czwartek, 31 października 2013

Carrie (2013)

Wow! Jestem pod wielkim wrażeniem. Nie spodziewałem się, że w XXI wieku w kraju bądź co bądź rozwiniętym może powstać równie "oświecone" dzieło. Dawno już nie widziałem tak politycznie niepoprawnego filmu. Od czasu do czasu zdarzało się, że któraś z płci w kinie pokazywana jest w niekorzystnym świetle, jednak nie przypominam sobie, by w ostatniej dekadzie czy dwóch powstał film tak totalnie miażdżący kobiety.


Gdybym był kobietą i feministką, to oskarżyłbym reżyserkę o zdradę i kolaborację. "Carrie" to bowiem druzgocący obraz zepsucia, jakim jest kobieta. Żadna istota płci żeńskiej nie jest bez winy, różny jest tylko stopień przeżarcia zgnilizną. Kobieta jest nieczysta z samej swej natury, którą zdradza krew menstruacyjna. Seksualność zawsze prowadzi do grzechu, a często i gorszych rzeczy, jak psychoza czy opętanie. W takiej sytuacji nawet suka alfa musi budzić litość, bowiem za jej próbą zniszczenia innych kryje się własna słabość i kompleksy. W "Carrie" jest sporo bohaterek, ale żadna tak naprawdę nie może być uznana za pozytywną, nawet nauczycielka WF-u i jedna z uczennic, która próbuje naprawić "zło" są w gruncie rzeczy istotami słabymi.

Z tych wszystkich powodów "Carrie" jest filmem, z którego byłby zapewne dumny Heinrich Kramer, autor niesławnego "Młota na czarownice". Film Pierce idealnie komponuje się z "Malleus Maleficarum", w podobnych barwach odmalowując kobiecą naturę. Reżyserka chyba naprawdę nie lubi kobiet. Wystarczy przypomnieć sobie "Nie czas na łzy", którego bohaterką jest dziewczyna pragnąca być chłopakiem.

A jak sprawuje się "Carrie" jako horror? Niestety niezbyt dobrze. Kiedy ogląda się Carrie powoli szlifującą swoje moce, to naturalnie oczekuje się po scenie na balu prawdziwej eksplozji. Ta jednak nie następuje. Piekło, jakie rozpętuje Carrie, wygląda mało imponująco. O wiele ciekawiej wypada następująca potem konfrontacja z matką. I jest to jedyna naprawdę fajna sekwencja.

Ocena: 5

środa, 30 października 2013

The Fifth Estate (2013)

Nie dziwi mnie zupełnie fakt, że Assange jest przeciwny temu filmowi. I nie chodzi tu o negatywną prezentację jego osoby. Choć oczywiście tak jest, tyle tylko, że ta konstrukcja jest tak filmowa, iż bliżej jej do postaci House'a niż do kogoś z krwi i kości. Nie, "Piąta władza" to kino propagandowe i to najgorszego sortu, bo jednostronnie naiwne. Morał filmu jest jasny: wierzcie i kupujcie wyłącznie prasę drukowaną, bo tam postępuje się w sposób etyczny, z szacunkiem dla ludzkiego życia. Za to Internet jest bezwzględny, nie ma żadnych skrupułów w osiąganiu własnych celów.


Ale tak naprawdę ideologia jest najmniejszym problemem "Piątej władzy". Gorzej, że sam film jest straconą szansą. Po pierwsze został zrealizowany w cudacznie anachroniczny sposób. Wygląda raczej na tani film science-fiction z lat 80. próbujący ukazać bardzo bliską przyszłość. Odsłania całkowitą bezradność jeśli chodzi o próbę ukazania świata współczesnych technologii. Te metaforyczne obrazki z setkami biurek były po prostu żałosne.

Jeszcze gorzej wypada "Piąta władza" na poziomie poruszanych tematów. W zasadzie mogę powtórzyć tu zarzut, który miałem wobec "Pussy Riot". Twórcy ślizgają się po powierzchni, bez zagłębiania w intrygujące problemy. A tych jest w tym filmie multum, wystarczyło sięgnąć i voilà. Jak choćby rozkosznie naiwna koncepcja "wolnego dostępu do informacji". Przecież nigdy w historii ludzkości człowiek nie miał pełnego i swobodnego dostępu do informacji. Jeśli wierzyć Biblii, nawet w Raju Adam i Ewa mieli zakaz dotyczący właśnie pełni poznania. Przez tysiąclecia problem ten jednak nie miał większego znaczenia, a to za sprawą prędkości przepływu informacji, który liczony był w miesiącach, a czasem i latach. Dziś wszystko – w teorii – może stać się dostępne w sekundę, dla każdego w prawie każdym miejscu na Ziemi. Dopiero teraz więc pojawia się pytanie o granice dostępu do informacji. Ale ten temat ignorowany jest przez twórców, choć są go świadomi, bowiem nie jest tak, że się zupełnie nie pojawia. Tyle tylko, że kiedy jest podejmowany, to nie przez bohaterów filmu, a w materiałach archiwalnych, rzeczywistych wypowiedziach prawdziwych ludzi.

"Piąta władza" mogłaby też lepiej opowiedzieć o naturze wojny, która jest brutalna. Oraz o bohaterstwie buntującego się przeciw systemowi. Postać Daniela aż prosiła się o takie potraktowanie (zwłaszcza za sprawą ostatnich scen). Ale i tu twórcy wykazali się niezrozumiałą biernością. W całym filmie jest tylko jedno autentycznie interesujące zdanie, wypowiedziane przez bohatera granego przez Davida Thewlisa.

Filmu nie broni nawet aktorstwo. Benedict Cumberbatch jest zbyt manieryczny, za mało w nim naturalności i swobody. Ale jest i tak najlepszy z całej obsady. Reszta aktorów jest kompletnie bezbarwna, że gdyby nie to, iż znam ich z innych filmów, to w ogóle nie zwróciłbym na nich uwagę.

Ocena: 3

wtorek, 29 października 2013

Показательный процесс: История Pussy Riot (2013)

Nie lubię tego rodzaju dokumentów. Nie widzę w nich większego sensu. "Pussy Riot: modlitwa punka" jest tylko i wyłącznie relacją reportażową, kompilacją szotów informacyjnych z bladą próbą pogłębienia portretu trójki skazanych członkiń grupy. Nie dowiedziałem się z filmu nic ponad to, co już wcześniej wiedziałem dzięki wiadomościom telewizyjnym i internetowym.


Dokument ten ma bardzo prostą konstrukcję i nie wychodzi poza podstawowe fakty. Nawet biograficzne dane z dzieciństwa bohaterek podane są w sposób suchy. Film nie pokusił się ani o analizę Pussy Riot, ani o osadzenie ich działań w szerszym kontekście. Nie stawia trudnych pytań, od których mi się roiło w głowie. Nie jest też w żadnym razie diagnozą czy to społeczeństwa rosyjskiego czy też ustroju państwa czy też sztuki i granic wolności twórczej. To kino płytkie i efekciarskie, pokazujące nieistotny ruch, nieistotne dziewczyny, nieistotne wydarzenia, którym znaczenie nadały media i które to media znaczenie to starały się utrzymać. Ale prawda jest taka, że dziś nikt już nie pamięta o Pussy Riot. Teraz mówi się o Soczi w kontekście gejów i lesbijek, czy też o "chuliganach" z Greenpeace.

Ocena: 5

poniedziałek, 28 października 2013

Machete Kills (2013)

"Maczeta zabija" powinna robić na mnie równie pozytywne wrażenie, co część pierwsza. W końcu, kiedy myślę o poszczególnych elementach, film wypada świetnie. Bichir jest świetny jako szaleniec. Gibson cudownie gra rolę proroka/zbawiciela/niszczyciela światów. Sofía Vergara jako Desdemona – absolutne cudo. I fajnie było zobaczyć w końcu Zarora w amerykańskiej produkcji. Mam nadzieję, że nie po raz ostatni. Do tego wszystkiego cała masa odniesień do kina i do osobistych biografii występujących w nim gwiazd. Wszyscy śmieją się z samych siebie bez żadnej krępacji.


A jednak złączone w jedną całość te świetne elementy zamiast zyskać na wartości, mocno tracą. Film jest zbyt "czysty" wizualnie, przez co zamiast do produkcji z lat 70. z nurtu sexplotation, bliżej mu do idiotyzmów ze stajni Asylum. "Maczeta zabija" nie ma też właściwego tempa. Niby cały czas coś się dzieje, ale jednocześnie co chwilę łapałem się na tym, że się nudzę. W sumie film wydał mi się raczej sequelem (i to niezbyt udanym) "Hot Shots 2", niż kontynuacją "Maczety".

Ocena: 4

sobota, 26 października 2013

გრძელი ნათელი დღეები (2013)

Pozytywne zaskoczenie prosto z Gruzji. Film, który jest zarazem obrazem wojennym i przypowieścią o wkraczaniu w świat dorosłych. W sumie, jak się głębiej nad tym zastanowić, to oba tematy są sobie bardzo bliskie i kino czasami te podobieństwa wykorzystywało, ale rzadko w sposób taki jak w "In Bloom".


To, co rzuca się w oczy, to sposób pokazania wojny. Jest ona praktycznie nieobecna. Zwyczajni mieszkańcy żyją tak, jak żyli dotąd. Większymi problemami są pijany mąż, kłótliwa matka, irytująca siostra, czy naprzykrzający się dzieciak z sąsiedztwa. Znaki wojny pojawiają się na drugim planie: braki w dostawie produktów, kolejki po chleb, zbrojni mężczyźni pojawiający się tu i tam, wiadomości w telewizji. Nie jest to ten rodzaj wojny, jaki kino lubi najbardziej. Nie ma w niej nic wyjątkowego. I właśnie w tym tkwi wartość filmu. Wojna nie jest tu w żaden sposób gloryfikowana. Jest raczej jak pogoda. Zwyczajni ludzie nękani są burzami, suszami. Wojna to kolejna plaga, która może skomplikować życie, ale dla której życie się nie zatrzyma. Czy tego chcemy, czy nie, żyć trzeba, dorastać trzeba, uczyć się o uczuciach i konsekwencjach tradycji.
(Zurab Gogaladze)
"In Bloom" to kino przygnębiające. Pokazuje bowiem, jak nasiąkamy zachowaniami, które nas irytują u innych, lecz które później sami uskuteczniamy w najlepsze. To też opowieść o tym, jak łatwo jest stracić okazję, dokonać złego wyboru lub zostać postawionym w sytuacji, kiedy wyboru się w ogóle nie ma. Smutne to kin, w którym jedyną nadzieją jest chwila spokoju. Ale co to za nadzieja, skoro spokój ten odnaleźć można jedynie w więzieniu.

Ocena: 6

The Rocket (2013)

Australia rzadko walczy o Oscara w kategorii film obcojęzyczny, więc skoro nadarzyła się okazja zobaczenia tegorocznego kandydata, postanowiłem z niej skorzystać. Szczerze mówiąc nie spodziewałem się po tym filmie zbyt wiele. Opis nie był wcale zachęcający. Na szczęście już dawno przekonałem się, że kierowanie się opisami katalogowymi to najgorszy błąd, jaki można popełnić.


"Rakieta" zaskoczyła mnie swoją prostotą i jednoczesną złożonością. Film jest bardzo optymistyczny, wręcz naiwny w swoim przesłaniu, a jednak potrafi w sposób poruszający dotykać tematów ludzkich tragedii, wojennych traum i bezwzględnej obojętności globalnych mechanizmów na potrzeby i pragnienia jednostki. Ten film to bajka, ale w pozytywnym znaczeniu tego słowa. To rzecz, która przydałaby się w polskim kinie do rozliczenia z niedawną przeszłością i zaleczenia ran. Jakoś jednak nie wyobrażam sobie tej lekkości i bezpretensjonalności u naszych twórców. "Rakieta" z łatwością mogła stać się bombą cukrową, której nie dałoby się znieść. Reżyserowi udało się jakimś cudem tego uniknąć. Za to ma u mnie ogromny szacunek.

Ocena: 7

Płynące wieżowce (2013)

Tego mi trzeba było po "Zabić bobra": potwierdzenia, że w Polsce można jednak zrobić film przeciętny, ale zgodny ze standardami światowymi. I "Płynące wieżowce" właśnie czymś takim są. To wciąż nie jest kino wielkie, ani nawet dobre, ale z całą pewnością poprawne, w żadnym wypadku nie odbiegające od tego, co się obecnie kręci poza naszymi granicami. Film Wasilewskiego z jakichś powodów najbardziej kojarzy mi się z niemieckimi produkcjami, a jego poziom ustaliłbym na coś pomiędzy "Żniwami" a "Siłą przyciągania". Po obrazie o tak pretensjonalnym tytule jak "Płynące wieżowce" nie spodziewałem się aż tyle, więc jestem mile zaskoczony.


Co wcale nie oznacza, że film jest wolny od typowo polskiej bolączki filmowej. Wzdęcie artystyczne daje się we znaki głównie w warstwie dialogowej. Chwilami teksty sięgają poziomu najgorszych nabzdyczonych filmów (np.: - Czyja jesteś? - Twoja; albo: - Kocham cię. - Będziesz miał zmarszczki). Rzadziej, ale też w kilku miejscach obrazy zdradzają przesadne ambicje. Na szczęście Wasilewski nie serwuje nam tego wszystkiego w takiej dawce, co Kolski, więc dało się to jakoś przetrzymać bez większego stresu.

Najbardziej w "Płynących wieżowcach" spodobało mi się to, że nie jest to tak naprawdę opowieść miłosna. Uczucie rozkwita gdzieś poza kadrem, a to, co widzimy na ekranie, to są jego reperkusje. I trochę szkoda, że pomysł ten nie został konsekwentnie zrealizowany. W filmie znalazło się kilka scen, dla których przy tym podejściu nie ma miejsca, które pojawiają się raczej z potrzeby pokazania pełnego spektrum zdarzeń związanych z miłością gejowską czy też w ogóle z byciem gejem. Mam też problem z postacią Michała, której było albo za dużo albo za mało. Za dużo, jeśli uznać początkową ustawkę, która czyni głównym bohaterem Kubę. Za mało, jeśli reżyserowi zależało na pokazaniu konsekwencji miłości Kuby i Michała z dwóch (czy nawet trzech) perspektyw.

Ocena: 6

Ps. Twórcy trochę przesadzili z efektami dźwiękowymi. W scenach "kiblowych" brzmiało to tak, jakbyśmy zamiast pary facetów mieli do czynienia ze stadem bawołów u wodopoju.

piątek, 25 października 2013

Zabić bobra (2012)

Po takich rzeczach jak "Zabić bobra" tracę resztki nadziei na możliwość powstania w Polsce dobrego filmu. Skoro nawet dzieło Kolskiego mnie odrzuciło. A przecież "Zabić bobra" to film o szaleństwie. To jedna z tych opowieści, które - wydawało mi się - mógłbym słuchać i oglądać godzinami i nigdy by mi się nie znudziły. Niestety w tym przypadku fascynacja tematem obróciła się przeciwko mnie i cierpiałem katusze, jakbym był w siódmym kręgu piekieł.


Z drugiej strony, dlaczego mnie to dziwi. W końcu "Zabić bobra" to typowa polska produkcja. Zamiast zagłębić się w fantastyczny temat, fabuła jest tu pretekstem do realizacji artystycznych wizji reżysera. W ten sposób na ekranie co chwilę mamy do czynienia z napuszonymi dialogami, aktorzy muszą uciekać się do nadekspresji, bo przecież teatralność jest wyznacznikiem "Sztuki". Historia wymaga finezji, ale dla Kolskiego jest to równoznaczne z użyciem bomby atomowej do zabicia komara. Wali po łbie, kiedy powinien ledwie szeptać. Zamiast budować relację między dwójką bohaterów, on pokazuje ładne ale nic nie wnoszące do historii obrazki, po czym wymaga od nas, byśmy uwierzyli na słowo, że więź pomiędzy dwójką bohaterów jest bardziej zawiła niż to pokazał. Przy zakończeniu ręce mi po prostu opadły. Taki zawód. Szkoda, że Kolski zmarnował fajny temat.

Ocena: 3

Matterhorn (2013)

Kino holenderskie może niezbyt często oglądam, ale kiedy już tak się dzieje, to zazwyczaj nie jestem rozczarowany. Od ładnych paru lat w Holandii powstają filmy dokładnie w takim stylu, jaki lubię. "Matterhorn" to tylko jeden z ostatnich przykładów.


To, co wyróżnia film, to bohaterowie. Są to postaci wyraziste, nietuzinkowe, a łącząca ich relacja z jednej strony jest absurdalna, a z drugiej bardzo wiele mówiąca o życiu. "Matterhorn" balansuje na granicy między głupotą a genialnością. I choć nie popada w żadną z tych skrajności, to jednak cały czas potrafi zatrzymać moją uwagę. Niebanalna historia, której punktem wyjścia są dość banalne tragedie (nawet jeśli dla samych bohaterów niezwykle traumatyczne), rozwija się stopniowo w opowieść o odkupieniu i łamaniu ograniczeń percepcji świata. Wszystko podano jednak z wyczuciem. Może nie do końca reżyser wykorzystał potencjał tkwiący w historii. Mam poczucie niedosytu. Ale i tak byłem pozytywnie zaskoczony. Oby dobra passa holenderskiego kina trwała dalej.

Ocena: 6

czwartek, 24 października 2013

Museum Hours (2012)

Są takie filmy, które intelektualnie doceniam, widzę ich wartość, jestem w stanie uznać za ciekawe posunięcia reżysera, ale które mimo to całkowicie mnie odrzucają. Do tej grupy zaliczam właśnie "Godziny otwarcia". Wyszedłem z kina tak wypruty, jakbym co najmniej osiem godzin spędził w kamieniołomie. Miałem serdecznie dosyć wszystkiego.


A przecież jest to film bardzo ciekawy. Podobał mi się splot materiałów dokumentalnych, improwizacji i elementów wideo-artu. Sceny dotyczące dyskusji na temat malarstwa Pietera Bruegela były wciągające (jedyne, które naprawdę mi się spodobały). Fajne było to, jak chwilami film zmieniał się w geriatryczną wersję "Przed wschodem słońca". Doceniam fakt tego, w jaki sposób reżyser uchwycił przemijanie. Ale emocjonalnie film był mi absolutnie obcy. Wiłem się nie mogąc doczekać się końca. Wszystkie te dyskusje, obrazy, które powinny mnie wciągnąć, zachęcić do kontemplacji, u mnie wywoływały efekt wręcz odwrotny. Może kiedyś spróbuję się z filmem zmierzyć ponownie, może wtedy wyciągnę z niego coś więcej niż tylko to, że choć jest wartościowy mówi językiem, który jest mi obcy.

Ocena: 4

La piscina (2011)

No tak. Kolejny film o niczym, który próbuje udawać, że ma coś interesującego do powiedzenia. I owszem, obserwowanie interakcji może być ciekawym ćwiczeniem psychologicznym na temat dynamiki grupy. Jednak dla mnie było to mało odkrywcze, a przez to niezbyt interesujące. Jedyną wartością filmu dla mnie była obecność Raúla Capote. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś będę miał okazję obejrzeć go na dużym ekranie.


No dobra. Jest jeszcze jedna rzecz, która niepomiernie mnie intryguje. Z notki katalogowej wynika, że film był nakręcony w 2009 roku, ale proces postprodukcji trwał kolejne parę lat. Jestem ciekaw, dlaczego trwało to tak długo, skoro na ekranie praktycznie nic się nie dzieje. Większość scen jest prostych i całą sztuka polegała na wybraniu takich ujęć, by utrzymać stałe tempo opowieści. To nie mogło być aż tak trudne, by zabrało reżyserowi trzy lata.

Ocena: 5

środa, 23 października 2013

Rocker (2012)

Chronić przed upadkiem oznacza niestety chronić przed wyzdrowieniem. Troska o dobro dziecka może zaś nie być tak altruistycznym zachowaniem, jak to się na pierwszy rzut oka wydaje.


Victor jest samotnym ojcem. Jego syn to dorosły już człowiek, ale biorąc pod uwagę stosunek Victora do niego, można by odnieść wrażenie, że jest wciąż małym chłopcem. Victor ma dobre usprawiedliwienie, by tak syna traktować: Florin jest bowiem narkomanem. I to tego najgorszego sortu, dającym sobie w żyłę. Victor więc wziął na swoje barki odpowiedzialność za dobro syna. Nie polega ono jednak wcale na zmuszeniu chłopaka do rzucenia nałogu, ale do przejęcia nad tym nałogiem kontroli. To Victor kupuje narkotyki, to on je przygotowuje synowi i wydaje o ściśle określonych porach.

"Rocker" to kino na swój sposób niezwykle interesujące. Reżyser Marian Crişan unika bezpośredniej oceny swoich bohaterów. Na pozór jest to jedynie bezosobowa obserwacja zachowania głównego bohatera. Ale już sama ta decyzja sugeruje, że mamy tu do czynienia z czymś więcej, niż się wydaje, a przynajmniej, że możemy mieć. Przez taką formę reżyser zachęca widzów do zadawania pytań, do wyjścia poza łatwe interpretacje i zbadanie motywacji głównego bohatera. Dlaczego ojciec podjął się roli dilera syna? Dlaczego syn zaczął brać? Jaką w tym wszystkim rolę pełni niespełniona (chyba?) fascynacja ojca rockiem i to, że syn jest liderem rockowej kapeli? Niektóre z odpowiedzi mogą wskazać drogę ku mrocznym interpretacjom, a relacji ojciec-syn nadać mocno toksycznego charakteru. I to mi się właśnie w filmie Crişana spodobało.

Ocena: 6

Η αιώνια επιστροφή του Αντώνη Παρασκευά (2013)

Strzeżcie się tych, którzy cieszą się sławą dzięki telewizji. Na małym ekranie może wydają się mili, sympatyczni i niegroźni. Ale rzeczywistość jest inna. Mówi się, że to władza deprawuje (a sława wypływająca z telewizji wiąże się z olbrzymią władzą). Ten film pokazuje, że jest inaczej. Władza nikogo nie deprawuje, to zdeprawowani czują potrzebę sięgnięcia po władzę.


"I aionia epistrofi tou Antoni Paraskeva" mogło być filmem naprawdę ciekawym. I chwilami tak rzeczywiście jest. Kiedy absurd łączy się z szarością codzienności (jak choćby w scenie pseudoteledysku). Niestety problem polega na tym, że reżyserka wybrała dość często i gęsto uczęszczaną drogę i wpadła w koleiny narracyjne kina minimalistycznego. Stąd nic tak naprawdę oryginalnego nam nie mówi. Fabuła toczy się w sposób tak przewidywalny, że wręcz rozczarowujący. Gdyby nie aktor grający głównego bohatera, naprawdę można byłoby się zanudzić na śmierć.

Ocena: 6

Salvo (2013)

Ależ ten film jest piękny. I jakże bezdennie głupi. Szkoda, że akurat taka kombinacja powstała, bo przez to nie mogę się spokojnie filmem zachwycać.


Jednak od strony wizualnej "Salvo" robi niesamowite wrażenie. Zdjęcia od początku zachwycają, a kiedy już jakieś ujęcie zrobi na mnie szczególnie wielkie wrażenie i wydawać mi się będzie, że lepiej być nie może, bach i twórcy udowadniają, że się myliłem, że jednak można zrobić coś piękniejszego. Podoba mi się też to, jak twórcy operują różnymi stylistycznymi estetykami. Mamy więc trochę kina gangsterskiego, potem genialną sekwencję, jedną z najlepszych w gatunku "obcy w domu", a pod koniec są świetne nawiązania do spaghetti westernu (tylko muzyki Morricone zabrakło).

Podobało mi się też to, jak ukazano relacje żołnierzy mafii ze zwykłymi ludźmi. Przywodzi to na myśl społeczeństwo feudalne, gdzie plebs musiał usługiwać szlachetnie urodzonym i ich rycerzom. Ta mieszanka fascynacji, uniżoności i pogardy z jaką dwójka goszczących Salvo traktuje bohatera jest naprawdę fascynująca do oglądania.

Niestety sama historia jest po prostu kretyńska. Gdyby nie oprawa, to nie wiem, czy zdołałbym wysiedzieć do końca. Nawet twórcy telenowel wstydziliby się wprowadzić równie naiwny wątek. Koszmar!

Ocena: 6

wtorek, 22 października 2013

Don Jon (2013)

"Don Jon" dobitnie pokazuje, jak katastrofalne skutki dla psychiki ma nagminne oglądanie pornografii. Bo też trzeba mieć naprawdę mocno nie tak z głową, by Scarlett Johansson uznać za kobietę idealną. W "Don Jonie" wygląda bardziej jak ukraińska ulicznica niż samica alfa. Nie ma w sobie za grosz seksapilu, choć obcisłe wdzianka mile podkreślają jej kształty. Wystarczy jednak jedno spojrzenie na jej kartoflaną twarz, by cały urok wyparował.


A sam film? To trzecie reżyserskie dzieło Gordona-Levitta, jakie mam przyjemność oglądać i niestety najsłabsze. Jak na razie wszystko wskazuje na to, że jest filmowym sprinterem. W krótkiej formie sprawdza się doskonale. Ale przy pełnym metrażu dostaje zadyszki i nie wytrzymuje do końca. "Don Jon" świetnie się zaczyna. Jest dynamiczny, barwny, widać pomysł na bohaterów ale i na sposób narracji. Pod koniec niestety pojawiają się rozgotowane kluchy, bohaterowie stają się coraz bardziej papierowi, a rozwiązania są tak ograne w kinie, że wygląda to po prostu słabo. Nawet sam Gordon-Levitt na początku rządzi na ekranie, by pod koniec wyglądać jak wymoczek.

Mam nadzieję, że nabierze kondycji i kolejnego jego pełne metraże będą już pełnowartościowymi dziełami.

Ocena: 6

poniedziałek, 21 października 2013

The Kill Team (2013)

Czy ten film miał wzbudzić moje współczucie dla Adama Winfielda, który poszedł na wojnę bronić ojczyzny, a wrócił oskarżony o morderstwo z premedytacją? Jeśli tak, to reżyser zawiódł na całej linii. Nie mam nawet joty współczucia dla Winfielda i jego rodziców. Nie widzę w nich ofiar, no chyba że ofiary losu. W pełni zasłużyli na to, co dostali.


To nie jest tak, że Adam Winfield nie miał wyboru. Armia amerykańska nie jest armią poborową, służba jest tam dobrowolna. Winfield zaciągnął się z własnej, nieprzymuszonej woli. Był niepełnoletnim chuchrem, któremu marzyło się bycie dzielnym wojakiem. Każdy, kto wybiera wojsko, bo wierzy w hasła o honorze i dzielności, jest kretynem, który prosi się o kłopoty. Wojsko to usankcjonowane morderstwo. Tak zwane przepisy i regulaminy mają na celu zagłuszenie wyrzutów sumienia i ułatwienie udawania, że mamy tu do czynienia ze sprawiedliwością i prawem. Ale to jest tylko próba nazywania gówna różą w nadziei, że mniej będzie śmierdzieć. Mam większy szacunek dla tych, którzy nie udają, którzy wykorzystują wolność jaką daje armia do ekspresji własnych mrocznych popędów. Zabrzmi to może strasznie, ale lepiej, żeby zabijali na froncie niż na osiedlu obok.

Biedny Winfield zobaczył, jak wojna wygląda naprawdę i poskarżył się rodzicom. A ci uznali, że dobrze zrobi, jeśli spróbuje przeczekać do końca swojej misji nie brudząc się przy tym za bardzo. Owszem, w filmie jest sporo samousprawiedliwiana, jako to dzwoniło się tu i tam. Jednak Winfield nigdy nie zrobił tego, co należało, jeśli naprawdę uważał, że dzieje się coś złego. I nawet jeśli nikogo sam nie zabił (jego nagrane zeznanie jednak mocno go obciąża), to i tak jest winny śmierci niewinnych, jako bierny współudziałowiec. Facet zachował się jak kibic Polonii, który wszedł obwieszony symbolami swojej drużyny do baru pełnego pijanych kibiców Legii, a potem dziwi się, że dostał łomot. A czego się chłopak spodziewał? Manier rodem z Wersalu? Nie. Naiwność wcale nie jest urocza. Naiwność może być zbrodnią.

Sam film jednak jest całkiem ciekawy, ale jako obraz systemu, który sankcjonuje "peer pressure", czyli psychologiczny mechanizm wymuszania na jednostce zachowań konformistycznych. W wojsku nacisk ten uskuteczniany jest szantażem "na tchórza" (jak zresztą w większości męskich grup). Zasada jest prosta: rób to co my albo jesteście tchórzem. Paradoks polega jednak na tym, że robiąc tak, jak cała reszta, jednostka rzeczywiście jest tchórzem, ponieważ boi się posądzenia o bycie tchórzem. To fascynujący mechanizm, który w armii został usankcjonowany jako właściwe postępowanie służbowe.

Ocena: 6

Isteni müszak (2013)

Jedna z pierwszych scen filmu: człowiek z alergią, główny bohater próbuje zrobić nacięcie do tracheotomii, potrąca go pies, więc rozharatał całą szyję delikwenta, krew tryska na wszystkie strony. Ta scena zapowiada krwawą ale zarazem zabawną komedię. I chwilami rzeczywiście tak jest. Problem w tym, że przerw w komedii nie udało się zapchać czymś równie udanym.


Słabością "Niebiańskiej zmiany" jest też to, że reżyserowi nie wystarczyło zrobienie czarnej komedii. Jego film usilnie stara się być metaforą wojny, jej bezsensowności oraz przypadkowości. I metafora ta prawie funkcjonuje. No właśnie - "prawie", przez co miałem wrażenie filmu przerwanego w połowie. Dobrze przynajmniej, że krwi i humoru jest wystarczająco dużo, by te niedostatki przykryć.

Ocena: 6

niedziela, 20 października 2013

Môj pes Killer (2013)

Ależ mnie ten film zmęczył. Nuda, nuda, nuda, tragedia, nuda, nuda, nuda. Tak w skrócie można streścić "Mojego psa Killera". I najgorsze w tym wszystkim jest to, że dokładnie wiadomo, co złego i komu się tu wydarzy.


Jedyna wartość filmu Miry Fornay to przypomnienie, że ostracyzm na tle honoru klanu, rodziny, rasy to nie jest tylko domena islamskiej konserwy moralnej, ale zdarzyć się może wszędzie. Wystarczy, że czysta rasowo biała kobieta spółkować będzie z Romem. Surowa, niemal dokumentalna narracja może niektórym widzom imponować. Mnie jednak skutecznie usypiała. Nie odnalazłem w niej wewnętrznego rytmu. Nie było tu nic, co skłoniłoby mnie do refleksji. Całość jest zbyt czytelna jak na minimalistyczne kino, zbyt ostro ciosana. Nie wróżę Słowacji zbyt wielkich szans oscarowych z tym filmem.

Ocena: 3

S/Kidanje (2013)

A to ciekawe. Drugi dziś film serbski, jaki oglądam (po "Wirze") i druga identyczna konstrukcja: trzy historie rozgrywające się w tym samym czasie, ale opowiedziane jedna po drugiej. "Ści(ą)ganie" ma jednak więcej zalet jako kino rozrywkowe.


Wszystkie trzy historie pokazują, jakie są konsekwencje źle ulokowanych uczuć. Jeden chłopak chce się żenić ze striptizerką, która w ogóle nie wie o jego istnieniu. Drugi wpadł w pułapkę bycia najlepszym przyjacielem dziewczyny, choć ją kocha. Trzecia bohaterka ma obsesję na punkcie przyjaciela jej ojca. Miłość w ich przypadku jest niczym zaburzenie psychiczne: zaślepia, pozbawia myślenia racjonalnego, wszystko podporządkowuje zdobyciu i utrzymaniu swojej obsesji. Wszyscy kończą też w ten sam sposób: krwawią.

To, co sprawia, że "Ści(ą)ganie" fajnie się ogląda, to humor. Kosta Đorđević świetnie czuje się w komediowych klimatach z lekką nutą czarnego humoru. Scena na zapleczu klubu striptizowego, sprawdzanie makijażu przed "próbą samobójczą" czy szukanie członka z tatuażem bawią do łez. Po całym dniu zajęć tego rodzaju lekki i śmieszny film działa relaksująco.

Ocena: 7

Vi är bäst! (2013)

Lukas Moodysson powraca do czasów swojego dzieciństwa. W roku 1982, kiedy to rozgrywa się akcja "Jesteśmy najlepsi" (polski tytuł powinien chyba raczej brzmieć "Jesteśmy najlepsze", skoro wykrzykują go dziewczyny), miał 13 lat i tyle też mają jego bohaterki. Opowiada o tym, jak ważny dla ekspresji siebie w okresie przejściowym między dzieciństwem i dorosłością był wtedy punk. Moodysson pokazuje tę kontrkulturę jako fazę w rozwoju psychicznym człowieka, którą przechodzi się i porzuca, ale która jest niezbędna dla zdrowia jednostki.


"Jesteśmy najlepsi" jako konkretna historia wcale mnie nie porwał. Niespecjalnie przejąłem się bohaterkami i ich losami. Ale spodobał mi się pomysł na pokazanie młodzieży, to, że Moodysson odszedł od portretu drapieżnego propagowanego przez chociażby przez Korine'a. Bohaterki  Moodyssona wciąż są dziećmi, choć coraz bardziej niezależnymi i już próbującymi swoich sił w świecie dorosłych. Ale są to próby niezdarne, nie do końca udane. Znakomicie też pokazano świat dorosłych, rodziców, którzy sami wciąż jeszcze czują (lub chcieliby czuć) się młodymi i nie chcą przestać się bawić tylko dlatego, że ich dzieci są już prawie wystarczająco dorosłe, by same się upijać. Rzadko zdarza się, by te aspekty były akcentowane. Na pozór wydają się mniej filmowe od eksperymentowania z seksem.

Ocena: 6

sobota, 19 października 2013

Prince Avalanche (2013)

No proszę, kiedy David Gordon Green przestaje usilnie starać się być zabawnym, potrafi zrobić całkiem dobry film. Może częściej powinien sięgać po europejskie produkcje (choć czy Islandia to jeszcze Europa?). "Prince Avalanche" to portret współczesnego mężczyzny. Dwójka bohaterów prezentuje wszystkie postawy: pogoń za byciem "prawdziwym samcem" (co dla jednego oznacza umiejętność schwytania i filetowania ryby, a dla drugiego zaliczanie kolejnych lasek), pozerstwo, za których kryje się wrażliwość i niepewność co do własnej wartości.


Film utrzymany w bardzo "sundance'owym" klimacie składa się tak naprawdę z kilku scen rozmów pomiędzy dwójką bohaterów. Są one ciekawe, ale bez przesady. O wiele bardziej spodobała mi się scena spotkania Alvina ze staruszką na zgliszczach jej domu. Kiedy opowiada o swojej licencji pilota i nadziei, że może cudem się uratowała – wow, to było naprawdę mocne przeżycie. "Prince Avalanche" ma też sporo świetnych zdjęć. Czasami są to drobnostki (jak zbliżenie na oko Hirscha). Spodobała mi się też muzyka, bardzo skandynawska w duchu.

"Prince Avalanche" zaintrygowało mnie również pojawieniem się europejskich elementów, dla których nie powinno być miejsca w filmie rozgrywającym gdzieś na teksańskim zadupiu. Jak choćby piłka nożna (dziś może miałoby to uzasadnienie, bo piłka zaczyna być popularna w Stanach nie tylko wśród Latynosów, ale akcja filmów rozgrywa się w latach 80., kiedy sport ten był ignorowany przez zwyczajnych Amerykanów). Jeszcze dziwniejsze było przejście na system metryczny. W jednej chwili mówią o milach, a zaraz potem o metrach. Ciekawe, ile rodowitych Amerykanów używa takich pojęć jak "metr"? Ciekawe też, dlaczego te nieamerykańskie wtręty znalazły się w filmie.

Ocena: 6

Vir (2012)

"Wir" to przestroga dla tych wszystkich, którzy zadzierają z Cyganami. Oto trójka dzieciaków wiesza (a raczej próbuje powiesić) "kolegę" z klasy, właśnie Cygana. Przez następne lata będą za ten błąd płacić. Bogdan wyrósł na skina mającego problem z kontrolą gniewu. Kale morduje na prawo i lewo w autodestrukcyjnej ucieczce przed poczuciem winy spowodowanym aż za dobrze wykonanym zadaniem. Grof nie potrafi otrząsnąć się z wojennej traumy.


Choć akcja "Wiru" osadzona została w czasach po wojnie bałkańskiej, to tak naprawdę nie ma to żadnego znaczenia. Trzy historie ukazane w filmie mogłyby się rozegrać wszędzie, choćby i w dzisiejszej Warszawie. Dlatego też początkowe zdania są mylące i trochę oszukańcze.

Sam film jest dość niespójnym kolażem znakomitych momentów i scen straszliwie kiczowatych. Najlepsza jest chyba pierwsza historia, Bogdana (swoją drogą Nebojša Đorđević całkiem korzystnie wygląda jako skin). Druga też byłaby ciekawa, gdyby reżyser zrezygnował z pokazywania ducha. Dodatkowo Srđan Pantelić był zupełnie nieprzekonujący w scenie, w której się rozkleja. Z kolei w trzeciej historii strasznie sztucznie wypadły sceny wspomnień walk wojennych.

Za to "Wir" ma świetny temat muzyczny. Jego autor powinien sprzedać go Amerykanom, którzy mogliby go wykorzystać w milionie zwiastunów.

Ocena: 6

piątek, 18 października 2013

(2012) רוק בקסבה

Standard. Oddział młodych żołnierzy patroluje terytorium wroga. Nerwy mają napięte, bo widzieli, jak jeden z ich towarzyszy ginie w zamachu z udziałem sprzętu AGD. Jedni dopiero zaczynają służbę, inni są bliscy końca. Wszyscy próbują się jakoś odnaleźć w tej bezsensownej sytuacji. Mając tak określoną scenę, bez trudu można się domyślić fabuły i jej wymowy. Aż dziw bierze, że reżyser nie pokusił się o zabicie dzieciaka, który o to się prosił. Ale – słusznie – powstrzymał się od tego, by byłby to nadmiar tragedii.


Kiedy oglądam filmy takie jak "Rock the Casba", zawsze nachodzi mnie myśl, dlaczego tylko współczesnych żołnierzy męczą rozterki moralne. Dlaczego w filmach historycznych mężczyźni są dzielni, zdecydowani, a wojna nie ma tak dwuznacznego charakteru: wszystko jest jasne, strony dobrze określone, honor nigdy nie zostaje splamiony (no chyba że ktoś jest czarny charakterem, ale wtedy też jest zdeklarowany w 100%). To buduje dość dziwaczny obraz męskości, w której introspekcja wydaje się być całkiem świeżym dokonaniem ewolucyjnym. Jakoś nie chce mi się w to wierzyć.

Ocena: 6

Abus de faiblesse (2013)

Catherine Breillat starzeje się. Eros w jej filmach ustępuje pola Thanatosowi. Jednak jej zainteresowania wcale się nie zmieniły. "Nadużycie słabości" porusza dokładnie te same tematy, którym reżyserka poświęciła czy to "Romance" czy też "Anatomię piekła". Znów jest więc o kobiecej cielesności i o słabości stającej się uzależnieniem, nad którym traci się kontrolę. Ale, jak to u Breillat, poddaństwo i dominacja nie są wcale tak jednoznacznie określone, jak to się na pierwszy rzut oka wydaje.


Film zaczyna się od cudownej wizualnie sceny i kończy równie udanym kadrem. Niestety pomiędzy nimi nie jest tak interesująco. "Nadużycie słabości" rozpięte jest pomiędzy dwiema historiami, z których jednak jest zbyt typowa dla reżyserski, by budzić większe zainteresowanie, a druga z kolei mniej ją samą interesuje, choć mi wydała się ciekawsza. Tą pierwszą jest relacja damsko-męska, która definiowana jest przez to, kto kogo zdominuje i wykorzysta. Ponieważ to Breillat, więc relacja ta i cała historia niczym nie zaskakuje. No może poza faktem, iż słabość nie jest tu aż tak afirmowana, jak w niektórych z jej poprzednich filmów. Ta druga historia, to opowieść o rozkładzie ciała, o dysocjacji, do jakiej dochodzi pomiędzy mięsem a duszą. Temat ten najwyraźniej został zaznaczony na początku filmu. Później dominuje wątek toksycznej więzi i cielesność staje się bardziej gadżetem, który wykorzystuje Huppert, by się popisać, a reżyserka, by ozdobić obraz czymś oryginalnym. Ponieważ jednak Huppert jest świetna w roli ofiary udaru, więc byłem rozczarowany tym, że Breillat mocniej nie pociągnęła tego tematu.

Ocena: 6

czwartek, 17 października 2013

Sin otoño, sin primavera (2012)

Jak być? Jak być szczęśliwym? Jak kochać? Jak być kochanym? Oto pytania, które stawia film "Ani jesień, ani wiosna". Szkoda, że poza ogólnikami nie daje na nie odpowiedzi.


Ten film to portret mieszkańców współczesnej ekwadorskiej metropolii. To ludzie, którzy niezależnie od swego wieku, pozostają zagubieni. Wiedzą, czego nie chcą. Gorzej z odpowiedzią na pytanie, czego chcą. W rezultacie wciąż się szamoczą z samymi sobą, rzucają wyzwania losowi doskonale zdając sobie sprawę z tego, że przegrają. Autodestrukcja jest łatwiejsza i lepiej zagłusza depresję. Reżyser niby zostawia furtkę otwartą dla szczęśliwych zakończeń, ale dla mnie film jest strasznie ponury, ponieważ wyraźnie pokazuje, że mimo dorastania i przemijania lat nic, ale to nic nie zmienia się w naszej egzystencji.

Ocena: 5

Errata (2012)

Pozytywne zaskoczenie. Przez długi czas wydawało mi się, że będzie to kolejne "artystyczne" dziwadło. Zaburzone linie narracyjne, wydumana intryga, czarno-białe zdjęcia. Jednak z czasem okazało się, że reżyser naprawdę ma pomysł na film, a kiedy poszczególne elementy zaczynają wskakiwać na odpowiednie miejsca, wyłania się z tego bardzo hollywoodzka fabuła, tyle że inaczej podana.


Reżyser chwilami zbytnio widzom ułatwia sprawę. Jest kilka łopatologicznych momentów. Ale w sumie zwroty akcji pozytywnie zaskakują, a całość kończy się w sposób jak najbardziej satysfakcjonujący. Czasem trzeba zacisnąć zęby i przemęczyć się na początku. "Errata" jest tego najlepszym dowodem.

Ocena: 6

Five Dances (2013)

Taniec, pasja, marzenia, miłość. Taniec wyrasta z pasji, jest ekspresją marzeń i zakwita w uczuciu. To samo można powiedzieć o życiu, które jest niczym więcej, jak bardziej skomplikowaną i nie tak skoordynowaną formą tańca. I tu i tu sam talent i pragnienia nie wystarczą, trzeba sięgać, chwytać, a kiedy upadnie się, powstawać i próbować raz jeszcze. Upór i konsekwencja prowadzi do upragnionego celu. Przynajmniej, jeśli jest się młodym i właśnie odkryło się miłość.


Szkoda, że nie znam się na tańcu. Nie jestem w stanie ocenić, jak dobre jest to, co pokazują aktorzy. Mnie chwilami wydawało się, że nie są aż tak świetni, że ich pozycje nie były dociągnięte, że tracili równowagę, gubili się, maskując to dość sprawnie, ale jednak. Mi pozostał ruch, muzyka i emocje. Tu nie mam twórcy nic do zarzucenia. Proces zakochiwania pokazał z wdziękiem i romantycznym zacięciem. Dwójka bohaterów jest zaś na tyle urocza, że ich związkowi kibicuje się całym sercem. Oczywiście zakochiwanie się jest łatwym tematem do oczarowania widzów, ale to nie umniejsza sztuki dokonanej przez Alana Browna.

Fascynował mnie też odtwórca głównej roli, Ryan Steel. Miałem wrażenie, że jego Chip to taki Jekyll i Hyde. Raz wyglądał niczym psina w klatce w schronisku dla zwierząt patrząca, jak odwiedzający zabierają wszystkie sąsiednie psy, a jego ignorują. Jest wtedy taki smutny, że chciałoby się go przygarnąć. Czasami jednak wygląda jak zadziorny błazen, pewien siebie i beztroski. Dziwnie było widzieć te dwie różne osobowości w jednej postaci.

Ocena: 7

Exit Marrakech (2013)

Niemcy znów jadą do Afryki na wakacje. Uroki Maroka okazują się jednak bardzie mainstreamowe, od tego co oferuje Kenia. Bo nawet jeśli trafia się chętna prostytutka, to jest w niej mniej kapitalistycznej drapieżności od tego, co cechuje jej kolegów po fachu znad brzegów Oceanu Indyjskiego. No ale też i podróżnym nie jest austriacki wieloryb w wieku średnim, a młody kretyn, którego naiwność parę setek lat temu byłaby powodem wczesnego usunięcia go z populacji. Aż cud, że nic tak naprawdę złego mu się nie stało. W rzeczywistości pewnie byłby bohaterem notki prasowej i informacji telewizyjnych.


Główny bohater jest chyba największą słabością filmu. Mnie przynajmniej strasznie irytował i nie do końca rozumiałem, dlaczego wszędzie witany jest z otwartymi ramionami. Jego absolutny brak poszanowania, idiotyczna brawura i mimozowatość mocno grały mi na nerwach. Cała otoczka jest w miarę poprawna, jeśli tylko nie będzie się filmu brało zbyt serii i potraktuje jako baśń tysiąca i jednej nocy. Nie ulega wątpliwości, że reklamuje uroki Maroka całkiem udanie. Ale chyba nie po to film powstał.

Ocena: 6

Zapelji me (2013)

"Uwiedź mnie" – tytuł bardzo przewrotny, bo nie jest to wcale film o uwodzeniu. Zamiast tego mamy dość standardową powiastkę socjologiczną o życiu młodych ludzi w rozbitych/toksycznych rodzinach, którzy odnajdują się i (oczywiście) zakochują.


Młody reżyser (całkiem sympatyczny gość swoją drogą i trochę szkoda, że muszę go krytykować) podążył drogą tak wydeptaną, że nikt na niej się nie jest w stanie wywrócić, nawet bardzo się starając. Dlatego też "Uwiedź mnie" jest boleśnie poprawne, jak wycięte z szablonu. Coś takiego mógłby wyreżyserować bot i nikt nigdy nie zorientowałby się, że nie jest to dzieło człowieka. Doskonała imitacja, ale tylko imitacja. Kiedy obejrzało się podobnych filmów setki, nie robi to wrażenia, no chyba że bot naprawdę byłby reżyserem.

Ocena: 4

wtorek, 15 października 2013

Soy mucho mejor que vos (2013)

Studium emocjonalnego impotenta. Cristobal jest nieudacznikiem. Kiedyś utrzymywał rodzinę, ale teraz jego biznes leży i kwiczy, podczas gdy żona niespodziewanie (dla niego) pnie się po szczeblach kariery. Mógłby za nią podążyć do Hiszpanii, ale nie chce. I w tym tkwi jego problem. On tak naprawdę nie wie, czego chce. Niby pragnie zaliczyć panienkę, ale w ciągu 24 godzin straci kilka okazji, większość z własnej winy. Nawet z dziwką nie uda mu się dojść do pierwszej bazy. Jednak żałosny stan ukazany zostanie w pełni dopiero pod koniec, kiedy zobaczymy go w relacji z 13-letnim synem. To zdumiewające, że bardziej dojrzały wydaje się chłopak, a nie Cristobal.


"Jestem lepszy od ciebie" utrzymany jest w tonie żartobliwym. Jest tu sporo scen, kiedy można się śmiać. Ale dla mnie wymowa filmu jest dość przygnębiająca. Główny bohater jest doskonały produktem swojej epoki – czasów, w których dorosłość stałą się tematem tabu i wielu osób nigdy nie dotknęła. Wieczny chłopiec przemienił się w wiecznego nieudacznika, pragnącego spełnienia, ale nie mającego jaj, by je osiągnąć. Smutne to.

Ocena: 6

UMMAH - Unter Freunden (2013)

Kolejny po "Majorze" film, który pokazuje, że dobre uczynki wcale nie popłacają. Daniel najpierw służył ojczyźnie jako agent tajnych służb. Takim był wielkim patriotą, że się psychicznie całkowicie wypalił, został alkoholikiem i ćpunem. Później poznał sympatycznych muzułmanów i znalazł wśród nich spokój, ale kiedy chciał im pomów, wkopał się w jeszcze większą kabałę. Choć w sumie sam sobie jest winien, jako agent powinien był wiedzieć lepiej, że tak naiwny sposób rozwiązania problemu nigdy się nie uda.


"Ummah - wśród przyjaciół" pokazuje, że za uprzedzeniami i ignorancją wszyscy jesteśmy ludźmi i gdzie jest wola, tam i jest okazja do porozumienia. Tyle tylko, że działa to jedynie w skali mikro. W wymiarze bardziej uniwersalnym zgoda nigdy nie jest możliwa, ponieważ jednostka w ogóle się nie liczy. Ważne są jedynie stabilność i dobro systemu, a to często wymaga poświęcenia poszczególnych osób.

Film ma fajnych bohaterów i mówi kilka mądrych rzeczy. I choć promuje łagodną twarz islamu, wcale nie czuje się propagandowej nachalności. Ślizga się jednak po powierzchni problemu, nie oferując nic poza zgrabną historyjką. Fajny jest odtwórca głównej roli, choć scena, kiedy wrzeszczy pijany średnio mu się udała.

Ocena: 6

Майор (2013)

"Major" to jeden z najciekawszych teatrów telewizji, jakie miałem okazję oglądać ostatnimi czasy w kinie. Niby reżyser stara się nadać całości filmową oprawę, ale de facto udaje mu się to jedynie w scenach jazdy samochodem. Gdy tylko bohaterowie zaczynają mówić, a przede wszystkim kiedy jest kłótnia, konflikt, szydło wychodzi z worka i całość demaskowana jest jako inscenizacja. I to całkiem dobra inscenizacja. Aktorzy są świetni, dialogi porządnie napisane. Ale całość pozostaje sztuczna, więc zamiast tworzyć wrażenie oglądania czegoś, co mogłoby się wydarzyć naprawdę, odbierałem to jako ćwiczenie intelektualne, rozprawę na tematy teoretyczne, takie jak powinność, solidarność, człowieczeństwo.


Jako pożywka dla rozmyślań "Major" jest więc materiałem doskonałym. To obraz systemu, który funkcjonować może wyłącznie dzięki ludzkim słabościom. To one zapewniają mu trwanie, ponieważ czynią z ludzi ofiary, sprawców, więźniów – wszystko za jednym zamachem. Główny bohater wplątał się w całą kabałę, bo w krytycznym momencie stchórzył. Kiedy się zreflektował, że dzieje się źle, było już zapóźni. Desperacko próbując naprawić swój błąd rozpętał tylko jeszcze większe piekło. W ten sposób "Major" jest obrazem bezwzględnie brutalnym. Pokazuje, że dla ludzkiego życia nie ma nic bardziej niebezpiecznego od altruizmu i pragnienia postąpienia "właściwie". To takie zachowanie wprowadza chaos, który tylko wywołuje ostrą reakcję obronną organizmu. Można to chyba porównać tylko do chemio- czy radioterapii, kiedy to trute są zdrowe komórki w nadziei, że te problematyczne również zginął.

Reżyser co prawda zostawia na koniec furtkę dla nadziei na lepsze jutro. Ale wydaje mi się, że jest to kolejny akt tchórzostwa, który rozpęta nową spiralę bezsensownych katastrof.

Ocena: 6

クロユリ団地 (2013)

Kiedyś Hideo Nakata tworzył bardzo klimatyczne filmy grozy. Nie były może zbyt brutalne, za to wciągały gęstą atmosferą niepewności i tajemnicy. Te czasy chyba jednak już bezpowrotnie minęły. Po miernym "Pokoju na czacie" jego "Kompleks" jest równie nieudany.


Chwilami Nakata wraca do formy sprzed lat. Kilka scen jest sugestywnych, przejmujących, przerażających. Niestety jest ich niewiele i przerywane są rzeczami tak żenująco słabymi, że wstyd mi było to oglądać. Jedyną obroną przed wylewającymi się z ekranu idiotyzmami był śmiech. W pewnym momencie zacząłem się nawet zastanawiać, czy przypadkiem nie mylę się zaliczając film do horrorów, być może jest to autoparodii. Niestety końcówka nie pozostawia złudzeń, że całość zrobiona jest na serio. W ten sposób Nakata dobił swoje cherlawe dzieło.

A mógł to być film bardzo ciekawy. Temat przewodni, czyli kompleks winy, który otwiera wrota dla wrogich sił paranormalnych, to doskonała rzecz na horror. Powinna z tego powstać mistrzowsko klimatyczna przypowieść będąca zarazem horrorem i dramatem psychologicznym. Niestety z Nakatą u sterów cieszyć się mogę, że choć parę scen było wartych wybrania się do kina. Ciekaw jestem, czy prequelowy mini-serial jest równie słaby

Ocena: 3

Le bonheur (2013)

W teorii nie ma większego szczęścia nad znalezienie swojej drugiej połowy. Jedno spojrzenie znad filiżanki kawy i voilà, miłość już kwitnie. W praktyce, a przynajmniej w filmie "Szczęście", sprawa nie jest tak prosta. To, co nas najbardziej pociąga, może nie być dla nas wcale takie dobre. Druga osoba, która otwiera przed nami podwoje nieznanego świata, może stać się narkotykiem, dla zdobycia którego zdolni jesteśmy zrobić wiele.


Pomysł na film "Szczęście" był całkiem dobry. Czarno-biały obraz i brak dialogów przywodzi na myśli nieme kino. Ale jednocześnie wcale nie jest nieme. Z offu toczy się narracja, uzupełniająca to, co widzimy na ekranie. A przede wszystkim leci muzyka, która chwilami jest po prostu fantastyczna. Chętnie dostałbym w swoje ręce soundtrack.

Niestety wykonanie trochę szwankuje. Rzecz jest zbyt egzaltowana, a jednocześnie za słabo wystylizowana (najlepsze są te momenty, kiedy film przywodzi na myśl horrory niemego kina, najsłabiej wypadają za to sceny seksu). Dodatkowo trochę trudno jest mi zrozumieć niektóre decyzje reżysera dotyczące tego, co jest, a co nie jest pokazywane. Chwilami reżyserowi nie udawało się utrzymać mojej uwagi. Szczególnie zauważalne jest to na początku drugiej połówki filmu. Ale ze względu na muzę, sporo filmowi wybaczam.

Ocena: 6

poniedziałek, 14 października 2013

Ludwig II (2012)

Ludwik II. Ostatni władca niepodległej Bawarii. Nigdy nie powinien był zostać królem. Sprawy wagi państwowej nie były jego silną stroną. Kochał sztukę i piękno. Pragną pokoju i radości. Miłował mężczyznę, ale nie odważył się podążyć za głosem serca. Kochał kobietę, ale bardziej jak siostrę, a nie potencjalną żonę. Był marzycielem. Był romantykiem urodzonym nie w tej epoce, co trzeba. Jego pragnienia stały się jego demonami. Jego demony doprowadził kraj do upadku, a jego samego lata później do posądzenia o szaleństwo. I choć dziś stworzone przez niego zamki należą do największych skarbów Bawarii, za życia nie był doceniony.


"Ludwik II" to monumentalny fresk historyczny, który jednak w mniejszym stopniu koncentruje się na wydarzeniach, a bardziej na ich bohaterze. Twórcy odmalowują niezwykle barwny i sugestywny portret jednostki targanej sprzecznymi impulsami. Na pierwszy rzut wydaje się być to film bogaty i zniuansowany. Ale jest to wyłącznie zwiewne wrażenie. W rzeczywistości sporo spraw w ogóle nie zostało poruszonych lub niewystarczająco głęboko. Mimo to, jak na film trwający dwie i pół godziny, jest to rzecz sprawnie zrealizowana i wydaje się trwać krócej od wielu 70-minutowych obrazów, jakie widziałem.

Ocena: 6

(2013) מי מפחד מהזאב הרע

Ależ pozytywnie mnie Izraelczycy zaskoczyli. Jestem przekonany, że dla wielu osób "Wielkie złe wilki" będzie filmem chorym. No bo też, jak można śmiać się z pedofilii i torturowania ludzi? A do tego pokazywać brutalność w sposób jak najbardziej dosadny i naturalny? Ale właśnie taki film zrobili Aharon Keshales i Navot Papushado. I ja jestem im za to bardzo wdzięczny.


To nie jest wielkie kino artystyczne, jednak ma przeogromną wartość czysto rozrywkową. Historia przypomina trochę tę z "Labiryntu" czy "7 dni". Podejrzany o gwałty i mordy na nieletnich dziewczynkach zostaje wypuszczony z braku dowodów. Jeden z policjantów weźmie sprawy w swoje ręce. Na jego nieszczęście na podobny pomysł (ale znacznie lepiej przemyślany) wpadł też ojciec jednej z ofiar.

Rzecz opowiedziana jest jednocześnie całkiem serio i z przymrużeniem oka. Co chwilę pojawiają się zabawne momenty, czy to w postaci dialogów czy też zdarzeń. Momentami nawet same tortury są zabawne i to pomimo oczywistego cierpienia, jakie zadają. Jednocześnie film nie banalizuje ani zbrodni ani kary. "Wielkie złe wilki" to obraz bardzo okrutny i krwawy. A do tego, nawet jeśli zabawny, jest zarazem bardzo ponury. Twórcy stworzyli świat, w którym nie ma co liczyć na happy-end.

Mój jedyny zarzut w zasadzie sprowadza się do tego: za dużo naoglądali się reżyserzy filmów Zacka Snydera. To wszechobecne slow-motion! Na szczęście równoważone humorem, ogląda się je lepiej niż u Snydera.

Ocena: 8

The International Criminal Court (2013)

Wielkie rozczarowanie. ICC to bardzo interesująca inicjatywa, która wcale nie jest tak jednoznacznie pozytywna, jak tego pragnęli jej inicjatorzy. Jest ofiarą politycznych kompromisów i obłudy wielkich mocarstw. Ale o tym w filmie nie ma ani słowa (to znaczy o sytuacji jest i to sporo, ale bez wyciąganych wniosków). Zamiast tego poruszane są trzy dość widowiskowe sprawy: Konga, Palestyny i Libii. Ale tak naprawdę tylko ta pierwsza jest rozwinięta. Choć nawet ta sprawa jest pokazana w sposób mało satysfakcjonujący, skacząc między dramatycznymi zdjęciami archiwalnymi a gładkimi słówkami ucinanymi w połowie wywodu.


Dokument ma też być portretem Ocampo, pierwszego prokuratora ICC. Ale i tu twórcy ponoszą klęskę. Nie dowiadujemy się z filmu niczego o Ocampo, no może jedynie tego, że jak na osobę deklarującą absolutną lojalność wobec prawa, jednocześnie nie ma problemu, by to prawo w wygodnych dla siebie momentach łamać (jak rozmowa przez komórkę podczas prowadzenia samochodu).

Film pusty, pozbawiony sensu.

Ocena: 3

Paat (2013)

Paat ma pecha. Po pierwsze dlatego, że przyszło mu żyć w kraju, który uważa go za istotę nieczystą. Po drugie dlatego, że kiepsko wybiera sobie towarzyszy życia. Po trzecie dlatego, że jest bezpańskim psem. Jego pan pada trupem zostawiając go na pastwę losu. Potem próbuje znaleźć sobie nowego człowieka, ale niestety kiepsko lokuje swoje nadzieje. Jak choćby w narkomanie, który nie stroni nawet od napaści na matkę, a co tu dopiero mówić o wykorzystaniu zwierzęcia.


"Pies" to kino skromne. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby reżyser chciał przez to coś wyrazić. Niestety zestaw bohaterów i przypadków życiowych jest dość banalny i raczej zainteresuje obcokrajowca, który może traktować to jako ciekawostkę na temat obyczajów kultury, której praktycznie nie zna. Nie przebija z tego żadna myśl bardziej uniwersalna. Jedyną wartością filmu jest jego pies, który jest naprawdę uroczy i bardzo wdzięcznie wypada przed kamerą. To trochę mało.

Ocena: 4

A Very Unsettled Summer (2013)

Życie. Tak naprawdę nie istnieje... obiektywnie. A przynajmniej my nie jesteśmy w stanie postrzegać go dokładnie takim, jakim jest. Życie to historia, którą opowiadają o nas inni (tak, jak nas widzą lub jak chcą nas widzie cieć), którą my opowiadamy innym i którą opowiadamy samym sobie. Jest to proces tak oczywisty, że na co dzień nawet się nad tym nie zastanawiamy. Co jednak stanie się, kiedy dotrze do naszej świadomości fakt, że jesteśmy tylko bohaterami opowiadania? Że opowiadanie to, choć zawiera nas samych, nasze zachowania i słowa, nie jest przez nas kontrolowane? Że mogą – nie, nie mogą, oni to robią w sposób równie naturalny i niemożliwy do uniknięcia co oddychanie – mieć nad nimi władzę inni? Oczywiście chcemy odzyskać to, co wydaje się należeć tylko do nas. Co ciekawe, rozwiązanie problemu jest bardzo proste, ale jest to jedyne rozwiązanie, które nigdy nie zaświta w głowie. Potrzeba pozostania w historii jest silniejsza. Nawet jeśli wymusza ona zabicie bohatera. Każdy bowiem pragnie być autorem. Nikt nie chce trafić poza nawias opowieści.


Lubię obrazy, w których fikcja i rzeczywistość wzajemnie się przenikają. Wole jednak wersję zaproponowaną w "Rekonstrukcji" czy ostatnio w "Polskim filmie". U Anci Damian wszystko niby jest jak powinno, a mimo to, coś nie funkcjonuje. Narracji brakuje wewnętrznej równowagi. Pierwszy akt naszpikowany jest "gadżetami", ale sama reżyserka wydaje się tym przepychem szybko męczyć, więc już w połowie filmu całość robi się zbyt jednorodna, by pod koniec przeskoczyć na tory, których istnienie wcześniej nie jest nawet sugerowane. Ta niespójność połączona ze zbytnią oczywistością zatartych granic sprawia, że jak dla mnie film nie był do końca satysfakcjonujący. Ale jest w nim sporo pomysłów, które uważam za bardzo fajne.

Ocena: 6

niedziela, 13 października 2013

Crystal Fairy & The Magical Cactus and 2012 (2013)

"Kryształowa wróżka" to drugi film Sebastiána Silvy, ale z całą pewnością nie będzie ostatnim, jaki oglądam. Po raz drugi zdołał mnie zaintrygować. I liczę na więcej w przyszłości.


Jego nowy to typowa produkcja robiona pod Sundance (gdzie zresztą miała swoją premierę). Niezależne kino drogi o grupie młodych osób wybierających się na wyprawę, by w tradycyjny sposób odurzyć się meskaliną. Jak to zwykle bywa w tego rodzaju fabułach, rzecz pełna jest humoru, którego źródłem są barwne osobowości bohaterów, wymieszanego ze odrobiną tragedii. Silva potrafił wszystkie składniki wymieszać w taki sposób, że "Kryształowa wróżka" nawet przez moment nie robi wrażenia filmu wtórnego czy naciąganego. Reżyser z polotem i werwą wykorzystuje swoich braci i ich zabawne miny, by bawić widzów. Ale nawet w najbardziej śmiesznych momentach czuć wyraźną nutę smutku i bólu, jaki skrywają bohaterowie. Wszystko to zostało tak splecione, że wybrana przez Silvę końcówka trochę mnie rozczarowała. Miałem nadzieję na coś bardziej przewrotnego, niż zwyczajność.

Ocena: 7

Grand Central (2013)

Gdybym miał spojrzeć na film chłodnym okiem, to musiałbym przyznać, że jest to rzecz żałośnie naiwna. Historia miłosna przywodzi na myśl wszystko to, co najgorszego słyszałem o romansach spod znaku Harlequina. Zaczyna się od głupiego stwierdzenia, że Gary nie wie czym jest prawdziwa miłość, a kończy na jego całkowicie idiotycznym "poświęcaniu się" dla miłości.


A jednak "Grand Central" przypadł mi do gustu. Spodobały mi się przede wszystkim zdjęcia. Cudownie udało się uchwycić grę namiętności, z jaką mamy do czynienia w przypadku dwójki głównych bohaterów. Świetna jest przede wszystkim scena w samochodzie i zbliżenie na rękę i nogę niby przypadkiem lekko się dotykające. Czysta poezja. Do tego rzecz jest naprawdę dobrze zagrana. Rahim po raz kolejny udowadnia, że "Prorok" nie był przypadkiem. Ale i Seydoux, i Gourmet, i Ménochet też radzą sobie bez zarzutu. Dzięki temu "Grand Central" nie dało się spętać słabemu pomysłowi fabularnemu i okazało się satysfakcjonującym spektaklem.

Ocena: 7

Banklady (2013)

Jak prawie ze wszystkimi filmami Alvarta, tak i z "Banklady" mam spory problem (wyjątkiem jest tu "Pandorum", które jednoznacznie było słabe). Nie wiem na ile z premedytacją jest to zrobiony film, a na ile mu po prostu nie wyszło.


To, że jest to film mocno stylizowany, gdzie aspekt wizualny ma olbrzymie znaczenie, jest oczywiste. Ale o ile chwilami zdjęcia i montaż tworzą fascynujący spektakl, o tyle chwilami miałem wrażenie, że oglądam przykład prosto z najgorszej polskiej produkcji serialowej. Całość robi wrażenie bigosu, a to zazwyczaj mi się nie podoba. O dziwo jednak w tym przypadku jest inaczej. Serce jest za filmem, to głowa za dużo wybrzydza.

Podoba mi się to, że Brennicke przypomina Dunaway z "Bonnie i Clyde'a", a Duken Pearce'a z "Tajemnic Los Angeles". Podobał mi się pomysł na sekwencję kolejnych napadów stylizowaną na rzecz z tamtej epoki. Ale najbardziej podoba mi się chyba sama historia, która z jednej strony jest romansem rodem z tanich brukowców, a z drugiej strony przewrotną opowieścią o wojnie płci i przekraczaniu barier stereotypów oraz o tym, do czego prowadzi kobieca chcica. I to chyba właśnie dlatego całość koniec końców oceniam pozytywnie.

Ocena: 6

(2013) عمر‎

Wojna w kinie zazwyczaj pojawia się jako coś nadzwyczajnego, straszliwy kataklizm, który nagle nawiedza ludzi i nie chce się skończyć. Jednak w filmie Hany'ego Abu-Assada jest zupełnie inaczej. Wojna jest po prostu częścią cyklu życia i śmierci. Niczym nie różni się od ponurej egzystencji angielskiej biedoty czy szeregowych pracowników francuskiej elektrowni atomowej. To sceneria ludzkich dramatów i jeśli wpływa na nasze życie, to dzieje się tak tylko dlatego, że wojna zostaje wykorzystana przez maluczkich jako narzędzie do manipulowania innymi, wykorzystywania ich do własnych celów. Gdyby nie było wojny, to znalazłoby się inne narzędzie. Tytułowy bohater przekona się o tym w najokrutniejszy z możliwych sposobów.


Jakim cudem na Bliskim Wschodzie konflikt zyskał tak wspaniałą oprawę estetyczną? Po "Libanie" jest to kolejny film, który opowiadając o ludzkich dramatach czyni to przy pomocy tak wspaniałych zdjęć. Abu-Assad fetyszyzuje przede wszystkim Omara. I trzeba przyznać, że czyni to niezwykle skutecznie. Perfekcyjnie wykorzystuje fizjonomię grającego go Adama Bakriego, który zmienia się przed kamerą jak kameleon (nawet jego oczy zdają się zmieniać barwę). Sam film trochę przypomina "Pogorzelisko", tyle tylko, że w wersji o wiele lżejszej. Nie ulega jednak dla mnie żadnej wątpliwości, że w tym roku Palestyńczycy mają mocnego kandydata do Oscara. Ale po twórcy "Paradise Now" nie spodziewałem się niczego słabszego.

Ocena: 8

sobota, 12 października 2013

AKP: Job 27 (2013)

No cóż. Jako osoba niepaląca nie jestem w targecie tego filmu. Zapewne dlatego zamiast mnie wciągnąć, budził moją irytację. Bowiem "AKP: Job 27" to tak naprawdę dwugodzinna opowieść o paleniu papierosów. O tym, jak pali się w samotności, z kumplami, z dziwką przypominającą utraconą miłość (pewnie niepalącą i dlatego straconą) i palącą matkę. O tym, że pali się w samochodzie, taksówce, gdzie jest zakaz palenia, na polu, w sypialni, na ławce. O tym, że pali się dla zabawy, z zadowolenia, w zamyśleniu. O tym, że pali się zabijając, uprawiając seks, patrząc na tańczącą parę. O tym, że to nie papierosy zabijają, a ludzie. I wszystko to w filmie pozbawionym choćby jednego dialogu.


Gdyby to jeszcze miało ręce i nogi fabularnie. Ale nie. Obraz sprawia wrażenie, jakby scenariusz został napisany pod dyktando puszczonej playlisty w trybie shuffle. Bardzo eklektyczna muza pojawia się i znika bez składu i ładu. Niektóre utwory są nawet fajne, ale za grosze nie zrozumiałem, co robią w tym filmie. "AKP: Job 27" sprawia wrażenie tych pseudoartystycznych klipów, od których roi się na YouTubie i które wyłączam, jeśli trwają dłużej niż 3 minuty. "AKP: Job 27" wystawił moją cierpliwość na olbrzymią próbę, bo trwa prawie dwie godziny.

Ocena: 3

Love Building (2013)

Rumuńskie "Ćwiczenie miłości" to kino idealne do tak zwanego zabijania czasu. Nie wymaga od widza niczego, ani uwagi, ani refleksji. Co więcej, wydaje się do tych rzeczy zniechęcać wprowadzając setki wątków, z których tylko parę zostanie ledwie rozwiniętych, a reszta po prostu zostanie zaznaczona. I tyle.


Temat filmu jest w zasadzie bardzo posępny. Bohaterami "Ćwiczenia miłości" są pary będące w różnych stadiach rozkładu. Czasem jest to wynikiem zewnętrznych okoliczności, czasem zaniedbania, a czasem problem tkwi w jednostkach i związek jest jedynie tego odbiciem. Kiedy przyjrzeć się wszystkim dokładnie, to pod koniec filmu większość par wcale nie zrobiła nic, by pokonać problemy. Nie wszystkie nawet były w stanie je do końca zidentyfikować. A jednak "Ćwiczenie miłości" utrzymane jest w tonie uroczej, ciepłej i sympatycznej komedyjki. I tak też została odegrana przez fajną i budzącą pozytywne uczucia obsadę. Ten kontrast, jak większość pomysłów fabularnych, nie jest jednak przez reżyserkę wygrany. Zostaje więc puste feel good movie, które szybko wyparuje z pamięci.

Ocena: 5

The Selfish Giant (2013)

SPOILER


Kiedy zaczął się film, i jeszcze długo później, myślałem, że nic z tego nie będzie. "Olbrzym - samolub" wyglądał jak kolejna ponura wizja świata biednych, gdzie nie istnieje pojęcie nadziei, zastąpione pragnieniem zapomnienia lub zdobycia paru groszy. To, że film skończy się tragedią, było oczywiste. A kiedy pojawił się temat kabla linii wysokiego napięcia, to i szczegóły tragedii były już dla mnie jasne.

I rzeczywiście doszło dokładnie do takiego finału, jakiego się obawiałem. W tym momencie byłem gotowy skreślić film całkowicie. Ale... No właśnie: "ale". "Olbrzym - samolub" na tym się nie kończy. Reżyserka pokazał jeszcze 10 minut, które wypełniają sceny rozpaczy głównego bohatera. I jest to zupełnie inna historia: mocna, waląca obuchem po głowie, miażdżąca serce przejmującym smutkiem. Zostałem całkowicie zaskoczony i pogrążyłem się w tym emocjonalnym morzu. Wspaniałe chwile, które udowadniają, że dopóki film trwa, dopóty wszystko jest możliwe.

Ocena: 7

poniedziałek, 7 października 2013

Cloudy with a Chance of Meatballs 2 (2013)

Nie ma dla ludzkości nadziei. Jeszcze przy okazji "Elizjum" można się było łudzić, że rewolucyjne hasła w hollywoodzkiej produkcji to przewrotność. "Klopsiki kontratakują" jednak pokazują, że wywrotowość stała się częścią systemu. Bunt przeciwko korporacjom jest podsycany przez te właśnie korporacje. A zatem, cóż to jest za bunt??? No dobra. Biorąc pod uwagę, że animację zrealizowało Sony, a czarny charakter, guru wielkiej innowacyjnej firmy co chwilę wprowadzającej nową wersję swojego sztandarowego produktu, dziwnym trafem wygląda jak Steve Jobs, ta rewolucja ma charakter czystej walki z konkurencją. Niemniej jednak oznacza to, że nie mamy szans wyrwać się z systemu. Jesteśmy jak ryby z "Klopsików kontratakują" (biedne sardynki są tak naprawdę jedynymi istotami pożeranymi przez bohaterów, a nawet przez ogórki).


Największą zaletą filmu jest sama animacja. Od czasu "Zdobyć Woodstock" nie widziałem równie "naćpanej" produkcji. I nie chodzi tutaj wyłącznie o psychodeliczne kolory, ale też o miny i sposób poruszania się bohaterów. Strona estetyczna jest o wiele ciekawsza od samej fabuły. Nie dziwi mnie więc zupełnie fakt, że większość widzów na seansie (a już bez wyjątku wszystkie dzieci) swoją uwagę skupiało na małpie i truskawce a nie na perypetiach głównego bohatera.

Ocena: 6

niedziela, 6 października 2013

Hotel Transylvania (2012)

W telewizji Genndy Tartakovsky miał swój udział w sukcesie kilku najlepszych seriali animowanych ostatnich lat: "Dwa głupie psy", "Laboratorium Dextera", "Samuraj Jack". Dlaczego więc "Hotel Transylwania" okazał się takim rozczarowaniem? Poza uroczą animacją (te słodziuchne nietoperze!) nie ma tu nic naprawdę ciekawe. Za to intryguje mnie to, dla kogo film jest zrobiony. Bo sądząc po przesłaniu jego docelową publicznością są rodzice nastolatków. "Hotel Transylwania" to bowiem opowieść o tym, że rodzic powinien przestać być opiekunem i pozwolić dziecku stać się dorosłą i samodzielną osobą. Jednak rodzice, którzy wybierają się na ten film, mają raczej młodsze dzieci i tego rodzaju problemy są jeszcze przed nimi (jakoś nie wyobrażam sobie na seansach tłumów ojców z 18-latkami).


Wielkim rozczarowaniem jest też cała otoczka film, z muzyką na czele. Czegoś tak żenującego już dawno w animacji nie słyszałem. Wydaje mi się, że gdyby zatrudnili pierwszego lepszego twórcę disco polo, otrzymaliby ścieżkę muzyczną o wiele ciekawszą od tego, co tu zostało zaprezentowane. No i jeszcze ten wszechobecny wykład moralny. W pewnym momencie jedyne o czym marzyłem, to żeby wszyscy zamilkli. Zdecydowanie źle zostały tu rozłożone akcenty. I jak na taką komediową ekipę, scenarzyści nie postarali się o wystarczającą liczbę zabawnych dialogów, przez co zmarnowali potencjał.

Ocena: 5

Premium Rush (2012)

Ależ to było złe! Idiotyczna fabuła będąca mieszanką ckliwej historyjki matki i dziecka, wizji świata kurierów rowerowych i nieudolnych scen męskiej rywalizacji. "Bez hamulców" przypomina wysypisko śmieci. Można to wszystko znaleźć, nadgniłe pomysły, które pierwotnie mogły być nawet ciekawe, zużyte klisze fabularne i potłuczone sztuczki, które miały pewnie uczynić film dynamicznym thrillerem z dużą dawką adrenaliny. Oglądając to można naprawdę zejść z tego świata, ale powodem nie będzie nadwyżka adrenaliny, a jej całkowity brak. Mimo ostrego montażu i spore liczby scen pościgów, rzecz jest tak straszliwie nudna, że po prostu brak mi słów. Trwa to coś półtorej godziny, ale szczerze mówiąc lepiej bawiłem się oglądając "Sleep" Warhola.


Mogę zrozumieć udział w tym badziewiu Josepha Gordona-Levitta, w końcu potrzebował kasy na swój własny film. Nie wiem natomiast, co tutaj robił Michael Shannon. To chyba najgorszy obraz z jego udziałem, jaki widziałem. No dobra, ostatnia jego scena była nawet fajna, ale to go wcale nie usprawiedliwia.

Ocena: 2

The Perks of Being a Wallflower (2012)

Świat przepełniony jest bólem. Niektórzy mają szczęście i przekonują się o tym dopiero w liceum. Większość przechodzi szkołę życia znacznie wcześniej. Być może nie jest ona aż tak ekstremalna, jak w przypadku Charliego, Sam czy Michaela (ten ostatni został wyjątkowo okrutnie potraktowany, bo pojawia się tylko w scenie usuniętej). Życie jest więc sztuką radzenia sobie z tym bólem. Jedni noszą go na wierzchu, czynią z niego lśniącą zbroję, wierząc, że skoro sami siebie biczują, ból sprawiany im przez innych będzie mniej dotkliwy. Inni ukrywają swoją naturę, tworzą maski, które zmieniają jak skarpetki, w zależności od okazji. I są wreszcie tacy, którzy krwawią tak bardzo, że nawet tego nie zauważają. Próbują być normalni i dziwią się, kiedy wszędzie zostawiają krwawe odciski dłoni.


Zazwyczaj sceptycznie podchodzę do pisarzy, którzy sami ekranizują swoje książki. To są jednak różne światy, a pisarzom ciężko jest się rozstać z tym, co stworzyli na papierze. Stephen Chbosky tymczasem stworzył bardzo dobrą filmową opowieść, pełną barwnych postaci, z wciągającym tempem narracji i sprytnie dawkowanymi tragediami i radościami. Z łatwością dałem się ponieść historii, w czym pomogli mi też aktorzy. Przede wszystkim Logan Lerman, który udowodnił, że w widowiskach typu "Trzej muszkieterowie" wyraźnie się marnuje.

Ocena: 8

piątek, 4 października 2013

Gravity (2013)

Genialne widowisko. Dawno już nie byłem w kinie na filmie, w którym zupełnie nie interesowałaby mnie fabuła, bo tak pochłonęło mnie to, co widziałem. Cuarón stworzył coś absolutnie niezwykłego, co należy – obowiązkowo! – oglądać w IMAXie. To, co widać na ekranie, zapiera dech w piersi. Kosmos ukazany jest tu jako prawdziwie ostatnia granica ludzkości, kraina ekstremalnego piękna i równie śmiertelnych niebezpieczeństw. Ziemia jest przecudowna. "Grawitacja" to jedno z najlepszych zastosowań w kinie zdobyczy technologicznych w historii X Muzy (choć nie są to najlepsze efekty, a i 3D nie jest do końca 3D, to jednak wszystko jest tu zrobione "z głową").


Wizualny aspekt filmu tak bardzo nokautuje, że równie dobrze fabuły mogłoby w ogóle nie być. To, że jest, wydaje się bardziej służyć jako pretekst dla odwiedzenia wszystkich najciekawszych miejsce na ziemskiej orbicie (Hubble, ISS, Tiangong). Sama historyjka jest bardzo typową opowieścią o próbie przetrwania w trudnych warunkach. Pod tym względem twórcy zbytnio się nie wysilili. Ich największym osiągnięciem jest to, że nie skopali sprawy tak, jak to uczynił chociażby Joe Carnahan w "Przetrwaniu".

Ale w sumie nie ma to znaczenia, ponieważ "Grawitacji" nie ogląda się dla historii. W ten sposób film można potraktować jako test bycia kinomanem. Prawdziwy miłośnik kina nigdy nie obejrzy tego filmu w domu, nie mówiąc już o ściąganiu filmu z sieci. Obraz Cuaróna należy bowiem wyłącznie do świata dużego ekranu.

Ocena: 8

czwartek, 3 października 2013

Les gamins (2013)

Sympatyczny film o tym, że w związkach górą są zawsze kobiety, ale też o tym, że to właśnie na kobiety spada wina, jeśli w związku coś się nie dzieje tak, jak należy. Mężczyzna sprowadzony został tutaj do roli zwierzątka, które jest absorbujące, wymaga sporo czasu, bo koniecznie musi się wybiegać. Jeśli kobieta mu na to nie pozwoli albo wystraszy go wizją ograniczenia, wtedy zwierzak robi się nieznośny i idzie w eskapistyczny ciąg. W takiej sytuacji jedyne, co kobieta może zrobić, to zakręcić kurek z kasą albo czekać, kiedy pieniądze same się skończą. Prędzej czy później zwierzak się zmęczy i z podkulonym ogonem wróci do swojej pani. Jeśli czas ten się przedłuża, kobieta może sobie znaleźć pupilka zastępczego.


"Wieczni chłopcy" nie są jakoś szczególnie odkrywczą komedią. Nie są też nawet szczególnie zabawną. Fakt, kilka scen jest śmiesznych. Jednak przez większość czasu balansuje na granicy między zainteresowaniem i nudą. Na szczęście częściej jest to tej właściwej stronie, jednak to oznacza tylko tyle, że w trakcie trwania seansu, film ogląda się bez większego trudu. Dzień po seansie nie będzie to nawet mgliste wspomnienie.

Ocena: 6

Vamps (2012)

Świetny pomysł. Szkoda tylko, że jego twórcy nie posiedzieli trochę nad scenariuszem. Banalna intryga nie była w stanie przykuć uwagi, a całkowity brak humoru sprawił, że film jest po prostu nudny.


A przecież ten film powinien być samograjem. Pomysł opowieści o wampirzycach w wielkim mieście i konfrontowanie współczesnych przyzwyczajeń z tym, jak to drzewiej bywało to woda na młyn komediowych gangów. Tu jednak ogranicza się do irytującego narzekania głównej bohaterki. Kilka smaczków na drugim czy trzecim planie, to zdecydowanie za mało.

Ocena: 4

środa, 2 października 2013

Captain Phillips (2013)

Paul Greengrass wciąż nie zawodzi. Nawet jego słabsze filmy, jak "Green Zone", i tak są lepsze od dzieł konkurencji. Zaś "Kapitan Phillips" to już najwyższa klasa, choć jednak jest to film trochę słabszy niż "Lot 93" i "Krwawa niedziela".


"Kapitan Phillips" to film proceduralny, przypominający trochę "Wroga numer jeden". Greengrass odtwarza kolejne etapy porwania, od przygotowań, przez akcję i późniejsze przetrzymywanie załogi, po finał. Ale w przeciwieństwie do Bigelow, jego relacja ma bardziej chłodny i jednocześnie o wiele bardziej osobisty charakter. Podtekst ideologiczny jest tu nie tak wyraźny. W tym filmie tak naprawdę nie ma standardowego podziału na dobro i zło. Bohaterowie Greengrassa są wszyscy tacy sami. Wszyscy robią swoje, wszyscy mają swoich szefów, swoje marzenia i nadzieje. Po prostu stoją po przeciwnych stronach barykady. Ale koszmar całej tej sytuacji polega na tym, że w rzeczywistości jadą na tym samym wózku: i marynarze i porywacze są trybikami w wielkim systemie. Przypominają muchy topiące się w tej samej zupie, walczące o to, która z nich wdrapie się na kawałek kartofla wystającego ponad powierzchnię zupy nie zdając sobie sprawy z tego, że zaraz i tak pochłonie ich zgłodniały człowiek albo zmywarka. I to właśnie jest największą zasługą Greengrassa: opowiada bardzo konkretną historię i chce być fair wobec bohaterów, nie ma w tym filmie ani jednej sceny, w której czułoby się, że wykorzystuje ich dla propagowania swoich poglądów. A jednak udało mu się stworzyć bardzo szeroką perspektywę, wpisującą losy postaci w globalny kontekst.

Co ciekawe, Greengrass dokonał tego banalnymi środkami, które stały się już jego znakami rozpoznawczymi: surowe zdjęcia z ręki, bliskie plany prezentowane na przemian z panoramami i jazdami kamery po okręgu (czy innych elipsach). "Kapitan Phillips" ma też znakomitą ścieżkę muzyczną. Powell, który stale współpracuje z Greengrassem, bezbłędnie wyczuwa, jak podkreślić akcję rozgrywającą się na ekranie. Do tego dochodzi Tom Hanks. Przez długi czas wydaje się, że gra dobrze, ale nie rewelacyjnie. Jednak ostatnie naście minut to czysta aktorska poezja. Nie jestem w stanie sobie przypomnieć drugiej tak świetnie odegranej sceny poddawania się szokowi po przeżytej traumie.

Dlaczego więc 8, a nie 10? Jest kilka drobnostek, które tu i ówdzie mnie uwierały. Trochę zawodzi początek trzeciego aktu, kiedy mam wrażenie, że coś w filmie siada. Cisza przed przysłowiową burzą jest zbyt dojmująca. Ale w sumie, są to detale.

Ocena: 8

wtorek, 1 października 2013

(2012) עלטה

Wielkie rozczarowanie. Izraelskie kino gejowskie kojarzyło mi się dotąd z całkiem dobrymi, nawet jeśli odrobinę zbyt melodramatycznymi, filmami. I nie chodzi mi tu wyłącznie o Eytana Foxa, ale też takie filmy jak "Oczy szeroko otwarte" czy "I będziesz miłował". Michael Mayer niestety mocno zaniżył poziom.


I nie, nie mam mu za złe technicznych niedociągnięć. Owszem, to, że jest to debiut, widać aż za wyraźnie. Niektóre sceny są po prostu źle zagrane, w innych miejscach kuleje montaż, braki w płynności narracji czy po prostu sztuczność dają się też mocno we znaki. Ale to zawsze mogę wybaczyć, jeśli tylko "kupię" historię. Niestety "W ciemno" sprawiało na mnie wrażenie telewizyjnego dramat z cyklu "Dlaczego ja?". Problemy społeczne są tu znacznie istotniejsze od bohaterów, którzy są bezpardonowo wykorzystywani w celach edukacyjnych. To bardzo polskie podejście do kina, więc tym większy jest mój zawód.

"W ciemno" mogło być piękną opowieścią o miłości, której nie dane było rozkwitnąć. Ale chęć poruszenia wszystkich możliwych ważnych problemów w relacjach palestyńsko-izraelskich oraz homo-heteroseksualnych sprawiła, że film najlepszy jest wtedy, kiedy bohaterowie milczą. Tylko wtedy można zauważyć potencjał tkwiący zarówno w historii jak i w twórcach.

Ocena: 4

Stay Cool (2009)

Poczucie humoru braci Polish chyba do mnie nie przemawia. "Tylko dla kochanków" jakoś nie byłem dotąd w stanie obejrzeć w całości. Zaś "Tylko spokojnie" zobaczyłem do końca dopiero za którymś podejściem.


Opowieść o tym, że w miłości co się odwlecze, to nie uciecze, nie zrobiła na mnie wrażenia. Wszystko jest tu jakieś takie mdłe, bez polotu. Niby ok, i bohaterowie, i pomysł nie są takie najgorsze. Ale nie ma tu nic, na czym mogłaby się skupić moja uwaga. Fabuła płynie sobie niespiesznie, cicho i spokojnie tak, by nie narzucać się widzowi. Nie mam się nawet na co krzywić, tak bezbarwna jest całość.

Ocena: 5