas na miłość" bardzo mi się spodobał. Wielkim plusem jest para głównych bohaterów i cudownie ich odgrywający Domhnall Gleeson i Rachel McAdams, która jest wprost zjawiskowa. Są sympatyczni i rozkoszni, zabawni i nieco nieporadni i absolutnie magiczni. Fajne jest też to, że "Czas na miłość" nie jest tylko opowieścią o odnajdywaniu miłości, ale też o pielęgnowaniu relacji w całej rodzinie. Z ekranu bije niesamowite ciepło. Jak dla mnie jest to najlepszy film Curtisa-reżysera.

Ocena: 7

Zwei Leben (2012)

Czy to jest film wart Oscara? Oczywiście wszystko zależy od konkurencji, ale nie powiedziałbym, żeby był szczególnie udany artystycznie. Co nie znaczny wcale, że mi się nie podobał.


"Dwa życia" inspirowane jest prawdziwą historią, ale prezentuje fikcję. To rozdarcie pomiędzy próbą ukazania jednej z wielu haniebnych historii czasów II Wojny Światowej i późniejszej zimnej wojny, a osobistym dramatem pewnej rodziny jest aż za bardzo widoczne. Mnie spodobał się właśnie aspekt osobisty. Owszem, chwilami twórcy sięgają po zbyt tanie chwyty, by wywołać emocjonalną reakcję widza. Jednak dzięki temu nie miałem wrażenia, że bohaterowie są wyłącznie narzędziami do budowania konstrukcji intelektualnej. A to w tego rodzaju filmach bardzo sobie cenię.

Świetnie też wypada film od strony aktorskiej. To chyba dzięki Juliane Köhler całość sprawia tak wiarygodne wrażenie.

Ocena: 6

wtorek, 24 września 2013

Paradies: Hoffnung (2013)

Jaka jest różnica między miłością a nadzieją? Taka sama jak między horrorem z kategorią R a PG-13, jak między plażą w Kenii a swojskim widokiem austriackich Alp, jak między tym, co egzotyczne a tym, co zakazane. To różnica jedynie w natężeniu. Nadziej jest bowiem niespełnieniem, a miłość rozczarowaniem. Końcowy rezultat jest jednak ten sam: łzy i rutyna obojętnego na los jednostki świata.


Muszę powiedzieć, że jestem "Nadzieją" rozczarowany. Gdyby Seidl zrobił dylogię tylko o nadziei i miłości, oba filmy miałyby więcej sensu. Pokazana w nich jest bowiem dokładnie ta sama historia z tą różnicą, że matka poznawała smak afrykańskiego kebaba, a córka odkrywała uroki austriackiej medycyny. Ta pierwsza poszła na całość, ta druga nie (a przynajmniej nie z własnej woli). "Miłość" jest filmem pełnym nagości i seksu, w "Nadziei" pozostało tylko alkoholowe upojenie. Jednak "Raj" nie jest dylogią, więc powtórka z rozrywki jako rozwiązanie intencjonalne nie jest dla mnie przekonujące. "Nadzieja" robi raczej wrażenie filmu bez pomysłu, niczym recyclingowany papier toaletowy, w kółko to samo, ale jakość za każdym razem nieco gorsza. Nic w "Nadziei" nie robi wrażenia porównywalnego chociażby ze sceną leżących turystów i stojących w żarze kenijskiego słońca tubylców.

Ocena: 6

poniedziałek, 23 września 2013

Insidious: Chapter 2 (2013)

Tego się nie spodziewałem. Pierwszy "Naznaczony" mocno mnie zirytował i rozczarował. Tymczasem "Rozdział 2" naprawdę mnie zaciekawił.


Nie jest to zasługa Jamesa Wana. Od strony realizacyjnej film nadal jest mało satysfakcjonujący. Wciąż klimat szwankuje, wciąż reżyser bardziej zainteresowany jest detalami niż całością, wciąż sięga po chwyty będące na granicy pastiszu.

Dlaczego więc uważam "Naznaczonego 2" za dwa kroki w dobrym kierunku? Po pierwsze podoba mi się pomysł Whannella. Świat wzajemnego przenikania duchów i żywych, jest całkiem fascynujący, chciałbym móc go poznać bliżej. Póki co jest to bowiem świat potencjalny, niezrealizowany, ale może w trójce, która powstanie zapewne bez udziału Wana, to się w końcu uda. Po drugie Patrick Wilson. Pokazał, że mógłby być jednym z najciekawszych psychopatów kina. Jego kluczem do sukcesu jest sympatyczna powierzchowność, za którą jednak kryć się może prawdziwy demon (co nie jest niczym nowym, już w "Hard Candy" pokazał, na co go stać). Nicholson czy Hopkins grając psychopatów eksponowali czarną stronę charakterów, demonizując ich w tak skrajny sposób, że stawali się hipnotyzujący. Wilson jest bardziej niebezpieczny, ponieważ potrafi emanować złem nie tracą jednocześnie dobrodusznej aury.

Ocena: 6

Prisoners (2013)

"Labirynt" to film, który świetnie ogląda się z daleka. Najlepiej nie znać wcześniejszych dokonań reżysera i nie przypatrywać się szczegółom. Wtedy można ulec czarowi monumentalnej konstrukcji narracyjnej mającej ciężar antycznej tragedii i oprawę godną operowego widowiska. Villeneuve zrobił film, którego główną funkcją jest przytłoczenie widza, poruszeniem go obrazem miałkości ludzkiej duszy.


Niestety na mnie nie zrobiło to aż takiego wrażenia. Głównie dlatego, że efekt ten osiągnął w swoim poprzednim filmie "Pogorzelisku". Tamta historia i skomplikowana sieć tragedii naprawdę mnie poruszyła. To, co zobaczyłem tutaj wydało mi się więc tylko cieniem. Ponadto o ile ogólny obraz opowieści jest satysfakcjonujący, o tyle z detalami jest już problem. Są niczym drobne kamyki w bucie – niby nic, a jednak uwierają. Przesadna gra Gyllenhaala, dziwne sploty okoliczności, bezsensowne wydarzenia, które służą tylko podkreśleniu dramatyzmu sytuacji – wprowadzały dysonans i demaskowały fabułę jako mniej skomplikowaną, niż miała się wydawać.

Nie mogłem się też oprzeć wrażeniu, że poszczególne elementy widziałem zrealizowane lepiej przez kogoś innego. Jak choćby zbolały ojciec. Hugh Jackman zagrał go znakomicie, a jednak lepszy był Claude Legault w "7 dniach" (zresztą cały tamten film uważam za zdecydowanie ciekawszy).

Ocena: 6

Ps. Żal mi jest Paula Dana. Czy już na zawsze będzie grał jeden typ bohatera?

niedziela, 22 września 2013

Kyss mig (2011)

Miłość jest jak tsunami. Kiedy pojawiają się znaki ostrzegawcze, jest już za późno, by przed nią uciec. I jak tsunami, miłość uderza nie zważając na plany ludzi. W obliczy żywiołu jedyne na co można liczyć, to przetrwanie. Lecz nawet szczęście po przejściu fali zabarwione będzie goryczą, bowiem wokół pozostaną zgliszcza i cierpiący ludzie.


"Pocałuj mnie" chciałem obejrzeć w kinie, ale film przemknął przez ekrany z prędkością nadświetlną, więc dopiero teraz po niego sięgnąłem. I w sumie chyba nie mam czego żałować. Film jest naprawdę znakomity, kiedy operuje milczeniem. Scena pierwsze spotkania wzrokiem – czyste piękno. Niestety, kiedy bohaterki zaczynają gadać, robi się słabo. Bełkot i banał niszczą pozytywne wrażenie.

Fajnie było zobaczyć Nätterqvista we współczesnym kostiumie. Kojarzyłem go dotąd jedynie jako dzielnego nordyckiego rycerza.

Ocena: 6

Butter (2011)

Czy to miała być komedia? Jeśli tak, to reżyser poległ na całej linii. W samy filmie nie znalazłem żadnej naprawdę zabawnej sceny (poza wpadkami pokazanymi na napisach końcowych). Jest kilka, które rozpoznaję jako zabawne w intencjach, ale mnie nie śmieszyły. "Jak po maśle" mogłoby więc lepiej funkcjonować jako dramat o obsesji i przykrywaniu osobistych frustracji sukcesami w życiu publicznym. Niestety na to całość jest zdecydowanie zbyt frywolna i za mało wnikliwa.


Najbardziej zdumiewa liczba gwiazd zaangażowana w tę pożałowania godną produkcję. Wilde, Jackman kompletnie się marnują. Nie wiem, kto stoi za tą produkcją, ale musi to być ich dobry przyjaciel, bo jakikolwiek aktor mógłby się zgodzić na udział w tym przedsięwzięciu tylko na zasadach przyjacielskiej przysługi.

Dobrze, że film nie jest zbyt długi, przynajmniej dużo czasu nie zmarnowałem na to "coś".

Ocena: 3

Vous n'avez encore rien vu (2012)

Oto, jak powinno się wykorzystywać teatr w kinie. Zamiast udawać, że jej nie ma, należy otworzyć się no możliwości sceny. Na ekranie daje to wtedy niesamowity wynik. Alain Resnais świetnie to rozumiał.


"Jeszcze nic nie widzieliście" jest jak wielobarwny mus, wymieszany, ale nie do końca, więc poszczególne kolory i warstwy choć się zacierają, to pozostają widoczne, raz wyraźniej a raz mniej. Grupa aktorów, która przybyła do domu zmarłego reżysera, ogląda przedstawienie młodej trupy teatralnej. Wystawiana jest "Eurydyka" zmarłego reżysera, w której wystąpili w tej lub innej roli wszyscy zebrani aktorzy. Szybko więc zaczynają odgrywać role, które do dziś znają całym sercem. Chwilami znika ograniczenie domu, aktorzy, którzy przecież powinni być widzami, stają się naprawdę odgrywanymi postaciami, a salon zmienia się w kawiarnię, hotelowy pokoik, peron kolejowy.

Najlepiej Resaisowi wyszedł pierwszy akt. Jest poruszający, a żonglowanie trzema różnymi wersjami tej samej sceny wychodzi mu bezbłędnie. Potem gdzieś ten pomysł znika. Eurydyka i Orfeusz w wykonaniu Azémy i Arditiego zdominowali ekran. I choć ich gra jest fantastyczna, to jednak z jakiegoś powodu nie tylko oni są Eurydyką i Orfeuszem, więc trudno nie czuć się trochę oszukanym.

"Jeszcze nic nie widzieliście" nie jest jednak tylko i wyłącznie opowieścią o sztuce i tym, że prawdziwy reżyser może kontynuować swoje dzieło nawet po śmierci. To jest także, a może przede wszystkim opowieść właśnie o śmierci. Ona jest tu postacią pozytywną, a życie jej brutalnym i bezwzględnym przeciwnikiem. Śmierć kusi, a nawet mami, ale obietnica, którą składa, nawet jeśli jest w intencjach fałszywa (bo jej motywacją jest pokonanie życia a nie dobro jednostki), to jednak w swej istocie jest prawdziwa. Resnais pokazuje, dlaczego dla wielu osób to życie budzi strach, a śmierć jest wybawieniem.

Ocena: 7

sobota, 21 września 2013

Delphinium: A Childhood Portrait of Derek Jarman (2009)

Po obejrzeniu "Delphinium", łatwiej jest mi zrozumieć, skąd taka a nie inna forma "Joshua Tree, 1951". Jednak po obejrzeniu krótkometrażówki, fabuła Mishory traci. Tutaj udało mu się lepiej i konsekwentniej zbudować formę. Oczywiście, w krótkim metrażu jest to łatwiejsze, lecz chodzi mi tu nie tyle o sam wygląd, lecz o pomysłowość.


"Delphinium" jest imitacją stylu Dereka Jarmana. Przez dekonstrukcję jego twórczości, Mishory rekonstruuje okres dorastania. I tak jak w "Caravaggio", tak i tu licentia poetica łączy się nierozerwalnie z faktami. Robi to całkiem spore wrażenie. Mishory sprytnie wplótł w film odniesienia do dzieł Jarmana. Jednak nie jestem pewien, czy przypadkiem film podobał mi się tylko dlatego, że jestem fanem Jarmana i fajnie było wyłapywać wszystkie cytaty. W takim przypadku zasługą Mishory byłby jedynie pomysł sprytnego naśladownictwa.

Ocena: 6

Joshua Tree, 1951: A Portrait of James Dean (2012)

Matthew Mishory ma u mnie spory plus za to, że nie zrobił kolejnej biografii-wyliczanki. Spróbował podejść do tematu inaczej. Wybrał kilka kluczowych sekwencji z jego życia, następnie pomieszał jej, zamiast naturalności postawił na inscenizację i stylizację. Rezultat mógł być oszałamiający. Niestety tylko "mógł być".


Mishory wiedział, jak powiedzieć, ale nie bardzo chyba wie, co powiedzieć. Jego portret Jamesa Deana wydaje się bardzo przejrzysty, oczywisty, banalny. Mamy oślizgłego hollywoodzkiego gracza, który pasożytuje na nadziejach młodych przybyszów zamiast gwiazd czyniąc z nich ekskluzywne prostytutki. Mamy odwołania do Byrona i Rimbaud. Mamy zwichrowaną duszę i proste psychologizowanie.

Problemem filmu jest też to, że Deana jest w nim niezbyt dużo. Reżyser koncentruje się na jego otoczeniu. Ale nie widać w tym idei, by przez pryzmat innych pokazać aktora. Raczej mamy do czynienia z odwrotną sytuacją, jak Dean wpływa na innych, sam pozostając niezdemaskowanym. Widać to najlepiej w sytuacji z chłopakiem z plaży, kiedy na zbliżeniu jest jego twarz, a nie Deana.

Ocena: 5

10 Years (2011)

I co ja na to poradzę, że po prosu lubię takie filmy. W "10 lat" nie ma nic nadzwyczajnego, odkrywczego, nowatorskiego. Mamy zjazd absolwentów liceum. Dawno niewidziani kumple znów się spotykają, porównują swoje życia, patrzą w przeszłość i planują przyszłość. Jedni są rozczarowani, inni zachwyceni tym, jak się ich los potoczył.


Film ma fajny klimat i bardzo sympatycznych bohaterów. Nie stara się robić nic na siłę, dlatego też tak bardzo mi się podobało i w sumie mocno związałem się z bohaterami. Wątek Jake'a i Mary – piękna miłość, która nie przerodziła się w zgorzknienie, cudowna scena, kiedy Reeves śpiewa swoją piosenkę, a Elise odkrywa, o czym ona jest. Proste, zwyczajne, piękne.

Ocena: 7

Apollo 18 (2011)

Tym razem moja ocena zgadza się z oceną moich znajomych na FW. Trochę szkoda, że nie zostałem pozytywnie zaskoczony. Niestety "Apollo 18" nie ma nic do zaoferowania.


Nawet pomysł wydaje się niedopracowany. Cała tajna misja jest bez sensu. Mam wrażenie, że oglądałem pilotowy odcinek serialu, który nie dostał zgody na realizację, więc wszystkie tajemnice, na które serial miał odpowiedzieć, pozostały bez odpowiedzi. Realizacyjnie obraz też zawodzi. Niby ma to być found footage, ale chwilami twórcy dla lepszego efektu "zapominają" o tym. W innym przypadku na Księżycu musiałoby być więcej kamer (i do tego mobilnych) niż w domu Wielkiego Brata.

Szkoda.

Ocena: 4

piątek, 20 września 2013

W imię... (2013)

SPOILERY

Szczerze? To nie mam zielonego pojęcia, o czym jest "W imię...". No może poza morałem, który najwyraźniej brzmi tak: tylko pedały kończą seminarium. Jak jesteś hetero, to cię z seminarium (i gejostwa) wybawi kobieta. A może i to nie? No bo w końcu pożegnalny uścisk Adama i Michała jest dwuznaczny (przynajmniej dla mnie). Czy jest to uścisk wynikający z poczucia winy Michała? A może w ten sposób daje Adamowi znać, że są jednacy, tylko że Michał jest głębiej zakonspirowany?


W filmie brakuje mi historii. Zamiast tego jest aż za wiele pomysłów na fajne historie. Każda z nich jest wrzucona sobie, a muzom i nie bardzo wiadomo, po co tam jest. Jak choćby postać brata Dyni, od którego film się zaczyna i który gdzieś chyłkiem przemyka przez drugi plan. Albo też postać Blondyna, która przez chwilę wydawało się, że będzie stanowić ciekawą śrubę w głównym wątku miłosnym, stanowiąc wyzwanie/przeszkodę. Jednak tak naprawdę bez Blondyna film nic by nie stracił. I jest w końcu główna historia miłosna, która rozpisana została na sześć, siedem scen i to wszystko. Bardzo chciałem zaangażować się w ich romans, poznać ich jako ludzi, ale w tym filmie nie jest to możliwe. Wszystko rozgrywa się tu na płaszczyźnie symbolicznej (aż za bardzo podkreślaną przez chrystusowy image Kościukiewicza/Dyni)

Mam też problem z tak chwaloną powszechnie odwagą reżyserki. Ja jej w ogóle nie widzę. Wręcz przeciwnie, w oczy rzucały mi się usilne starania zamaskowania gejowskiego tematu głównego. Stąd otoczony on zostaje wszelkiej maści plagami (alkoholizm, samobójstwo, aluzje do oszukańczej polityki kościoła). Szumowska robi wszystko, by pokazać, że to nie jest film o dwóch mężczyznach, którzy w dziwnych okolicznościach przyrody odnaleźli się, lecz że jest to film Ważny, Artystyczny, poruszający Tematy.

Za to "W imię..." ma absolutnie zachwycające zdjęcia. Skoro w Gdyni film przegrał, to zwycięska "Ida" musi być naprawdę nie z tej Ziemi. Ja bowiem już od bardzo dawna nie widziałem takich zdjęć w polskim kinie. Co prawda są one niespójne. Raz zbytnio inscenizowane, innym razem mocno "surowe". Ale to już jest raczej wina reżyserki, która miota się pomiędzy różnymi formami estetycznymi. Podobali mi się też aktorzy: Chyra, Kościukiewicz, a nawet Schuchardt (który raczej pokazuje potencjał, bo nie za bardzo ma co grać). Role przypisano im trochę zbyt oczywiste, ale grają je w sposób zaskakująco naturalny.

Ocena: 6

czwartek, 19 września 2013

Song for Marion (2012)

Filmowy odpowiednik Jekylla i Hyde'a. "Z miłości do..." zawiera w sobie najlepsze cechy melodramatu o umieraniu i najgorsze filmu o konkursach śpiewania. To pierwsze wzrusza do łez, to drugie budzi irytację i zażenowanie.


Absolutną gwiazdą filmu jest Terence Stamp. W scenach poważnych, kiedy pokazane są zmagania jego bohatera ze świadomością, że ukochana żona go opuszcza z powodu śmiertelnej choroby, jest genialny. Nie mam słów do opisania zachwytu, jaki we mnie budzi. Sam jego widok łamie mi serce.

Niestety obok tego toczy się historia chórku seniorów, który przygotowuje się do udziału w konkursie. Wszystkie sceny z tym związane są okropne. Począwszy od żenującego szczerzenia się sędziego, który przyszedł ocenić, czy chór się nadaje, po wzruszenie słuchaczy, kiedy słyszą solo. Naprawdę gorszych sekwencji filmowych nie sposób sobie wyobrazić. W dwóch czy trzech miejscach udaje się złagodzić tę nieudolności scenami komediowymi, ale mam nieodparte wrażenie, że "Z miłości do..." byłoby lepszym filmem, gdyby sobie ten chórek darowano.

Ocena: 5

środa, 18 września 2013

The Congress (2013)

Boże miłosierny, jakiż ten "Kongres" jest nudny! Ostatnio widziałem sporo kiepskich filmów, ale nawet one nie wynudziły mnie tak bardzo, jak nowe dzieło Formana. Chwilami chciało mi się wyć i łazić po ścianach. Los najwyraźniej chciał mi tego oszczędzić, skoro mając tyle okazji do obejrzenia filmu, zawsze coś mi wypadało i nie mogłem się wybrać do kina. Niestety, jak się uprę, to los musi skapitulować.


Najdziwniejsze w "Kongresie" jest to, że pomimo swojej niebywałej, epickiej nudy, jest zarazem filmem niezwykle pięknym. Wiele scen zapiera dech w piersiach. Do tego sprytnie wykorzystuje idee Lema, by opowiedzieć o tym, że wolność nie istnieje. Prawdę od fałszu dzieli tylko stopień akceptacji zniewolenia. I jeszcze ta pętla na końcu, gdzie jedno "ja" spotyka drugie ja". Są tym samym, a jednocześnie czymś zupełnie innym. Fascynująca idea, która tak naprawdę zostaje rzucona w przestrzeń, dla widza do zastanowienia się nad nią, zaś cały film jest jedynie przygotowaniem do tego (i może właśnie stąd ta cała nuda).

"Kongres" miał być chyba popisem aktorskim Wright. Ale wypada ona tu o wiele słabiej niż chociażby w "House of Cards".

Ocena: 4

wtorek, 17 września 2013

Diana (2013)

A cóż to za pokraka! Żaden to film biograficzny. Wydaje się, że postać księżnej Diany jest tu wykorzystana przez przypadek, wyłącznie jako zabieg marketingowy. Film owszem wykorzystuje kilka jej słynnych wypowiedzi, pojawiają się też sceny znane z pierwszy stron gazet. Ale nie ma to większego znaczenia, ponieważ twórcy w żadnym momencie nie pochylają się nad postacią Diany, nie próbują jej zrozumieć, czy przybliżyć widzowi.


Zamiast tego dostajemy coś, co udaje sztampowy melodramat. Ale nawet odbity blask sławy Diany nie jest w stanie pomóc filmowi, by uczynić z niego głęboko przejmującą opowieść miłosną (ale żeby być fair, w tej chwili chyba żaden film o miłości nie wywarłby na mnie większego wrażenia, właśnie kończę czytać "Eight White Nights" i to jest dopiero niesamowita i poruszająca historia). Gdyby zamiast Diany była nikomu nieznana Zuzia, na seansie nie pojawiłby się nawet pies z kulawą nogą. Papierowe postaci, banały zamiast prawdziwych dialogów i aktorzy, którzy mizdrzą się do kamery w najbardziej obrzydliwy sposób (a wydawało mi się wczoraj, że gorzej od Kota w "Yumie" już być nie może).

Gdzie się podział ten Hirschbiegel z "Eksperymentu" czy "Upadku"? Dlaczego "Diana" jest tak pusta? Nie ma w niej nic z tego, czego byłem świadkiem, kiedy przypadkowo, nie mogąc zasnąć włączyłem w nocy BBC i zobaczyłem relację z Paryża. To naprawdę robiło wrażenie. Kinowa "Diana" nie jest nawet wyblakłą kopią tamtego fenomenu.

Ocena: 3

poniedziałek, 16 września 2013

Crisis Point (2012)

Czy Rhona Mitra popadła w jakieś straszliwe tarapaty? Chyba tak, bo nie widzę innego powodu, dla którego miałaby mieć cokolwiek wspólnego z czymś tak złym jak "Crisis Point".



Cóż to była za straszliwa tortura! Fabuła sprawia wrażenie, jakby ją napisał 10-latek jako pracę domową i to wcale nie starając się uzyskać dobrą ocenę. Poziom aktorstwa chwilami spadał poniżej tego, co akceptowane jest nawet na planie pornosów. Wyglądało to tak, jakby nikt, absolutnie nikt nie był zainteresowany produkcją, wszyscy chcieli po prostu odbębnić swoje i mieć to z głowy.

Mam nadzieję, że nie wpłynie to negatywnie na karierę Mitry. Jest na to szansa, bo wątpię, by "Crisis Point" zobaczyło sporo ludzi.

Ocena: 2

niedziela, 15 września 2013

Yuma (2012)

Burza w szklance wody. Twórcy "Yumy" sporo obiecują. Szkoda, że obietnic nie dotrzymują. Bo nie jest to wcale opowieść o młodzieńcu, którego demoralizują łatwe i do tego niezbyt legalnie zdobyte pieniądze. Nie jest to też opowieść o traumie, która cieniem kładzie się na losach dwóch kumpli. Nie jest to nawet historia o konsekwencjach złamanego serca. Elementy tych historyjek owszem w filmie się znajdują, ale przez sito twórczych decyzji przeszło niewiele.


Został więc typowe dla polskiego kina "teatrzykostwo", którego symbolem jest rosyjski akcent Kota. Ten koszmar będzie mi się śnił po nocach. Ogólnie, im bliżej twórcy są swoich bohaterów, tym gorzej. Może właśnie dlatego najlepiej wypada tło, realia epoki, a przede wszystkim muzyka. Muchow postarał się. Szkoda, że tylko on.

Ocena: 5

The Love Patient (2011)

Czasami ważniejsze od tego co się podaje, jest to, jak się to podaje. Jednym z tych przypadków jest właśnie "Chory z miłości".


Jako film fabularny "Chory z miłości" zupełnie się nie sprawdza. Jest słabo wykonany, nierówny, miejscami przejaskrawiony, chwilami zbyt uproszczony. Ale, gdyby tak całość pociąć na kilkuminutowe skecze i wrzucić jako serię na YouTubie – byłaby to rewelacja. Tam nadekspresja sprawdza się doskonale, a do tego w małych dawkach "Chory z miłości" jest naprawdę zabawny. Jasne, rozumiem, że prestiżowo fajniej jest powiedzieć, że zrobiło się pełnometrażowy film, ale sukces z prestiżem nie zawsze idzie w parze.

Ocena: 5

Le Skylab (2011)

Julie Delpy ma jednak smykałkę do kręcenia tego rodzaju filmów. Niby nic się tu nie dzieje. Ot, spotkanie rodzinne i jak to zwykle bywa jest trochę wesoło, trochę smutno, chwilami bohaterowie się kłócą, innym razem bawią. Delpy dodała do tego traumę wojenną, jak również pierwsze doświadczenia z progu dojrzałości.


Nie ma w tym filmie nic nowego. Jednak Delpy wszystko bardzo zgrabnie prezentuje. Relacje między członkami rodziny są ukazane w sposób sprawiający wrażenie prawdziwych i nieudawanych. I choć "Skylab" zdecydowanie nie jest filmem odkrywczym, to wcale być nie musi. Przez samą narrację ogląda się go z ciekawością.

Ocena: 6

Roland (2013)

Znakomita krótkometrażówka. Świetny pomysł i równie udane wykonanie. Takie shorty mogę oglądać cały czas.


"Roland" to opowieść o zwyczajnym sklepie, jego pracownikach i irytujących klientach. Ale opowiedziana jest jak historia o psychopatycznym mordercy. Przy czym tak naprawdę nie wiadomo, kto tu jest większym psychopatą. Czy jest to Roland, który chwilami wydaje się być o krok od przekroczenia morderczej granicy (scena z farbą na twarzy!)? A może klient domagający się dostępu do pracowniczej toalety?

Do tego świetne zakończenie. Genialne!

Ocena: 8

Numbers & Friends (2013)

Opowieść o obsesji jaka rodzi się z potrzeby aklimatyzacji do nowego świata, nowych idei, nowych obyczajów. To przypowieść o zagubieniu i kreowaniu artefaktów bliskości.


Pomysł jest całkiem fajny, ale jak dla mnie całość jest po prostu zbyt przegadana. Za to forma jest pomysłowa. Przez to jestem rozdarty. Pół mnie chciałoby postawić filmowi wysoką notę, a połowa zmiażdżyć go jak się tylko da.

Ocena: 4

Sam's Formalwear (2012)

Według opisu ma to być film zabawny. Cóż, ja mam chyba inne poczucie humoru, bo dla mnie "Sam's Fromalwear" jest raczej filmem przygnębiającym. Sam to człowiek przegrany. Córka jest już prawie dorosła i nie bardzo go potrzebuje, z żoną się rozwiódł, a biznes właśnie upada. Jedyne, co mu pozostało, to wspomnienie z przeszłości, kiedy był młody, beztroski i zakochany. Kończąca film piosenka, to gwóźdź do trumny dla każdego, kto patrzy na swoje życie i widzi, że punktem kulminacyjnym była studniówka, a potem już spadał w dół.


Ocena: 6

Paradise Falls (2013)

Opowieść o samotności i młodzieńczej żyłce do przygody. Poetycka wizja nawiedzonego domu, która zamiast straszyć fascynuje. Duchy nie są tu bytami mściwymi, lecz pomocnymi, a wzajemna relacja oparta na akceptacji okazuje się zbawienna dla obu stron.


"Paradise Falls" jest jak bajka na dobranoc, po której można smacznie zasnąć. Jest to zarazem zaleta, jak i wada filmu, bowiem w innych warunkach niż oglądanie wieczorem przed snem, będzie po prostu nużyć.

Ocena: 5

Relax, I'm from the Future (2013)

Zabawny film o tym, jak zwodnicze są podróże w czasie. Siłą filmu jest jego przewrotność. Kto tu jest dobry, a kto zły, kto ofiarą, a kto sprawcą, komu można ufać i wreszcie na ile podróże w czasie łączą się z kompetencjami.


Lubię krótkometrażówki, które są wyraziste i pomysłowe. "Relax, I'm from the Future" spełnia oba te warunki.

Ocena: 7

Young Wonder (2013)

Wyobraźnia dziecka nie zna granic. A jeśli ktoś miał co do tego wątpliwości, to "Young Wonder" powinien je rozwiać. Ponieważ ja ich nie miałem, więc dla mnie rzecz okazała się zupełnie pozbawiona wyrazu i mocnej pointy. Ot, taki sobie short, do jednorazowego obejrzenia w sam raz.


Ocena: 5

sobota, 14 września 2013

Atlas Shrugged II: The Strike (2012)

No cóż, część druga "Atlasu zbuntowanego" nie może liczyć u mnie na równie łagodne traktowanie, co część pierwsza. Jedyny plus tej produkcji to radykalizacja poglądów. Podoba mi się to, że twórcy przestali owijać w bawełnę i już jawnie nawołują do obalenia centralnej władzy. Dzięki temu pokazują, że anarchizm wcale nie jest ideą lewicową, jak to się powszechnie przyjmuje.


W części pierwszej twórcy zdefiniowali ideały, jakim hołdują i wskazali głównych wrogów. W części drugiej nastąpiło doprecyzowanie tego, czym jest ruch, który wspierają. Dostało się więc i malkontentom spod znaku 99% jak i spekulantom walutowym, których twórcy nie uważają za prawdziwych kapitalistów. Kapitalizm to dla nich bowiem nie wartość wirtualna, a rzeczywiste, fizyczne wytwarzanie czegoś.

I choć są to idee, z którymi jestem w stanie się zgodzić, to sposób ich prezentacji zupełnie mi nie pasuje. Wymiana prawie całej obsady wcale nie wpłynęła na poprawę jakości filmu. Owszem aktorstwo było poważnym problemem jedynki, ale – jak to pokazuje "Atlas zbuntowany cz. 2" – nie najważniejszym. Głównymi wadami pozostaje kiepski scenariusz i jeszcze gorsza reżyseria. Niestety, całość jest strasznie męcząca i obejrzałem ją tylko za sprawą silnej woli. Aczkolwiek kilkakrotnie byłem na skraju podjęcia decyzji o przerwaniu seansu.

Ocena: 3

czwartek, 12 września 2013

This Is the End (2013)

Wybierając się do kina na "To już jest koniec", tak naprawdę nie wiedziałem, co mnie czeka. Zarówno twórcy, jak i aktorzy są strasznie chimeryczni. Z jednej strony pamiętam rewelacyjnego "Supersamca" i "Boski chillout", z drugiej strony wolałbym zapomnieć o "Straży sąsiedzkiej" czy "Waszej Wysokości". "To już jest koniec" okazało się jednak pierwszorzędną komedią, która rozkłada na łopatki.


Jest tu wszystko, czego tylko dusza zapragnie: postmodernistyczne zabawy konwencją i liczne nawiązania do klasyki popkultury. Mamy krwawą jatkę, sceny pełne obrzydliwości, kicz i groteskę przemieszaną z satyrą na współczesne Hollywood. A wszystko to zanurzone w sosie czystej, nieskrępowanej komedii. "To już jest koniec" to kino stworzone przez szaleńców dla szaleńców.

To drugi utrzymany w podobnej konwencji film. I choć "John Dies at the End" jest pod każdym względem lepszy, dzieło Goldberga i Rogena jest słabsze tylko nieznacznie.

Ocena: 8

środa, 11 września 2013

Paranoia (2013)

W sumie to powinienem podziękować twórcom. Dzięki "Paranoi" dowiedziałem się, jak musi się czuć para z 40-letnim stażem uprawiająca seks. Zero zaskoczeń, ostatni gest jest wiadomy, zanim jeszcze wszystko się zacznie, w trakcie następuje mechaniczne zaliczanie kolejnych etapów procesu, a całość wlecze się niemiłosiernie podczas, gdy uczestnicy aktu marzą tylko o jednym, by to się wreszcie skończyło.


Przez cały film modliłem się choćby o jedno zaskoczenie, ale niestety twórcy nie zechcieli mnie wysłuchać. Wszystko, dosłownie wszystko jest w tym filmie oczywiste. No dobra, dwóch rzeczy nie trafiłem do końca: myślałem, że Emma jest córką pracująca w firmie tatusia, a okazała się zwyczajną pracownicą; byłem też przekonany, że Ocura nie istniej, że jest to jedynie przynęta.

Mimo że scenariusz jest kalką 1:1, to scenarzyści i tak znaleźli w tym wszystkim miejsce na popełnienie banalnych błędów. Jak choćby sceny z Adama z Tomem. Za pierwszy razem Adam mówi mu Tom, ale na drugi dzień ni stąd ni zowąd mówi mu per "Pan". Albo Jock na przyjęciu przedstawia Adamowi Emmę, jakby ci się spotkali dopiero pierwszy raz, podczas gdy Jock wysłał ją wraz z Tomem na rozmowę rekrutującą Adama.

"Paranoja" to zdecydowanie najgorszy film w dorobku Luketica. Może jednak powinien pozostać przy romansach. Zdecydowanie lepiej mu wychodzą.

Ocena: 3

wtorek, 10 września 2013

You're Next (2011)

"Następny jesteś ty" to przykład niezbyt dziś już modnego kina będącego postmodernistycznym zlepkiem różnych pomysłów i konwencji. Mamy więc trochę "Halloween", posypanego elementami z "Najścia", a wszystko to wysmarowano bardziej komediowymi wstawkami rodem z filmu "Kevin sam w domu". Razem tworzy to przedziwną mieszankę: zarazem bardzo znajomą a jednocześnie zaskakującą. Główne zwroty akcji nikogo chyba nie zaskoczą, za to drobniejsze fabularne fikołki są całkiem przyjemne.


Dla miłośników jatki, takich jak ja, "Następny jesteś ty" ma kilka naprawdę zabawnych momentów (jak choć scena z blenderem; ciekawe jakiej jest marki, bo mój prędzej by się zepsuł niż dokonał takiego dzieła zniszczenia). Chwilami jest też naprawdę zabawny. Kilka tekstów bardzo mi się spodobał ("Fuck me next to your dead mother" jest chyba moim ulubionym).

W sumie była to niezła zabawa i reżyser całkowicie się zrehabilitował w moich oczach za żenująco słabą nowelkę w "ABCs of Death".

Ocena: 7

Éclat du jour (2013)

Bunt nastolatków często prezentowany jest jako nagła eksplozja, grom z jasnego nieba, który sprawia, że aniołek przemienia się w diabła. Jednak twórcy "Éclat du jour" pokazują, że tak wcale nie jest. Energia, która za parę lat będzie musiała szukać ujścia, zaczyna gromadzić się już na kilka lat przed rozpoczęciem dojrzewania. Impulsy agresji i namiętności, jeszcze nieukształtowane, już zaczynają dawać o sobie znać, często w sposób, który dorosłych musi przyprawiać o szok.


Niestety "Éclat du jour" nie zrobiło na mnie zbyt dużego wrażenia. Film wydał mi się mocno przekombinowany. Zamiast inteligencji widzę tu raczej pozę. I nie jest to nawet poza efekciarska, czy mogliby mnie skusić i zamydlić oczy.

Ocena: 5

Noah (2013)

Całe życie w komputerze. Jeszcze nie tak dawno wydawało się to być pomysłem rodem z SF. "Noah" pokazuje, że przyszłość już nadeszła. I wizja, może nie jest tak spektakularna, jak w powieściach science fiction, ale jest niemniej fascynująca. Przynajmniej dla mnie, bo też świat, jaki prezentuje jest mi kompletnie obcy.


Patrick Cederberg i Walter Woodman w pigułce pokazują dzisiejszą egzystencję, powierzchowną i opartą na fałszu. Oczywiście nie oznacza to wcale, że wcześniejsza rzeczywistość (nieonline'owa) była w mniejszym stopniu powierzchowna i oparta na fałszu. Teraz jednak doszło do tego lenistwo. Kiedyś trzeba się było trochę bardziej napracować mydląc komuś oczy. Noah bez Google'a nie byłby w stanie tak łatwo ściemniać na temat Radiohead. Nie byłby też pewnie tak szybko w stanie zakończyć/rozpocząć relacji. Reakcja między wyciągnięciem (błędnych) wniosków a podjętym działaniem byłaby odroczona. I to chyba ta natychmiastowość jest tak fascynująca. To, jak i konieczność wytworzenia w sobie filtrów segregujących chłam od tego, co naprawdę ważne.

Szkoda, że w pewnym momencie robi się trochę wykład moralny. Ale trwa to tylko chwilę, więc jakoś przełknąłem.

Ocena: 8

Out (2013)

Rodzinne spotkanie. Syn ma coś do ogłoszenia. Nie przewidział, że jego rewelacja będzie miała aż tak "gościnne" przyjęcie...


"Out" jest naprawdę zabawnym filmikiem. Trochę szkoda, że jest aż tak oczywisty, przez to pointa nie zaskakuje, a to odbiera trochę frajdy. Jednak scena z matką i kieliszkami krwi jest bezbłędna. W sumie więc nie pozostaje mi nic, jak tylko pogratulować twórcy poczucia humoru.

Ocena: 6

poniedziałek, 9 września 2013

Riddick (2013)

Nie dziwię się Dieselowi, że bardzo chciał nakręcić kolejny film o Riddicku. To jest naprawdę świetny bohater. Problem w tym, że chyba lepszy jako idea, niż jako istota zdefiniowana, z krwi i kości (nawet jeśli tylko celuloidowych).


"Riddick" to oczywiście wielki krok w dobrym kierunku po nieszczęsnych "Kronikach". Jednak mam wrażenie, że zamiast powrotu do korzeni mamy próbę wejścia przez twórców raz jeszcze do tej samej rzeki, co – jak wiadomo – nie jest możliwe. Diesel i Twohy są rozdarci. Z jednej strony pozostają świadomi poprzednich filmów, z drugiej strony "Riddick" funkcjonuje raczej jako reboot niż jako kontynuacja. Nie ma tu żadnej ewolucji bohatera, a raczej powtórka z rozrywki. Co niestety wypada nieco anachronicznie. Film jest jak maszyna do podróży w czasie. Poczułem się, jakbym powrócił do końca ubiegłego stulecia, kiedy to tanie kino SF święciło triumfy (oprócz "Pitch Balck" największe wrażenie w tamtym okresie robił na mnie "Cube"). I choć "Riddick" ma swoje momenty (głowa!), to jednak jako całość wciąż pozostawia sporo do życzenia. No i nie do końca kupiłem cały wątek z psiakiem.

Ocena: 6

Lola Versus (2012)

Ze zdumieniem przyjąłem fakt niskiej oceny filmu na IMDb i jeszcze niższej oceny na RT. Nie pojmuję, jak "Lolę Versus" można uważać za słabszy film od "Frances Ha"? Oczywiście u mnie kolejność jest odwrotna. "Frances Ha" wydało mi się filmem na siłę starającym się być uroczym, podczas gdy "Lola Versus" po prostu nim jest. Ma prostą historyjkę i równie łagodną narrację. Sympatyczni bohaterowie sprawiają, że choć w teorii jest to opowieść o roku chaotycznego życia głównej bohaterki, całość ogląda się bardziej jako miłą i niezobowiązującą powiastkę, w której nic poważnego tak naprawdę się nie dzieje.


Sukces filmu w moich oczach "Lola Versus" zawdzięcza drugiemu planowi. Sama Greta Gerwig gra dokładnie tak samo, jak we wszystkich innych filmach, w jakich ją widziałem. Za to spodobała mi się nieco szalona i rozkojarzona Zoe Lister Jones jako Alice, a przede wszystkim Ebon Moss-Bachrach, który znalazł się w dwóch moich ulubionych scenach z filmu (scenie stosunku i scenie zerwania).

Ocena: 7

niedziela, 8 września 2013

Freier Fall (2013)

SPOILERY!

Kay to bezwzględny drapieżnik. Doskonale wie, jak dorwać się do swojej ofiary. Najpierw obserwuje stado i wybiera najsłabszą jednostkę. Potem znajduje sposób, by tę jednostkę odłączyć od stada. Następnie podchodzi go cichaczem, że zanim się zorientuje jest już po niej. Kończy się oczywiście zaciśnięciem szczęk na gardle (ok, w tym przypadku mamy do czynienia z zaciśnięciem zwieraczy i to wcale nie na gardle), kiedy ofiara już ulegle poddaje się losowi.


No tak, ale "Siła przyciągania" to film o miłości, a nie o drapieżnikach i ofiarach. A zatem zamiast gwałtu w lesie mamy "przełamywanie lodów", zamiast naprzykrzania się i prześladowania w miejscu pracy, podążanie za głosem serca, a gdy dochodzi do pierwszego zbliżenia, na twarzy Kaya nie gości uśmiech triumfu, a radość spełnienia. Kiedy zaś Kay żąda od Marca przyznania, że jest gejem, to wcale nie chodzi mu o zawładnięcie Markiem w całości, zdobycie nie tylko ciała ale i duszy, lecz jest to wyraz cierpienia z miłości. Wreszcie, kiedy Marc poświęca wszystko, wcale nie zostaje porzucony, lecz po prostu sam sobie jest winien, że tak długo zwlekał.

Sprytny reżyser. Wystarczy wmówić widzowi, że jest to historia miłosna, a interpretacja dwuznacznych scen, staje się jednoznaczna. Nie dla mnie. Dlatego też "Siła przyciągania" rozczarowała mnie. Wydała mi się całkowicie fałszywa. No, nie całkowicie. Sceny z żoną były na tyle prawdziwe, na ile jest to możliwe w kinie. Niestety są to ledwie dwie sceny, to za mało jak na cały film.

Oczywiście mogę na film spojrzeć też nieco łagodniejszym okiem. Być może za bardzo dałem się ponieść hasłom promującym film. Być może to wcale nie jest film o miłości, ale o obecnym pokoleniu, które wszystko chce mieć "teraz", "już". Kay jest idealnym uosobieniem tego pokolenia. Nie ma za grosz cierpliwości i zrozumienia, że Marc może nie być gotowy. Zamiast pozwolić mu się oswoić z myślą, że może kochać mężczyznę, Kay wyważa drzwi, naciska, by Marc zdeklarował się natychmiast. A kiedy ten tego nie czyni, zamiast poczekać, znika. Jest różnica między losem, który sprawia, że tracimy okazję, a człowiekiem, który decyduje się uciec, zamiast poczekać na bądź co bądź ukochanego. Jest w tym coś straszliwie fatalistycznego.

Ocena: 5

Pariah (2011)

Kolejna identyczna historia o outsiderze w dość hermetycznej społeczności. Zero zaskoczenia. Taką fabułę mógłbym opowiedzieć przez sen. Wszystkie standardowe elementy zostały zaliczone, no może poza jednym – Alike nie ma chłopaka, którego by mogła zwodzić. Ale za to jest matka, która jest zaniepokojona, dziewczyna, która chce się tylko zabawić, no i oczywiście bohaterka musi być wrażliwa, więc jest poetką.


Na samą myśl o tym, jestem już zmęczony. Ale, choć fabularnie "Parias" jest tak wtórny, jak to tylko możliwe, to jednak został świetnie opowiedziany. I to go ostatecznie obroniło. Jest w tym filmie kilka wyśmienitych scen, w tym moja ulubiona – nocnej "rozmowy" ojca z córką, kiedy on chce ją spytać o orientację, ale nie robi tego, a ona chce go spytać o pozamałżeński romans, ale też tego nie robi. Cudownie rozpisana i zagrana scena, po której "Parias" dostał moje pełne rozgrzeszenie.

Ocena: 7

Beautiful Creatures (2013)

"Piękne istoty" to ten sam przypadek, co "Dary Anioła". I tu też nigdy nie kusiło mnie, żeby sięgnąć po książki. I też nie chciałem filmu zobaczyć, ale spojrzałem na obsadę i lista ulubionych aktorów skusiła mnie. Różnica polega na tym, że kiedy w końcu mogłem na film wybrać się do kina, nie było go już w repertuarze (tak samo jak niedawno z "Byzantium"). Musiałem więc poczekać, aż trafi na rynek kina domowego.


Niestety to nie jedyna różnica do "Darów Anioła". "Piękne istoty" są filmem pod każdym względem słabszym. Głównym problemem jest fakt, że poza wątkiem przeklętej miłości fabularnie całość zieje pustką. Nie ma nic do zaoferowania. Szczęściem w nieszczęściu okazał się wybór reżysera. LaGravenese jest sprawnym rzemieślnikiem, więc cherlawą historyjkę daje się jakoś przełknąć. Pomaga też Alden Ehrenreich, do którego coraz bardziej przekonuję się jako do aktora. Szkoda, że partnerująca mu Alice Englert nie ma choćby odrobiny ekranowej charyzmy. Równie wiarygodnie wypadłby w roli Leny manekin.

Żal mi Ironsa, Davies, Thompson i Rossum. Mam nadzieję, że ostro dali popalić swoim agentom, że nie powstrzymali ich przed tą oczywistą pomyłką.

Ocena: 5

sobota, 7 września 2013

A Good Old Fashioned Orgy (2011)

Po "Millerach" zacząłem się zastanawiać, czy przypadkiem nie traktuję filmów z Jasonem Sudeikisem za ostro. Chwilami są przecież zabawne. Ale teraz obejrzałem "Zróbmy sobie orgię" i już wiem, dlaczego większość filmów z jego udziałem wysokich not ode mnie nie dostaje.


"Zróbmy sobie orgię" opowiada o grupie przyjaciół, którzy w domu jednego z nich ciągle balują. Kiedy jednak jego ojciec wystawia dom na sprzedaż, czasy zabawy dobiegają końca. Na ostatnią imprezę wybrany zostaje najodważniejszy z możliwych tematów: orgia. Pomysł świetny, niestety komedia średnio zabawna. Śmiesznych scen da się zliczyć na placach jednej ręki (najlepsza jest Lin Shaye i jej mina, kiedy bohaterowie przyłapują ją ze straponem).

Sam Sudeikis jest naprawdę uroczy jako porządny facet z sąsiedztwa. Niestety nie jest ani trochę zabawny. Podobnie jak i większość jego towarzyszy.

Ocena: 5

Atlas Shrugged: Part I (2011)

"Atlas zbuntowany" to chyba jeden z najbardziej szokujących i fascynujących filmów, jakie miałem okazję oglądać w ostatnich latach. To, co zrobili twórcy jest chore w tym, jak przewrotnie potraktowali częsty w kinie motyw walki Dawida z Goliatem. Ale, ku mojemu zaskoczeniu, ma to ręce i nogi i mogłoby być bardzo przekonujące, gdyby tylko zostało lepiej zrealizowane.


"Atlas zbuntowany" można traktować jako sztandarowe dzieło propagandy Tea Party. I jest to najlepsza wizytówka ruchu, jaką można sobie wyobrazić. Twórcy bowiem zupełnie ignorują postulaty ze sfery moralności skupiając się jedynie na dwóch sprawach: wolności przedsiębiorczości i własności. I w tym zakresie trudno się z ideami filmu nie zgadzać. Twórcy twierdzą bowiem, że mechanizmy gospodarcze w swojej najczystszej postaci tworzą niezawodny system samoregulujący. Problem w tym, że jest to utopia. Politycy i media są tutaj demonami niszczącymi ludzką przedsiębiorczość. Ingerencja rządu w procesy przepływu kapitału uważana jest tu za podstawowy grzech, który prowadzi do wszystkich kryzysów i plag, jakie mogą spaść na świat. Gdyby politycy nie pchali się do gospodarki, wszystko działałoby – zdaniem twórców filmu – cacy. Bo też prawdziwy kapitalista to jest właśnie filar każdej społeczności, a tak pogardzane przez ruchy lewicujące cechy jak egoizm, nastawienie na zysk, bezwzględność – tu są opiewane jako najważniejsze cnoty. Ponieważ zysk wypracowany przez kapitalistę rozchodzi się na wszystkich związanych z jego biznesem (pracowników, kontrahentów, a nawet zwyczajne pijawki w postaci niewdzięcznych żon i głupkowatych braci).

To fascynujące oglądać całkowitą antytezę kina lewicowego i świadomego społecznie, jakie w przybytku X Muzy zdaje się dominować od wielu, wielu lat. Niestety całość jest po prostu tragicznie zrealizowana. Sztywna gra aktorska, montaż robiony chyba przy użyciu siekiery, chwilami aż bolały mnie od tego oczy.

Ocena: 5

Extraterrestre (2011)

Drobne kłamstewko. Co to komu szkodzi? Otóż szkodzi, i to bardzo. Ponieważ kłamstwo wynika z ludzkich lęków, kompleksów, niepewności i tchórzostwa przed konfrontacją. Ale nie jest to jedyny efekt naszych przywar. Na żyznym pokładzie kłamstw nasze kompleksy zaczynają nabierać tężyzny. Jedno kłamstwo już nie wystarcza. Pojawia się kolejne i kolejne, a wraz z nimi obsesja, paranoja, w końcu przemoc. Sytuacja wymyka się spod kontroli. Naprawić to można tylko... kolejnym kłamstwem.


Jeśli ktoś spodziewał się po nowym filmie Nacho Vigalondo opowieści o kosmitach i inwazji na Ziemię, ten się srogo rozczaruje. Poza widocznym od czasu do czasu gigantycznym spodkiem unoszącym się nad miastem, w filmie nie ma żadnych kosmitów. Są oni jedynie tłem, niczym drobniutki odłamek lustra z baśni o Królowej Śniegu zmieniając perspektywę, wpływając na to, jak interpretujemy zdarzenia. Na tym tle rozgrywa się bardzo zwyczajny dramat czwórki osób splątanych węzłem skomplikowanych relacji uczuciowych.

Wyszedł z tego całkiem intrygujący film. Vigalondo pozytywnie mnie nim zaskoczył.

Ocena: 6

środa, 4 września 2013

The Mortal Instruments: City of Bones (2013)

Nigdy w życiu nie przyszłoby mi do głowy przeczytać "Miasto kości". Nie sądziłem też, że kiedykolwiek obejrzę jego ekranizację. Niestety spojrzałem na obsadę i widząc całą masę lubianych przeze mnie aktorów nie wiedziałem, co począć. W końcu się złamałem i wybrałem do kina. Byłem pełen czarnych myśli. Widziałem jedną część "Zmierzchu", więc wiem, do czego zdolni są twórcy. Na szczęście moje obawy nie do końca się sprawdziły.


Wszystko dlatego, że wątek miłosny nie jest aż tak bardzo akcentowany. Owszem jest kilka masakrycznie kiczowatych scen (jak choćby pocałunek w ogrodzie). Poza tym jednak film oferuje całkiem niezłą przygodówkę. I wcale mi nie przeszkadzało to, że jest to pokraczna wersja "Gwiezdnych wojen", w końcu dzieło Lucasa oryginalnością też nie grzeszyło. Film trzyma w zasadzie równe tempo. Kilka sekwencji ma naprawdę udanych, a bohaterowie mogliby być nawet interesujący, gdyby filmowcy zatrzymali się na chwilę i włożyli choć trochę wysiłku w przybliżeniu ich widzom.

Największym problemem "Miasta kości" jest ewidentny brak humoru, choć widać, że miał być. Niektóre sceny są napisane właśnie z myślą o ich komediowym wydźwięku. Postać Jace'a, z tym jego ironicznym podejściem do świata, ewidentnie miała rozładowywać napięcie wywołane niezręcznościami kiczowatych części romansowych. Niestety reżyserowi nie udało się tych aspektów wydobyć i uczynić z nich żywą tkankę całości. Za zbrodnię uważam też to, że w filmie o wątku kazirodczym angażuje się Lenę Headey, a potem w ogóle się tego nie wykorzystuje. Żadnego mrugnięcia okiem do widza, który przecież musi kojarzyć "Grę o tron". Wstyd!

Ocena: 6

Die Lebenden (2012)

Rozumiem, że reżyserka przeżyła parę traumatycznych chwil, kiedy odkrywała sekrety swojej rodziny. Jestem nawet w stanie uznać za naturalne, że próbowała przepracować to przez swoją twórczość. Ale niestety czasem, kiedy jesteśmy zbyt blisko związani z historią, nie potrafimy jej opowiedzieć właściwie. I to jest właśnie przypadek obrazu "Ci, którzy żyją i umierają".


Film nie sprawia w ogóle wrażenia dzieła autentycznego. Zamiast tego mamy ciągłe powielanie tych samych schematów ukrywania rodzinnej przeszłości, romans z Żydem, itp., itd. Ale jeszcze wtórność mógłbym przebaczyć. Gorzej jest wtedy, kiedy reżyserka uderza w poetyckie tony. Niestety zamiast stawać się uduchowionym, film dostaje wzdęć. Za to kilka muzyczny kawałków było naprawdę całkiem niezłych.

W tym temacie zdecydowanie bardziej podobał mi się chociażby "Spacer po wodzie".

Ocena: 5

wtorek, 3 września 2013

Silent House (2011)

Człowiek niczego nie zapomina. Niczego też nie wybacza. Choćby nawet sprawiał wrażenie, że wszystko jest w porządku i przeszłość poszła w niepamięć. Wystarczy wrócić na miejsce zbrodni, wystarczy drobny szczegół, by to, co ukryte, wyszło na jaw. A rezultat można porównać tylko ze zniszczeniem dokonanym przez długo uśpiony wulkan.


Sarah wraz z ojcem i wujem wraca do domu, w którym nie była od lat. Powracają, by posprzątać, naprawić wyrządzone przez czas i wandali szkody i sprzedać całą posiadłość. Wkrótce Sarę ogarnie strach. Ojciec gdzieś zniknie, w domu pojawi się ktoś obcy. Panika i przerażenie zaciskają się wokół dziewczyny. Ale jeśli myślała, że to jest straszne, to się myliła. Później będzie bowiem jeszcze gorzej...

"Cichy dom" oglądałem z zainteresowaniem głównie ze względu na techniczne rozwiązania. Twórcy mieli niezwykle ambitny pomysł prezentacji swojej opowieści tak, jakby została nakręcona w jednym ujęciu. I choć tak nie jest, to mimo wszystko realizacja horroru, w którym ujęcia mają po kilkanaście minut, była karkołomnym przedsięwzięciem. Z jednej strony budowało to rzeczywisty klimat napięcia. Pomagała w tym mocno Olsen, która całkiem nieźle poradziła sobie z rolą Sary. Z drugiej strony nie udało się uniknąć przypominania widzom, że jest to tylko film, kiedy w paru miejscach oświetlenie kamery jest aż zanadto widoczne. To z kolei psuło napięcie, bo przypominało, że mamy do czynienia jedynie z grą na potrzeby kina. A horror wymaga pełnej akceptacji wydarzeń. Mimo to całość nie jest tak zła, jak myślałem, że będzie. A finał, choć oczywisty, jest mimo wszystko satysfakcjonujący.

Ocena: 6

poniedziałek, 2 września 2013

Tomorrow You're Gone (2012)

Charlie, zdewastowany traumatycznymi przeżyciami z dzieciństwa, jest polem walki. Diabeł i anioł robią wszystko, by skłonić Charliego do wybrania tej lub innej ścieżki życia. Diabeł wydaje się mieć przewagę. W pogrążonej w mroku duszy Charliego nic nie wskazuje na to, by została chociaż jedna iskra dobroci. Ale jej brak sam w sobie staje się potrzebą, którą podsyca anioł. Walka nie toczy się o życie, to zostało już przegrane. Tu wojna prowadzona jest o coś istotniejszego – o spokój.


Ktoś tu się zbyt dużo naoglądał Lyncha. Nie wiem tylko, czy dotyczy to autora powieści (i zarazem scenarzysty), czy raczej reżysera. W każdym razie "Tylko teraz" przywodzi na myśl "Zagubioną autostradę" czy "Mulholland Drive". Mnie to akurat odpowiadało, ale jestem w stanie zrozumieć, dlaczego wszędzie ma bardzo niskie noty. "Tylko teraz" to podróż w głąb ludzkiego umysłu. Jeśli ktoś tego szybko nie złapie, ten po 15 minutach filmu będzie musiał skapitulować pogubiwszy się w labiryncie wydarzeń, które mają/nie mają miejsce.

Stephen Dorff ostatnio miał kilka ciekawych ról i ta z całą pewnością do nich się zalicza. Niestety przez większość widzów nie zostanie doceniona (kto chce bowiem oglądać film, który na IMDb ma średnią 3,7?).

Ocena: 7

Blue Jasmine (2013)

Nie pamiętam, by Woody Allen kiedykolwiek był aż tak okrutny dla swoich bohaterów. Zazwyczaj miał na podorędziu poduszkę pełną amortyzującego upadek humoru. Tym razem pozbawił ich asekuracji i rzucił na głęboką wodę ludzkich rozczarowań, pragnień, niemożliwości. A wszystko to udźwignąć musiała Cate Blanchett. I uczyniła to koncertowo. Choć "Blue Jasmine" nie znajdzie się w czołówce moich ulubionych filmów Allena, to rola Blanchett pozostanie ze mną na dłużej.


Jasmine, kobieta stworzona (przez nią samą) w tylko jednym celu: by wieźć wygodne życie. Ale za luksusy trzeba płacić. W przypadku Jasmine tą ceną była ignorancja. Do pewnego momentu rachunki regulowała skrupulatnie. W zamian za co otrzymywała sukienki od Diora, wycieczki do Wiednia i Monako, błyszczenie na przyjęciach nowojorskiej socjety. Ale kiedy jest się nikim, wszystko ma znaczenie. Zmiana jest nie do zaakceptowania. Tak kształtuje się tragedia.

Może właśnie dlatego Jasmine tak bardzo irytuje jej siostra Ginger. Ona nigdy nie wzniosła się na wyżyny społecznej drabiny, ale za to jest o wiele bardziej elastyczna. Los może rzucać ją w sam środek sztormu, Ginger, z pozoru słaba i niezborna, potrafi przetrzymać to wszystko. Jest zwyczajna, ma ciężkie życie, a luksus widzi tylko w telewizji. Tak jednak kształtuje się triumf.

Ocena: 7

Ninja (2009)

"Ninja" trafił w moją sentymentalną strunę. Kiedyś oglądałem tego rodzaju filmy hurtowo. Ale potem VHS-y wypadły z obiegu, a wraz z nimi jakoś minęła mi ochota na kino kopane. Film Isaac Florentine doskonale wpisuje się w tamte produkcje i może dlatego oglądałem "Ninję" z taką przyjemnością.


Gdybym miał oceniać "Ninję" obiektywnie, tu musiałbym go uznać za straszną kichę. Fabuła ledwo się klei, a i tak pełno jest dziur i nielogiczności (skąd na przykład Temple wie, gdzie dokonana będzie wymiana i jak się Masazuka zorientował, że na niego też dybią?). Na szczęście film został tak zrobiony, że lewa półkula mogła sobie odpocząć i wyłączyłem myślenie. Potraktowałem całość jako testosteronową bajeczkę z fajnie kopiącym Adkinsem. I to wystarczyło, by dać mi satysfakcję.

Ocena: 6

Ce que le jour doit à la nuit (2012)

Kraje mogą powstawać i upadać. Można stracić ojcowiznę, rodziców, przyjaciół. Jednak w perspektywie całego życia liczy się tylko jedno: miłość. To ona jest punktem odniesienia, wyznaczając przełomowe chwile w życiu bohatera "Co dzień zawdzięcza nocy".


Film ten to niezwykły fresk opowiadający o Younesie, algierskim chłopcu, który większość swego życia spędził żyjąc wśród białych kolonistów. Zakochał się też w pięknej, Émilie o kaukaskich rysach. I podczas gdy on bije się z myślami, co zrobić z ukochaną, jego rodzinny kraj przepoczwarza się strącając z siebie jarzmo zniewolenia. To jednak nie ma dla niego znaczenia. Liczy się tylko jego duma i honor, które staną na przeszkodzie jedynego uczucia, jakiego nie powinno się tłumić.

Po film sięgnąłem wyłącznie przez wzgląd na występującego w nim Salima Kechiouche'a. Niestety aktor ma tu drugoplanową rolę do odegrania, więc za dużo go nie zobaczyłem. Miło jednak było obserwować, jak prezentuje się w innym wydaniu niż zazwyczaj. Sam film też jest ciekawy, ale nie zrobił na mnie aż tak imponującego wrażenia, jakie chciał wywrzeć reżyser kręcąc prawie trzygodzinne widowisko. Dużo opowiada o emocjach, ale chwilami wydaje mi się, że nie do końca przenikają one przez ekran, przez co całość wydaje się niepotrzebnie przytłumiona.

Ocena: 6

niedziela, 1 września 2013

Stolen (2012)

Standard terapeutycznego kina akcji. Takie filmy w zasadzie nie ma potrzeby oglądać, są aż tak przewidywalne. Jedyne co pozostaje to pościgi i strzelaniny, ale te tu też niczym specjalnym nie zaskakują.


Mamy więc faceta, który musi naprawić relacje z bliską mu osobą. Podobnie jak w przypadku "Uprowadzonej", jest nią córka. Jedyny sposób, to jej porwanie, które pozwoli tatusiowi wykazać się w roli bohatera. To załatwia naszemu facetowi jego były wspólnik, który wini go za utratę nogi i wszystkie inne nieszczęścia, jakie go spotkały. Chce 10 milionów dolarów, których nasz bohater nie ma. Zaczyna się wyścig z czasem...

Chyba nie muszę mówić, jak to się kończy? Jest to tak oczywiste jak fakt, że słońce wschodzi na wschodzie.

Ocena: 4

L'âge atomique (2012)

Ugh. Nie ma nic bardziej żałosnego od hipsterów. Przynajmniej tych z filmu "Atomowy wiek".


Nie wiem, czy o to chodziło reżyserce, ale Victor i Rainer (swoją drogą jakże polskie imię) są dla mnie dwójką pozerów. W ślepym poszukiwaniu bycia jakimiś, udają, krygują się, przekonując samych siebie (i świat wokół), że odrzuca ich konsumpcyjny styl życia (choć przecież bardzo starannie dobierają zewnętrzne elementy maski, które są niczym innym jak atrybutami konsumpcjonizmu), że czują pustkę, ból. W rzeczywistości są płytcy, miałcy i totalnie bezbarwni. Gdyby nie ta silna tendencja do uniformizacji w oryginalności, zniknęliby niczym białe plamy na wybielonej ścianie.

Sam film jest godny swoich bohaterów: pozerski i nadęty. Te wszystkie kretyńskie dialogi stylizowane na egzystencjalne rozmyślania, celebracja gestów, które nie komunikują nic poza totalną pretensjonalnością.

Jakie szczęście, że film trwa godzinę. I tak z trudem dotrwałem do końca.

Ocena: 2

The Lucky One (2012)

Zac Efron jako komandos próbujący poradzić sobie z zespołem stresu pourazowego? Wygląda to jeszcze komiczniej, niż brzmi. Na szczęście jest nim tylko przez pierwsze kilka minut. Później przyjmuje lepiej do niego pasującą rolę niedźwiadka rozpalającego wyposzczoną rozwódkę.


Jak na ekranizację książki Sparksa przystało, "Szczęściarz" to bajeczka o tym, że podczas gdy wokół giną ludzie, niektórym fart sprzyja niezależnie od tego, jak bardzo na to nie zasługują. Ale w filmie ukazani są jako rozkosznie urocza para, więc chce się kibicować w ich nieskomplikowanej drodze ku rodzinnej harmonii.

Nawet jak na adaptację Sparksa ten film jest strasznie pusty. Na szczęście wystąpiła w nim Blythe Danner, co trochę ukoiło moją irytację.

Ocena: 5

Smitty (2012)

Jak uratować film, który ma gówniany scenariusz? Należy odwrócić od niego uwagę widza. A najskuteczniej można to osiągnąć wrzucając do filmu urocze zwierzę. Tak też zrobili twórcy filmu "Mój przyjaciel Smitty".


W filmie pojawia się wiele znanych twarzy. Musieli oni wszyscy mieć nóż na gardle i pilne rachunki do zapłacenia. Inaczej nie potrafię sobie wytłumaczyć tego, jak ktoś po przeczytaniu tekstu mógł się zgodzić na udział. Jest on po prostu straszny. Wiłem się z bólu za każdym razem, kiedy z ekranu znikał pies. Bo też tylko on był jasnym punktem całości: inteligentny i sympatyczny. Szkoda, że nie był autorem scenariusza, pewnie film wyszedłby ciekawszy.

Ocena: 4