czwartek, 30 stycznia 2014

Jack Ryan: Shadow Recruit (2014)

Trudno jest mi dziś uwierzyć w to, że kiedyś Kennetha Branagha uważałem za jednego z moich ulubionych reżyserów. Mistrz kinowych ekranizacji Szekspira zachwycał mnie też i w bardziej współczesnym repertuarze, jak choćby w genialnym "Pojedynku". Ale to dawne czasy, teraz najwyraźniej zadowala się szybkimi fuchami, w których liczy się tylko rzemieślnicza poprawność nie poparta nawet odrobiną wyobraźni.


"Jack Ryan" to niedopasowany kolaż filmowy, ale nikt z twórców jakoś specjalnie się tym nie przejmuje. Poszczególne elementy wskakują zgrzytając i zacinając się. Czasami (jak cała początkowa sekwencja historyczna) daje to tak idiotyczne efekty tak, że naprawdę lepiej byłoby, gdyby zginęły w montażowni. Innym razem można odnieść wrażenie, że film zlepiono ze ścinków kilku seriali modnych ostatnio w telewizji. Przydałaby się też Pine'owi zmiana charakteryzatora. Przez pół filmu wyglądał, jakby cierpiał na ostrą opryszczkę albo alergię.

Ale nawet leniwy Branagh nie zejdzie poniżej pewnego poziomu. Dlatego też z czasem, kiedy nadzieja na wyrazistość przeminie, można dać się uśpić przeciętnej, ale dobrze zrealizowanej sensacyjnej fabule, na którą składają się dwie sceny moskiewskie i jedna z okolic Wall Street. Jak na kinowe widowisko to mało, ale na bezrybiu i rak ryba.

Ocena: 5

Pokłosie (2012)

Kiedy "Pokłosie" wchodziło do kin, całkowicie film zignorowałem. I tak w ostatnim czasie widziałem za dużo polskich filmów, z których te najlepsze były ledwie przeciętne w skali ogólnej. Po co więc miałem sięgać po jeszcze jeden? Potem zrobiło się wokół filmu głośno, zaczęło się gadanie o "zdradzie" polskości, co jeszcze bardziej przekonywało mnie, że nie warto filmu oglądać. Dobrze znam to, co w Polsce wywołuje gorące emocje i zazwyczaj nie jest to warte nawet splunięcia. Co więc sprawiło, że postanowiłem mimo wszystko film zobaczyć? Głosy z zagranicy. Skoro "Pokłosie" chwalą ci, którzy polskiej historii wcale nie znają, więc może w końcu powstał u nas film z uniwersalną historią, a nie zaściankowy bełt?


Ku mojemu zdumieniu odkryłem, że Pasikowski nakręcił jeden z ciekawszych polskich filmów ostatnich lat. Zdecydowanie wyżej stawiam go od wszystkiego, co nakręcił Smarzowski. Wygrywa u mnie tym, że "Pokłosie" jest solidne ugruntowane gatunkowo. Ten film to przede wszystkim rasowy thriller psychologiczny, dla którego prawdziwa historia jest tylko (i na szczęście!) wyłącznie pretekstem. "Pokłosie" prawie w ogóle z niczego nie rozlicza, niczego nie piętnuje, niczego nie rozdrapuje. Jeśli ktoś liczył, że reżyser weźmie się za bary z Historią, ten musi być rozczarowany. "Prawda" jest tu ledwie dotknięta. Wszelkie fakty zostały mocno przemielone w papkę, z której powstała wciągająca historia dwóch braci. Pasikowski dobrze wie, jak opowiadać, jak tworzyć klimat, jak stopniować napięcie. Na co zapewne zwrócili by uwagę i przeciwnicy filmu, gdyby za bardzo nie zaślepiała ich tematyka. W "Pokłosiu" podoba mi się i to, jak Franciszek musi mozolnie dokopywać się do motywów tego, co czyni Józef, jak i to, przez jaką przemianę przechodzą obaj bohaterowie, a nawet to, jak kończą obaj bracia.

"Pokłosie" nie jest filmem idealnym. Podstawową wadę znajdziemy już w samy założeniu fabuły. Otóż historia Józefa trzyma się "kupy" tylko przy uznaniu za realne metafizycznego założenia, iż winy ojców przechodzą na synów. Bo skoro w rodzinie Kalinów nie mówiło się o przeszłości, to jak inaczej można wyjaśnić impuls Józefa, by odkopywać nagrobne płyty żydowskie, by nauczyć się hebrajskiego. Jak też wyjaśnić to, że skoro nikt nic nie wie, to jednak wszyscy na jakimś poziomie zbiorowej nieświadomości znają prawdę i bronią się rękami i nogami przed jej odkryciem?

W filmie jest też kilka dość kiczowatych rozwiązań. Najgorzej wypada scena, w której Józef i Franciszek kopią na rodzinnej posesji, a w tym czasie umiera stary proboszcz (jest to tym bardziej kiczowate, że potem jest on zupełnie zapomniany, więc nie ma żadnego powodu, by się w tej sekwencji w ogóle pojawiał). Naprawdę tę scenę mógł sobie Pasikowski darować. Niektóre dialogi są też zbyt teatralne (ale w sumie, jak na polskie warunki jest tego wyjątkowo mało).

Aha i nie rozumiem, dlaczego przy okazji tego filmu wspominany jest wyłącznie Maciej Stuhr. Moim zdaniem równie dobry jest Ireneusz Czop zwłaszcza, że jego rola jest zdecydowanie mniej efekciarska.

Ocena: 7

Drama (2010)

Rozumiem, że film miał opowiadać o młodych osobach, które nie bardzo wiedzą, kim są. Ich świat jest pełen chaosu, miotają się pomiędzy różnymi pragnieniami, na ślepo szukają swego miejsca, raniąc siebie i innych. Ale czy film o tym musi być równie chaotyczny? Nie sądzę.


"Drama" niestety okazała się dziełem pokracznym. Bełkotliwą opowiastką o tym, że aktorstwo jest niczym więcej jak kaleką, bo jedynie symulowaną, terapią, odgrywaniem traum, ale bez znajdowania rozwiązań, by było lepiej. Bohaterowie tego filmu są niczym emocjonalnej prostytutki i alfonsi w jednym. Wszystko to zaś zaprezentowane został z pretensjonalnym tonem artystycznej wyższości kogoś, kto dopiero próbuje swych sił na szerokich wodach kinach.

Fajna jest jedynie obsada, ale zdecydowanie wolałbym ich zobaczyć w czymś ciekawszym niż to.

Ocena: 4

The Man with the Iron Fists (2012)

Anglicy na rzeczy tego rodzaju mówią "acquired taste". Oznacza to rzecz, która kosztowana po raz pierwszy wydaje się paskudztwem, ale jeśli ktoś przezwycięży niechęć, może odkryć, że naprawdę mu to smakuje. I tak jest właśnie z "Człowiekiem o żelaznych pięściach". Albo przyjmiesz tę przerysowaną konwencję albo przestań oglądać jak najszybciej, bo całość będzie torturą nie do zniesienia.


Ja należę do tej pierwszej grupy. RZA opowiedział bajkę ekstrawagancką, ociekającą błyszczącym absurdem. Niewiarygodne sceny akcji, postaci na granicy karykatury, uproszczona narracja – to wszystko zostało tutaj podane w takiej postaci, jaką potrafię strawić. Powiedziałbym wręcz, że RZA był zbyt zachowawczy, że jego film mimo wszystko próbuje być zbyt mainstreamowy, co niestety mnie nie do końca pasowało. Gdzie trzeba było zrobić trzy kroki, on stawiał tylko jeden. Oczywiście lepsze to, niż całkowity brak ryzyka, ale z tego też powodu film nie wciągnął mnie aż tak bardzo, a chwilami nawet nudził. Mimo to była to przyjemna rozrywka, co przyjąłem z zaskoczeniem, bo nie kryję, że spodziewałem się gniota. Crowe był zabawny, drugi plan barwny. Jednym słowem: fajne.

Ocena: 6

środa, 29 stycznia 2014

Paranormal Activity: The Marked Ones (2014)

Spin-off miał okazję poprawić to, co zostało zepsute w czwartej części "Paranormal Activity". Tak się niestety nie stało. Film podąża śladami czwórki i jest po prostu nudny. Brakuje mu też klimatu. Rzecz przypomina raczej zapis prób przed kręceniem właściwego filmu niż końcowy produkt.


Niemniej jednak kilka rzeczy sprawia, że każdy fan serii powinien "Naznaczonych" zobaczyć. Film odpowiada bowiem na wiele pytań postawionych w poprzednich częściach i całkiem ciekawie rozwija mitologię. Co prawda przez koncepcję pierworodnych nieco niejasne stają się powody, dla których Katie była prześladowana. Podoba mi się za to bezpośrednie nawiązanie do losów Micaha i Katie, a nie tylko mimochodem rzucone okruszki. Niezłym pomysłem było wplecenie w fabułę folkloru latynoskiego. Trochę szkoda, że nie ma tego zbyt wiele.

Ocena: 4

wtorek, 28 stycznia 2014

The Book Thief (2013)

Co za niechlujny film!  Zdumiewające, że facet, który ma na swoim koncie prace przy chwalonym na świecie serialu "Downton Abbey", jest w stanie nakręcić rzecz tak nieprzemyślaną, chaotyczną i niekonsekwentną. Naprawdę, nie jestem w stanie odgadnąć, jaki zamysł twórczy krył się za podjętymi przez Briana Percivala decyzjami.


Po pierwsze zupełnie pozbawiony sensu jest narrator. Śmierć może i w książce odgrywa jakąś rolę, ale w kinowej wersji "Złodziejki książek" jej istnienie jako instancji opowiadającej całą historię nie jest w najmniejszym stopniu uzasadnione. Tworzy to wrażenie pretensjonalności i artystycznego napuszenia. A dodatkowo wprowadza bałagan, kiedy w środku opowieści główna bohaterka staje się narratorką i całą historię opowiada raz jeszcze.

Po drugie nie przekonuje mnie baśniowa konwencja. Kontrast z okrutną rzeczywistością nie jest wygrany, a przez to znów nie ma żadnego racjonalnego powodu, dla którego właśnie taką strategię narracyjną należało przyjąć. Nie wynika to z historii opowiadanej, ani z bohaterów.

Po trzecie brakuje konsekwencji językowej. Zabieg, by w filmie pojawiał się i język niemiecki i angielski może i miał mieć jakieś artystyczne znaczenie. Ja go jednak nie jestem w stanie odszukać. Dla mnie był to galimatias, który chwilami wywoływał u mnie niezamierzony przez twórców uśmiech.

Film przed całkowitą porażką broni się detalami. Podobała mi się scena w bibliotece, ale głównie dlatego, że jestem w stanie zrozumieć zachwyt dziecka, który odkrywa niezmierzone bogactwo słów. Podobała mi się gra Emily Watson jako surowej i łagodnej za razem Rosy. Dzięki takim drobnostkom byłem w stanie wytrwać do końca seansu.

Ocena: 5

niedziela, 26 stycznia 2014

The Spectacular Now (2013)

Moja tolerancja na niezależne kino amerykańskie wyraźnie maleje. Obawiam się, że za rok lub dwa to, co jeszcze nie tak dawno zachwycało mnie swoją prostotą i rozkosznym dziwactwem, będzie wywoływać u mnie wyłącznie zniecierpliwcie. Pierwsze objawy tej zmiany zauważyłem już podczas oglądania "Cudownie tu i teraz".


Film Ponsoldta zawiera pełen zestaw serwowany w kinie a la Sundance. Mamy więc błyskotliwego nastolatka, który jednak odstaje od reszty (nawet jeśli na pozór wydaje się być ziomalem). Mamy rodziców, którzy są źródłem chaosu i kompleksów bohatera. Jest też obiekt uczuć, który sprawi, że bohater otrzyma motywację, by wkroczyć do "świata żywych". Jest nawet śmierć, choć w tym przypadku tylko w formie anegdoty. Bohaterowie, wydarzenia, finał – wszystko to zostało spreparowane z premedytacją tak wyraźnie widoczną, że miejscami wyłączałem się, nie mogąc skupić uwagi na wtórności tej sundance'owej oryginalności. To już się robi naprawdę męczące i przestaje być urocze.

Ocena: 6

Triple Standard (2010)

To druga krótkometrażówka Blinna, jaka widziałem. "Thirteen or So Minutes" nie zrobiło na mnie wrażenia. Podobnie jest i z "Triple Standards".


W sumie jest trochę lepiej. Po pierwsze podoba mi się muzyka wykorzystania w filmie. Po drugie sam pomysł opowiedzenia o nadmiernie skomplikowanej przez różne okoliczności relacji nie jest taki zły. To, co niestety nie pozwala cieszyć się fabułą, to dialogi. Brzmią sztucznie, jak przemówienia na wiecu wyborczym, a nie rozmowa od serca dwóch osób, które się kochają, ale które dla tej miłości nie są w stanie wszystkiego poświęcić.

Co więcej, fiksacja na punkcie przesłania sprawia, że ciekawszy problem nie został w ogóle poruszony. Chodzi mi tu o scenę, gdy Stanley dla zabawy liże Crima. Ta scena i zachowanie wszystkich stron wywołuje kilka pytań. Po pierwsze, reakcja Crima. Czy jest to reakcja homofobiczna, czy gdyby był pewny swej seksualności, to czy zareagowałby tak samo, czy też obrócił wszystko w żart. Po drugie, i ważniejsze, gdzie jest granica żartu, a zaczyna molestowania? Nad zachowaniem Stanleya wszyscy przechodzą do porządku dziennego, ale czy dobrze robią? Niestety ten aspekt twórcy nie zainteresował.

Ocena: 5

sobota, 25 stycznia 2014

Some Girl(s) (2013)

"Some Girl(s)" to portret pięknego drania. Główny bohater jest pisarzem, który wkrótce ma się żenić. Wykorzystuje ten fakt, by spotkać się z kilkoma kobietami, z którymi kiedyś był związany. Ma to mu pomóc zrozumieć, kim jest, sprawić, że pewien etap jego życia zostanie zamknięty, zanim kolejny się otworzy. Ale czy aby na pewno?


Główny bohater jest przystojny, sympatyczny, inteligentny. Na pierwszy rzut oka nie wydaje się potworem, pożeraczem kobiet. Ale kolejne rozmowy odsłaniają brutalna prawdę: że jest tchórzem, draniem, kłamcą. Łatwo traci głowę, a kiedy jakaś kobieta wpadnie mu w oko, wykorzystuje swoje umiejętności do kreowania fałszywej rzeczywistości, wykorzystuje kobiety do zaspokojenia własnych potrzeb, gdy zaś robi się zbyt poważnie, porzuca je bez refleksji nad tym, jaką krzywdę im wyrządza. Jest jak tornado: bezwzględnie obojętny na innych, przechodzi i zostawia po sobie ruinę. Teraz oczekuje przebaczenia. I w pierwszej chwili kusi, by mu tego przebaczenie udzielić. W końcu prawdą jest, że był młody, że mógł nie wiedzieć, czego chce, kim chce być. Jednak im dłużej trwa opowieść, tym bardziej jasnym staje się fakt, że na nic nie zasługuje. Nie powrócił bowiem do żyć kobiet, by naprawić krzywdy, ale by raz jeszcze od nich uzyskać to, co mu jest w danym momencie potrzebne. Narcystyczna fiksacja na własnej osobie w żadnym momencie nie ulega osłabieniu.

"Some Girl(s)" to ciekawe studium mężczyzny. Niestety, podobnie jak "Sierpień w hrabstwie Osage", jest to teatr, a nie film. Sam tekst jest słabszy od obrazu ze Streep (poza częścią z Emily Watson), ale za to całość zagrana jest z mniejszym teatralnym zacięciem, a z większą naturalnością (poza częścią z Kristen Bell). Dlatego też ostatecznie dostał ode mnie wyższą notę.

Ocena: 6

Burger (2013)

Kino propagandowe, ale w tym przypadku to nie jest akurat wada. "Burger" to urocza mała historyjka o tym, jak różni są ludzie i jak jednocześnie podobni do siebie. Dzieli ich wszystko, a jednak nawet w takim miejscu jak sklepik z fast-foodem mogą się spotkać zjednoczeni w jednym pragnieniu.



Film wygrywa dzięki wrażeniu pełnej naturalności. Twórcom udało się skondensować dynamikę grup i w sposób wyrazisty i rzeczowy podkreślić różnice i podobieństwa wszystkich bohaterów. Proste, rzeczowe i fajnie się to ogląda.

Ocena: 7

No One Lives (2012)

Ryûhei Kitamura jest chyba jednym z najbardziej niedocenianych reżyserów. Patrzę na jego oceny i widzę, że nie trafia on ze swoimi jatkami w gusta szerokiej publiczności. Na szczęście mi jego styl bardzo odpowiada. Już "Nocny pociąg z mięsem" był porządną sieczką, ale tym, co pokazał w "No One Lives" podbił moje serce. Co więcej, dzięki temu filmowi polubiłem Luke'a Evansa. Stał się on moim ukochanym psychopatycznym mordercą.


Mistrzostwo Kitamury ujawnia się w tym, jak wykorzystuje proste elementy, z których zbudowana jest fabuła. Nie ma tu bowiem tak naprawdę nic oryginalnego. Mimo wielu świetnych zwrotów akcji, wszystko daje się łatwo przewidzieć. W rękach jakiegoś dyletanta scenariusz Davida Cohena zmieniłby się w głupią jatkę, która tylko by irytowała. Ale Kitamura jest mistrzem prezentacji. Genialne tempo, świetna narracja i fantastycznie-absurdalnie-krwawe pomysły - rzecz została tak podana, że szczęka co chwilę mi opadała. Evans jest BEZBŁĘDNY w roli bezimiennego wyrafinowanego okrutnika. To jeden z najlepszych psychopatów, jakich widziałem na przestrzeni ostatnich paru lat. Evans ma prezencję i charyzmę o jaką dotąd w ogóle go nie podejrzewałem.

Ale to nie jedyna świetna postać. Cudowna jest również Adelaide Clemens jako Emma. Jest fantastycznym kontrapunktem zarówno dla głównego oprawcy jak i dla pozostałych ofiar. Jej postać łączy z głównym bohaterem fascynująca relacja, a scena "nauki" w zamkniętej celi to czyste mistrzostwo.

Może to zabrzmi dziwnie, zważywszy na liczbę scen tortur jaj i hektolitry krwistej posoki, ale seans "No One Lives" był dla mnie czystą przyjemnością. Kocham ten film!

Ocena: 10

piątek, 24 stycznia 2014

I, Frankenstein (2014)

Uwielbiam Aarona Eckharta, ale mam wrażenie, że brakuje mu aktorskiego zmysłu przetrwania. Czasami wybiera tak beznadziejne projekty, że po prostu ręce opadają. Nie mam zielonego pojęcia, co go podkusiło, by przyjąć rolę w "Ja, Frankenstein". To nie mógłby scenariusz, bo ten jest wtórny i bezsensowny. Mam nadzieję, że nie ma poważnych problemów finansowych, które wymusiły na nim udział w tym kinowym potworze.


"Ja, Frankenstein" w teorii jest ekranizacją komiksu, jednak oglądając film miałem wrażenie, że jest to remake "Underworldu". Podobnie jak w tamtym obrazie, tak i tu mamy dwie rasy żyjące w ukryciu przed ludźmi, które prowadzą ze sobą odwieczną wojnę. I znów pojawia się odmieniec, który może zaważyć na losach konfliktu, a przy okazji na losach całego świata. Skojarzenie z "Underworldem" wzmacnia jeszcze obecność w obsadzie Billa Nighy'ego, który gra dokładnie tak samo, jakby nie zauważył, że nie jest już Wiktorem.

Niestety porównanie z "Underworldem" nie wypada korzystnie dla "Ja, Frankenstein". Już tamten film był pełen wad, ale mimo wszystko miał ciekawą bohaterkę, z którą kobiece postaci z "Ja, Frankenstein" nie mogą się równać (miniówa Strahovski nie robi takiego wrażenia, jak obcisłe wdzianko s/m Backinsale.). Miał też chemię i dynamikę, których na próżno szukać w filmie z Eckhartem.

Podstawowym problemem filmu jest jednak jego seriożny ton. Są rzeczy, które w komiksie ujdą na sucho, ale nigdy nie przyjmą się w kinie. Za każdym razem, kiedy pada w filmie nazwa "Zakonu Gargulców" miałem ochotę parsknąć śmiechem i dopiero po chwili łapałem się na tym, że przecież nikt tu z nikogo nie żartuje. Nie pomagają również dość kiczowate efekty specjalne (szczególnie te wszystkie płomienie znikających demonów, które wyglądają jak grafika z gier komputerowych sprzed dekady). Całość aż prosi się o autoironiczny ton, humor i zabawę konwencją. Jednak twórcy ślepo brną w powagę i patos. Chwilami miałem wręcz wrażenie, że oglądam projekt sponsorowany przez Radio Maryja.

W tym wszystkim jedynym jasnym punktem jest – o dziwo! – wygląd samego Frankensteina. Wbrew temu, czego się obawiałem, Adam wygląda całkiem fajnie, a Aaron Eckhart świetnie do postaci monstrum pasuje. Niestety tylko na jego wyglądzie daleko zajść się nie da.

Ocena: 3

czwartek, 23 stycznia 2014

August: Osage County (2013)

"Sierpień w hrabstwie Osage" udowadnia, że nadmiar dobrego szkodzi nawet filmom. Wielkim problemem obrazu jest sztuka będąca podstawą scenariusza. Jest zbyt dobrze napisana. Role, jakie stworzył Tracy Letts, mają fantastyczne teksty. Są tak dobre, że nawet pieniek w nich obsadzony bez problemu wywalczyłby nominację do Oscara, więc co się dziwić, że Meryl Streep ją dostała. Tyle tylko, że te role napisane zostały z myślą o teatrze, gdzie sztuczność warunków tylko wzmocni wyrażenie, jakie wywołają znakomite kreacje. Na ekranie kinowym efekt jest jednak przeciwny – tu każda scena, każdy dialog podkreśla tylko sztuczność całej fabuły. Ani przez chwilę nie opuszczało mnie wrażenie, że aktorzy tylko grają, że nie ma w tym nawet odrobiny autentyczności. W rezultacie świetne kreacje aktorskie nie robiły na mnie większego wrażenia.


Miało to swoje szersze konsekwencje w odbiorze całej fabuły. Chwilami nie bardzo rozumiałem o co tyle krzyku. Zupełnie nie przemówił do mnie dramat jednej z bohaterek, która odkrywa, że nie może być z tym, kogo kocha. Tyle tylko, że ja nie wiem, dlaczego ona nie może z nim być. Nie mogąc dać się porwać kreacjom aktorskim, miałem również tę nieprzyjemność zwrócić uwagę na dość prostą, by nie powiedzieć prymitywną konstrukcję całej opowieści, która bazuje na wydumanych tragediach i stereotypowych postaciach.

Przez to wszystko wyszedłem z kina sfrustrowany. Spodziewałem się bowiem czego zdecydowanie lepszego.

Ocena: 5

środa, 22 stycznia 2014

47 Ronin (2013)

Kolejne rozczarowanie. Spodziewałem się straszliwego gniota, a tymczasem jestem pewien, że na koniec roku film nie znajdzie się u mnie nawet w setce najgorszych tytułów. Oczywiście "47 roninów" ma wiele wad. Przede wszystkim za mało jest w nim humoru i epickości. Przez to całej narracji brakuje i lekkości i siły oddziaływania. Jednak pomimo tego, nie jest to rzecz taka strasznie zła. Carl Rinsch zrobił bajeczkę dla dzieciaków, na którą z niezrozumiałych dla mnie powodów chodzą ludzie mający zupełnie inne oczekiwania.


"47 roninów" doskonale odnalazłoby się w latach 80. Ma w sobie to samo duże stężenie głupoty i naiwności. Problem w tym, że z praktycznymi efektami specjalnymi łatwiej to się przełyka niż kiedy większość efektów generowana jest komputerowo. Wystarczy porównać "Roniów" z "Wielką draką w chińskiej dzielnicy". Naprawdę film Rinscha wypada lepiej, ale wystarczy ta odrobina humoru i "oldskulowe" efekty, by wiele osób za lepszy film uznało obraz Carpentera.

Co prawda brak dotarcia do właściwego odbiorcy jest w przypadku "47 roninów" winą twórców. Choć w filmie mamy tengu, smoki i uroki, to jednocześnie twórcy podkreślają nawiązania do prawdziwej historii, która stanowi jedną z kluczowych kart określających tożsamość Japończyków. To trochę tak, jakby ktoś w Polsce chciał nakręcić film o Bitwie pod Grunwaldem i włączył do tego syrenkę warszawską, smoka wawelskiego i może jeszcze myszy króla Popiela. Prawda, że brzmi to absurdalnie? A wystarczyło porzucić historyczne pozory i po prostu przyznać się bez bicia, że kręci się bajkę w realiach Japonii sprzed paruset lat. Wtedy uniknięto by wielu nieporozumień.

Ocena: 6

Mer eller mindre mann (2012)

W życiu jest czas na wszystko: i na zabawę, i na pracę, i na miłość. Słowa te powtarzamy sobie często w chwilach przygnębienia. Są wtedy dla nas pocieszeniem i otuchą, przypominają o nadziei na lepsze jutro. Co jednak, kiedy czas obecny nie jest zły, kiedy to, jakimi jest się teraz i co się dzieje nam się podoba i nie chcemy żadnych zmian? Wtedy te same słowa nie są już pocieszeniem, lecz budzą strach i gniew, są bowiem zwiastunami zagłady. I właśnie o takiej sytuacji opowiada "Mężczyzna prawie idealny".


Film Martina Lunda wychodzi z tego samego punktu, co większość komedii reżyserowanych czy produkowanych przez Apatowa. Henrik ma 35 lat, lecz wciąż zachowuje się jak nastolatek. Jednak o ile u Apatowa dominuje pogoda ducha, akcentowane są pozytywne zmiany wyboru dorosłości, Lund bardziej interesuje terror czasu. A to, nawet jeśli z boku jest zabawne, zarazem jest bardzo przygnębiające. Pokazuje bowiem, że przed wymogami czasu nie można uciec. Widać to w scenach, w których Henrik z uporem maniaka zachowuje się niedojrzale. Kiedy jest w gronie podobnych sobie, jeszcze zachowania te jakoś wyglądają normalnie. Kiedy jednak jest osamotniony, otoczony przez osoby stateczne, zaczynają się problemy. Zachowania, które kiedyś były zabawne, teraz sprawiają wrażenie objawów zaburzeń psychotycznych. Henrik jest całkowicie ślepy na to, że z uroczego błazna zmienia się w niebezpiecznego wariata. Bardzo łatwo jest sobie wyobrazić go jako gwałciciela czy mordercę. A wszystko to przez zmianę percepcji jego niezmienności.

Choć problem Henrika jest bardziej skomplikowany. On bowiem jest świadomy konieczności zmian. I chwilami chce nawet się zmieni. W ten sposób staje przed nierozwiązywalnym problemem posiadania ciastka i zjedzenie ciastka. I być może to, a nie sama niechęć zmiany, jest powodem destrukcyjnych skłonności.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że film pokazuje, iż nie ma z takiej sytuacji właściwej drogi wyjścia. Ta najbardziej akceptowalna polega po prostu na rezygnacji, na poddanie się kieratowi czasu i tyle. Nie ma w tym żadnego pocieszenia.

Ocena: 6

wtorek, 21 stycznia 2014

For Those in Peril (2013)

"Za tych, co na morzu" należy do tego rodzaju filmów, które wywołują u mnie rozdwojenie jaźni. Część mnie potrafi zauważyć kunszt reżysera, to, że film naprawdę jest dobry, mocny i sugestywny. Paul Wright postanowił wziąć się za bary z monumentalnymi tematami ludzkiej egzystencji, jak żałoba i ostracyzm, które napierają na głębsze, nieuświadomione, lecz równie mroczne, silne i skomplikowane relacje. To ciągłe mówienie o potworach, tych kilka dziwacznych iluzji każe zastanawiać się nad tym, jak naprawdę układała się relacja Aarona i Michaela i czy przypadkiem na żałobę nie nakłada się poczucie winy. Bo być może Aaron, nawet jeśli faktycznie nie był winny śmierci brata, to jednak w głębi duszy pragnął jego zagłady. Gdzie jest początek jego cierpienia? Na te pytania i dramaty reżyser nakłada filtr "mitologii" ludzi morza, co jeszcze bardziej rozmywa granice zdarzeń, ale sprawia, że rzecz jest bardziej sugestywna. Potrafię nawet docenić pseudoreportażową formułę, która w tym przypadku wydaje się mieć nie tylko sens, ale wręcz być jedyną rozsądną metodą na opowiedzenie historii.


Ale jest też druga część mnie. I ta część nienawidzi film z całego serca. Ma w nosie intelektualne uzasadnienia i obiektywną wartość. Emocjonalnie obraz zupełnie do mnie nie przemówił. Miałem go serdecznie dosyć po 20 minutach i pozostałe 70 minut spędziłem cierpiąc w milczeniu. Wydawało mi się, że temat wyczerpał się dość szybko, a reszta jest po prostu zwykłym wodolejstwem. Nie przekonał mnie do siebie też główny bohater (choć pierwsza część mnie potrafiłaby pochwalić grającego Aarona George'a MacKaya).

Ostatecznie muszę stanąć po stronie serca. "Za tych, co na morzu" niestety przepadnie w otchłani niepamięci.

Ocena: 4

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Grupo 7 (2012)

Kilkanaście nominacji do nagród Goya. Wydawać by się mogło, że fakt ten jest najlepszą rekomendacją dla filmu "Operacja Expo". Jeśli jednak taki film otrzymuje tyle nominacji, to rok 2012 musiał być w hiszpańskiej kinematografii wyjątkowo słaby.


Obraz Alberto Rodrígueza bowiem jest bardzo standardową powiastką o policjantach, którzy z leku na całe zło miasta stają się trucizną. To studium korupcjogenności donkiszoterii uprawianej przez stróżów prawa. Drogę do piekła i z  powrotem poznajemy towarzysząc młodemu glinie Ángelowi, który oczywiście na początku jest nieco zbyt delikatny, za bardzo się waha, by po paru latach stać się furiatem. "Operację Expo" ogląda się całkiem dobrze, ale jest to kino mało odkrywcze i artystycznie kompletnie nijakie. Ot, takie nieznaczące coś na zabicie czasu i nic więcej.

Ocena: 6

La mer à l'aube (2011)

Czasem proste podejście do tematu jest najlepsze. Ale czasem może być zbyt proste. To przypadek "A na morzu spokój". Volker Schlöndorff trochę mnie tym filmem rozczarował. Temat jest ciekawy: jak Francuzi i Niemcy radzą sobie z sytuacją represji po zamachu urządzonym przez ruch oporu, w wyniku którego zginął niemiecki oficer. Niestety u Schlöndorffa wszystko jest tak bardzo teatralne i zainscenizowane, że traci wszelką głębszą wymowę. Pozostaje tylko problem i losy ludzkie, a do przejmowania się tym film nie jest mi wcale potrzebny.


Nie rozumiem tego teatralnego podejścia. Dlaczego reżyser zdecydował się wszystko uczynić sztucznym, ale nie aż tak, by stało się Formą uzasadniającą swój własny byt? Zamiast przejmującego dramatu mamy wyliczenia dość stereotypowych zachowań, gdzie szlachetność i zepsucie moralne widoczne jest po każdej stronie barykady. Volker Schlöndorff nie oszczędza widzom żadnej kliszy. A wszystkie je prezentuje z bezosobową obojętnością. To nie tak powinno było być pokazane.

Ocena: 5

niedziela, 19 stycznia 2014

Kiss of the Damned (2012)

"Pocałunek potępionych" to przykład na to, co nazywam kinem potencjalnym. Córka Johna Cassavetesa i Geny Rowland nakręciła rzecz, która bardzo przypomina mi undergroundowe filmy z lat 70. Wizualnie przywodzi na myśl instalacje wideo, rozkoszując się formą, a nie treścią. Jednak brakuje filmowi autentycznością. Jak choćby w scenie z trójkątem seksualnym. Rzecz wygląda jak imitacja, zabawa w kino, a nie rzeczywista próba przemienienia typowej wampirycznej opowieści w coś nowego i nietuzinkowego.


W rezultacie miotałem się od zaintrygowania po całkowite znużenie. To ostatnie niestety dominowało i mimo kilku ciekawych pomysłów, w sumie Cassavetes nie potrafiła utrzymać mojej uwagi. Dlatego też najbardziej zaskoczyły mnie obsadowe decyzje. Nie spodziewałem się tu zobaczyć ani Jaya Brannana ani tym bardziej Jonathana Caouette'a (nabrałem ochoty, by przypomnieć sobie "Tarnation").

To mógł być ciekawy, "dziwny" film. Niestety w tym przypadku możliwości nie zostały zrealizowane.

Ocena: 4

Alceste à bicyclette (2013)

Lubię filmy, w których rzeczywistość przenika się ze sztuką, w których dzieło zaczyna być rozkładane na czynniki pierwsze, interpretowane, któremu przyglądamy się (my, widzowie) z nowych, zaskakujących punktów widzenia, których aktualność i wymowa staje się oczywista dzięki odbiciu w historii bohaterów doświadczających tego dzieła. Z tego też powodu "Molier na rowerze" już przez samą ideę leżącą u podstaw filmu, miał u mnie fory.


Niestety Philippe Le Guay nie poszedł aż tak daleko, by rzeczywiście podjąć się interpretacji "Mizantropa", pokusić się o jego "uwspółcześnienie" w losach bohaterów. Dla niego jest to punkt wyjścia, ale nie cel. Służy raczej jako scenografia i kostiumy, a nie żywa materia filmu. Tę stanowi dość zwiewna komedyjka o przyjaźni, lojalności, aktorstwie, życiu. Ogląda się to z przyjemnością, ale niezbyt zobowiązująco. Nie angażuje aż tak bardzo, a molierowskie smaczki z czasem zaczynają nużyć nawet samego reżysera, co z trudem mu wybaczyłem, bo akurat mnie to właśnie Molier wydawał się najmniej nudny. W rezultacie "Molier na rowerze" wpisuje się w cały szereg francuskich komedii obyczajowych, które z trudem daje się odróżnić jedną od drugiej.

Ocena: 6

Hammer of the Gods (2013)

"Hammer of the Gods" to typowe kino spod znaku RPG. Zarówno w scenariusz jak i zestawie bohaterów przypomina produkcje BioWare. Oto główna postać otrzymuje zadanie odnalezienie wygnanego przed laty brata. Zaczyna się wyprawa, pełna mrocznych zwrotów akcji, w której zarówno towarzysze jak i zwyczajni NPC przetestują charakter bohatera.


Sam w sobie film niczym specjalnym się nie wyróżnia. Jego zdecydowanym plusem jest jednak ton. Zaprezentowana historia jest pełna ironii, i to z rodzaju tej najbardziej dołującej. Szlachetność prowadzi do krwawej jatki. Lojalność kończy się śmiercią. Postać, która śmieje się z wiary innych uznając ją za nieracjonalną i nielogiczną, sama podejmuje decyzje, które z logiką są na bakier. I wreszcie finał, który jest połączeniem "Jądra ciemności" z najbardziej ponurymi mitami nordyckim lub tragediami antycznymi. "Hammer of the Gods" pokazuje, że zwycięstwo jest czymś strasznym, lecz przegrana jest jeszcze gorsza.

Ocena: 5

sobota, 18 stycznia 2014

Triple Crossed (2013)

To urocze, że Sean Paul Lockhart próbuje wszystkiego, by tylko udowodnić, że jego miejsce jest również w świecie "normalnego" kina. Kiedy jest aktorem (szczególnie, gdy jest na drugim planie), nawet nieźle się spisuje. Niestety jako reżyser wypadł tragicznie. "Potrójna gra" jest tak amatorską produkcją, jak to jest tylko możliwe.


Jeszcze problemy z nagłośnieniem jestem w stanie wybaczyć. Grę aktorską, a raczej jej brak, zignorować już się nie da. Ale to i tak pryszcz w porównaniu z bałaganem, jakim jest scenariusz.  Toż to jest prawdziwa maszkara, sklecona z wątków podpatrzonych z lepszych produkcji. Cała intryga może i wystarczyłaby na jeden odcinek jakiegoś serialu kryminalnego, ale na film niestety jest zbyt wątła. Do tego wszystkiego, jak się nie ma budżetu, to pewnych scen po prostu nie powinno się kręcić. Sekwencje wojenne, a w szczególności "wybuchy", przypominały mi kino mitologiczne z lat 40. i 50. ubiegłego wieku, kiedy to potwory "grane były" przez plastikowe zabawki.

Sean Paul Lockhart powinien wrócić na drugi plan. W "Judaszowym pocałunku" czy "Maratonie filmów grozy" był zdecydowanie lepszy niż tu.

Ocena: 2

Inside (2002)

O, i to jest dobra krótkometrażówka. Prosty pomysł, proste wykonanie i znakomita pointa. Reżyser świetnie odegrał nie tylko rzeczywistość osoby cierpiącej na zespół dysocjacji osobowości, ale też jej strategię przetrwania. Człowiek nie jest tu jednostką, lecz społecznością, o swoistej strukturze i odmiennych motywacjach, które jednak mogą, pod wpływem właściwego lidera działać wspólnie.


Ocena: 7

33 Teeth (2011)

"33 Teeth" to jeden z tych filmów, o których tak naprawdę nie mam nic do powiedzenia poza tym, że je widziałem. No dobra, pomysł jest nawet niezły. Jednak jak dla mnie całość jest zbyt mało wyrazista. Ot takie sympatyczne co nieco i nic ponad to. W tłumie ujdzie, ale w pamięci nie pozostaje.


Ocena: 4

Maniac (2012)

Szczęście. Najbardziej destrukcyjna idea na świecie. Każdy człowiek marzy o tym, bym je osiągnąć. Każdy wierzy, że ma do niego prawo. Każdy czyn ma nas do szczęścia przybliżyć. Jesteśmy od tej idei uzależnieni. To najsilniejszy narkotyk. Nie ma na niego lekarstwa. I co najgorsze, ponieważ owinięty jest w pozytywne konotacje, nie budzi zagrożenia. A jednak nie ma siły bardziej destrukcyjnej od tej, która każe nam sięgać po szczęście.


Widać to szczególnie wyraźnie w przypadku osób, które bardziej niż inne "zasługują" na odrobinę szczęścia, które zostały tak poważnie skrzywdzone, że żadna ilość radości i optymizmu nie jest w stanie uleczyć ich ran na duszy. A jednak i one desperacko pragną zaznać szczęścia. Ponieważ ich sytuacja jest dramatyczna, każdy sposób na jego osiągnięcie jest dobry. Lecz nawet najbardziej drastyczne metody nie są w stanie do celu ich doprowadzić. Jak jednak na prawdziwych narkomanów przystało, nie potrafią przestać. Ten pęd, to pragnienie jest silniejsze od wszystkiego innego. I tak podążając za szczęściem niszczą siebie i wszystko wokół. Właśnie kimś takim jest bohater "Maniaca" Frank.

Film Francka Khalfouna ma niezły pomysł (choć jako że jest to remake, trudno uznać to za zasługę twórców). Ma też kilka niezłych scen (jak choćby tak, gdy Frank przytula się do jednej z ofiar i mówi "mommy"). Jednak mnie rzecz rozczarowała. Jest zbyt łopatologiczna oraz za mocno bazuje na powtórzeniach. Irytuje mnie wstawianie do filmów cytatów interpretacyjnych. Nie rozumiem potrzeby twórców do korzystania z nich. Ci widzowie, którzy są na tyle obeznani z kulturą, ich nie potrzebują, bo będą w stanie punkty odniesienia sami sobie ustalić. Ci, którym "Gabinet doktora Caligari" nic nie mówi i tak nie zrozumieją, po co został on w filmie umieszczony. Jest to więc chwyt zupełnie nietrafiony. Podobnie za wiele jest scen z matką Franka, przez co postać ta przestaje robić wrażenie, a staje się jedynie formą taniego psychologizowania. Szkoda, że twórcy poszli po linii najmniejszego oporu.

Ocena: 5

poniedziałek, 13 stycznia 2014

The Hobbit: The Desolation of Smaug (2013)

Jakie szczęście, że do końca został Jacksonowi już tylko jeden film. Nie sądzę, bym był w stanie wytrzymać więcej i pewnie przerwałbym oglądanie. Drugi "Hobbit" utrzymuje mnie w przekonaniu, że jeśli widziało się jedną część ekranizacji Tolkiena w wykonaniu Jacksona, to tak, jakby się widziało je wszystkie. A ponieważ znam książki, to tak naprawdę nie ma nic, co kusiłoby mnie, by czekać na kolejne odcinki.


"Pustkowie Smauga" ponoć jest lepszym filmem od "Niezwykłej podróży". Jakoś tego nie zauważyłem. Owszem, jest nieco mniej posuwistych panoram, ale to jedyna rzecz, która się poprawiła. Reszta to odgrzewane kotlety obficie podlane sosem z patetycznych dialogów (szczytem idiotyzmu jest postać Beorna i jego podniosłe mowy wypowiadane niskim głosem). Nawet moja ulubiona scena z książki – ucieczka w beczkach – tu zamieniła się w męczący popis efekciarstwa.

Całość daje się wytrzymać dzięki kilku drobnym smaczkom. Jak choćby krasnoludzko-elficka wariacja na temat "Absolwenta", Smaug mówiący "precious" czy piosenka z napisów końcowych.


Przy "Wilku z Wall Street" zdumiewałem się tym, że udało się twórcom przekonać MPAA do dania filmowi kategorii R zamiast NC-17. Jednak w przypadku "Pustkowia Smauga" mamy do czynienia z istnym cudem. Tyle zmasakrowanych ciał ze świeczką można byłoby szukać w całkiem sporej liczbie filmów z "erką". Druga połowa filmu przypomina rasowy slasher: odcięte głowy, truchła w parkosyzmach agonalnych drgawek, widowiskowe cięcia, przebijanie strzałami. Na oczach widzów dokonywana jest bezkrwawa rzeź. Bezkrwawa, bo w wersji Jacksona ani pająki ani orki nie mają naczyń krwionośnych. Ale jak dla mnie jest to kiepska wymówka.

Ocena: 5

Maskeblomstfamilien (2010)

Bardzo duże rozczarowanie. Być może spowodowane tym, że miałem co do filmu spore nadzieje. Ale jak mogło być inaczej, skoro "Bez wstydu" porusza rzadki w kinie temat hermafrodytyzmu.


Niestety zamiast interesującego, zmuszającego do refleksji filmu otrzymałem bełkotliwe, pseudoliryczne dzieło, które nie wychodzi poza ramy banału. Problem głównego bohatera został maksymalnie rozwodniony i bardzo powierzchownie potraktowany. Dodanie sztuki o Edypie tylko jeszcze bardziej psuje całość, bo też twórcy w ogóle nie wyciągają z niej wniosków, pozostając na poziomie mętnych tekstów o grzesznych narodzinach, przeznaczeniu i konieczności czerpania w grze z własnych doświadczeń.

Twórcy całkowicie dali się pogrzebać pod liczbą problemów. Bo przecież jest tu nie tylko temat płci głównego bohatera, ale też grzechów rodziców, zdrady, samobójstwa, morderstwa (nieumyślnego, ale jednak). W "Bez wstydu" wszystko to wylewa się z ekranu, bez kontroli, bez zrozumienia, bez sensu. Pozostało kilka niezłych tekstów, które - jak podejrzewam - są bezpośrednimi cytatami z książki, a nie dziełem reżysera i scenarzystów.

Po twórcy "Ellinga" spodziewałem się znacznie więcej.

Ocena: 4

The Numbers Station (2013)

Nie znajduję żadnego usprawiedliwienia dla twórców tego filmu. Pod względem czysto technicznym, nie jest to oczywiście najgorszy film, jaki widziałem w tym roku. Jednak dostał ode mnie najniższą ocenę. A to z prostego powodu. O ile w przypadku takiego choćby "Truth", mogłem odnaleźć ślady autentycznej pasji filmowej (nawet jeśli niezdarnie realizowanej), o tyle tutaj nie ma nic. Zero emocji, zero miłości do kina. "Stacja szyfrująca" to rzyg (i jest to porównanie bardzo niesprawiedliwe dla rzygów).


Tajemnicą pozostaje dla mnie to, jakim cudem twórcom udało się do projektu przyciągnąć znane nazwiska. Nie mógł w tym pomóc scenariusz, bo fabuła jest po prostu kretyńska. Oto agent, specjalista od mokrej roboty, zaczyna mieć wyrzuty sumienia i nie likwiduje dziewczyny. Jego przełożony daje mu więc nowe zadanie, którym jest... ochrona innej dziewczyny (w domyśle: w momencie zagrożenia ma ją zlikwidować). Oczywiście dalszy ciąg jest łatwy do przewidzenia. I naprawdę nie ma żadnego powodu, by ktokolwiek miał kontynuować oglądanie po pierwszych 20 minutach.

Naprawdę słabo się robi, kiedy widzi się takie marnotrawstwo ludzkiego potencjału twórczego.

Ocena: 2

Wolf Creek (2005)

SPOILERY

Przetrwać mogą tylko najlepiej przystosowani? Australijski "Wolf Creek" zdecydowanie zaprzecza tezom Darwina. Morał tego filmu jest prosty: przetrwanie jest kwestią przypadku.


Film Grega Mcleana to dość typowa opowiastka o psychopacie, który poluje na przypadkowe osoby. Ale żeby się o tym przekonać, trzeba przetrwać pierwsze 48 minut, które mają widzom do zaoferowania jedynie nieopatrzone w kinie plenery zachodniej Australii. Jak na mój gust jest to zbyt długi wstęp do tego, co jest sednem opowieści.

Kiedy jednak film się rozkręca, robi się ciekawie. Dzieje się tak z kilku powodów. Po pierwsze cieszy odejście twórcy od typowego obrazu psychopaty. Mick jest prostakiem i takie też są jego "zabawy". Ale brak wyrafinowania nie oznacza, że nie jest groźny, o czym przekonują się bohaterowie. Po drugie spodobała mi się postać Liz. Dziewczyna ma głowę na karku i potrafi się odnaleźć w skrajnej sytuacji. W przeciwieństwie do swoich koleżanek z amerykańskich slasherów, nie panikuje, nie wrzeszczy, nie ucieka w bezsensownym kierunku. Wydaje się być doskonale wyposażona w to, co potrzebne do przetrwania. A jednak tak nie jest. Co więcej, to ona właśnie będzie pierwszą ofiarą. I to też mi się spodobało.

"Wolf Creek" ma jednak też kilka wad. Najbardziej rzuca się w oczy ujęcie zaćmienia słońca. W tym filmie, który przez długi czas kręcony jest prawie jak found footage, takie wstawki są zupełnie nie na miejscu. Trochę gryzie się też zbyt prosty układ narracyjny, który polega na tym, że ofiary wkraczają na arenę zdarzeń kolejno, choć nie ma żadnego dla tego uzasadnienia (dotyczy to przede wszystkim postaci Bena, o którym wszyscy zapominają na dobrych naście minut). Jasne, że jest to standardowa forma w tego rodzaju filmach, ale Mclean mógł się nieco bardziej postarać.

Ocena: 6

sobota, 11 stycznia 2014

Truth (2013)

Ciekawość to ponoć pierwszy stopień do piekła. Teraz mogę potwierdzić, że przysłowie to jest prawdziwe. Byłem ciekawy, jak poradzi sobie Sean Paul Lockhart w swojej pierwszej głównej roli i przez to musiałem cierpieć półtorej godziny katuszy kiepskiego warsztatu filmowego.


O dziwo Lockhart wcale nie jest najsłabszym ogniwem tej produkcji. Owszem, wielkim aktorem to on nie jest (a przynajmniej nie jeśli chodzi o talent). W "Truth" bazował na swoich szczenięcych oczętach, co było sprytną sztuczką, która zazwyczaj się sprawdzała (w tych momentach naprawdę trudno było pamiętać, że jest to jedna z bardziej znanych porno-gwiazd). Bardziej irytował mnie Rob Moretti. Jakoś nie mogłem przekonać się do jego zachowania przed kamerą.

Gra była sporym balastem, ale problemów z filmem jest więcej. Muzyka zamiast budzić skojarzenia z klaustrofobicznym thrillerem, którym chce być "Truth", przywodzi na myśl opery mydlane. Niektóre sceny nie powinny się w filmie znaleźć, jak choćby ta, w której matka bohatera wali się po ciężarnym brzuchu. Czyżby reżyser sugerował, że bohater ma prenatalne wspomnienia? Ale największy błąd Moretti popełnił przy wyborze kostiumów. Andrew Christian to seksowna bielizna, ale do dramatycznych scen się w ogóle nie nadaje. Kiedy bohater przechodzi załamanie i ma się a chwilę pociąć, przez to, co ma na sobie scena ta wygląda groteskowo.

Skoro sam film nie był zbyt dobry, miałem czas, by myśleć o niebieskich migdałach, a dokładniej o tym, że przydałoby się trochę filmów o coming outach osób z zaburzeniami psychicznymi. Caleb wydaje się bardzo otwarty w swoich relacjach, ale jednocześnie to, co najbardziej go określa ukrywa przed światem, nawet przed tym, kogo ponoć kocha (albo wydaje mu się, że kocha). Psychiczne rany, które maskuje, niestety wpływają na niego i całe otoczenie. Ileż dramatów można byłoby uniknąć, gdyby Caleb czuł, że może być w pełni sobą, że nie musi tłamsić tego, co doświadczył i co w dalszym ciągu wyznacza kierunek jego zachowania.

Ocena: 3

środa, 8 stycznia 2014

The Family (2013)

Cóż, Besson najwyraźniej nie jest jak francuskie wino i wcale im starszy nie jest lepszy. Powiedziałby, że na oczach widzów zamienia się w reżyserskiego zgreda i na dodatek pociąga za sobą byłe hollywoodzkie gwiazdy. Na szczęście dla niego, paru innych twórców z jego pokolenia starzeje się filmowo jeszcze gorzej, ale to nie jest żaden powód do dumy.


Film zaczyna się nawet nieźle. Trochę staromodnie, ale komedię retro byłby w stanie przełknąć. Niestety szybko okazało się, że Besson nie ma poczucia humoru. "Porachunki" bazują na głupocie i żenujących stereotypach. Nie rozumiem, jak ktokolwiek mógł to uznać za zabawne. Film broni się głównie za sprawą dzieciaków, które wyglądają, jakby wyleciały z którejś z disnejowskich produkcji i postanowiły się wyszaleć. De Niro ma już chyba wszystko w nosie. A Pfeiffer po prostu pokazuje się, póki operacje plastyczne nie zmienią ją w sobowtóra Jokera.

Ocena: 5

The Secret Life of Walter Mitty (2013)

Oto wielka tajemnica przyjaźni: nawet nieintencjonalnie może stać się bramą dla nowych możliwości. Walter i Sean to jedna z dziwniejszych par przyjaciół, jaką można sobie wyobrazić. Walter nigdy Seana nie widział na oczy, ale doskonale go poznał dzięki jego zdjęciom. Przez 16 lat stanowili udany zespół zawodowy, a teraz, kiedy ich współpraca dobiega końca Sean postanowił się odwdzięczyć. Jego gest był wspaniały i wzruszający, ale Walter źle go zrozumiał. I dobrze na tym wyszedł, bo spełnił wszystkie swoje marzenia, przeżył wspaniałe przygody i odważył się zbliżyć do ukochanej kobiety. A wszystko dzięki jednemu przyjacielskiemu gestowi.


"Sekretne życie Waltera Mitty", choć chwilami zrobione jest z olbrzymim rozmachem (scena pościgu po ulicach miasta), jest w swojej istocie typową komedią niezależną. To jest siłą filmu ale i słabością. Mimo wszystkich ozdobników i fajerwerków, Stiller utylizuje dość sztampowy model fabularny z barwnym, nie do końca społecznie dostosowanym protagonistą, ekscentrycznymi postaciami drugiego planu i całą gamą absurdalno-ironiczno-pozytywnych scenek rodzajowych. Ten model zaczyna mnie już naprawdę męczyć (tak, wiem, powtarzam się), zbyt wiele podobnych filmów w ostatnich latach zachwyciło mnie, bym mógł jeszcze odbierać je jako świeże i oryginalne.

Niemniej jednak Ben Stiller i tak potrafił mnie rozśmieszyć. Zarówno w scenach bardziej efekciarskich (sekwencja "Benjamina Buttona" rozbawiła mnie do łez) jak i tych rodem z sundance'owego kina (mamy czerwony i niebieski samochód). Jedyny – w moich oczach – spalony dowcip to ten z "erekcją". Wydał mi się zbyt goofiasty. Reszta jest na odpowiednio zabawnym poziomie.

Ocena: 7

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Robot & Frank (2012)

Dla każdego, kto choć trochę poznał moje oceny filmów, nie będzie zaskoczeniem to, co zaraz napiszę: "Robot & Frank" bardzo mi się spodobał. To jest właśnie kino niezależne które uwielbiam, nawet jeśli ostatnio czuję nim przesyt. Czegóż tu jednak nie kochać? Frank Langella jest fantastyczny w roli byłego kryminalisty, który powoli traci pamięć. Peter Sarsgaard może i ani na chwilę nie pojawia się na ekranie, ale robot mówiący jego głosem wystarczy, bym sam chciał się w takie cacko zaopatrzyć.


Jednak podstawową siłą filmu jest jego scenariusz. Pomysł był banalnie prosty. "Robot & Frank" to opowieść o przyjaźni między dwójką osób kompletnie się od siebie różniących. W tym przypadku ta różnica została powiększona do ekstremalnych rozmiarów, bo przecież tylko jeden z pary bohaterów jest istotą żyjącą, człowiekiem z krwi i kości. I jak to zwykle w tego rodzaju historiach bywa, na początku dzieli ich wszystko, by z czasem połączyła ich nić porozumienia. Jake Schreier przepięknie pokazał to, jak zaciera się granica między człowiekiem a gadżetem.

W tle zaś mamy jedną z piękniejszych historii miłosnych. Sprowadza się ona tak naprawdę do jednej sceny. Ale cóż to jest za scena! Piękna, chwytająca za serce, dogłębnie wzruszająca.

Jakby tego było mało, "Robot & Frank" podnosi też kilka niezwykle interesujących kwestii moralno-etycznych. Po pierwsze stawia pytanie o to, gdzie przebiega granica między przedmiotowym a podmiotowym traktowaniem drugiej osoby. Początkowo może wydawać się, że Frank wykorzystuje słabe punkty w oprogramowaniu robota dla własnych celów. Ale relacja jaka po drodze się wywiązuje sprawia, że sytuacja jest postrzegana inaczej. Z kolei córka Franka, która niby jest taką obrończynią praw, nie widzi żadnego problemu w traktowaniu robota jako sprzętu AGD.

Po drugie film stawia ciekawe pytanie etyczne dotyczące pojęcia "nieszkodzenia". Robot, którego otrzymuje Frank, ma za zadanie nie szkodzi właścicielowi, a wręcz przeciwnie, starać się utrzymać bądź poprawić ogólną kondycję psychofizyczną. Jednak czynić to może tylko stając się współwinnym łamania prawa. A zatem nieszkodzenie jednostce nieuchronnie łączy się ze szkodzeniem innym jednostkom.

I wreszcie wyłącznik. Jego brak wydaje się być jednym z podstawowych elementów umożliwiających nawiązanie autentycznej relacji, zignorowanie faktu, że jeden z elementów relacji nie jest istotą żywą. Przycisk ten w takiej sytuacji staje się niczym więcej jak narzędziem gwałtu i mordu. Jeśli więc chcemy mieć w robotach prawdziwych towarzyszy, nie może istnieć sposób ich wyłączenia bądź też musi to zacząć mieć charakter (przynajmniej psychologiczny) tożsamy z zabójstwem człowieka czy zwierzęcia.

Ocena: 8

Friends with Kids (2011)

Aż trudno w to uwierzyć, biorąc pod uwagę liczbę komediowych gwiazd w tej produkcji, ale "Single od dziecka" to bardzo, ale to bardzo przeciętny film. Bazuje na wymęczonej formule i prawie wcale nie jest zabawny. Pozostaje tylko sympatyczna główna para i nic więcej. To wystarczyło, by mnie nie zanudzić na śmierć, ale nie ulega dla mnie żadnej wątpliwości, że zmarnowano olbrzymi potencjał.


Przez brak komediowych scen, które odwróciłyby moją uwagę, to, na czym najbardziej skupiłem się, jest to, jak bardzo tego rodzaju komedie są niesprawiedliwe dla trzecioplanowych bohaterów. Pojawiają się jako alternatywna druga połówka głównych bohaterów tylko po to, by wzbudzić zazdrość, zrozumienie w bohaterach tego, co tracą. Przez to, jak znikają albo jak na siłę przypisuje im się nagle jakąś skreślającą ich wadę, jest mi ich zawsze żal. I tak jest też tutaj. Postać grana przez Burnsa nie zasłużyła na los, jaki zgotowali jej twórcy.

Ocena: 5

niedziela, 5 stycznia 2014

Silent Youth (2012)

Diemo Kemmesies zrobił film o tym, co zazwyczaj stanowi zaledwie pierwszy akt. "Silent Youth" to opowieść o początku związku. O pierwszym spojrzeniu, dotyku dłoni, niezręcznych rozmowach, banalnych pretekstach, byle tylko zbliżyć się do drugiej osoby. To opowieść o niepewności, o "potencjalnej zupie pierwotnej", z której, jak za czasów Wielkiego Wybuchu, może, ale nie musi, wyłonić się nowy świat. Widzimy nadzieje i strach, pierwsze przeszkody, kiedy na wierzch wychodzą echa mrocznych aspektów wciąż obcej dusz, ale mogącej stać się kimś więcej. Te impulsy zagrażają delikatnej konstrukcji związku, który przecież tak naprawdę jeszcze nie zaistniał.


Kemmesies stworzył piękną i prostą historię, ale chyba nieco zbyt ponurą. To, co najlepiej udało mu się ukazać, to niezręczność czy to we wzajemnych relacjach czy to w relacjach z innymi (spotkanie Marlo i Kirilla z Franzi). Film jednak cały czas wygrywany jest na niskich, smutnych tonach, jakby to nie była opowieść o początku związku, ale o jego końcu. Końcu, którego dwójka bohaterów jeszcze nie widzi, ale którego ślady my widzowie jesteśmy w stanie łatwo rozpoznać w kilku kluczowych scenach.

Ocena: 6

Un conte de Noël (2008)

Niesamowite. Ten film to obraz perwersji w najczystszej postaci. Jednak przypadkowy widz w ogóle tego nie zauważy. Bo na pierwszy, drugi, a nawet trzeci rzut oka jest to bardzo przyzwoity, "normalny" film. "Un conte de Noël" jest przecież prostym dramatem rodzinnym, który prezentowany jest pod jakże oczywistym pretekstem wspólnego spotkania z okazji świąt. Nihil novi sub sole. Ci, którzy nieco bliżej przyjrzą się filmowi, zauważą jego formę: ociekające barokowym zdobnictwem dialogi i monologi, nieprzypadkowe zmiany muzyki (której zestaw jest niezwykle eklektyczny) i najbardziej nawiązuje do tytułu filmu chwyty wizualne.


Za tym wszystkim kryje się jednak porażająca potworność międzyludzkich interakcji. Członkowie rodziny Vuillard są jak mieszkańcy kolonii trędowatych. Tyle że w ich przypadku trąd dotknął nie ciała, lecz duszy. Miłość została tu tak wykoślawiona, że staje się swoim przeciwieństwem. Nienawiść zostaje zgrabnie przystrojona, by udawać coś zupełnie innego. Ból, nieszczęście, smutek, niespełnione pragnienia, a przede wszystkim milczenie, który skrywane jest w potoku słów i czynów - oto rzeczywistość bohaterów. Obraz, jaki nakreślił Arnaud Desplechin jest po prostu wstrząsający.

Z powyższych powodów "Un conte de Noël" powinno mieć zdecydowanie lepszą ocenę, ale nie mogę dać więcej, bo nie do końca przypadła mi niestety forma, w jaką ubrał tę historię reżyser. I nie potrafię powiedzieć, dlaczego.

Ocena: 7

czwartek, 2 stycznia 2014

K-11 (2012)

Jeden z dziwniejszych filmów więziennych jakie widziałem. Ale – niestety – nie aż tak dziwny, jak miałem nadzieję. Jego odmienność polega przede wszystkim na tym, że część bohaterów zagrały kobiety. To fajny zabieg, ale jednak żałuję, że okazał się tylko tym, nie zaś czymś więcej. Początkowe sceny sugerowały bowiem film balansujący, a być może przekraczający granice szaleństwa. Czy to, co widzimy dzieje się naprawdę, czy może jest tylko wymysłem chorego od dragów umysłu bohatera. Czy znalazł się jakimś dziwacznym eksperymencie, czy może ma jedynie halucynacje? Potem niestety to wszystko gdzieś się rozmywa. Następuje przemiana bohatera, choć dzieje się ona zbyt nonszalancko jak na mój gust. Zaś cała sprawa z kobietami okazuje się jedynie chwytem reżysera, bez głębszego znaczenia.


Z tych wszystkich powodów jestem "K-11" rozczarowany. To mógł być naprawdę mocno pokręcony film. A skończyło się na dość przeciętnej historyjce kombinatora, który odkrył, że w więzieniu jak w biznesie muzycznym trzeba po prostu umieć wyczuwać okazje, chwytać je i wydusić z nich wszystko, co się tylko da. Ja rozumiem, że jest to pierwszy film reżysera. Jednak facet od lat pracował jako scenariuszowy supervisor, więc powinien co nieco wiedzieć na temat tworzenia ciekawych fabuł.

Ocena: 5

Werewolf: The Beast Among Us (2012)

Cóż, jak na produkcję przeznaczoną z myślą o rynku DVD, nie jest aż tak najgorzej. Sam pomysł na film jest nawet całkiem niezły i spokojnie mógł zostać wykorzystany w produkcji kinowej. Ale wtedy musiałby to nakręcić ktoś inny. Louis Morneau zrobił z tego pozbawioną wyobraźni, bardzo przeciętną przypowieść, która niczym nie jest w stanie zaskoczyć. Główny bohater jest irytujący. Reszta postaci mogła być bardziej intrygująca, ale reżyserowi nie chciało się nimi zająć na poważnie. Do tego końcówka sprawia wrażenie, jakby to miał być romans paranormalny, ale trochę za późno na ten pomysł twórcy wpadli i wykorzystali go tylko w ostatniej scenie.


"Wilkołaka" mógł uratować humor bądź też campowa stylistyka. Niestety ani jednego ani drugiego nie uświadczysz. Nie jest to może poziom Asylum, ale do przeciętności też trochę zabrakło.

Ocena: 4

środa, 1 stycznia 2014

The Raven (2012)

Pomysł genialny w swojej prostocie. Oto ktoś morduje ludzi. Inspiracji dostarcza mu twórczość Edgara Allana Poego. Ten musi połączyć siły z prowadzącym śledztwo inspektorem, by odkryć tożsamość zabójcy. Wkrótce jednak stawka idzie w górę. Morderca porywa ukochaną poety i domaga się, by Poe całość opisał w lokalnej gazecie. Morderca zaś będzie dalej zabijał, a każdy trup będzie zawierał wskazówkę potrzebną do odnalezienia porwanej.


Niestety do takiego tematu potrzebny był ktoś lepszy od zwyczajnego filmowego rzemieślnika. "Kruk" wymagał klimatu, sprawności w łączeniu twórczości Poego z rasowym kryminałem. Niestety James McTeigue do wykonania takiego zadania się nie nadawał. I skutecznie to udowodnił masakrując świetny materiał. To niebywałe, i na swój sposób nawet godne podziwu, ale reżyserowi udało się z "Krukra" zrobić film zwyczajnie nudny, którego jedyna ciekawa scena sprawia wrażenie ukradzionej z którejś z części "Piły". Rzecz jest rozmemłana, twórczość Poego została zaś sprowadzona do mało ciekawych dekoracji. Nawet niezła obsada wydaje się wymęczona miernotą reżysera.

McTeigue wciąż ma na swoim koncie tylko jeden naprawdę udany filmy. I wygląda na to, że "V jak Vendetta" należy traktować jako cud, który pewnie się już nie powtórzy.

Ocena: 5

Petunia (2012)

Lubię filmy o dysfunkcjonalnych rodzinach. Podoba mi się paradoksalna mieszanka humoru i tragedii, jaką są życia bohaterów. Z jednej strony nie sposób nie popaść w depresję patrząc, jak zwyczajna w gruncie rzeczy egzystencja jest niczym więcej, jak niekończącym się pasmem rozczarowań, lęków, rozwianych nadziei. A szczęście to chwila, w której pozwalamy sobie na amnezję. Z drugiej strony bohaterowie są tak rozkosznie czarujący, sympatyczni i zabawni w tym swoim nieustającym szamotaniu się ze światem czy amortyzowaniu kolejnych losowych wypadków ciętymi ripostami i barwnymi natręctwami.


I tak też jest w "Petunii". Cudowny jest Charlie w roli ogarniętego obsesją samokontroli młodzieńca po raz pierwszy w życiu odkrywającego miłość. Przeurocza jest Robin, która bezustannie wysila się, by akceptować styl życia swego męża. Wspaniała jest Felicia, jako matka, terapeutka i totalnie sfrustrowana kobieta u progu starości. Początek przy tak barwnej galerii postaci zapowiadał świetny film. Z czasem okazało się, że błyskotliwość szybko się skończyła i pozostała solidna, lecz daleka od doskonałości fabuła. Ale i to by mi wystarczyło. Niestety twórcy zgotowali zupełnie niepotrzebne post scriptum z tak sztucznym happy-endem, że na samą myśl o nim dostaję mdłości. Dobrze, że ból rozczarowania trwał krótko.

Ocena: 6

The Falls (2012)

Jeśli ten film miał przekonać mnie do idei religii jako instytucji, która tłamsi tożsamość jednostki z mało przekonujących powodów, to reżyser całkowicie poległ. "The Falls" wzbudził u mnie wręcz przeciwne skojarzenia i raczej jest jednym wielkim argumentem przeciwko wszystkim tym, którzy chcieliby poszerzyć moralne swobody w obrębie danej wiary (w tym przypadku chodzi o mormonów, ale spokojnie można byłoby to przenieść na grunt większości innych religii).


"The Falls" stawia na popularne argumenty w dyskusji z konserwatystami: a to, że religia kwestionuje stworzenie, bo przecież geje takim zostali przez Boga zrobieni, a to, że zakazuje im się bycia sobą, a to, że uczucia, które uważają za właściwe w oczach kongregacji wiary są złe. Problem z tymi argumentami jest taki, że wszystkie one zakładają, iż religia ma na celu akceptację jednostki taką, jaką ona jest i umożliwienie jej realizacji tkwiącego w niej potencjału. Tyle tylko, że praktycznie w żadnej z gałęzi religii bazujących na Biblii (nawet tych sekciarskich) takiego założenie nie ma. Religia nie ma na celu głaskania po głowie i witania z otwartymi ramionami ludzi (wyjątek stanowi "bombardowanie miłością" konwertytów, ale też tylko na początku), lecz ma doprowadzić jednostki do zbawienia. A to jednak nie to samo. Wyjątkiem jest oczywiście satanizm w jego "animalistycznym" wcieleniu, który celebruje popędy, a więc akceptuje wszystkie impulsy człowieka jako właściwe, za którymi należy podążać, które należy realizować.

Twórcy "The Falls" oczywiście tak daleko nie idą i jak większość misjonarzy tolerancji i akceptacji stawiają mętną granicę definiowaną jako "nieszkodzenie innym". Tyle tylko, że kiedy przyjrzeć się dokładniej, owo "nieszkodzenie" jest bardzo niejasnym terminem i dość swobodnie definiowanym. Jeszcze zabawniejsze jest to, że ci wszyscy walczący o "wolność" za aksjomat uważają przekonanie, że jednostka nie powinna być zmuszana do zmiany tego, kim jest. Ale jednocześnie idzie za tym (choć zazwyczaj nie werbalizowane wprost) brak ochrony społeczności przed zmianami. Dlaczego jednostka nie powinna się zmieniać, a grupa tak? Na to pytanie nie dają odpowiedzi.

Skąd w przypadku "The Falls" pojawiły się u mnie takie myśli? Wszystko przez postać weterana wojny z Iraku, który był świadkiem, jak mina rozsadziła jego brata. Otóż po otrzymaniu ulotek od bohaterów-misjonarzy, wykonał wysiłek, którego większość ludzi nie robi: przejrzał materiały, zaciekawił się i zadzwonił, by z nimi porozmawiać. A ci co zrobili? Całkowicie go zawiedli. Zamiast nieść mu Słowo Boże, wykorzystali go jako katalizator do zaspokajania swoich własnych potrzeb. I choć twórcy "The Falls" robią wszystko, by pokazać, że ta sytuacja jest OK., to dla mnie jest daleka od OK. Dla mnie jest to przykład ewidentnego szkodzenia jednostce poszukującej. Przez zaniechanie, przez bycie zaabsorbowanymi sobą i swoimi uczuciami, zawiedli.

A sam film? Cóż, nie jest to rzecz rewelacyjna pod względem fabuły. Technicznie (głównie jeśli chodzi o dźwięk) także ma sporo wad. Trudno też doszukać się tu jakiejś oryginalności czy ciekawego punktu widzenia. Trochę zdumiewa mnie fakt, że film był na tyle dużym sukcesem, by doczekać się kontynuacji (ale pewnie z czystej ciekawości po nią sięgnę).

Ocena: 4

Magic Magic (2013)

"Magic Magic" okazał się bardziej ponurą i niepokojącą wersją "Kryształowej wróżki". Oba filmy łączy nie tylko osoba reżysera, ale też niemal identyczne motywy fabularne oraz dwójka aktorów. Znów mamy Cerę jako dupka, a Agustín Silva ponownie jest jego towarzyszem, a to akceptującym jego wybryki, a to znów dziwnie defensywnym (choć "głębię" nieświadomej (?) relacji odkryłem dopiero dzięki dodatkowi o kulisach produkcji). Raz jeszcze mamy do czynienia z wyprawą na prowincję i nie do końca zgrane towarzystwo. Ponownie pojawia się postać zranionej kobiety, dla której indiańskie misteria staną się szansą na oczyszczenie i odrodzenie.


Co więc różni oba filmy? Ton. "Kryształowa wróżka" ma sporo komediowych elementów. Ich źródłem w dużej mierze jest postać najbardziej zwichrowana i skrzywdzona. Jednak grana przez Gaby Hoffmann Crystal Fairy w "Magic Magic" zastąpiona została przez Juno Temple jako Alicię. Dziewczyna nie ma żadnych skutecznych mechanizmów radzenia sobie z traumą. Wydaje się bazować na zewnętrznym wsparciu dostarczanym przez cywilizację. Im dłużej więc przebywa z dala od centrum cywilizacyjnego, tym bardziej niejasne stają się granice oddzielające ją od jej demonów. Alicia zatraca się w grozie koszmarów, których nie rozumie, których nie potrafi nawet zidentyfikować jako produkty swojej chorej wyobraźni.

Sebastián Silva zamiast zabawy buduje (i to skutecznie) atmosferę grozy i zmieszania wynikającego z niezrozumienia tego, co się wokół dzieje. Mnie jednak do gustu bardziej przypadła lżejsza wersja. I choć Temple jest świetna, Hoffmann był po prostu przebojowa.

Ocena: 6

The Knot (2012)

"The Knot" prawie zupełnie zniszczyła mi okładka i znajdujący się na niej cytat z jakiegoś śmieciowego magazynu, który uznał film za połączenie "Kac Vegas" z "Druhnami". Spodziewałem się więc komedii, na której cały czas będę się śmiać. Oczywiście nic tego nie miało miejsca.


Film Jesse'ego Lawrence'a to filmik sympatyczny, ale w gruncie rzeczy mało zabawny. Scen, na których głośno się zaśmiałem, można spokojnie policzyć na palcach jednej ręki. "The Knot" jest urokliwe głównie za sprawą miłej obsady. Jednak jako rozrywka nie oferuje nic poza bezbolesnym zabiciem czasu. Jedyne, co z niego zapamiętam, to nagość w scenach z wieczoru panieńskiego i kawalerskiego. Zabawy striptizowe pokazano dokładniej, niż to zazwyczaj czynią Amerykanie.

Ocena: 4