piątek, 29 listopada 2013

Кругови (2013)

Kamień rzucony do jeziora wywołuje na tafli kręgi, które rozchodzą się po powierzchni wody jeszcze długo po tym, jak sam kamień opadł na dno. Tak samo jest z odebranym życiem. Wiele lat później ci, których to zdarzenie dotknęło wciąż, niczym kręgi na wodzie pozostają uwięzieni przez to wydarzenie.


"Kręgi" to opowieść o cenie jaką płaci się stając w obronie życia. Ale nie chodzi tu o cenę, jaką zapłacił Marko – młody serbski żołnierz, który będąc na przepustce stanął w obronie muzułmanina, którego maltretowała trójka innych serbskich żołnierzy. Nie, w "Kręgach" widzimy, jaką cenę płacą inni: ten, którego życie okupione zostało śmiercią Marko; ten, który zainkasował zapłatę; ten, który był niemym świadkiem oraz ci, którzy zostali z pustką w sercu.

Dziesięć lat po znakomitym "Sto na sto" Srdan Golubović znów opowiada o konsekwencjach wojny na Bałkanach. W przeciwieństwie do innych twórców z tego regionu, jego opowieści są skromne i ciche. Nie epatują grozą, ale przez to są równie wymowne. Jego cisza wybrzmiewa bólem równie głośno, co wywrzeszczane szokującymi obrazami traumy innych. Nie jest też aż tak łzawy, co twórcy zagraniczni (najlepszy przykład: "Powtórnie narodzony"). Choć chwilami ma skłonność do nadmiernego sentymentalizmu. W "Kręgach" daje się to we znaki w ostatniej scenie, kiedy to los Marko – który przecież jest oczywisty – musi zostać pokazany, jakby reżyser fizycznie nie czuł się na siłach pozostawić to niedomówienie. A przecież chwilę wcześniej udowadnia, że potrafi pracować bez słów, w jednej z najlepszych scen filmu rozgrywającej się w szpitalu, gdzie wszystko, czego potrzeba, to jedna mała łza.

Ocena: 7

Goltzius and the Pelican Company (2012)

Hendrik Goltzius to postać związana z twórczością Greenawaya od wielu, wielu lat. Jego ryciny pojawiły się w "Księgach Prospera". Wspomina go też w moich ulubionych "Tulse Luper Suitcases" (zresztą to ponoć Luper jest "autorem scenariusza, który miał ponoć "napisać" w Moskwie w 1950 roku). Nic więc dziwnego, że w końcu poświęcił mu cały film. Mam jednak wrażenie, że zbyt długo zwlekał z tą opowieścią. W rezultacie rzecz straciła pazur, pozostając piękną i na swój sposób nawet bardzo fascynującą błyskotką.


Na pierwszy rzut oka "Goltzius and the Pelican Company" wydaje się typowym filmem Greenawaya. Do jego konstrukcji posłużyły bowiem ulubione obsesje reżysera: ciało, malarstwo, teatr, słowo. I w warstwie czysto wizualnej film robi imponujące wrażenie. Jednak w tym filmie cielesność potraktowana została jednobiegunowo. Greenaway skoncentrował się na seksie, zaś śmiertelność i rozkład przemykają na odległym planie. I ten brak wyraźnie daje się we znaki. Grzech cielesny, choć fascynuje, sprawia wrażenie zasłony dymnej. Jakby starzejący się Greenaway nie miał już tej odwagi, co 20 lat temu, by wprost brać się za bary z nieuchronnością śmierci. Co więcej, wiedza, która tak sprytnie była przemycana jeszcze w "Pillow Book", tu sprowadzona zostaje do intelektualizacji, mechanizmu obronnego budującą bufor między życiem a śmiercią.

W rezultacie tego "Goltzius and the Pelican Company" jest jednym z najbardziej interesujących wykładów o sztuce, jakie było mi dane obejrzeć w ostatnich latach. Jednak film jest dokładnie taki, jakim opisuje słynną, ikonotwórczą rycinę Adama i Ewy: "zaskakująco chłodną". Mimo całej tej nagości i tematyki, zmysłowości jest tu tyle, co kot napłakał.

Za to fantastyczny jest sam pomysł, który – gdyby religijni fundamentaliści interesowali się naprawdę sztuką, a nie tylko głośnymi tytułami – wywołałby powszechne oburzenie wiernych. "Biblia", za sprawą przypomnianych pięciu historii starotestamentowych i jednej z Nowego Testamentu, jawi się tu jako księga samych perwersji. Dostaje się mocno też samemu Bogu. Greenaway wychodząc z przypowieści zawartych w Piśmie Świętym, sprytnie zadaje niewygodne pytania, które w oczach wiernych muszą brzmieć bluźnierczo i na które nigdy z własnej woli nie odpowiedzią inaczej niźli wyuczoną na katechezie czy kazaniu formułką.

Świetna jest też pointa: przypowieści ze Starego Testamentu nie miały być czytane dosłownie, lecz są metaforami, Nowy Testament stanowi transgresję – odczytane dosłownie czynią rzeczywistość krwawą rzeźnią.

Ocena: 6

Ps. Chwilami miałem problem ze skupieniem się. Ramsey Nasr za bardzo przypominał mi Sheldona z "Teorii wielkiego podrywu". To budziło dziwaczny dysonans.

czwartek, 28 listopada 2013

Last Vegas (2013)

"Last Vegas" jak na dłoni pokazuje, że Hollywood panicznie boi się starości. Twórcy "Last Vegas" próbują ją oswoić. Ubierają ją w modne szaty kumpelskich zwariowanych komedii. A ponieważ najlepszą obroną jest atak, więc 90% dowcipów oparli wyłącznie na podeszłym wieku, jakby po 70-tce inne cechy charakteru traciły na znaczeniu (poza jedną cechą charakterystyczną, która zastępuje imię i wydaje się łatwiejsza do zapamiętania). Rezultat jest łatwy do przewidzenia.


"Last Vegas" to kompletnie sflaczałe "Kac Vegas". Nie ma tu ognia, dynamiki, a nawet autentycznego humoru. Z czwórką głównych bohaterów twórcy obchodzą się w rękawiczkach, jakby to były zgniłe jaja, które w każdej chwili mogą się roztrzaskać. Niby próbują wpompować rubaszny humor, ale ponieważ niechybnie rzecz aż prosi się o porównanie czy to z "Kac Vegas" czy to z "Druhnami" czy z "Projekt X", to za każdym razem kończy się to zawodem. Owszem, jest tu kilka nawet zabawnych scen. Ale wydają się one raczej wypadkiem przy pracy, niż zamierzonym efektem.

W rzeczywistości harce emerytów w Las Vegas budziły u mnie coś pomiędzy zażenowaniem a znudzeniem. Podobał mi się pomysł na opowieść o najlepszych przyjaciołach i poświęceniu, ale niestety w filmie sprowadzony został on do jednej wzruszającej sceny i tyle. Na plus zaliczam też Michaela Douglasa. Niespodziewanie zagrał on tu bardzo dobrze, z łatwością przyćmiewając całą resztę obsady. Rak najwyraźniej w jego przypadku okazał się zbawienny. Douglas zachowuje się tak, jakby dostał zastrzyk talentu i teraz nawet w gniotach nie potrafi nie być świetny.

Ocena: 5

środa, 27 listopada 2013

Kvinden i buret (2013)

"Kobietę w klatce" trudno jest traktować z pełną powagą. Nie wiem, jak to jest w książce, ale filmy robi wrażenie, jakby był delikatną parodią skandynawskich kryminałów. Wszystko jest tu wyjęte z katalogu najpopularniejszych kryminałów tamtego regionu. Począwszy od bohatera, który ma problemy w nawiązywaniu relacji, przez szefów, którzy robią wszystko, by utrudnić mu życie, po tak skomplikowaną intrygę, że aż banalną. Jednak w przeciwieństwie do typowego kryminału, każdy z tych elementów został wypaczony, jakbyśmy widzieli go w krzywym zwierciadle. Ta "deformacja" nie jest na tyle wyrazista, by można było "Kobietę w klatce" uznać za produkcję campową, ale sprawia, że wszystko zostaje przesłonięte niezbyt gęstymi oparami absurdu. Stąd też łatwiej przychodziło mi podczas seansu śmiać się niż emocjonować historią rozgrywającą na ekranie.


Film ogląda się dość dobrze, ale jak dla mnie to skrzywienie konstrukcyjne jest zbyt delikatne. I nie mam wcale pewności, czy rzeczywiście ma to być parodia, czy może całość jest po prostu tak źle napisana, że wydaje mi się zabawna. Mam nadzieję, że chodzi o to pierwsze, ale w takim przypadku ja wolę rzeczy o wiele bardziej wyraziste. Jak choćby genialny "Detektyw Cloth".

Ocena: 5

poniedziałek, 25 listopada 2013

Enough Said (2013)

Jest coś niezwykle ujmującego w historii dwójki osób po przejściach, którzy odnajdują miłość. Ale ponieważ są po przejściach (oboje mają za sobą nieudane małżeństwa), nowy związek budzi w nich strach. Pragnienie bycia walczy o lepsze z pragnieniem zapewnienia sobie bezpieczeństwa przed ponownym zranieniem. "Ani słowa więcej" to opowieść o tym, jak trudno jest powiedzieć drugiej osobie, że ją się kocha, że się za nią tęskni, że jej obecność budzi lęk, że jej brak budzi strach.


Nicole Holofcener znakomicie potrafiła uchwycić te ludzkie utrapienia. Napisany przez nią scenariusz, choć jest typowym produktem amerykańskiego kina niezależnego, jest jednym z najlepszych w tym roku. Ma znakomite dialogi pełne ciepłego humoru i sporej dawki skrępowania. Do tego dobrała sobie doskonałą obsadę. O Keener i Collette można było być spokojnym. Obie panie takie role są w stanie zagrać przez sen i wypaść w nich doskonale. Jestem jednak pod wielkim wrażeniem Louis-Dreyfus i Gandolfiniego. Jest między nimi prawdziwa chemia, dzięki której całość robi tak pozytywne wrażenie.

Ocena: 8

niedziela, 24 listopada 2013

4:44 Last Day on Earth (2011)

Auć. To zabolało. Abel Ferrara może sobie podać rękę z Jerzym Skolimowskim i Lechem Majewskim. "4:44. Ostatni dzień na Ziemi" to pretensjonalny gniot o podobnym poziomie wzdęcia artystycznego, co "Essential Killing" i "Młyn i krzyż".


Ferrara spróbował stworzyć film kontemplacyjny o końcu życia na Ziemi. Udowodnił jednak tylko tyle, że nie jest w stanie opowiedzieć o tym w sposób wyrazisty, bez popadania w patos."4:44" to rzecz chaotyczna, w której aż roi się od błędnych decyzji. Przede wszystkim sama katastrofa jest już słabym pomysłem. Robi się bowiem z filmu kino propagandowe wspierające zielonych i Ala Gore'a. Równie mało udanym pomysłem było wplecenie w narrację autentycznych wypowiedzi różnych osób oraz dodanie zdjęć archiwalnych z masowych uroczystości. Za dużo tego wszystkiego, ze zbyt wielu źródeł. Wydaje mi się, że gdyby reżyser zostawił tylko te zdjęcia, które bezpośrednio dotykają różnych sposobów radzenia sobie przez ludzkość ze sprawami ostatecznymi, film wiele by zyskał. No i na koniec dwójka bohaterów i to, co się miedzy nimi dzieje. O rany: to było jak rzecz z najgorszej polskiej produkcji. Ferrara przegiął na całej linii. Kilka drobnostek tu i tam nie są w stanie naprawić tego, co zaszwankowało w samej istocie filmu.

Wielka szkoda. Liczyłem, że może to być ciekawe uzupełnienie artystycznych wizji katastroficznych jak "Ostatnia miłość na Ziemi" czy "Melancholia". Tak jednak nie jest.

Ocena: 3

Last Hours in Suburbia (2012)

"Pamięć Grace" to kino o głęboko chrześcijańskich korzeniach. Opowiada bowiem o sensie pokuty (kary). Ma ona, zdaniem twórców, rację bytu tylko i wyłącznie w sytuacji świadomości popełnionego grzechu. Bowiem kara/pokuta nie jest jedynie konsekwencją złego postępku, ale również ostatnią fazą procesu wydobywania się z grzechu (na który składa się też jego wyznanie i zadośćuczynienie), zamknięciem dającym możliwość nowego otwarcia, nowych narodzin.


Grace jest nastolatką, która spędza swój ostatni dzień na wolności. Kilka miesięcy temu prowadząc po pijanemu samochód doprowadziła do wypadku, w którym zginęła jej najlepsza przyjaciółka. A przynajmniej tak wynika z zebranych dowodów, bo dziewczyna nic z feralnej nocy nie pamięta. Przyjęła jednak ugodę z prokuraturą, na mocy której została skazana na dwa lata pozbawienia wolności. Czuje się winna i karę postrzega jako źródło cierpienia, na które w pełni zasłużyła. Ale czy na pewno? I za co konkretnie? Ostatniego dnia na wolności dostanie szansę, by wszystko sobie przypomnieć.

"Pamięć Grace" to świetny pomysł. Niestety pod względem realizacji pozostawia wiele do życzenia. Aktorstwo jest w najlepszym razie przeciętne, w najgorszym trąci totalną amatorszczyzną. Zresztą cała ta produkcja wygląda, jakby nie była do końca profesjonalna. Ma to swój urok, twórcy nadrabiają entuzjazmem, ale pewnych rzeczy nie da się zamarkować i braki niestety widać. Nawet jak na standardy produkcji telewizyjnych wypada dość słabo.

Ocena: 5

Manuale d'am3re (2011)

Włosi mają chyba jakieś dziwne pojęcie o miłości. Przynajmniej ci, którzy odpowiadali za powstanie trzeciej części "Manuale d'amore". Z trzech nowelek składających się na całość wyłania się dość ponury obraz miłości, której bliżej jest do szaleństwa niż do czegokolwiek innego. Wprost powiedziane zostało to w drugiej historyjce, w której wariatka sprawiła, że chwilowo rozum stracił też szanowany dziennikarz. W pierwszej nowelce ten sam morał został ukazany nieco łagodniej, jako chwilowe upojenie. Ale obie są dość ponure i pokazują "miłość" jako siłę gorzką i niszczycielską.


Na tym tle trzecia nowelka z pozoru wydaje się nie pasować do całości. Tym razem zakochanie kończy się pozytywnie. Ale trudno nie uznać miłości za nagrodę pocieszenia za lata wyrzeczeń. Główny bohater najpierw musiał otrzeć się o śmierć i trzy lata czekać na nowe serce, a potem jeszcze sześć lat spędzić w dobrowolnym celibacie, by Amor w końcu dał mu spokój i zesłał ponętne ciało do kochania. Tak patrząc ta nowelka idealnie pasuje do pozostałych, bo i w niej miłość jest siłą sadystyczną.

Po film sięgnąłem wyłącznie ze względu na Bellucci i De Niro mówiącego po włosku. I przynajmniej ta nowelka mnie nie rozczarowała. Z trzech okazała się najciekawsza. Najgorzej wypadła pierwsza, która wydała mi się bardzo dziurawa. Jest w niej za dużo wątków pobocznych, które bardziej mnie zainteresowały od głównej historii.

Ocena: 5

Goon (2011)

"Zabijaka" ma niby być komedią. Ale mnie nie wydała się specjalnie zabawna. Gdyby nie postać Baruchela i komentatora sportowego w ogóle nie zorientowałbym się, że jest to komedia. Dla mnie jest to raczej dramat opowiedziany w lekkiej tonacji. Dramat o współczesnych rycerzach.


Doug jest bestią o łagodnym usposobieniu. Nie jest zbyt bystry, ale za to ma szlachetne serce, jest otwarty na świat, lojalny aż do przesady. Ma też wielki talent do mordobicia. Talent ten zostanie skrzętnie wykorzystany przez hokejową drużynę. Doug może wielkim graczem nie jest, ale za to z zadania, jakie zostało na niego nałożone, wywiązuje się z pasją i solidnością, jakiej trener nie może wykrzesać z reszty zawodników.

Walki na lodowisku wyglądają brutalnie, są krwawe i często kończą się kontuzjami (zazwyczaj drobnymi). Jednak "Zabijaka" przekonuje, że nie jest to przemoc bezmyślna. Doug i jemu podobni hokeiści są współczesnymi rycerzami, którzy rządzą się własnym kodeksem honorowym, a między walkami są wobec siebie uprzejmi, niczym towarzysze broni. Co więcej, mięśnie i pięści są narzędziem walki, ale to nie one prowadzą do zwycięstwa. To bierze się z czystości intencji, pasji, lojalności i zdolności do poświęcenia dla drużyny. Doug swoim podejściem do świata w końcu porywa zespół do zmiany, a nie tym, że potrafi przeciwnika znokautować.

Ocena: 6

Obława (2012)

Lubimy myśleć, że wojny wybuchają w imię wyższych racji: dla dobra (lub potęgi, co w propagandzie znaczy to samo) narodu, za wolność, demokrację, braterstwo. Jednak w rzeczywistości wojna jest kotłem, w którym destylowane są ludzkie charaktery. A przede wszystkim wojna jest łatwym pretekstem do podjęcia działań, które nie mają moralnego uzasadnienia.


W "Obławie" nie ma czystych postaci. Wszyscy są wymazani brudem egoistycznych motywów, których rezultatem jest śmierć w annałach historii wpisana na listę ofiar wojennej zawieruchy. Każdy z czwórki bohaterów ma racjonalne uzasadnienie swojego postępowania: Wydra walczy z kolaborantami, Henryk chce dobra swojego i swojej żony, ta ma dość jego traktowania i zdrady, a Pestka zrobi wszystko w obronie swojej siostry. Ale racjonalne uzasadnienie nie oznacza uzasadnienia właściwego, a przynajmniej nie w taki sposób, w jaki tego pragnęliby bohaterowie. Ich racje są bowiem racjami jednostkowymi, pozostającymi w sprzeczności z pragnieniami innych. Na tym tle rodzi się konflikt, którego rezultatem jest przemoc i krew. Lecz ponieważ wszystko to okrywa noc wojny, ich krzyk i dramat pozostaje niemy.

"Obława" bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Nie spodziewałem się, że o wojnie można w Polsce nakręcić podobny film. Tymczasem obraz Krzyształowicza ma nie tylko ciekawy pomysł formalny, ale cztery wyraziste postaci. Po raz pierwszy od bardzo dawna zobaczyłem w polskim kinie ludzi, a nie personifikacje idei. Z tego też powodu bardzo chciałem polubić film, ale koniec końców okazało się, że nie wszystko się reżyserowi udało. Narracja nie potrafiła przykuć mojej uwagi i chwilami łapałem się na tym, że myślami błądzę daleko od tego, co dzieje się na ekranie. Trochę szkoda, ale mimo wszystko reżyser ma ode mnie wielkie brawa.

Ocena: 6

piątek, 22 listopada 2013

Venuto al mondo (2012)

Takich filmów nie powinno się pokazywać jesienią. Aura sprzyja depresji, a tu Sergio Castellitto dobija nas historią o ludzkich przywarach, tchórzostwie, źle ulokowanych uczuciach.


"Powtórnie narodzony" przekonuje, że świat jest miejscem, w którym rządzi ból i poczucie winy. Życie ludzkie budowane jest na błędach i niespełnieniu. Człowiek dźwiga ten bagaż, aż w którymś momencie nie wytrzymuje i pada pod jego ciężarem. Miłość nie wszystko zwycięża. Najbardziej lojalny jest ból i wstyd. Możemy być pewni, że nigdy nas nie opuszczą. Dramatem człowieka okazuje się też organiczna niemożność cieszenia się drobnostkami. Zawsze jest pragnienie posiadania czegoś więcej, sięgania po to, co nie jest nam dane i w pędzie po to istota ludzka jest zdolna do niezwykłych czynów. Ale co z tego, kiedy czyny te jedynie zwielokrotniają ból.

Na film wybrałem się pamiętając, jak świetnie udała się poprzednia współpraca Castellitto z Cruz. Niestety "Powtórnie narodzony" nie jest powtórką z "Namiętności", choć przecież porusza podobną tematykę skomplikowanych relacji międzyludzkich. Tym razem jednak konstrukcja filmu nie jest zbyt udana. Całość jest zbyt sztuczna, przesadnie stylizowana, ale za mało, by uznać to za coś organicznie niezbędnego narracji. Chwilami ma bardzo piękne zdjęcia, ale znów, wydaje się, że jest to piękno dla samego piękna, ignorujące wymagania opowieści, jak reżyser snuje. Dlatego też przez cały seans coś mnie uwierało, nie pozwalało cieszyć się przygotowaną filmową ucztą.

Ocena: 6

czwartek, 21 listopada 2013

Ti presento un amico (2010)

Marco Ferretti to mężczyzna idealny. Jest przystojny, szarmancki, ma dobrą pracę i potrafi prawić komplementy. O spotkaniu takiego mężczyzny marzy każda kobieta. Nie, żeby z nim być, ale żeby dzięki niemu dowartościować się i zdobyć się na odwagę wzięcia życie we własne ręce. Bo Marco to taki ludzki odpowiednik Kupidyna. Za jego sprawą pary, którym grozi rozpad mogą w końcu być ze sobą. W tym wszystkim brak jest jednak miejsca dla jego szczęścia. Biedak pozostaje samotny, mogąc liczyć co najwyżej na szybki numerek, choć częściej tylko na parę skradzionych pocałunków.


Biedny jest też Raoul Bova. Lubię go, ale chłop powinien zacząć czytać scenariusze ZANIM zdecyduje się w nich grać. "Poznaj mojego przyjaciela" to gniot pełną gębą. Ma być komedią, ale bazuje na stereotypach, przez co wcale nie jest zabawny, a miejscami jest po prostu żenująco prostacki. Film przypomina trochę komedię z Dane'em Cookiem "Facet pełen uroku", ale Cook przynajmniej na całego się zabawiał, nie to co świętoszkowaty Bova.

Jak na komedię jest też bardzo słaby w warstwie dialogowej. Ma tak naprawdę jeden niezły tekst:

Mówiłaś, że kochasz tylko mnie.
To było przed kryzysem.

Niestety pada on na początku filmu, więc potem poziom pozytywnego myślenia leciał u mnie w dół na łeb na szyję.

Ocena: 3

środa, 20 listopada 2013

Aningaaq (2013)

Jest w "Grawitacji" taka scena, w której osamotniona bohaterka próbuje nawiązać z kimkolwiek łączność radiową. I przez chwilę jej się to udaje. Co prawda jej rozmówca jest na Ziemi, nie mówi po angielsku, a ich kontakt jest bardzo ulotny, ale w filmie jest to ważna chwila. Teraz możemy ją zobaczyć z drugiej strony.


"Aningaaq" rozgrywa się na dalekiej północy. Pod wieloma względami jest to świat podobny do kosmosu, jaki poznała bohaterka "Grawitacji". Jest skrajnie nieprzyjazny dla ludzi, surowy, piękny, okrutny. Z tej perspektywy jeszcze lepiej widać, że tak naprawdę nie nawiązany został kontakt. Jedno nie rozumie drugiego, nie wiedzą, o czym rozmawiają, nie potrafią pojąć swoich mniejszych i większych dramatów. A jednocześnie więź pomiędzy nimi jest wręcz namacalna. To więź umykająca słowom, pozostająca poza sferą logosu. Ta więź ma atawistyczny charakter, to rozpoznanie drugiej istoty rozumnej, współbrata w egzystencji. I samo w sobie to rozpoznanie jest istotne, nadaje sens nam samym i tym, z którymi nawiązaliśmy kontakt. Ta więź nie ma praktycznego zastosowania. Kiedy los upomni się o swoje, machnie się na nią ręką, zapomni w walce o przetrwanie. Póki jednak trwa, jest w tym magia, jest w tym prawda o życiu, prawda, której nigdy nie da się wypowiedzieć.

Ciekawe uzupełnienie do "Grawitacji".

Ocena: 7

poniedziałek, 18 listopada 2013

Rush (2013)

"Wyścig" jest jak sport, o którym opowiada: zamknięty w bardzo sztywnych ramach zasad, które stara się wypełnić dynamicznymi atrakcjami. I dla fana Formuły 1 będzie to oczywiście wielka zaleta. Ja jednak nigdy specjalnie za tym sportem nie przepadałem (choć i tak uważam go za bardziej sensowny od żużla), więc oczekiwałem czegoś więcej niż próby odtworzenia wrażeń i emocji związanych z wyścigiem. A tego niestety tu nie ma.


Obraz Rona Howarda przywodzi mi na myśl "Grawitację". I tu i tu nacisk położony jest na stronę wizualną/techniczną filmu, zaś fabuła jest pretekstowa. Niestety dla Howarda, mnie bardziej oczarował kosmos od bolidów F1. Niemniej jednak uważam, że "Wyścig" jest absolutnym arcydziełem pod względem montażu. Różne "materiały" filmowe zostały tutaj bezbłędnie zszyte w jedną płynną tkaninę. Rzecz jest widowiskowa i dynamiczna, pulsuje w rytm pracy setek koni mechanicznych.

Sprawność techniczna nie jest jednak w stanie w pełni zamaskować kolejnej przeciętnej opowieści Petera Morgana. O sporcie pisze on na jedno kopyto, korzystając z banałów, które przy kimś mniej sprawnym technicznie od Howarda uczyniłby z "Wyścigu" gniot jak się patrzy. Wszystko jest tu płytkie, przewidywalne, wręcz irytująco wtórne. Jak tak zwana rywalizacja dwójki bohaterów, obowiązkowe sceny zaniepokojonych fanów/bliskich, slow-motion w czasie deszczu (jeden z najbardziej kiczowatych chwytów, jaki można sobie wyobrazić). Całość sprawia wrażenie, jakby Morgan przekopiował scenariusz "Przeklętej ligi" podmieniając piłkę nożną na Formułę 1, a zamiast Clougha dając Laudę. W sumie to nie powinienem narzekać. Dobrze, że wybrał akurat ten scenariusz. Mógł przecież wzorować się na "360". Nawet nie chcę myśleć, co w tedy wyszłoby za "cudo".

Nie podzielam też zachwytów nad obsadą. Gra Hemswortha jest drewniana i tylko w jednej scenie pokazał coś więcej. Jest jednak i tak lepszy od Brühla, którego podstawowym zadaniem było chyba nauczenie się angielskiego z austriackim akcentem. Z całego filmu najlepiej zapamiętam Wilde, ale ze względu na to, jak wygląda, a nie to, jak gra.

Ocena: 6

ねこぢる草 (2001)

Przedziwna animacja. Choć ma już ponad 10 lat, to nic a nic się nie zestarzała. Pewnie dlatego, że podejmuje uniwersalne tematy życia i śmierci.


"Kocia zupa" to opowieść surrealistyczna o okrucieństwie egzystencji w świecie, który jest oparty na sadyzmie i samolubstwie. Bo choć główny bohater "ratuje" swoją siostrę i się o nią troszczy, to w wielu momentach ignoruje jej stan ducha kompletnie. Przemoc przybiera tu bardzo fantazyjne formy, stając się jedyną rzeczywistą rozrywką. W ten sposób film jest bardzo nihilistyczną przypowieścią, w której nawet nadzieja okazuje się gorzką mazią trudną do przełknięcia.

Film zapewne robiłby na mnie większe wrażenie, gdyby był krótszy. W swojej ostatecznej formie niestety w pewnym momencie zaczął mnie męczyć.

Ocena: 6

niedziela, 17 listopada 2013

Una pistola en cada mano (2012)

Dzień niezręcznych rozmów. Gay znów opowiada o mężczyznach. Tym razem są już dojrzali, po przejściach. Wydawać by się mogło, że bogaci w życiowe doświadczenie są w końcu zdolni stanąć pewnie na swoich nogach. Ale nic bardziej błędnego. Ten film złożony jest z serii spotkań i rozmów. Każda z nich ujawnia kompleksy, lęki, problemy, wady. A przede wszystkim niezręczność, jaka nieuchronnie pojawia się w relacji z drugą osobą. Rodzi ją niemożność powiedzenia tego, co chciałoby się powiedzieć lub też zbytnie odsłonięcie siebie w najmniej odpowiednim momencie, co prowadzi do zranienia.


"Wieczni kowboje" to kino bardzo teatralne. Może nawet za bardzo. Ale każde ze spotkań rozpatrywane z osoba jest świetne. Znakomita obsada potrafiła przekształcić rozmowy w maleńkie cacuszka. Mimo że wszystkie sekwencje bazują na rozmowach, wiele rozgrywa się tu między słowami. Jak choćby w pierwszej rozmowie, gdzie do końca nie wiedziałem, kim dla siebie przed laty byli jej bohaterowie. Albo genialna spotkanie męża z kochankiem żony, kiedy ten pierwszy orientuje się, kim jest ten drugi. Świetna jest też scena z Eduardem Noriegą, który dostaje niezłą lekcję etykiety.

Problem polega na tym, że zgromadzone w jednym miejscu i czasie prowadzą do dewaluacji swoich wartości. Jako seria krótkich metraży projekt chyba sprawdziłby się lepiej. A może po prostu jestem zawiedziony, że film z obsadą moich marzeń nie jest arcydziełem?

Ocena: 6

The Pact (2012)

Biedny Casper Van Dien. Pewnie nie tak wyobrażał sobie przyszłość pod koniec lat 90., kiedy to grał u Verhoevena i Burtona, został też Tarzanem. Dziś relegowany jest do pozycji aktora drugoplanowego i to w takich szmirach, których tytułów lepiej nie podawać w resume. Taką kichą jest właśnie "Nadprzyrodzony pakt".


Trudno powiedzieć cokolwiek o tym filmie. Idiotyczna fabuła, kiczowate zdjęcia, kretyńskie wykonanie i obrażająca widza gra aktorska - to wszystko są znaki rozpoznawcze tego gniota. Kompletnie nie rozumiem dlaczego wprowadzono wątki nadprzyrodzone. Wydaje się, że rzecz miałaby szanse być o wiele ciekawsza, gdyby bohaterom (i widzom) jedynie wydawało się, że mają do czynienia ze zdarzeniami nadprzyrodzonymi, podczas gdy prawda byłaby cały czas pod ich nosami. A tak rzecz rozczarowuje już po pierwszych pięciu minutach, potem jedynie nuży.

Ocena: 2

sobota, 16 listopada 2013

Dear Mr. Gacy (2010)

Jason był szczęściarzem. Dostał dokładnie to, czego pragnął. Ale spełnione marzenie wcale nie przyniosło mu satysfakcji. Cena okazała się za wysoka.


Jason jako student postanowił wykazać się na uczelni i zamiast odbębnić pracę semestralną zdecydował się napisać o seryjnym gwałcicielu i mordercy młodych mężczyzn, który wkrótce miał być skazany na śmierć. Zaczął od listów, w których wykreował siebie na wymoczka, jaki musiał się spodobać Gacy'emu. Potem zaczęły się telefony. Jason długo wierzył, że kontroluje sytuację. Kiedy zorientował się, że spotkał potwora i że ten potwór tkwi w nim samym, było już prawie za późno.

"Szanowny panie Gacy" to świetny materiał na film, tym bardziej, że jest to prawdziwa historia. Niestety Svetozar Ristovski zrobił z tego bardzo standardową powiastkę o manipulacji, wpadaniu we własne sidła i odkrywaniu własnych mrocznych namiętności. Jednak relacja Jasona z Gacym była o wiele bardziej skomplikowana i niejednoznaczna, czego najlepszym dowodem jest fakt, że Jason popełnił samobójstwo ledwie 12 lat po egzekucji Gacy'ego. Może kiedyś sięgnie po tę historię jakiś naprawdę dobry reżyser, który zamiast wyliczać fakt, postanowi wgryźć się w delikatną materię ludzkich interakcji.

Ocena: 5

czwartek, 14 listopada 2013

Jackpot (2012)

Kiedyś porno to było coś. Nie była to jedynie tania podnieta, lecz prawdziwa inspiracja do bycia sobą, do stawiania czoła przeciwnościom losu, do walczenia o swoje prawa. A przynajmniej tak to wygląda z perspektywy filmu "Jackpot" i jego młodego bohatera. Przystojniak z rozkładówki staje się wzorem do naśladowania (rodzice bohatera muszą być z niego bardzo dumni, że ktoś taki stał się dla niego autorytetem). Dzięki niemu chłopak spełni się nie tylko w ręcznych robótkach.


"Jackpot" wpisuje się w coraz modniejszy nurt sentymentalnego powrotu do lat 90. Jeszcze do niedawna niewinność wiązana była z latami 80., ale pokolenie filmowców ulega wymianie, więc i dekady musiały się zmienić. Filmik sam w sobie nie jest wyjątkowy. Ale jest na tyle sympatyczny, by oglądało się to z lekkim uśmiechem i bez większego bólu.

Ocena: 6

The Sweeney (2012)

"Lotna brygada" jest naprawdę znakomitym filmem policyjnym. Ma ciekawą intrygę kryminalną powiązaną ze skomplikowanymi relacjami osobistymi. Ma też interesujących bohaterów, którzy zostali całkiem dobrze odegrani. Powinienem więc piać nad filmem z zachwytu. Tak jednak nie jest.


Od czasu do czasu trafiają mi się takie filmy. Wiem, że są dobre. Wiem, że nie bardzo mam się do czego przyczepić. A jednak nie potrafię się do nich przekonać. Przy "Lotnej brygadzie" miałem spory problem, by utrzymać uwagę. Całość, mimo ewidentnych atutów, bardzo mnie męczyła i łapałem się na tym, że nudzi mnie to, co się dzieje na ekranie i kusi mnie, by przestać oglądać. Najgorsza jest końcówka pierwszego aktu, zanim intryga się zagęści. To był dla mnie prawdziwy test na wytrzymałość. Na szczęście przeszedłem go i wytrwałem do końca.

Ocena: 6

Thor: The Dark World (2013)

Drugi "Thor" to doskonały przykład filmu, z którego nic się nie wynosi, który zapomina się minutę po zakończeniu, ale który ogląda się całkiem dobrze. Jest dynamiczny. Ma jakiś tam humor, jakąś fabułę i sporo akcji. Rzecz nie ma większego sensu w skali makro. Gdyby nie scena po napisach, film mógłby w uniwersum Marvela nie istnieć. Problemem jest też jego największy atut, czyli Loki. Wydaje się, że Marvel nie ma pomysłu na tę postać i zamiast rozwijać ją konsekwentnie, idzie na żywioł, wykorzystując go jako uniwersalną zapchajdziurę. Fakt, sprawdza się w tym idealnie, ale potencjał ma na coś znacznie większego.


Jednak za największy plus uznaję to, co Taylor uczynił z postacią Jane. W pierwszym filmie była to bohaterka, która o mało nie zniszczyła filmu, była tak irytująca. Tu jest jej więcej, ale irytuje jakby mniej. Co prawda nadal jest najbardziej mdłą z kobiecych postaci, ale widać poprawę. Swoją drogą psychoanalitycy mieliby używanie: fakt, że otoczony twardymi kobietami Thor wybiera sobie dziewojkę, która nawet obdarzona supermocą jest totalną mimozą, jest wielce symptomatyczne.

Ocena: 6

wtorek, 12 listopada 2013

The Counselor (2013)

"Adwokat" to doskonały przykład na to, że świetny pisarz może być bardzo złym scenarzystą. McCarthy przygotował fabułę tak, jakby to była powieść do smakowania języka pisanego. Niestety Ridley Scott nie potrafił tego przerobić na filmową materię. Rezultat jest groteskowy. Pod koniec mogłem już jedynie reagować śmiechem, ale niestety "Adwokat" to nie jest przykład filmu, który jest tak zły, że aż fajny. On po prostu jest zły.


Podczas oglądania "Adwokata" na myśl przychodziło mi ostatnie "dzieło" Kubricka "Oczy szeroko zamknięte". Podobnie jak Kubrick, tak i Scott stworzył film pompatyczny, który groteskę przemienił w karykaturę. Ale nawet Kubrick nie upadł tak nisko. To, co irytuje w "Adwokacie" najbardziej to sztuczność dialogów. Słuchając kolejnych rozmów można odnieść wrażenie, że każdy z bohaterów ma tytuł profesora filozofii na Sorbonie. Nikt tu nie mówi otwarcie, wszyscy skrywają swoje myśli za parabolami, mantrami, mottami i aluzjami. Nawet biedny meksykański właściciel knajpy rzuca podniosłymi tekstami o znaczeniu śmierci. Cała ta wzniosłość przywodzi na myśl drugiego i trzeciego "Matriksa". A już szczytem wszystkiego jest rozmowa telefoniczna głównego bohatera pod koniec filmu, przy której monolog Architekta z "Matriksa" wydaje się szczytem elokwencji. W tym szambie niepotrzebnych słów warta wysłuchania jest jedynie przypowieść o sumie. No i może jeszcze tekst z więzienia o wartości przysługi. I tyle.

No dobra. "Adwokat" ma jeszcze jeden dobry element. Jest nim postać zagrana przez Cameron Diaz. Zasługuje ona na o wiele lepszy film od tego, jaki przygotowali McCarthy i Scott.

Ocena: 2

What Richard Did (2012)

Jeśli chcesz poznać drugą osobą, nie patrz, jak zachowuje się, kiedy wszystko gra. Wtedy łatwo jest być miłym, otwartym, sympatycznym i troskliwym. Zobacz, jak radzi sobie w obliczu tragedii. Czy się złamie, jakie rysy na charakterze ujawni, jak wygląda jego twarz bez maski?


Rich wydaje się w czepku urodzony. Jest młodym, wysportowanym i całkiem przystojnym nastolatkiem. Jego życie to pasmo sukcesów, pełne harmonii i choć wyznacza je ambicja i rywalizacja, to wszystko to odbywa się w bezpiecznych ramach szkoły i sportowego współzawodnictwa. I wtedy pojawia się Lara. To przez nią Rich odkryje w sobie słabość. Będzie to słabość krytyczna w skutkach, ponieważ chłopak w żaden sposób nie potrafi sobie z nią poradzić. Chwila nieuwagi, wybuch frustracji i jego życie wywraca się do góry nogami. Od tego momentu zawodzi sam siebie, zawodzi swoich bliskich, ale co najgorsze odkrywa też, że inni – ci, którzy powinni być dla niego oparciem – zawodzą jego.

"What Richard Did" to przejmujący kino, ponieważ jest ciche, pozbawione zacięcia moralizatorskiego czy artystycznego nadęcia. Bazując na prostym i wielokrotnie wykorzystywanym pomyśle, reżyser tworzy autentyczną opowieść o zagubieniu, tchórzostwie i odkrywaniu prawdy o sobie. Abrahamson nie wywyższa się, nie czyni z bohaterów marionetek, z którymi może robić co chce. Dlatego też ta opowieść tak bardzo dotyka duszy. Polscy twórcy powinni obejrzeć film Abrahamsona, mogliby się sporo nauczyć o tym, jak należy mówić o ważnych sprawach, bez sprawiania wrażenia, że jest to uniwersytecki wykład socjologiczny.

Ocena: 7

poniedziałek, 11 listopada 2013

The Expatriate (2012)

"Wrobiony" ma bardzo absurdalny pomysł, który z trudem się kupuje. Rzecz o tym, jak to były agent CIA z pomocą nastoletniej córki rozwiązuje śmiertelnie niebezpieczną intrygę brzmi jak jakaś niewiarygodna bajka. Obecność nastolatków, którzy nie tylko pomagają, lecz są wręcz równorzędnymi partnerami, naprawdę wymaga od widzów sporo wiary.


Jeśli jednak uda się przymknąć oko na tego słonia w składzie porcelany, to wtedy "Wrobiony" okazuje się całkiem przyjemnym filmidłem. Całość ma niezłe tempo, dobrze pomyślane zwroty akcji, trzyma się sprawdzonych, niezbyt wydumanych pomysłów fabularnych. W kinie pewnie byłoby rozczarowaniem, ale oglądane w telewizji listopadowym wieczorem, jest lekturą w sam raz dostosowaną do tej ponurej pory. Oczywiście Aaron Eckhart nawet w tak bezbarwnej roli się sprawdza, co było dodatkowym plusem.

Ocena: 6

Welcome to the Punch (2013)

Standardowe kino sensacyjne. Policjant i przestępca – mają rachunki do wyrównania. I kiedy ten pierwszy próbuje schwytać tego drugiego, a ten drugi próbuje odkryć, co stało się z jego synem, nieuchronnie stają się trybikami w większej intrydze. Trybikami przeznaczonymi na śmietnik, chyba że zapomną o swoich animozjach i zaczną pracować razem...


"Welcome to the Punch" jest podręcznikową produkcją. Konstrukcja bohaterów, poszczególne wątki, nawet zdjęcia i muzyka, wszystko to aż krzyczy: wtórność. Jednak Eran Creevy okazał się bardzo sprawnym rzemieślnikiem. Dzięki temu całość ogląda się znośnie, a pod koniec nawet bardzo dobrze. Scena w domu babci i finałowa strzelanina zostały zrealizowane z klasą. Nie zaszkodziły również dobre decyzje obsadowe. Cała ekipa aktorska świetnie się sprawdziła w swoich rolach sprawiając, że wszystko to, choć chwilami kulawe logicznie, jest znośne w oglądaniu.

Ocena: 6

Killing Season (2013)

Jakim cudem Mark Steven Johnson jest w stanie robić filmy z największymi gwiazdami w Hollywood? Przecież żaden z jego obrazów nie był dobry (najlepiej wypada "Daredevil", więc już to samo najlepiej świadczy o jego reżyserskich kwalifikacjach). "Sezon na zabijanie" tylko potwierdza moje złe o nim mniemanie.


Pomysł nie jest taki najgorszy. I jest wiele filmów, które, mając podobny punkt wyjścia, zachwyciło mnie. "Sezon na zabijanie" bowiem mógł być wspaniałym popisem umiejętności dwójki aktorów. Ich pojedynek, podobnie jak starcie granych przez nich bohaterów, posiada wszystkie elementy mogące uczynić z całości potencjalny hit, który ogląda się z zapartym tchem. Tyle tylko, że tu kończy się na obietnicach. Fabuła okazuje się naiwna i kiczowata. Kolejne zwroty akcji zamiast budzić ekscytację wywołują pusty śmiech. W połowie filmu straciłem nadzieję, że fabuła może mnie czymś zaskoczyć i po prostu odliczałem minuty do sentymentalnego zakończenia, które – oczywiście! – nastąpiło. Aktorsko jest równie bezbarwny. De Niro i Travolta najwyraźniej dobrze wiedzieli, z czym mają do czynienia, i nawet nie starali się wykrzesać choćby iskierki entuzjazmu. Ich gra jest nonszalancka, jakby po prostu poszli po sprawunki do sklepu.

Ocena: 3

Des/Esperando (2010)

Najgorsze w związku jest zakończenie. Zwłaszcza wtedy, kiedy nie jest ono rozpoznane. Javier i Gonzalo spotykają się od jakiegoś czasu. Uczucie, które kiedyś ich łączyło teraz jest już wyłącznie wspomnieniem. Jednak jego echo wciąż na nich oddziałuje, pęta ich, nie pozwala im się od siebie uwolnić. Tak oto znaleźli się w pułapce pozornie bez wyjścia: gdy się od siebie oddalają, coś ich ponownie przyciąga, kiedy są blisko siebie, budzi się w nich agresja. Nie potrafiąc się uwolnić, nieuchronnie zdążają ku tragedii.


"Des/Esperando" to kino przewidywalne. Próbuje być minimalistyczną medytacją, ale staje się festynem ogranych chwytów. Nie potrafi zaskoczyć, nie potrafi wciągnąć, nie potrafi nawet wynudzić. Koniec końców jest bezbarwny jak świat daltonisty.

Ocena: 4

Sedona (2011)

Jeśli już gdzieś człowiek powinien się zgubić, to niech będzie to Sedona. W filmie Stovalla jest to magiczne miejsce, gdzie nic nie dzieje się bez powodu. Tu los bierze nasze życia w swoje ręce i wtrąca się bez pardonu, by "naprawić" to, co uważa za zepsute. Co wrażliwsi zostają schwytani w wir zdarzeń i nigdy już nie opuszczą tego miejsca stając się częścią lokalnego kolorytu. Przyjezdni mogą uznać się za szczęściarzy jeśli wszystko, co im się wydarzy, to lądowanie samolotu na ich samochodzie czy strach spowodowany zgubieniem syna, któremu jednak nic się poważnego się nie stanie. Bo w Sedonie nie cierpi się dla samego cierpienia, a jest to ból prowadzący do odrodzenia.


Po świetnym "Hate Crime" Stovall tym razem mocno mnie rozczarował. "Sedona" to dowód na to, że kino nie lubi przesady, a tu mamy z nią do czynienia. Reżyser opowiada nam dwie historie, które od samego początku w sposób oczywisty są ze sobą powiązane. Ta konstrukcja dziurawi powłokę filmu tak, że zamiast pięknego balonu dostałem zwykłego flaka. "Sedona" powinna mieć tylko jedną historię i powinna nią być ta o kobiecie, która utknęła w mieście i wszelkie próby opuszczenia go okazują się nieudane. Dopiero konfrontacja z przeszłością to zmieni. Historia jej syna jest zupełnie niepotrzebna. Co gorsza jest też słabiej napisana. To zaskakuje, bo przecież gra w niej Seth Peterson, który tak dobrze poradził sobie w "Hate Crime". No cóż, teraz lepiej byłoby dla wszystkich, łącznie z nim, gdyby jego wątek zniknął z fabuły.

Ocena: 4

środa, 6 listopada 2013

Red Lights (2012)

"Pogrzebanym" Rodrigo Cortés zdobył sobie u mnie spory kredyt zaufania. Szybko go jednak wykorzystał. "Red Lights" to spore rozczarowanie. Głównie dlatego, że tkwi w nim duży potencjał.


Pierwsza tercja filmu to typowy horror, w którym sceptycy polują na autentyczną paranormalność. Sigourney Weaver bryluje, jest prawdziwą gwiazdą, a jej postać została świetnie pomyślana. Matheson przywodzi na myśl Houdiniego, z tą jego obsesją demaskatorską, za którą jednak kryje się pragnienie wiary, że coś istnieje poza granicami ludzkiej percepcji. Ona także bezwzględnie rozprawia się ze wszystkimi przejawami zjawisk nadprzyrodzonych, ale czyni to właśnie dlatego, że chciałaby zdobyć dowód umożliwiający jej wiarę.

Druga tercja jest równie interesująca. To przypowieść o obsesji, która zaciera granice pomiędzy tym, co racjonalne a irracjonalne. Na pierwszy plan wybija się Buckley grany przez Murphy'ego. Ta część przypomina raczej horror o opętaniu. Reżyser ciekawie rozgrywa konflikt pomiędzy Buckleyem a Silverem. Niejasne granice otwierają pole do dywagacji. Ale w tej części ujawnia się poważna wada konstrukcyjna. Silver to ciekawy element fabularny, ale funkcjonujący jedynie jako katalizator, nie ma żadnej autonomii. Każda próba zrozumienia jego motywacji kończy się fiaskiem.

Odpowiedź otrzymujemy w trzeciej tercji, ale jest to odpowiedź mało satysfakcjonująca. Ta tercja odwołuje się do maksymy wyroczni delfickiej. Cortés oferuje gwałtowną wywrotkę fabularną. W zamyśle miała ona robić zapewne duże wrażenie, tymczasem prowadzi do głębokiego rozczarowania, ponieważ okazuje się, że cały film pozbawiony jest głębszego sensu, że wszyscy bohaterowie są niczym brokat: lśniąca ozdóbka przeciętności.

Każda z tercji oddzielnie mogła stanowić podstawę interesującego filmu. Razem powodują, że "Red Lights" wyglądają niczym poligon doświadczalny po nie do końca udanym eksperymencie. Cortés wyraźnie był rozdarty, ambicje przerosły jego możliwości narracyjne. W ostatecznym rezultacie otrzymaliśmy bałagan, w którym ciekawe pomysły giną w natłoku niepotrzebnych ozdobników.

Ocena: 5

poniedziałek, 4 listopada 2013

Ender's Game (2013)

Filmowa "Gra Endera" z całą pewnością zachęciła mnie do przeczytania książki. Nawet w tak rozwodnionej formie czuć w niej ducha reaganowskiego wyścigu zbrojeń. Temat ten jest dziś jak najbardziej na czasie, kiedy odsłaniane są kolejne pokłady idei "cel uświęca środki" w walce z terroryzmem. I naprawdę nie rozumiem, jakim trzeba być kretynem, by uznać ten temat za idealny na familijną produkcję.


"Gra Endera" bowiem nadaje się na kino w stylu "Plutonu" czy "Urodzonego 4. lipca". Kryje w sobie straszliwą opowieść o tym, jak bardzo złudne jest nasze myślenie o niezależności. Młodzi bohaterowie filmu mają bardzo dużo swobody, by piąć się po szczeblach kariery, ale w rzeczywistości są jak mrówki w mrowisku, w które ktoś wciąż wbija patyk. Ta straszliwa kontrola i manipulacja powoduje u mnie gęsią skórkę. I to pomimo faktu, że twórcy zrobili wszystko, by złagodzić wydźwięk filmu. Nawet w tej formie (choć bez końcówki) ma szansę stać się przebojem w Afryce. Każdy watażka posiadający dziecięcą armię może uznać "Grę Endera" za film szkoleniowy.

Niestety twórcy poszli w przeciwnym kierunku. I w zasadzie wcale mnie nie dziwi. W podobnym duchu zmasakrowane zostało bardzo przewrotne "Jestem legendą", które w wersji kinowej stało się prawicową propagandą mesjanistyczną, choć w rzeczywistości było przecież rozważaniem na temat tego kto jest potworem a kto człowiekiem.

Film ogląda się bardzo dobrze, ma jednak jedną wielką wadę, która mocno obniżyła moją ocenę. To sposób prezentacji głównego bohatera. Nie udało się w filmie ukazać jego niezwykłości. Nie zauważyłem żadnych przebłysków tej empatii, która pozawala mu poznać wrogów, nie widziałem jego cudownego umysłu stratega, jest też zupełnie nieczytelne to jak i po co jego "sny" zostały zanieczyszczone (ba, w filmie nie ma praktycznie żadnych snów, tylko symulacje z gry!). Z tego też powodu miałem wrażenie, że w samym centrum "Gry Endera" znajduje się czarna dziura, która pochłonęła wszystko, co najciekawsze. To zaś, co widać na ekranie, jest ledwie cieniem, pozostałością, której jeszcze nie wciągnęło do środka dziury.

Ocena: 6

niedziela, 3 listopada 2013

Unter Nachbarn (2011)

Oto opowieść o idiocie, który za bardzo otwarty był na ludzi. Popełnił poważny błąd i nawiązał kontakt z sąsiadem. Jako dziennikarz powinien był umieć przeprowadzać wywiad środowiskowy. Tymczasem on zaskakująco długo pozostaje ślepy na fakty. Jak dostał robotę w jakiejkolwiek gazecie, to największa zagadka tego filmu.


Pomijając fakt, że intryga jest zbyt grubymi nićmi szyta, reszta jest całkiem interesując. Głównie za sprawą Charly'ego Hübnera. Zagrał on naprawdę ciekawie psychopatyczną postać. Niebezpieczny, a zarazem niegroźny, przyjacielski, choć nie ma zielonego pojęcia, co to oznacza. Spragniony kontaktu z drugim człowiekiem, ale niczym naznaczony klątwą, niszczący wszystko, co dotknie. To dzięki niemu film jest momentami fascynujący. Ale tylko na poziomie ukazania relacji między dwójką bohaterów. Gdyby mnie było tu intrygi, film w moich oczach wiele by zyskał.

Ocena: 6

The Dark Side of Love (2012)

Czasami lepiej jest być jedynakiem. Kiedy ma się rodzeństwo, nieuchronnie rodzi się rywalizacja o względy rodziców. Ta rywalizacja może prowadzić do dramatycznych wyborów. Julian i Michael nie widzieli się od lat. Teraz muszą być ze sobą, bo ich matka zmarła. Ale obaj balansują nad przepaścią, bliscy zniszczenia siebie nawzajem, a wszystko to przez animozje sprzed lat, które nic a nic nie zbladły. Na drugim planie rozgrywają się ich sercowe problemy. Julian zakochał się w facecie, który może być jedynie jego przyjacielem, zaś Michael ma dziewczynę-ćpunkę. Choć jej nałóg jest dobrą przykrywką, by nie musiał myśleć o swoim własnym uzależnieniu.


"The Dark Side of Love" to kino praktycznie amatorskie. Aktorstwo jest na poziomie zerowym, dźwięk przerażająco zły, a montaż straszliwie toporny. Mógłbym to jednak wybaczyć, gdyby fabuła była dobra. Niestety Ameer miał tylko pomysł, ale nie potrafił go przekuć w autentyczną opowieść. Jego scenariusz wydaje się sztuczny. Nie czułem, by rozumiał emocjonalnie, o jakich dramatach opowiada. To tekst androida, który intelektualnie rozumie złożoność ludzkich relacji, ale nie potrafi uchwycić niewerbalnych niuansów.

Ocena: 3

Scusa ma ti voglio sposare (2010)

Druga część w zasadzie nie oferuje nic więcej od tego, co widziałem w "Wybacz, ale będę ci mówiła skarbie". Identyczna konstrukcja, identyczna narracja. Całość jest lekka, miła i kompletnie nie warta zapamiętania. Jednak póki trwa nie jest tak źle. Głównie za sprawą drugiego planu, gdzie plącze się sporo przystojniaków i parę pięknych kobiet. Swoją drogą, to ciekawe, że przystojniaków jest znacznie więcej, zaś główni bohaterowie często wybierają sobie do towarzystwa mało efektowne blachary. To chyba najbardziej przerażająca wizja kryzysu wieku średniego, jaką można sobie wyobrazić.


Jedna rzecz w "Wybacz, ale chcę się z tobą ożenić" bardzo mi się spodobała. To pomysł na nauki przedmałżeńskie w kościele. Zawsze wydawało mi się, że jest to absurdalny proces, ale film przekonał mnie, że jest inaczej. Nauki te – przynajmniej w filmie – niczego nie uczą. Ich celem jest jedynie ocenienie przez przyszłych małżonków swojej gotowości do podjęcia się sakramentu, który w obliczu Boga i Kościoła jest nieodwołalny.  Nauki te pełnią funkcję sita, przez które wypadają wszyscy wątpiący, niepewni swego pozostawiając wyłącznie tych, którzy naprawdę przekonani są o tym, że chcą być ze sobą na dobre i złe, w zdrowiu i chorobie.

Ocena: 6

sobota, 2 listopada 2013

Celeste & Jesse Forever (2012)

Co za dużo, to i świnia nie chce. To przysłowie sprawdza się również w przypadku przyjaźni. Najlepsi przyjaciele – to rzecz, o której wszyscy marzą. Posiadanie kogoś, kto ciebie rozumie bez słów, kto dzieli z tobą spojrzenie na świat, przy kim możesz być absolutnie sobą i wiesz, że zostaniesz zrozumiany to rzecz absolutnie bezcenna. Ale jeśli więź ta będzie zbyt bliska, jeśli nie pozostaną żadne granica, wtedy okazuje się, że taki związek staje się pułapką. I to najniebezpieczniejszą na świecie, bowiem więzy pętające są zupełnie niewyczuwalne. Można je dostrzec tylko w momencie, w którym spróbuje się radykalnie zmienić status quo. I nagle katastrofa jest gotowa. Uwolnienie się z pułapki to proces bolesny i długotrwały i grożący wielokrotnymi nawrotami do stanu pełnego zagrożenia. Dlatego też dla wszystkich byłoby lepiej, gdyby tego rodzaju relacje omijali wielkim łukiem.


"Celeste i Jesse - Na zawsze razem" to typowe kino niezależne. Niemniej jednak całość opowiedziana została ze swobodą i wyczuciem, a dwójka głównych aktorów świetnie zagrała swoje role, nadając bohaterom niezbędnej głębi. Dzięki temu, choć rzecz wydała mi się wtórna i przewidywalna, to jednak oglądało mi się to wszystko zaskakująco przyjemnie.

Ocena: 7

Grabbers (2012)

"Trzeźwe potwory" to całkiem sympatyczny horrorek zrobiony nie do końca poważnie. Kiedy potwory zjawiają się w małej irlandzkiej wiosce, ich harce pokazane są dość dokładnie. Jednocześnie od czasu do czasu pojawiają się okruchy humoru. Niestety jest go za mało, jak na tak świetny pomysł.


Bo pomysł jest pierwszorzędny: jedynym ratunkiem przed potworami z kosmosu jest upicie się w sztok. Kiedy słyszy się taki opis, to można spodziewać się szaleństwa i wariackich wygłupów po pijaku. O dziwo tu prawie w ogóle tego nie ma. Niewiele też jest rzeczywistej dynamiki. Całość, choć absurdalna, rozgrywa się zgodnie z senną atmosferą prowincjonalnej wioski. Za dowód na to posłużyć może fakt, że jednym z najzabawniejszych momentów jest przedstawiający się pełnym imieniem i nazwiskiem Polak.

Ocena: 6

Young Adult (2011)

No tak, teraz już się nie dziwię, że Theron dostała rolę złej macochy w "Królewnie Śnieżce i Łowcy". "Kobietę na skraju dojrzałości" ogląda się prawie jak screen test tamtego filmu albo może prequel. Bohaterka Theron pozostaje wiecznie młoda, zawieszona w świecie nastolatków, podczas gdy wszyscy wokół niej się starzeją. Ta starość ją przeraża szczególnie wtedy, kiedy dotyczy jej byłego faceta, obecnie szczęśliwego męża i ojca dwójki dzieci. Postanawia go odbić. I robi to w stylu nastolatki, jaką była... i (pomijając wiek) wciąż jest. I podobnie jak w "Śnieżce" tak i tu, jej obsesja ma mroczne podstawy. W zasadzie można byłoby jej współczuć, gdyby nie ta usilna presja, by zniszczyć szczęście innych.


Sam film stoi jednak wyłącznie za sprawą świetnej Theron. Reszta jest za bardzo rozwodniona, by odcisnąć prawdziwe piętno. Ma tylko jedną prawdziwie interesującą myśl, wypowiedzianą pod sam koniec przez Sandrę. Sprowadza się ona do tego, że ludzie dzielą się na jawnie nieszczęśliwych i niejawnie. Ci pierwsi są świadomi swego losu. Walczą lub uciekają, cały czas czują ból, ale mogą w drobny sposób zaznaczyć w świecie swoją obecność. Ci drudzy są miernotą, zadowalający się pustką, a kiedy umrą, świat tego nawet nie zauważy. Niestety myśl ta pojawia się zupełnie jak grom z jasnego nieba. I przez to wydaje się kompletnie zmarnowana.

Ocena: 6