piątek, 28 lutego 2014

All Is Lost (2013)

Jest mi trochę żal Chandora i Redforda. Ich film bowiem został przysłonięty przez olbrzymi cień rzucany przez "Grawitację". Fabularnie oba filmy opowiadają tę samą historię. I tu i tu cywilizacyjne śmieci prowadzą do tragedii. I tu i tu główna postać jest zdana wyłącznie na siebie. I tu i tu po pierwszej tragedii następują kolejne katastrofy, które prowadzą postać na skraj załamania. I tak dalej...


"Wszystko stracone" nie jest jednak filmem tak widowiskowym, a i Redford niestety nie przykuwa tak uwagi, jak Sandra Bullock. Obraz Chandora to kino eksperymentalne, surowe, z minimalną liczbą dialogów. To sprawia, że inaczej niż w "Grawitacji" rozłożone zostały akcenty. Przetrwanie u Chandora schodzi na drugi plan. "Wszystko stracone" przede wszystkim konfrontuje człowieka ze światem przyrody, który jest jednocześnie piękny i śmiertelnie niebezpieczny.

I zapewne dlatego "Wszystko stracone" przypomina mi nie "Grawitację" a "Wszystko za życie" i "Grizzly Man". To opowieść o ludzkiej pysze, złudnym przekonaniu, że człowiek wciąż może przetrwać bezpośrednią konfrontację z przyrodą. Bohater grany przez Redforda okazuje się równie naiwny co główna postać "Wszystko za życie". Prze to popada w tarapaty tam, gdzie oceaniczni nomadzi setki lat wcześniej radzili sobie bez większych problemów. Chandor jest kolejnym reżyserem, który pokazuje, że za bardzo oddaliliśmy się od świata, by móc w nim przetrwać, jeśli utracimy technologiczną przewagę. I być może właśnie owa alienacja sprawia, że bezrefleksyjnie narażamy się na niebezpieczeństwo, byle tylko poczuć majestat natury.

Ocena: 6

środa, 26 lutego 2014

Non-Stop (2014)

Jeszcze parę filmów akcji temu wydawało mi się całkiem fajne to, jak Liam Neeson na starość odrodził się jako gwiazda tego gatunku, choć za młodu wybierał przecież innego typu produkcje. Ale teraz niestety wypada żałośnie, jak podstarzała dziwka, która stosuje te same tricki, co w okresie swojej świetności i jest ślepa na to, że zamiast podniecenia wywołuje odruch wymiotny.


A przecież w "Non-Stop" Neeson wcale nie jest najgorszym elementem! Cały ten film to jedno wielkie nieporozumienie. Sklejone z odchodów pozostawionych przez twórców kina akcji lat 80., jest śmierdzącą breją, od której należy trzymać się jak najdalej. Każdy kiczowaty pomysł, który w dobie hitów na VHS-ach robił furorę, tu został wykorzystany, nie do budowy klimatu czy dla frajdy widzów, lecz z nadętym poczuciem, że robi się rasowe kino akcji. Otóż nie. Gatunek ten owszem bazuje na kalkach i nieustannie kopiuje te same pomysły, ale do sukcesu potrzebuje luzu, lekkości narracyjnej, a kiedy jeszcze intryga okazuje się piramidalną głupotą (a w "Non-Stop" poziom absurdu przekracza wszelkie normy bezpieczeństwa), to niezbędny jest też humor. Nic z tych rzeczy w filmie Colleta-Serry nie znalazłem. Momentami ledwo mogłem wysiedzieć w fotelu. Naprawdę wolałbym przejść leczenie kanałowe bez znieczulenia, niż raz jeszcze obejrzeć "Non-Stop".

Ocena: 2 (tylko z sympatii dla paru osób z obsady)

One Chance (2013)

"Masz talent" to kino interesujące z antropologicznego punktu widzenia. Ukazuje bowiem to, jak Amerykanie widzą i odbierają brytyjskie komedii obyczajowe. David Frankel do spółki z braćmi Weinstein postanowił zrobić doskonałą imitację oryginału. Mamy więc brytyjski temat, brytyjskich aktorów (dość szeroko rozumianych, bo w końcu Colm Meaney jest Irlandczykiem), brytyjski humor, brytyjski akcent. Nie zapomniano w filmie o niczym: jest więc i robotnicze środowisko, z którego bohater się wywodzi (zupełnie jak w "Goło i wesoło" lub w "Billym Elliocie") jak również nieprzeciętnie odjechany kumpel (a la Rhys Ifans z "Notting Hill").


Wysiłek włożony w odtworzenie brytyjskiej komedii jest naprawdę imponujący. Niestety twórcy zapomnieli o najważniejszym elemencie: o duchu. "Masz talent" jest pusty, wręcz przezroczysty. Nie ma w nim prawdziwego życia (choć oparty jest na faktach), nie ma w nim rzeczywistych uczuć. Wszystko jest wypucowane, ale sterylne. Pozostaje wrażenie sztuczności, brakuje tego bezpretensjonalnego luzu i czaru, jaki panuje w prawdziwie brytyjskich produkcjach. "Masz talent" udowadnia więc, że siła odwzorowania nie tkwi w dokładnym kopiowaniu, a w zrozumieniu, co też kryje się za formą. Frankel w kilku filmach potrafił to uchwycić. Tu jednak kompletnie się pogubił.

Ocena: 5

Solo (2010)

Są takie chwile w naszym życiu, kiedy musimy się odciąć od świata, kiedy nawet najbardziej troskliwy kontakt z bliskim czy znajomymi budzi w nas ból. Czasem jesteśmy (a przynajmniej wydaje nam się, że jesteśmy) zmuszeni odciąć się od innych, dla zachowania dumy, własnej tożsamości. Ale to, co na początku jest doskonałą strategią przetrwania, z czasem może okazać się tym, co tworzy wokół nas zupełnie nowe więzienie. Z tego więzienia będzie się trudniej wydobyć. Wie o tym doskonale Angelo. On przekroczył Rubikon. Dla niego nie ma już powrotu. Ale Rafa, jeden z klientów motelu, w którym Angelo pracuje, dopiero na tę drogę wkracza i dla niego jest jeszcze szansa. Przypadkowa przyjaźń będzie dlań szansą na ratunek, drugiemu zaś pomoże przetrwać trudne chwile.


"Solo" to kino niezłe, ale ja jednak wolę krótkometrażówki nie tak smutne i stonowane. Preferuję shorty z pazurem, drapieżne, odważne, przewrotne. Tak więc "Solo" z góry było skazane na niezbyt wysoką ocenę. Niemniej jednak nie jest to film najgorszy.

Ocena: 5

poniedziałek, 24 lutego 2014

G.B.F. (2013)

Po "G.B.F." sięgnąłem ze względu na Megan Mullally. Mam do niej słabość, choć w kinie rzadko kiedy dostaje role warte jej komediowego talentu. Tu też gra drugie skrzypce, ale jej wielką zasługą – przynajmniej jeśli chodzi o mnie – jest to, że w ogóle dzięki niej film obejrzałem. Gdybym wcześniej sprawdził, kto jest reżyserem, raczej odrzuciłbym "G.B.F." jako potencjalną szmirę. Jako producent Darren Stein  jeszcze się broni (w końcu dzięki niemu powstało "All About Evil"), ale jako reżyser niestety nie miałem o nim najlepszego zdania.


A tu taka niespodzianka! Pierwsza godzina "G.B.F." to brawurowa komedia. Co chwilę parskałem głośnym śmiechem. Od czasu "Królów lata" nie słyszałem równie zabawnych tekstów. I to wystrzeliwanych seriami, jeden po drugim. Dialogi są zabawne, trafne i inteligentne. Twórcy bezwzględnie rozprawiają się ze stereotypami, poprawnością polityczną, która sama staje się terrorem, cywilizacją powierzchowności. Rzecz jest po prostu genialna; to komedia młodzieżowa na absolutnie najwyższym poziomie.

Niestety po godzinie balon komediowy pęka. Zaczyna się moralizowanie, wyłuszczanie prawd, jakich powinniśmy się nauczyć i zapamiętać. Od czasu do czasu twórcy próbują zachować humor, ale lekkość szybko się ulatnia i jest tylko parę momentów, które przypominają o nie tak odległej chwale. Szkoda. Bardzo szkoda, że tak to się skończyło. Ale za zabawę jakiej dostarczyli mi przez pierwszą godzinę, mogę im to wybaczyć.

Ocena: 8

niedziela, 23 lutego 2014

The Romantics (2010)

Niektórzy ludzie to dopiero mają problemy... a raczej ich nie mają, więc wymyślają sobie komplikacje, byle tylko ich życie nie wydawało im się nudne i nijakie. Laura i Tom kochają się. Ich uczucie trwa od dekady. A jednak Tom właśnie ma zamiar ożenić się z Lilą, przyjaciółką Laury z czasów studiów. Dlaczego? Z prostego powodu: łatwiej jest Tomowi i Laurze tworzyć coś niedookreślonego, ekscytującego i przerażającego ich zarazem. Lila zaś oferuje stabilizację, która niczym piorunochron strzeże Toma przed paniką wywołaną nadmiarem emocji. Brzmi to wydumanie, prawda? I niestety taki też jest film. "Romantycy" wydają się chwilami idiotyczni, a w całości pozbawieni znaczenia.


Ale czego innego można się był spodziewać po dziele zrealizowanym przez autorkę powieściowego pierwowzoru? "Romantycy" są kolejnym dowodem na to, że pisarze nie nadają się do ekranizacji swoich dzieł. Nie potrafią uwolnić zaklętego w słowach ducha, dokonać niezbędnej transformacji fabuły w nowym medium. Efekt jest oczywiście łatwy do przewidzenia. "Romantycy" są sztywni, aktorsko przerysowani, za mało autentyczni. To teatr telewizji, a nie prawdziwe kino. Dialogi zostały tak rozpisane, że aktorzy od początku stali na straconej pozycji i nie mogli wypaść inaczej jak tylko jako pozerzy. Szkoda. Bo jest tu sporo młodych (wciąż) gwiazd kina, które pewnie marzą o długiej karierze w Hollywood. "Romantycy" im w tej karierze nie pomogą.

Ocena: 5

sobota, 22 lutego 2014

After.Life (2009)

Ambitna porażka. Agnieszka Wójtowicz-Vosloo chciała pogodzić dwa różne gatunki filmowe. Z jednej strony mamy horror "o duchach", z drugiej strony thriller o schizofreniku "mordercy". Oba gatunki łączy temat śmierci i zagadka, czy bohaterka żyje czy też nie. Ci, którzy skupią się tylko na tym problemie, będą zapewne usatysfakcjonowani, bowiem reżyserka długi czas potrafi utrzymać odpowiedź w tajemnicy. Ale dla mnie problem szybko zszedł na drugi plan. Skupiłem się na samej narracji, a ta niestety okazała się dość dziurawa.


"Życie.po.Życiu" nie ma zbyt wiele do zaoferowania. Każda scena jest podporządkowana pomysłowi połączenia dwóch przeciwstawnych wizji tego, co się działo. Ale przez to sama historia spychana jest na drugi plan. Liczy się tylko prowadzona z widzem gra. A ponieważ nie jest ona oparta na finezji, przestała mnie interesować. O wiele ciekawszy wydał mi się wątek dzieciaka, który staje się terminatorem Liama Neesona. Trochę żałuję, że to nie o nim jest ten film.

Ocena: 5

Bullet to the Head (2012)

Walter Hill powinien już chyba przejść na emeryturę. Zasłużoną, bo w końcu ma na swoim koncie kilka całkiem dobrych filmów. Szkoda więc, że na starość robi takie bzdury, którymi tylko niszczy swoją reputację.


"Kula w łeb" to jedna z tych produkcji, którymi telewizje katują cierpiących na bezsenność. Jest to idealna zapchajdziura w ramówce o czwartej nad ranem, kiedy większość ludzi jeszcze smacznie śpi. Fabuła jest tak prosta, że ci nieliczni, którzy ledwo kojarzą o tak wczesnej/późnej porze, nie będą mieli najmniejszych problemów z podążaniem za kolejnymi zwrotami akcji (a raczej czymś, co te zwroty udaje i to równie nieprzekonująco co Rosati rosyjską dziwkę). Dialogi są tak tępe i walą po uszach tam mocno, że każdy widz dobrze zrobi umawiając się do neurologa na wizytę kontrolną, by sprawdzić, czy nie doszło do urazu mózgu. A gra aktorska! Matko jedyna, taka niekompetencja byłaby powodem do wstydu nawet na planie filmu pornograficznego.

Jedynie scena walki na toporki wyszła w miarę udanie. Ale dla wszystkich zainteresowanych byłoby mimo wszystko lepiej, gdyby "Kula w łeb" nigdy nie powstała.

Ocena: 3

High School (2010)

Podziwiam reżysera. Wydawało mi się, że poszedł na łatwiznę. Bo też, czy może być coś łatwiejszego od nakręcenia komedii o tym, jak całe liceum obżarło się murzynkiem z marihuanowym nadzieniem? Daj bohaterom się najeść i zabawa gotowa, prawda?


Okazało się, że jednak tak nie jest, a przekonał mnie o tym właśnie reżyser "Szkoły na haju". Ze zdumieniem naliczyłem może pięć zabawnych momentów w całym filmie! I to tylko dlatego, że dość łagodnie podszedłem do zdefiniowania tego, co uważam za zabawne. "Szkoła na haju" jest niebywale bezbarwnym, pozbawionym pomysłu na humor, filmem. Gdyby mi to ktoś powiedział przed obejrzeniem filmu, to bym nie uwierzył. Przecież nie można być aż tak kiepskim twórcą. A jednak! No cóż, świat kina nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać. I w sumie to dobrze.

Ocena: 5

piątek, 21 lutego 2014

El reloj (2008)

Jakież to było urocze. I jak dużo powiedziało mi o Marco Bergerze. Jego krótkometrażowy debiut zawiera sporo elementów, które znaleźć można w jego najnowszym filmie "Hawaii". Jest więc zabawkowy projektor do slajdów i te same (chyba, w każdym razie bardzo podobne) drzwi do łazienki. Sama relacja dwójki głównych bohaterów jest też prawie identyczna.


"El reloj" zawiera w sobie to, co stanie się najsilniejszym punktem twórczości Bergera – ukazywanie uczuć samym obrazem bez konieczności mówienia o tym. Juan Pablo i Javier to piękna w swym niespełnieniu, niewypowiedzeniu, para. Doskonale spisali się też młodzi aktorzy, którzy z wyczuciem odegrali powierzone im role.

Jednak to, co zwróciło moją uwagę, to humor, którego w filmach pełnometrażowych Bergera prawie nie widać. Tu jego źródłem jest kuzyn Juana Pabla i to, co ogląda (raz jakiś niemiecki program, raz francuski). Nie wiem, może to tylko mnie śmieszy, ale naprawdę wydało mi się to zabawne.

Ocena: 7

Hawaii (2013)

Uwielbiam takie filmy. Mógłbym je oglądać bez końca. Marco Berger raz jeszcze zachwycił mnie tym, jak wspaniale pokazuje uczucia. W tej chwili pozostaje moim ulubionym argentyńskim reżyserem. Jak na razie bowiem nie zaliczył żadnej wpadki.


Ciekaw jestem, czy Berger należy do tych reżyserów, którzy ciągle muszą opowiadać tę samą historię, czy też może "Plan B", "Nieobecny" i teraz "Hawaii" składają się tryptyk. W każdym razie wszystkie trzy filmy opowiadają o tym samym: o związku drapieżnika i jego ofiary. Za każdym razem jednak ta historia opowiedziana jest w nietypowy sposób. W "Planie B" bohater sam wpada w swoje sidła. W "Nieobecnym" role ofiara-drapieżca są przydzielone w kontrze do powszechnej opinii. Na tym tle "Hawaii" może wydawać się najbardziej typową opowieścią. Ale tylko na początku. Z czasem staje się bowiem jasne, że i tym razem nie mamy do czynienia z typowym drapieżnikiem, który usidla i zdobywa uległą ofiarę. Tak, Eugenio pożera wzrokiem Martina. Tak, Martín jest ofiarą losu, która aż prosi się o bycie zdobytym. Ale jednak w "Hawaii" relacja rozwija się inaczej. Ten film jest opowieścią o bratnich duszach, które odnalazły się i nie wiedzą o tym, że tak się stało. Drapieżca wyrusza na łowy, podobnie jak ofiara. Pierwszy czai się szukając okazji, drugi czai się dając okazję. Relacja, która z definicji powinna opierać się na walce, tu budowana jest na łagodności.

Berger jest mistrzem obrazów. To, co najlepsze w "Hawaii", dzieje się praktycznie bez słów. Mało który reżyser potrafi pokazać emocje (zamiast o nich opowiadać). A tu jest wszystko, od pierwszych pokus, z którymi się walczy, przez lękliwe uwodzenie i testowanie granic, strach przed odrzuceniem i tak dalej. "Hawaii" to opowieść o miłości, o tym jak kiełkuje, wzrasta i zakwita. To nie jest historia miłości od pierwszego wejrzenia i po tym filmie wiele osób może uznać, że taka jej forma jest przereklamowana. Eugenio i Martín pokazują, jakim cudem jest wspólne dorastanie do uczucia.

Po kilku ostatnich zawodach filmowych (vide "Zimowa opowieść"), "Hawaii" przywraca moją wiarę w twórców podejmujących temat miłości. Jak widać, są wciąż reżyserzy, którzy potrafią o tym opowiadać, potrafią to pokazać.

Niestety przed całkowitym zachwytem powstrzymuje mnie jeden, nie taki znów drobny szczegół. Chodzi mianowicie o muzykę, która straszliwie mnie irytowała. Przetrwanie pierwszych 20 minut był naprawdę trudne. Na szczęście nie poddałem się. Ale żałuję, że Berger zdecydował się na takie kompozycje. Z inną muzyką pewnie dałbym wyższą notę.

Ocena: 8

czwartek, 20 lutego 2014

Pompeii (2014)

Ależ niemiłą niespodziankę sprawił mi Paul W.S. Anderson. Nie, wcale nie tym, że nakręcił zły film. To akurat było oczywiste i byłem na to przygotowany, w końcu nie jest to pierwsze jego "dzieło", z jakim mam do czynienia. Jego filmy zawsze były toporne fabularnie, kiczowate, ale to mi nie przeszkadzało. Na "Trzech muszkieterach" bawiłem się doskonale. Jestem też zapewne jedną z nielicznych osób, która będzie bronić "Resident Evil: Retrybucji". A wszystko dlatego, że podobała mi się energia i ekstrawagancja jego pomysłów i to, że (podobnie jak Boll) nie boi się sięgać po kicz i bawić nim siebie i ludzi. Jego filmy są złe, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Dają frajdę, zapewniają rozrywkę. I tego też oczekiwałem po "Pompejach".


Niestety Anderson tym razem postanowił zrobić film zupełnie nie w swoim stylu. Zamiast więc energii i dynamiki, zaserwował opowiedzianą "po bożemu" katastroficzną historię miłosną. Scenariusz sprawia wrażenie, jakby został wygrzebany z ery kina niemego: jednowymiarowi bohaterowie, naiwny wątek romansowy, schematyczna akcja. Sama katastrofa wygląda jakby nakręcił ją Emmerich nie mając na nią wystarczających środków. Całość zaś jest nieznośnie pompatyczna, ciężka, monumentalna. Nie rozumiem, dlaczego Anderson nie pobawił się wizją starożytnych Pompejów tak, jak to wcześniej z robił z Francją czasów muszkieterów. Nie pojmuję, dlaczego spróbował zrobić film według standardów Hollywoodu, zamiast popuścić wodze fantazji i wykorzystać kalkę w zabawny sposób. Anderson mógł zrzucić ograniczenia jakie kino same sobie narzuciło w temacie widowisk antycznych. Nie zrobił tego. I niestety ja za to musiałem zapłacić... cierpieniem na sali kinowej przez niecałe dwie godziny.

Ocena: 3

Delivery Man (2013)

"Wykapany ojciec" to dokładny remake "Sturbacka". Jedyną znaczącą zmianą jest zastąpienie hokeja koszykówką. Reszta w zasadzie jest identyczna. Całość została tylko trochę bardziej dopracowana, mniej jest tu skrótów myślowych, niektóre ze scen stały się obszerniejsze, ale wiele cytowanych jest słowo w słowo.


Z tego też powodu wszystko, co napisałem przy okazji oryginału, i tu pozostaje prawdą. Ale "wygładzenie" chropowatości doprowadziło, że choć ogólny wydźwięk się nie zmienił, to jednak sam proces oglądania filmu był – przynajmniej w moim przypadku – przyjemniejszy. To wciąż nie jest rzecz, którą warto zapamiętać na dłużej. Ale przynajmniej podczas seansu nie ma się chęci sprawdzania na zegarku co pięć minut, ile jeszcze pozostało do końca.

Plusami filmu są zdecydowanie Chris Pratt (był uroczy w scenie, gdy dziecko klepie go po twarzy, widać był z jak wielkim trudem panował nad sobą, by nie parsknąć śmiechem) i Cobie Smulders. Ale na przykład wątek z niepełnosprawnym synem bardziej podobał mi się w wersji oryginalnej. Jeśli jednak ktoś zastanawia się, czy obejrzeć oryginał czy remake, to ja wskazałbym na ten drugi.

Ocena: 6

Endless Love (2014)

Miłość romantyczna w naszej kulturze funkcjonuje w zasadzie w jednym tylko wariancie: to młodzieńcza miłość oślepiająca, totalna, bezkompromisowa. To uczucie egoistyczne, destrukcyjne, ale jednocześnie zawierające w sobie najczystszy pierwiastek życia. To jeden z najsilniejszych narkotyków. Sprawia on, że nie tylko "korzystamy" na tym uczuciu, kiedy dotyczy nas bezpośrednio, ale możemy się nim "żywić" także wtedy, kiedy dotyczy innych.


Kiedy Jade zakochuje się ze wzajemnością w Davidzie, ich uczucie nie tylko obezwładni ich samych, lecz wpłynie pozytywnie na życia brata i matki Jade. Tylko ojciec znajdzie w sobie siłę, by się oprzeć sile uczucia, ale to dlatego, że on też kocha miłością bez końca, kocha swojego syna, który zmarł na raka. Miłość jest tu destrukcją, ale niszcząc zarazem pozwala budować... jednak wyłącznie wtedy, kiedy obdarzona miłością osoba żyje. Nekrofilia może już tylko niszczyć.

Główny wątek filmu to bajeczka o młodych zakochanych. Choć chyba powinienem napisać "młodych". Cudzysłów nie jest tu bez znaczenia, trudno bowiem uwierzyć w to, że Alex Pettyfer dopiero skończył liceum. Ten wątek jest poprowadzony bez żadnego pomyślunku. Jego jedyną wartością jest muzyczna set-lista, jaką przygotowano do zilustrowania kolejnych etapów ich związku. Na szczęście, film ma też inne, ciekawsze wątki. Mnie najbardziej zainteresował wątek rodziców Jade, głównie dlatego że spodobała mi się kreacja Joely Richardson. Opowieść o miłosnym żarze, który musi opierać się okrutnym kolejom losu nie jest tak oczywista, jak główny wątek, a i sami bohaterowie są zdecydowanie mniej jednoznaczni od Jade i Davida. Dzięki wsparciu na drugim planie, całość miło mnie zaskoczyła. Myślałem, że będzie to gniot równie zły, co "Zimowa opowieść".

Ocena: 6

środa, 19 lutego 2014

설국열차 (2013)

Jestem fanem fantastyki. W science-fiction lubię nie te pozycje, które są naukowo wiarygodne, ale te, które zadają pytania o naturę człowieka i charakter świata, jaki tworzymy. Pod tym względem "Snowpiercerowi" prawie nic nie mogę zarzucić. Jak dla mnie jest to instant classic. I tylko końcówka budzi u mnie ambiwalentne emocje.


"Snowpiercer" to kino fascynujące, wywracające do góry nogami przekonania, które przez wielu uważane są za dogmaty niepodlegające dyskusji. Joon-ho Bong patrzy na nasz świat z zupełnie innej perspektyw. Porządek i harmonia, które niemal w każdej religii są stawiane jako dobro najwyższe, cel, ku któremu powinniśmy dążyć, tu jawią się jako absolutne zło i okrucieństwo nie do przyjęcia. Twórcy zadają też cios przekonaniu, że Bóg stworzył ludzi na swoje podobieństwo. Historia ludzkości w filmie to historia porażek, które następnie próbuje się naprawić, co prowadzi do kolejnych błędów i tragedii. Skoro taki jest człowiek, to jego stworzyciel musi być bezdusznym kontrolerem, którego bardziej interesuje świat, niźli jego mieszkańcy. "Snowpiercer" to opowieść defetystyczno-nihilistyczna, którą pod koniec reżyser próbuje nieco złagodzić, ale w rezultacie pokazuje, że rozwój duchowy to największy błąd jaki można popełnić: świadomość owszem pozwala nam zachwycać się pięknem, ale też nie pozwala nam zapomnieć o końcu. Powinniśmy więc zazdrościć zwierzętom, które mają równie przechlapane, co my, ale żyjąc "tu i teraz" nie mają świadomości, w jakim szambie się znajdują.

Choć jednak "Snowpiercer" jest filmem, który skłania do refleksji, nie oznacza to wcale, że jest nudny. Przeciwnie! Joon-ho Bong nakręcił fascynujące widowisko, które jest dość egzotyczną, ale (o dziwo) sprawdzającą się mieszanką Millera ("Mad Max 2"), Gilliama ("Brazil"), Nataliego ("Cube") i wielu innych. Nad wszystkim unoszą się gęste opary absurdu, z którego Joon-ho Bong zasłynął już przy swoich wcześniejszych filmach. Świetną rolę ma tu do odegrania Tidla Swinton. Sekwencja masakry jest wyśmienita, podobnie jak scena w szkole (i dzieci śpiewające hymn o umieraniu). Czarny humor, przemoc i interesująca wizja przyszłości sprawiają, że na czysto rozrywkowym poziomie jest to rzecz doskonała.

Jak dla mnie, jest to najlepsza rzecz, jaką Joon-ho Bong nakręcił od czasu "Zagadki zbrodni".

Ocena: 8

3 Days to Kill (2014)

Proszę, niech ktoś powstrzyma Luca Bessona. To już naprawdę przestaje być zabawne. Choć może ktoś powinien powstrzymać mnie przed oglądaniem filmów Bessona, bo sądząc po reakcjach innych widzów, ludzie uważają "72 godziny" za rzecz zabawną.


I po części jestem w stanie to zrozumieć. Bez trudu rozpoznawałem sceny, które miały wywoływać śmiech. No właśnie, w moim przekonaniu na zamiarze się skończyło; siedem na dziesięć dowcipów został tak kiepsko opowiedzianych, że spalone zostały zanim jeszcze w pełni wybrzmiały. Co gorsza większość zabawnych pomysłów to są odgrzewane kotlety, do tego serwowane nie tak dawno temu. Połowa filmu wygląda jak remake "Porachunków". I szczerze mówiąc film z De Niro pozostawił lepsze wrażenie.

"72 godziny" mogłoby się obronić, gdyby reżyser pozostał konsekwentny i postawił wyłącznie na komiksową stylistykę. Tylko ona mogła bowiem uzasadnić istnienie zerowej fabuły z absurdalnymi pretekstami do kolejnych scen akcji. Nie jestem w stanie zrozumieć, po co jest w tym filmie postać Vivi. Dlaczego potrzebuje ona pomocy głównego bohatera, skoro wydaje się o wiele lepiej przygotowana do roli zabójczyni (choć tak naprawdę wszyscy w tym filmie bardziej nadają się do zabijania ludzi od głównego bohatera, choćby dlatego, że nie mdleją w najmniej odpowiednich momentach)?

Jednak największą wadą filmu jest to, jak został nakręcony. "72 godziny" ma kategorię PG-13, ale McG nakręcił go tak, jakby to była rasowa R-ka. W rezultacie film sprawia wrażenie poszatkowanego przez cenzurę. Czasem wygląda to nawet "zabawnie" na swój toporny sposób (scena striptizu). Niestety w dwóch scenach brak krwi mocno osłabia wydźwięk i zmienia je w groteskowe przedrzeźniactwo (winda, metro). Tego nie mogę twórcom darować.

Jedyna rzecz, która w miarę mi się podobała, to muzyka. Jak na kino akcji, to jednak zdecydowanie za mało.

Chciałbym powiedzieć, że dawno tak złego filmu akcji nie widziałem, ale nie mogę. Ostatnio same gnioty trafiają przed moje oczy.

Ocena: 3

wtorek, 18 lutego 2014

Winter's Tale (2014)

Ach! Cóż to mogła być za opowieść! Baśń pełną gębą o siłach dobra i zła nieustannie walczących o ludzkie dusze, gdzie każdy człowiek to pole bitwy, gdzie cuda się zdarzają, magia istnieje naprawdę, demony chadzają po ulicach, a anioły dokonują rzeczy niemożliwych. To mogła być opowieść o przepięknej miłości, o przeznaczeniu i poświęceniu i losie ludzkim, który budowany jest z sieci dobrych uczynków. Niestety wziął się za nią Akiva Goldsman i zamiast piękna dostałem zdeformowane potwora, szydercze wypaczenie wszystkiego, co było dobre i wspaniałe w "Zimowej opowieści".


Goldsman nie potrafi w ogóle kierować aktorami. Zapewne dlatego w jego filmie roi się od gwiazd. Pewnie myślał, że skoro są znani, to znaczy, że nie trzeba trzymać nad nimi pieczy, że da się im tekst, a oni zagrają go jak na mistrzów przystało. Otóż nie. Crowe i Hurt są wyraźnie zagubieni. Oglądanie ich "występu" wywołuje zażenowanie. Takich rzeczy widz nie powinien oglądać. Nieco lepiej wypadł Farrell, który po prostu "ukrył się" za swoimi szczenięcymi oczętami.

Od nieudolnego aktorstwa gorszy jest tylko scenariusz. Niektóre z dialogów są tak koszmarne, że montażysta powinien je był – nawet wbrew reżyserowi – wyciąć. Aż trudno było momentami uwierzyć, że jest to ekranizacja książki, tak źle i niezdarnie są w filmie stosowane słowa. Goldsman zachował się jak typowa toksyczna osobowość: sięga po to, czego pragnie i potrzebuje i w konsekwencji niszczy jedyną piękną rzecz, która go zachwyca. I "zmusza" widzów do oglądania całego tego procederu.

Ocena: 4

द लंच बॉक्स (2013)

Brak oryginalności jest często przez ze mnie stosowanym argumentem, kiedy krytykuję film. Tymczasem Ritesh Batra pokazuje, że nieoryginalna opowieść też może być piękna.


Wszystko w "Smaku curry" już w podobnej formie widziałem. Począwszy od bohaterów (on – gbur i odludek, który w głębi serca wcale nie jest gburem; ona – piękna i nieszczęśliwa w małżeństwie), przez zawiązanie akcji i rozwój komunikacji, aż po oczywiste zakończenie. Batra niczym mistrz kuchni, korzysta ze starego przepisu i wykonaniem nadaje mu wyjątkowego, indywidualnego charakteru. Film Batry to baśń o więzi jaka pojawia się między ludźmi, kiedy tylko ci są wyposzczeni. I magię owej baśni udaje mu się doskonale uchwycić i to tak prostymi środkami, że jest to tym bardziej zachwycające. A jednak swojskość całość chwilami dawała się we znaki, sprawiała, że zamiast cieszyć się tym, co widzę tu i teraz, obawiałem się, co będzie dalej. Za wiele amerykańskich (i polskich) produkcji rozczarowało mnie, bym nie czuł lęku, że i Batra popadnie w pułapkę hipersentymentalizmu. Otwarte zakończenie było jedynym rozsądnym wyjściem w sytuacji, w którą reżyser się wplątał. Zarazem jednak odczuwam je jako rozwiązanie tchórza, który bojąc się rozczarować widza, postanowił jemu samemu zostawić dopisanie ostatecznego rozwiązania fabuły (i na jego barki zrzucić odpowiedzialność za ewentualne rozczarowanie).

Ocena: 7

niedziela, 16 lutego 2014

Her (2013)

Chyba jeszcze nie otrząsnąłem się z lektury Johna Crowleya, bo "Ona" to dla mnie gnoza w czystej postaci. Z tego też powodu nie jest to w moich oczach historia miłosna. Traktuję film tak samo, jak średniowieczne traktaty alchemiczne o oblubieńcach i oblubienicach i ich związkach.


"Ona" jest więc opowieścią o świecie. To próba ubrania w słowa (a także w osoby, zdarzenia, przestrzenie, czas) myśli i emocji. Jest tu wszystko, co z szeroko pojętą wiedzą tajemną ma związek. Adam i Ewa, Szechina i Sophia. Niepamięć, przebudzenie. Dwoistość, merkuriańskie coniunctio oppositorum. Eidolon (w filmie Isabella). Logos i wywodząca się z niego idea narracji rzeczywistości, w której słowa nadają kształt rzeczy, rzeczy te stają się Prawdą lub też przestają nią być. Cykliczność, która jest podróżą nie po okręgu lecz trójwymiarowej spirali: powrót w to samo miejsce, które nie jest jednak tym samym. Spike Jonze jak na prawdziwego doktora sztuk tajemnych odsłania prawdę jednocześnie wcale jej nie ujawniając, opowiadając jedną historię (która jest jedyną opowiadaną przez niego historią) zarazem mówi coś zupełnie innego. Zdumiewa fakt, z jaką lekkością i sprawnością Jonze był w stanie zebrać to wszystko w koherentną całość. No ale gnostyczne ciągoty Jonze ujawnił już dawno, więc tak naprawdę nie powinienem się chyba dziwić jego wyjątkowym umiejętnościom

Na film Jonzego można oczywiście spojrzeć też inaczej. Jako na ostateczny melodramat narcystyczny. Filmowy OS jest przecież niczym innym jak wytworem własnej psychiki właściciela. Jest nim samym, ale oddzielonym, przez co staje się bytem niezależny, ale jednocześnie zależnym, bo spersonalizowanym (relacja własności zostaje więc zachowana, choć może nie być zwerbalizowana). Jest to więc opowieść o miłość samego siebie, czy też raczej miłości do samego siebie. Co oczywiście znów prowadzi nas do gnozy, do idei dziecka-kochanka, dzieła stworzenia-Boga. A zatem miłość jest procesem radzenia sobie z pierwotnym rozdarciem, wycofaniem się z siebie (dzieło kreacji) i doprowadzeniem do powrotu Pełni. Film jest melodramatem, ponieważ ten proces ma tu postać à rebours: to nie bohater dociera do pełni Jaźni, lecz jego stworzenie-kochanka, dokonując swej własnej transcendencji (nowego wymiaru nabiera znaczenie daru Bożego – Theodore), podczas gdy bohater otrzymawszy to, czego pragnął powraca do punktu startu (ale nie do tego samego miejsca), by zacząć kolejny cykl, od początku, choć oczywiście wcale nie od początku, bo choć jest ten sam, to nie jest taki sam.

Czysto filmowo, "Ona" oczywiście oczarowuje, ale tego się po reżyserze można było spodziewać. Jonze nigdy nie schodzi poniżej wysokiego poziomu. Scena seksu Theodore'a i Samanthy ma szansę na długo zapisać się w mej pamięci. Niemniej jednak końcówka nie do końca mnie usatysfakcjonowała. Z intelektualnego punktu widzenia nie mogę jej niczego zarzucić, przeciwnie, trudno nad nią nie kiwać głową z zachwytem. Emocjonalnie niestety czegoś mi tu brakuje, czegoś trudnego do wyartykułowania, lecz ten brak (lub nadmiar?) wyraźnie mnie uwierał.

Ocena: 8

Ps. Kristen Wiig jako SexyKitten wymaga odrębnych zachwytów. Scena sex-telefonu też ma szansę długo pozostać w mej pamięci.

The Last Stand (2013)

"Likwidator" doskonale obrazuje paradoks współczesnych widzów kina akcji. Z jednej strony narzekają oni, że teraz robi się gorsze filmy niż 20-30 lat temu, a kiedy ktoś zrobi dokładnie taki film, jak kiedyś, to nikt go nie chce oglądać.


"Likwidator" to taka mieszanka wschodniego i zachodniego kina akcji królującego niegdyś na VHS-ach. Mamy więc topornych bohaterów, absurdalne, niewiarygodne wręcz pomysły fabularne, sporo akcji i odrobinę humoru. Wszystko idealnie zrekonstruowane (może poza humorem, którego mogło być szczyptę więcej). Są nawet sucharowe one-linery. I co najważniejsze, całość nie jest zrobiona z rezerwą, nie dystansuje się od stylistyki lat 80-tych, jak to często bywa we współczesnych produkcjach. Być może to właśnie zgubiło twórców. Bo ci wszyscy, którzy z takim sentymentem wspominają dawne hity kina akcji cechują się bardzo wybiórczą pamięcią i usunęli wszystkie fakt o tym, jak prymitywne i kiepskie były to tak naprawdę filmy. Ale to nie przeszkadzało im być świetną rozrywką. I dokładnie tak samo jest z "Likwidatorem".

Ocena: 6

środa, 12 lutego 2014

La grande bellezza (2013)

Zaczęło się znakomicie, najlepiej, jak tylko mogło. Sorrentino przy pomocy bardzo prostych i czytelnych symboli stworzył cudowną pieczęć Śmierci. Znak odciśnięty, uwertura zagrana, temat zaznaczony. Śmierć we wszystkich jej obliczach. Jest więc niespodzianką, zaskoczeniem, choć przecież zawsze winna być wyczekiwana. Jest wiecznością, niezmiennością, monumentalną obojętnością zaklętą w chłodnym pięknie sztuki i architektury. Jest zapowiedzią kryjącą się w twarzy dziecka. Jest śmiechem i wiarą. Jej echo daje nam pewność, że wciąż żyjemy. Jest też całunem przygnębienia, niewysłowioną wibracją, której magiczne, prawdziwe imię odnaleźć można w literackich obsesjach. Jest światłem i cieniem. Jest wspomnieniem. Jest gwarantem życia, ponieważ wyznacza jego początek i koniec.


Ale to tylko jedna strona monety. "Wielkie piękno" ma bowiem dwie uwertury. Jeśli ktoś, jakimś cudem nie uchwycił symboliki pierwszej sceny, to ma jeszcze drugą. Na rewersie swej filmowej opowieści Sorrentino umieścił człowieka i to, kim on jest w stosunku do Śmierci. Scena pokazuje bal z okazji urodzin głównego bohatera. Ale jej uczestnicy tylko noszą na twarzach maski zabawy i radości. Z każdego ich gestu, każdego słowa wyziera desperacja, orgiastyczna potrzeba zatracenia się w niepamięci. Są to bowiem (w większości) artyści. Stoją na krawędzi, Śmierć jest ich towarzyszem w każdej chwili ich pobytu na Ziemi. Sztuka nie jest próbą uchwycenia życia, lecz powstrzymania śmierci. Ale choć owoce sztuki mogą być piękne (a przynajmniej doceniane przez niektóre grona), to sama w sobie jest daremną próbą mierzenia się z nieuniknionym. Podobnie jak władza i pieniądze.

Te dwie sceny opisują w zasadzie cały film. Jeśli jednak ktoś nie zrozumiał ich przesłania, to będzie zmuszony czekać ponad dwie godziny na to, aż bohater powtórzy je, tym razem werbalizując przesłanie. To, co widzimy między początkiem i końcem, jest rozwinięciem myśli, ilustracją rozpisaną na bardzo konkretnych przykładach. Początkowo dałem się oczarować temu, co stworzył Sorrentino. Zdjęciom trudno odmówić aspirowania do tytułowego wielkiego piękna. Bardzo spodobał mi się też dobór muzyki.

Mój entuzjazm trwał 81 minut (sprawdziłem na zegarku). Wtedy to dyskomfort, jaki zacząłem czuć już wcześniej otrzymał nazwę – "Krwawy południk". Zorientowałem się, że "Wielkie piękno" budzi u mnie podobną reakcję, co wcześniej lektura powieści McCarthy'ego: zachwyt na początku, który później zamienia się w zniechęcenie i irytację. Zorientowałem się, że piękno obrazów jest tylko imitacją, że Sorrentino kopiuje tu samego siebie. Widać to było głównie w scenach spacerów (reżyser ma na ich punkcie jakąś obsesję, to przecież są kluczowe sceny we wszystkich jego filmach, jakie widziałem).

Przez pewien czas po 81 minucie jeszcze desperacko próbowałem trzymać się nadziei, że "Wielkie piękno" jest wspaniałym filmem, że nawet jeśli Sorrentino się powtarza, to przynajmniej robi to olśniewająco. Ale potem pojawiła się żyrafa. W tym momencie reżyser mnie stracił. To był punkt krytyczny. O mało a nie wyszedłem z kina, już się podnosiłem z krzesła, ale przypomniałem sobie, że przecież nie mam w zwyczaju wychodzić w połowie seansu, że przecież zawsze jest nadzieja na to, że coś się może zmienić. I chwilami wydawało się, że nadzieja ta jest o krok od ziszczenia się (scena witania Świętej), ale Sorrentino za każdym razem skutecznie ją niszczył (ta sama Święta gadająca o korzeniach i dmuchająca na ptaki!!!!).

Niestety okazało się, że zamiast zrobić film o pustce, pretensjonalności, snobizmie, "Wielkie piękno" samo stało się puste, pretensjonalne, snobistyczne. Sorrentino zapomniał, gdzie przebiega granica. I nawet piękno obrazów nie może filmu wybronić z tego prostego powodu, że reżyser pakuje tego za dużo. "Wielkie piękno" jest jak bulimiczka obżerająca się rarytasami, by potem wszystko to zwrócić. I co z tego, że każde danie z osobna było wykwintnym dziełem sztuki kulinarnej? Kończąc w fontannie rzygów, straciły swój urok.

"Wielkie piękno" stawiam na tej samej półce nadętych bzdetów co "Młyn i krzyż", "Essential Killing" i "Spring Breakers".

Ocena: 4

wtorek, 11 lutego 2014

Philomena (2013)

No cóż. Nie da się ukryć, że jestem "Tajemnicą Filomeny" nieco rozczarowany. Co niestety w przypadku Frearsa stało się już regułą. Na szczęście tym filmem wrócił przynajmniej na poziom przeciętności, po tym koszmarze, jaki zaserwował "Żądzami i pieniędzmi". Jednak scenariusz wymagał kogoś odważniejszego, kto nadałby ciekawej historii Znaczenia.


Rozumiem, dlaczego "Tajemnica Filomeny" budzi zachwyt u wielu osób. Jest dobrze zagrana. Była kręcona w pięknych okolicznościach przyrody. Całość ozdobiono bajkową muzyczką, która tuli i kołysze, a sama fabuła jest perfekcyjną mieszanką humoru i smutku. To film, który ogląda się łatwo, miło i przyjemnie. Ale Frears uzyskał to rezygnując z wyrazistości. Zaprzepaścił tym samym szansę, jaką stworzyli scenarzyści, by pokazać, jak jeden i ten sam świat może być odmiennie odbierany. Filomena i Martin stoją na dwóch krańcach światopoglądowego spektrum. Ich podejście do życia, wiary, religii, stosunek do ludzi i tego, co istotne nie może się bardziej od siebie różnić. To silne filary, które mogły udźwignąć fascynującą fabułę. Frears jednak najwyraźniej bał się, że może mu wyjść rzecz oskarżycielska, ale popełnił tu błąd, którego trudno jest mi wybaczyć (sic!). Ostrość wcale przecież nie musi oznaczać stawania po którejś stronie konfliktu. Ba, wcale nie znaczy, że musi być jakiś konflikt. Dwie różne wizje świata nie muszą się wykluczać i o tym właśnie – tak można domyślać się – miała być "Filomena" w zamyśle Coogana i Pope'a. U Frearsa sprowadziła się ona do bezpiecznych dygresyjek i łagodnych zabaw dialogowych: wszystko letnie, bezpieczne, bez smaku.

Ocena: 6

niedziela, 9 lutego 2014

A Glimpse Inside the Mind of Charles Swan III (2012)

Czy mężczyźni mogą kochać? Jasne, że mogą. Ale czy powinni? O, to już jest inne pytanie. Odpowiedź na nią daje "Portret umysłu Charlesa Swanna III". I jest to odpowiedź przecząca. Tytułowy Charles Swann nie może dojść do siebie po tym, jak rzuciła go dziewczyna, co do której miał przecież mieszane uczucia. A jednak pomimo tego kocha(ł) ją i teraz jest po prostu żałosny. W tym swoim cierpieniu jest tak straszny, że gdyby był zwierzęciem, każda czująca osoba natychmiast pojechałaby z nim do weterynarza, by go uśpić. Ewolucja nie przewidziała dla mężczyzn ze złamanym sercem miejsca na tym świecie. Jest to więc rzecz tak nienaturalna, że wręcz groteskowa... i to w cale nie w uroczym rozumieniu tego słowa.


Groteskowy jest też sam film. I w tym przypadku też nie jest to zaleta. Roman Coppola powinien pozostawić reżyserię Wesowi Andersonomi, wspierając go jako producent i scenarzysta. "Portret umysłu Charlesa Swanna III" wygląda jak próba ucznia podstawówki namalowania "Ostatniej wieczerzy". Jakieś podobieństwo do obrazu da Vinciego (a w naszym przypadku Andersona) oczywiście można zauważyć, ale na tym koniec. Ekscentryczność i dziwactwa prezentowane przez Coppolę pozbawione są czaru, gracji, magii. Nie pomaga Charlie Sheen w roli głównej, który powtarza to, co do znudzenia prezentuje w telewizji czy to w "Dwóch i pół" czy też w "Jednym gniewnym Charliem". Reszta aktorów też się za bardzo nie musi starać, bo Coppoli najwyraźniej chodziło o powielenie wizerunku, jaki w widzach wcześniej utrwalił Wes Anderson. W rezultacie całość jest nie tylko nudna ale i wtórna. W przypadku "ekscentrycznego" kina jest to najgorsza z możliwych kombinacji.

Ocena: 4

sobota, 8 lutego 2014

A Little Bit of Heaven (2011)

Ten film jest chory. I do tego całkowicie pozbawiony gustu. Opowiadanie o śmierci na wesoło, to nie jest łatwa sprawa. Chwila nieuwagi i zamiast wdzięcznej opowieści o rzeczach ostatecznych, wychodzi mdłe, ckliwe i obraźliwie głupie monstrum. O czym można się przekonać oglądając "Odrobinę nieba".


Szczerze, to nawet nie wiem, od czego mam zacząć. Po pierwsze nie podoba mi się zachowanie umierającej bohaterki. Mam wrażenie, że umiera ona na potrzeby przygotowywanego podręcznika "Jak umierać z gracją i dyskrecją, by nie denerwować bliskich". Jej decyzje i wybory traktowane są jako rzeczy oczywiste, niepodlegające dyskusji, a dla mnie wcale takimi nie były (dlaczego czuje się zobowiązana godzić z ojcem, być miła dla przyjaciółki?). Po drugie mam wrażenie, że twórcom nie chodziło o to, by przestrzegać widzów przed prawdziwą miłością. Tak to jednak wygląda, bowiem w tym filmie kochasz dopiero w fazie terminalnej choroby. A do tego wszystkiego nowotwór jelita grubego jest (według tego filmu) efektem: a) rozwiązłości seksualnej, b) wegetarianizmu lub c) kombinacji tych rzeczy. Po trzecie, jest prawdziwą zbrodnią zaangażowanie Whoopi Goldberg jako Boga i Petera Dinklage'a jako żigolaka, by potem zupełnie tego w filmie nie wykorzystać.

Jedyna rzecz, która w filmie się obroniła, to muzyka. Piosenki są nawet fajne, ale jedynie łagodzą piorunująco zły efekt całości.

Ocena: 3

Steel Magnolias (2012)

Po afroametykańską wersję "Stalowych magnolii" sięgnąłem z powodów sentymentalnych. Film Herberta Rossa wspominam bowiem bardzo dobrze, a w obsadzie nowej wersji jest kilka lubianych przeze mnie aktorek. Niestety to, co zobaczyłem na ekranie przeraziło mnie i przekonało, by nigdy, przenigdy nie oglądać filmu Rossa, by nie zniszczyć sobie wspomnień.


"Stalowe magnolie" AD 2012 to zwyczajny teatr telewizji i to wcale nie jakoś wyjątkowo dobrze zagrany. Co więcej, historia jawi się tu bardzo łzawo. Trochę trudno jest mi przyjąć motywacje bohaterek. Wszystko jest tu takie jakieś ledwie naszkicowane, a niektóre postaci mogłyby w ogóle zniknąć i nikt nie zauważyłby różnicy. Po prostu straszne, jak źle to wygląda!

Ocena: 2

La guerre est déclarée (2011)

Pozytywne zaskoczenie. Fabularnie film budzi jak najgorsze skojarzenia. Jest to bowiem historia zmagań młodej pary, u syna której to w bardzo młodym wieku zdiagnozowany został guz mózgu. Zaczyna się walka z czasem i chorobą...


Brzmi strasznie, prawda? TVN zrobiłoby z tego mdłą i łzawą papkę. Valérie Donzelli postanowiła pokazać, że taką historię można opowiedzieć zupełnie inaczej. I rzeczywiście, "Wypowiedzenie wojny" zaskakuje chwytami formalnymi, ciekawymi rozwiązaniami montażowymi, niespodziewanymi wstawkami musicalowymi i ekscentrycznym zastosowaniem narratorów. Dzięki temu, mimo mało interesującej fabuły, film przykuł moją uwagę.

Ocena: 6

czwartek, 6 lutego 2014

The Lego Movie (2014)

No cóż, "LEGO® PRZYGODA" okazał się filmem nie dla mnie. Nigdy nie byłem wielkim fanem tych klocków, więc podczas seansu pozostałem zupełnie obojętny na sentymentalne tony, w które twórcy co chwilę uderzali. Wszystkie te zestawy, wraz z numerami seryjnymi i wiele podobnych inside jokes spływało po mnie, jak woda po kaczce. Pozostał więc humor, który w kilku miejsca jest naprawdę na najwyższym poziomie. Zwłaszcza w tych (nielicznych) momentach, kiedy wkracza w stratosferę absurdu (obie sceny, w których Emmet jest wyśmiewany i jednocześnie wychwalany za swoją absolutną głupotę, duszek, odpływający stateczek przy wtórze dźwięków wydawanych przez bawiącą się klockami osobę).


Niestety pod koniec film zostaje zdemaskowany jako jedna wielka reklama klocków Lego. Co oczywiście trudno uznać za wielką demaskację, skoro już sam tytuł jasno i dobitnie to podkreśla (zwłaszcza w polskim wydaniu ze znakiem ®). Niemniej jednak w tym momencie poczułem się jakbym był bohaterem powieści SF, w której świat podzielony jest między korporacje, pracownicy korporacji nie tylko w nich pracują, ale też mieszkają, oddają dzieci do korporacyjnych przedszkoli, jedzą posiłki z korporacyjnych kuchni i relaksują się dzięki korporacyjnym rozrywkom.

"LEGO® PRZYGODA" jest właśnie taką rozrywką. I to rozrywką niezwykle groźną dla człowieka, ponieważ ubraną w szaty afirmacji wolności i niezależność. "LEGO® PRZYGODA" na pierwszy rzut oka jest filmem skrajnie anarchistycznym. Hasła w stylu "wolno wszystko", "nie ma złych pomysłów", padają tu wprost i stanowią jasną zachętę dla widzów. Tyle tylko, że jest to przemyślana manipulacja. Wolność jest iluzją, snem, jaki śnimy przebywając w gnostycznym świecie. Ale nawet tego twórcy animacji nie boją się nam powiedzieć. Wiedzą bowiem, że przebudzenie nie jest możliwe, bowiem nawet wtedy znajdziemy się po prostu w kolejnym śnie. Kiedy antysystemowe hasła stają się narzędziem zapewniającym trwanie systemu, jasne staje się, że nie ma z niego ucieczki. Ale, jak przekonują twórcy filmu, nie ma po co uciekać. Każdy z nas znajdzie zestaw klocków dla siebie, swoją własną truciznę umysłu, która zapewni tyle swobody, ile tylko dana osoba pragnie. Wszystko jest więc w porządku. Raj został zbudowany. Bawmy się więc.

Ocena: 5

Hideaways (2011)

Zapowiadało się ciekawie. Oto opowieść o pewnej rodzinie, której męscy członkowie obdarzeni są niezwykłymi mocami ujawniającymi w stresowych sytuacjach. W przypadku Jamesa tą mocą jest odbieranie życia. Pierwszą jego ofiarą była matka, potem ojciec i babcia, potem pies i dzieci w sierocińcu...


Fascynujący pomysł, który mógł się przerodzić w magiczną opowieść o człowieku, który sam dla siebie był największym wrogiem. Ale niestety twórcy poszli w zupełnie innym kierunku. Kierunku, który mocno mnie zaskoczył. Zrobili bowiem z "Ostatniej klątwy" kiczowatą przypowieść o tym, jak śmierć i życie jest ze sobą powiązane i o tym, jak uzdrawiający jest seks. W tym momencie straciłem do twórców cały szacunek i jedyne, za co jestem im wdzięczny to to, że szybko rzecz skończyli.

Ocena: 4

środa, 5 lutego 2014

RoboCop (2014)

José Padilha może być zadowolony. Wbrew zalewowi czarnowidztwa, nie położył "RoboCopa". Ale José Padilha może nie mieć zbyt zadowolonej miny, bo też nowy "RoboCop" jest filmem bezpłciowym, pozbawionym charakteru. To dobry zaczyn, ale ktoś inny będzie musiał z tego upiec smakowity kinowy bochen.


Nowy "RoboCop" to rzecz poprawna. Owszem, chwilami montaż poszczególnych scen mocno szwankuje (pojawiają się nielogiczności, dziury fabularne czy proste błędy związane z brakiem zachowania ciągłości). Są to jednak tak naprawdę drobnostki, które zauważa się, ale które nie przeszkadzają. Od strony wizualnej zastrzeżenia mam jedynie do motocyklu RoboCopa, który niestety kojarzył mi się z tyłkiem pawiana.

Joel Kinneman udowadnia, że był doskonałym wyborem na Murphy'ego, choć jego postać jest nijaka, więc w sumie ma niewiele do zagrania. Ale to jest zarzut, który można postawić wszystkim aktorom. Na ich tle wyróżnia się tylko i wyłącznie Samuel L. Jackson. To jego trzecia z kolei "odjechana" rola (po "Django" i "Oldboyu") ale chyba najbardziej efektowna (i efekciarska). Każda sekunda z jego udziałem przynosi czystą rozrywkową rozkosz. Jako uosobienie braku dziennikarskiej obiektywności, jest po prostu FENOMENALNY.

Fabuła filmu jest niestety zbyt zachowawcza. Scenarzyści "RoboCopa" wydają się być niewolnikami oryginału i ich film zamiast stać na własnych nogach jest polemiką z nakręconym ćwierć wieku temu oryginałem. Historia pozostaje więc bardzo bliska, a jednocześnie mocno zmieniona. Większość z tych zmian uznaję za udane. Nadają one całość bardziej ludzki wymiar. Jednak z tego też powodu "RoboCop" nie posiada własnego charakteru. Jest doskonale nijaki, przez co rozumiem to, że służy jako świetne wypełnienie dwóch godzin podczas weekendowej wyprawy do centrum handlowego: nikt nie będzie się skarżył, ale za tydzień nikt też nie będzie w stanie o tym filmie coś powiedzieć.

"RoboCop" jest więc dobry jedynie jako fundament pod potencjalną serię. Teraz potrzebny byłby reżyser, który mógłby mocniej "postawić się" wytwórni i przeforsować bardziej wyrazistą wizję fabułę. Jeśli znajdzie się ktoś taki, to sequel może wyjść z tego naprawdę dobry.

Ocena: 6

poniedziałek, 3 lutego 2014

The Oranges (2011)

"Córka mojego kumpla" to z kolei ucieleśnienie wszystkiego tego, co najgorsze w kinie niezależnym. W zasadzie wygląda to jak parodia typowej produkcji szykowanej na Sundance. Mamy więc całą plejadę bohaterów szukających swojego miejsca na Ziemi, którzy jednak popadli w inercję i którzy teraz przeżyją szok, kiedy ich świat zacznie się rozpadać. I jak to w porządnym filmie niezależnym bywa, rzecz przybiera postać moralitetu przekonującego, że chaos jest niezbędny w życiu, że zbyt duży porządek i rutyna równają się śmierci. Zmiana choć bolesna, choć prowadzi do straty, jednocześnie otwiera nas na nowe możliwości.


Mimo wielu lubianych przeze mnie osób w obsadzie, ten film do niczego mnie nie przekonał. Konstrukcja jest zbyt oczywista, za wiele razy wykorzystywana w innych obrazach z tymi samymi aktorami, bym dał się raz jeszcze na nią nabrać. To, że wytrwałem do końca i że miejscami znalazłem jakieś urokliwe momenty, zawdzięczam wyłącznie aktorom, których lubię i którzy grając po raz "enty" to samo, wciąż są świetni. Ale wszystkim im przydałby się urlop od kina niezależnego. Za bardzo dali się zaszufladkować.

Ocena: 4

Best Man Down (2012)

Zacząłem oglądać ten film nastawiony, nie wiedzieć czemu, na lekką komedię. Pierwsze minuty wydawały się potwierdzać moje oczekiwania, ale potem "Drużba nie żyje" zdecydowanie zmienił ton. Owszem, gdzieś tam, na drugim planie odnaleźć można było trochę ironicznego humoru. Ale ogólny nastrój był zupełnie inny. Początkowo czułem się więc rozczarowany, ale z czasem zaczęła mi się ta historia coraz bardziej podobać.


Twórcy podbili moje serce prostą, ciepłą opowieścią o tajemnicach i wadach, jakie czynią z nas ludzi. O tym, jak niewiele możemy wiedzieć o bliskich nam osobach i że czasem ignorancja to dobra rzecz, a innym razem może być niebezpieczna (głównie, jeśli ignorujemy samych siebie). Mimo ponurych momentów, jest to w sumie rzecz krzepiąca i optymistyczna, a momentami nawet wzruszająca. Oto kino niezależne w najlepszym wydaniu.

Ocena: 7