poniedziałek, 31 marca 2014

The Grand Budapest Hotel (2014)

Po dwóch znakomitych filmach Wes Anderson notuje lekki spadek formy. Choć pewnie nie każdy się ze mną zgodzi. "Grand Budapest Hotel" jest bowiem bardzo bliskie "Genialnemu klanowi" i "Pociągowi do Darjeeling", czyli dwóm filmom Andersona, które cenię najmniej (a które mają wielu fanów). Wszystkie te trzy tytuły łączy charakterystyczna konstrukcja bohaterów. Co trudno wyjaśnić, bo przecież wszyscy bohaterowie Andersona są dziwaczni, ale ich ekscentryzm ma różne odcienie. Te prezentowane w tej trójce tytułów najmniej mi pasują. Stąd też zachwyciły mnie tu tylko momenty (głównie pościg w muzeum, wyprawa do obserwatorium, no i oczywiście ucieczka), ale reszta trochę mnie uwierała.


Podobały mi się też niektóre formalne zabiegi. Chwilami "Grand Budapest Hotel" przypomina mi niemiecki ekpresjonizm filmowy, tyle że w polukrowany. Brody i Dafeo wyglądają, jakby grali w "Nosferatu" Murnaua. Do gustu przypadła mi Tilda Swinton (która, podobnie jak w Snowpiercerze, uskutecznia ekstremalne metamorfozy), a także Harvey Keitel. Ale już Ralph Fiennes jakoś mniej mi się podobał. Nie wiem dlaczego, ale jakoś nie przekonał mnie w roli głównego bohatera. Nie do końca też kupuję pomysł z miliardem epizodów. Tylu fantastycznych aktorów pojawia się tu na jedno mgnienie oka. To spore marnotrawstwo.

Ale nawet słabszy Anderson to wciąż kino jak najbardziej warte poświęcenia czasu.

Ocena: 7

niedziela, 30 marca 2014

C.O.G. (2013)

Nie wiem czemu, ale "C.O.G." strasznie mnie przygnębiło. Niby jest to film opowiedziany z humorem i ironią, ale wydają się one być tutaj wykorzystane jako mechanizm obronny, bowiem świat przedstawiony nie bardzo skłania do śmiechu.


David/Samuel jest inteligentnym człowiekiem, może robić w życiu wszystko. A jednak nie bardzo wie, co ma ze sobą począć. Problemy rodzinne stają się impulsem do ucieczki, do zaszycia się wśród robotników, prostych ludzi. Z jednej strony patrzy na nich wszystkich z góry, niby chce się zaaklimatyzować, a jednocześnie nie potrafi nie trzymać dystansu. Z drugiej strony patrzy na nich z nadzieją, że ci prości ludzie pokażą mu, jak żyć.

Jednak to, co zobaczył jest o wiele lepsze i gorsze zarazem. Każda osoba, którą spotyka David/Samuel jest istotą poturbowaną przez los, rozbitkiem, człowiekiem cierpiącym. Wszyscy są samotni, nawet jeśli mają kogoś u boku. Wszyscy szukają szczęścia, nigdy go tak naprawdę nie znajdując. I David/Samuel odkrywa, że nie jest wyjątkiem, że jest dokładnie taki sam, jak cała reszta. No może z tym wyjątkiem, że większość tych prostych ludzi nie spędza czas na kontemplowaniu swojego losu. Są zbyt zmęczeni prozą życia, więc kiedy mają chwilę wolną, oddają się iluzjom szczęśliwości. Jedni (jak Curly) próbują zagłuszyć pustkę seks-gadżetami, inni (jak Jon) desperacko chwytają się wiary. David/Samuel (a wraz z nim i my, widzowie) odkrywamy, że życie polega na znalezieniu tej trucizny duszy, tej iluzji, dzięki której codzienność stanie się choć trochę bardziej znośna. Straszliwie ponura to wizja.

Ocena: 7

Safe Haven (2013)

Lasse Hallström powinien pozostać przy Nicholasie Sparksie. Nawet jeśli nie jest to kino najwyższych lotów, to przynajmniej nie jest też blamażem jak "Hipnotyzer". "Bezpieczna przystań" to film bezpieczny, przystępny, oczywisty. Jego celem jest otulenie widza rozgrzewającą serce opowiastką. A że jest ona płytką bajeczką? Cóż, takie historie też są potrzebne.


Jednak Hallström chyba wciąż nie doszedł do siebie po hipnotycznym koszmarze, bo "Bezpieczna przystań" z trudem wydźwignęła się do poziomu przeciętności. I to pewnie by się nie udało, gdyby nie list z ostatniej sceny. Może jest to tani, ckliwy chwyt, ale tym razem zadziałał. Dzięki tej sceny film bardzo dużo nabrał w moich oczach. Uznałem wręcz, że ma trochę uroku. Szkoda, że wcześniej jest tak bardzo przymulasty, że aktorzy są bezbarwni, że postaci mało ciekawe. To mogła być fajna współczesna bajeczka o tym, że po burzy zawsze wychodzi słońce. A przydałoby mi się teraz obejrzeć właśnie taką historię.

Ocena: 5

Act of Valor (2012)

Po "Akt odwagi" sięgnąłem z ciekawości. Nie, nie dla tematu (tu dokładnie wiedziałem, czego się należy spodziewać, a poza tym wystarczył mi "Ocalony", nie kupiłem wtedy historii o etosie wojownika i teraz też jej nie kupię). Chciałem zobaczyć, czym tak zachwycił DreamWorks Scott Waugh, że powierzyli mu reżyserię "Need for Speed" (który zamierzam w tym tygodniu zobaczyć). I film na to pytanie daje mi dość wyczerpującą odpowiedź.


"Akt odwagi" niczego nie udaje. To reklama jednostek SEAL i pean na cześć służących w nich żołnierzy. Waugh i Mike McCoy doskonale wiedzieli, jak historię opakować. Sceny akcji są dynamiczne i korzystają z estetyki, która będzie zrozumiała dla każdego widza będącego docelowym odbiorcą tej fabuły. "Akt odwagi" pokazuje służbę jako ekscytującą grę komputerową, fantastyczną strzelankę. Fantastyczną głównie dlatego, że zapewniającą wszystko to, co komputerowa gra plus coś ekstra: rzeczywiste a nie wirtualne przeżycia. Owszem, czasem może się to skończyć źle, ale twórcy pakują ból i stratę w paczuszki ozdobione "honorem", "bohaterstwem", "walką za sprawę" i przekonują nas, że warto ponieść ryzyko utraty oka czy życia. I pewnie wiele osób do tego przekonują. Mnie nie, ale ja zawsze wolałem strategie od strzelanek.

Gra aktorska żołnierzy jest - o dziwo - całkiem w porządku. Bardziej przeszkadzał mi scenariusz i dialogi, które może i są inspirowane prawdziwymi rozmowami, ale na ekranie wypadają naprawdę koszmarnie.

Ocena: 5

Drift (2013)

Surfing to jeden z tych sportów, których zupełnie nie rozumiem. Chociaż nie jest to rzecz jasna ta sama liga absurdu co krykiet. Ale wybór najlepszego surfera zawsze wydawał mi się dość dziwnym i mało sportowym (w sensie: obiektywnym) procesem. "Bracia surferzy" nie pogłębili mojej wiedzy na temat tego sportu. Głównie dlatego, że jest to bardzo stereotypowa fabuła.


Film toczy się od jednej "klasycznej" sceny do drugiej w historii ludzi, którzy z szaraczków wydobywają się na wielkie wody sukcesu. "Toczy się" to idealne określenie. Fabuła bowiem wydaje się zupełnie bezwładna. Rola reżysera i aktorów polega jedynie na tym, by dać się ponieść historii tak oczywistej, że całą ją można opowiedzieć z zamkniętymi oczami, bez konieczności oglądania. W związku z tym nic z filmu nie wyniosłem. Ale jedno muszę twórcom oddać: rzecz została zrobiona na tyle sprawnie, że obejrzałem to bez większego bólu.

Ocena: 6

sobota, 29 marca 2014

El artista y la modelo (2012)

"Artysta i modelka" to kino drobiazgów. To opowieść o wszystkim i o niczym. Nie jestem zbyt wielkim fanem tego rodzaju filmów. I Trueba nie przekonał mnie, że może to być kino wyjątkowe.


Owszem, jest tu wiele chwil, które mi się podobały. Jak choćby długo niezauważane napięcie erotyczne, które tytułowy artysta wykorzystuje, by szukać natchnienia, owego tajemniczego "pomysłu", które modelka wykorzystuje, by czuć się kimś istotnym, zauważanym, potrzebnym. Podobała mi się przypowieść o stworzeniu kobiety i grzechu pierworodnym. Podobała mi się postać żony artysty, która z muzy i modelki przeistoczyła się w swoistego alfonsa. Wreszcie podobały mi się niektóre ujęcia, gra cieni, muśnięcia linii kształtów rzeczy. Ale te elementy, jak to często bywa, nie złożyły się w jedną spójną całość. Przez to finał bardzo mnie rozczarował, wydał mi się zbyt nabzdyczony, bym mógł go tak całkiem serio potraktować.

Ocena: 5

piątek, 28 marca 2014

Svećenikova djeca (2013)

Naiwność – czasem patrzy się na nią z pobłażaniem, czasem można ją wyśmiewać, lecz w gruncie rzeczy nie jest uważana za coś groźnego czy szkodliwego. Tymczasem potrafi być siłą o niezwykłym potencjale destrukcyjnym. Najlepiej udowadnia to "Ojciec Szpiler".


Oto na pewną chorwacką wyspę przybywa nowy ksiądz. Zrozpaczony ujemnym przyrostem naturalnym w swojej parafii, postanawia coś z tym zrobić. Pomysł ma bardzo prosty i początkowo skuteczny: przy pomocy kioskarza i aptekarza sabotuje antykoncepcyjne poczynania parafian. W swoim postępowaniu kieruje się naiwnością i prostotą, brakiem zrozumienia głębszych konsekwencji każdego czynu. Wkrótce jednak życie zacznie go leczyć z naiwności, kiedy działania poczęciowego triumwiratu zaczną przynosić zupełnie niespodziewane rezultaty. A mimo to prawie do samego końca główny bohater pozostanie ślepy na zło, jakie czynione jest niemalże na jego oczach.

"Ojciec Szpiler" zrealizowany jest w komediowej konwencji. I rzeczywiście ma nawet całkiem sporo zabawnych scen. Jednak tak naprawdę kryje się za tym bardzo gorzki obraz świata i niezwykle ostra krytyka bezrefleksyjnej religijności. Dostaje się tu po równo i wiernym i duchownym. Twórcy piętnują powierzchowność religijną opartą na pustym rytualne oraz wybiórczą ślepotę i tolerowanie podwójnych standardów. Moherowcy mogą się więc poczuć dotknięci.

Ocena: 6

czwartek, 27 marca 2014

Captain America: The Winter Soldier (2014)

Jestem rozdarty. Najnowsze dziecko Marvela rozczarowało mnie. Jestem fanem "Pierwszego starcia" i to, co zobaczyłem tym razem jest odwróceniem się i wypięciem na tamtą stylistykę. Co jeszcze bym był w stanie zrozumieć, gdyby twórcy zaoferowali coś w zamian. Ale tak nie jest. "Zimowy Żołnierz" nie ma własnego charakteru, brakuje mu wyrazu. Wpisuje się w całą serię podobnych produkcji. Zamiast Rogersa mógłby być Bond, Bourne czy Hunt, zamiast SHIELD (i akcji Wizja) zaś MI6, CIA/Treadstone czy IMF i tak naprawdę trudno byłoby zauważyć różnicę. To w ogóle nie jest film o Kapitanie Ameryce, już bardziej odpowiednim tytułem byłoby "S.H.I.E.L.D.", bo tak naprawdę połowa "Zimowego Żołnierza" jest przeprosinami dla dotychczas ignorowanych bohaterów serii Marvela, którzy tym razem mają swoje pięć (Hill), dziesięć (Fury), a nawet piętnaście (Romanoff) minut.


No tak, ale abstrahując od Kapitana Ameryki i komiksu, to muszę przyznać, że "Zimowy Żołnierz" został świetnie nakręcony. W kategorii sensacyjnego kina akcji z elementami thrillera szpiegowskiego, film z całą pewnością można umieścić w czołówce. W wizji braci Russo Rogers staje się prawdziwym konkurentem wymienionych wyżej bohaterów. To film dynamiczny, pełen scen akcji i z interesująca intrygą. Naprawdę trudno sobie wyobrazić lepiej spreparowaną produkcję. Ogląda się to wszystko z niekłamaną przyjemnością. Fani Bonda czy Bourne'a powinni z zazdrością i niepokojem patrzeć na Kapitana Amerykę. Na mnie tego rodzaju kino nie robi aż takiego wrażenie, więc w sumie jest to mi obojętne.

Ocena: 7

Karuzela (2014)

UWAGA SPOILERY

"Karuzela" to kino fatalistyczne. Jej twórca nie ma dobrych wiadomości dla dzieci z rozbitych domów, dotkniętych alkoholizmem. Robert Wichrowski pokazuje, że dla takich osób nie ma żadnej nadziei. Są bowiem ułomni, ograniczeni przez psychiczne kalectwo wypaczające ich proces podejmowania decyzji, kalectwo, które zostało im narzucone przez los, od którego nie można się uwolnić.

Ojciec Piotra porzucił rodzinę wiele, wiele lat temu. Matka popadła w alkoholizm i robiła, co mogła, by nastawić syna przeciwko ojcu. Piotr znalazł oparcie w rodzinie Rafała, z którym się zaprzyjaźnił. A raczej wkupił się w ich łaski (jeśli wyznanie Rafała nie jest metaforą, lecz przyznaniem, że jako dziecko zawdzięczał życie Piotrowi). Bo Piotr bardzo chciał być dobrym człowiekiem, robić wszystko właściwie, jak należy, zbudować dom, zapewnić dostanie życie, opiekować się tymi, na których mu zależy. Ale – parafrazując słynny tekst – był tą siłą fatalną, co dobro chcą czynić, zawsze wszystko spieprzy. Tak więc popada w długi (bo skądś trzeba wziąć pieniądze na mieszkanie, samochód, żonę, dziecko), tak więc zaciąga się do wojska na misję w Afganistanie (bo skądś trzeba wziąć pieniądze na spłatę długów, na mieszkanie, samochód, żonę, dziecko). Co gorsza, nawet inni traktują go jak kalekę wymagającego opieki. Jego żona została mu oddana bez walki, choć wcześniej zdołała zajść w ciążę z innym (o czym Piotr oczywiście nie będzie miał pojęcia - choć, czy aby na pewno?). Dlatego też nie powinien dziwić koniec, jaki go spotka.

Nie. W "Karuzeli" nie ma taryfy ulgowej. Jest tylko jedno rozdanie kart, bez powtórki, bez negocjacji, bez wymiany; nie można liczyć na wybawienie...

Chyba będę musiał w końcu zmienić śpiewkę na temat polskich filmów. "Karuzela" bowiem okazała się kolejny dowodem na to, że nasze kino znormalniało. Obraz Wichrowskiego to rzecz niebędąca ani hermetycznym dziełem artystycznym (co w polskim wydaniu jest bełkotem, jakiego nie toleruję w ogóle) ani czystą komercją (która jest tak ogłupiająca, że aż bolesna w oglądaniu). Wpisuje więc w typowy nurt kina "pomiędzy" i zupełnie, ale to zupełnie nie odstaje od tego, co prezentują w tym nurcie inne kinematografie europejskie.

Oczywiście, nie oznacza to od razu, że mamy do czynienia z dziełem wybitnym, co to, to nie. Ale z całą pewnością jest to film, który mógłby pojawić się w kinach pod każdą szerokością geograficzną, a to już coś. Jeszcze nie tak dawno nawet to wydawało mi się niemożliwe.

"Karuzela" ma swoje wady. W niektórych momentach ma dość chwiejną konstrukcję, jakby Wichrowski łapał się na tym, że przegina w stronę snobistycznej inscenizacji i nadużywania metafor i się wycofywał. Samą historię obdarzył zbyt dużą liczbą wątków (bandziorów mógł sobie spokojnie darować). Przeszkadzał mi też chwilami zbyt sterylnie idealny makijaż aktorek. Ale "Karuzela" ma też sporo zalet. Bardzo spodobały mi się zdjęcia Adama Bajerskiego, a w szczególności to, jak umiejętnie korzystał ze zbliżeń. Spodobał mi się też Mikołaj Roznerski w roli Rafała (choć scena rozpaczy mu nie wyszła, ale to jedyne jego duże potknięcie). W ogóle, podobali mi się bohaterowie – trochę jakby dalecy kuzyni "Braci" Suzanne Bier.

W sumie więc, choć jest to film niedoskonały, to jednak natchnął mnie nadzieją, że w końcu nasze kino będzie w stanie zaproponować historie, które mnie zainteresują.

Ocena: 6

środa, 26 marca 2014

Locke (2013)

Film Stevena Knighta nosi tytuł "Locke", lecz równie dobrze (a może nawet bardziej) pasowałby tu "Bastard". Ponieważ jest to opowieść o bękarcim piętnie, które sprawi, że bohater próbując robić to co właściwe, postawi na szali cały dorobek swojego życia.


Ivan Locke miał wszystko: kochającą żonę, z którą jest od 15 lat, dwóch synów oraz pracę, w której przez 9 lat dorobił się doskonałej reputacji. Ale jest bękartem i nigdy się z tym faktem nie pogodził. Cień ojca wciąż kryje w mroku jego świat, nawet teraz, kiedy nie żyje, a Ivan Locke odniósł sukces. Ale ten sukces zbudowany jest na wątpliwych podstawach. Mają one udowodnić Ivanowi, kim NIE jest, a nie to, kim JEST. Dlatego też wystarczy jeden błąd, jedna chwila zapomnienia, by cała ta pieczołowicie wznoszona konstrukcja (nie przez przypadek Locke działa w branży budowniczej, konstruowanie budowli jest jego specjalnością zarówno w życiu zawodowym jak i prywatnym) zaczęła się chwiać w posadach. W filmie obserwujemy Ivana podczas półtoragodzinnej drogi do Londynu. Jedzie tam, by być przy narodzinach swojego dziecka. Bo tak wydaje mu się, że należy postąpić. Wierzy w to, ponieważ dziecko jest bękartem, jego matką nie jest żona Locke'a. Dziecko to jest więc znakiem, że jabłko nie pada daleko od jabłoni, a tak nie chce Ivan o sobie myśleć. Aby temu zaprzeczyć, stawia na szali szczęście własnej rodziny ale również karierę zawodową. Pędzi autostradą, czas spędza na rozmowach telefonicznych desperacko szukając sposobu, by niczego nie zawalić.

Podobnie jak przy "Pit Stop" tak i tu zostałem wprowadzony w błąd. Wśród cytatów recenzentów na plakacie widniej i ten z Vanity Fair o tym, jakoby "Locke" był "one of the most nail-biting thrillers of the year". To musi być zdanie wyrwane z kontekstu, nie wierzę, by ktokolwiek mógł świadomie określić "Locke'a" jako thriller, a już część o paznokciach to prawdziwy absurd. "Locke" nie jest żadnym thrillerem, lecz bardzo zwyczajnym dramatem obyczajowym. Jego cechą szczególną jest forma. Tom Hardy jest jedynym aktorem, którego widzimy na ekranie. Rzecz składa się bowiem z samych rozmów telefonicznych. I tyle. Nie ma w tym nic odkrywczego, nadzwyczajnego. Film ogląda się jednak całkiem przyjemnie, głównie za sprawą głosu Hardy'ego.

Ocena: 6

wtorek, 25 marca 2014

Pit Stop (2013)

Dzisiejszy dzień minął mi pod znakiem filmów z bardzo mylącymi opisami/okładkami. "Pit Stop" zgodnie z opisem na tyle DVD miał być romansem rozgrywającym się gdzieś na prowincji Teksasu. Tak nie jest. Przód DVD należy zaś uznać za wielki spoiler, bo też zaprezentowani tam bohaterowie tak naprawdę spotykają się dopiero na 15 minut przed końcem filmu. Tak więc "Pit Stop" okazał się rozczarowaniem, bo nie tego oczekiwałem. Ale w sumie nie jest to wcale zły film. Po prostu inny od tego, na jaki się nastawiłem.


"Pit Stop" to w rzeczywistości portret ludzi po przejściach, którzy jednak nie poddają się i kroczą dalej beznadziejną drogą od jednego związku do drugiego. Każdy z bohaterów znalazł w swoim życiu miłość i każdy odkrył, że uczucie zawsze przegrywa z prozą życia. Miłość jest iluzją, której chwytamy się, kiedy chcemy być inni, niż jesteśmy, kiedy boimy się zaryzykować lub kiedy po prostu chcemy nie być sami. Prędzej czy później trzeba jednak stawić czoła rzeczywistości i wtedy okazuje się, że każda z osób w związku oczekuje czegoś innego, że poruszają się po różnych torach, często w przeciwnych kierunkach. I dochodzi do rozstania. Ale bohaterowie niczego się nie uczą, a raczej nie chcą się nauczyć, więc znów zaczynają od początku szukanie tej "jedynej" osoby, rozpoczynając cykl od początku.

"Pit Stop" pozbawione jest dramatów, histerycznych eksplozji uczuć (pozytywnych czy też negatywnych). To czyni z całości rzecz jeszcze bardziej ponurą. Rozstania i nowe związki są tu czymś rutynowym, jak kontrolna wizyta u dentysty: bywa nieprzyjemnie, niewygodnie, ale jest konieczne do normalnej egzystencji. I tak mija całe życie. Film kończy się w fazie wznoszącej cyklu, więc mamy niejako happy-end. Ale podobnie jak miłość, happy-end jest tylko iluzją wynikającą z decyzji o przerwaniu narracji, kiedy wszystko jest jeszcze w związku możliwe.

Ocena: 6

poniedziałek, 24 marca 2014

Viral (2013)

Mam problem z oceną tego filmu. Nie potrafię rozstrzygnąć, czy "Viral" jest pastiszem hiszpańskich horrorów, czy też po prostu kolejną idiotyczną pozycją w tym gatunku.


Na to drugie wskazują moje doświadczenia z hiszpańskimi horrorami. Na każdy niezły film przypada dziesięć, które są po prostu strasznymi gniotami. Zazwyczaj mają one za temat faszystów i księży-egzorcystów. W "Viralu" odpuszczono sobie na całe szczęście faszystów. Ale niektóre z pomysłów są tak głupie, że wręcz trudno w nie uwierzyć. I właśnie dlatego wydaje się, że film ma być pastiszem. Jeśli jednak tak rzeczywiście jest, to twórcom nie udało się w całości planu zrealizować. "Viral" ma kilka całkiem śmiesznych pomysłów, ale daleko mu do naprawdę świetnej zabawy konwencją. Chwilami jest wręcz nudny, pozbawiony nie tylko humoru, ale i klimatu.

Na plus zaliczyć trzeba Juana Blanco. Chłopak dopiero stawia pierwsze kroki w kinie, ale jako ciapowaty protagonista spisał się doskonale. Nie można mu odmówić uroku, choć powinien jeszcze trochę popracować nad umiejętnościami komika.

Ocena: 5

Much Ado About Nothing (2012)

Joss Whedon i Szekspir? Sam pomysł jest tak niedorzeczny, że po prostu musiałem przekonać się, co też z takiej mieszanki wyszło. Efekt okazał się całkiem satysfakcjonujący, choć Whedon nie był w stanie wycisnąć z tekstu Szekspira wszystkich smakowitych soków.


Ale chyba też nie taki miał zamiast. Wydaje się, że on po prostu zabawił się tekstem Barda, koncentrując się na otoczce fabuły, przenosząc akcję sztuki w czasy nam współczesne, zachowując jednak oryginalny język. Nie jest to pomysł szczególnie odkrywczy i w realizacji daleko mu chociażby do takich wersji jak "Szeregowy Romeo", gdzie naprawdę zmieniono pryzmat interpretacyjny. Kilka scen udało się Whedonowi fajnie skonstruować, ale w sumie wydaje się, że trochę zabrakło mu kreatywności.

Niestety całości niezbyt dobrze przysłużyli się aktorzy. Och, radzą sobie z tekstem Szekspira nieźle, jednak po prostu brakuje im charyzmy, by udźwignąć ciężar bohaterów. Dotyczy to w szczególności B&B. Acker i Denisof nie są żadną konkurencją dla Thompson i Branagha.

Za to jedna rzecz bardzo mi się spodobała: pokazanie bohaterów sztuki jako alkoholików, którzy nawet nie zdają sobie sprawy z tego, że mają problem. Kieliszek w ręku jest dla nich tak naturalną rzeczą, że wydaje się być przedłużeniem ich rąk. Nikt na to nie zwraca uwagi, po prostu ciągle piją, czy jest rano, czy wieczór. To było całkiem zabawne.

Ocena: 6

niedziela, 23 marca 2014

Stockholm (2013)

Wolna natura! Wolna żarty. Wcale nie jesteśmy wolni. Pozostajemy niewolnikami swojej własnej natury właśnie... natury, której sami przecież nie wybraliśmy. O tym opowiada hiszpański "Stockholm".


Najpierw naszym oczom ukazuje się On. Na jemu podobnych mówi się "player". To łowca, doskonale wyrobiony w sztuce wypatrywania i pogoni za ofiarą. Nie zadowoli się pierwszym z brzegu kąskiem. W końcu jest drapieżnikiem, więc dla niego istotna jest nie ofiara, lecz same łowy. Jak więc zwrócić na siebie jego uwagę? Oczywiście stając się ofiarą idealną, taką, której po prostu nie będzie się mógł oprzeć, za którą puści się w pogoń. I wtedy pojawia się Ona. Jest chłodna, obojętna, niedostępna. Mówi "nie", ale... No właśnie, choć jej "nie" jest szczere i przekonujące, to jednocześnie jest kłamstwem, grą (ten, kto twierdzi, że człowiek ma prostą naturę, oszukuje samego siebie), w końcu nikt nie chce być schwytany, ale z drugiej strony ofiara musi tego pragnąć, bo przecież inaczej nią by nie była stając się nikim.

Ale polujący i ta, na którą się poluje nie mają z góry określonego bieguna wartościującego. Bo czyż łowca nie jest ofiarą swej własnej natury, kiedy polowanie się skończy, kiedy głód zostanie nasycony? Cóż mu wtedy pozostaje? Jawi się jako kłamca i brutal, choć przecież był szczery (jako łowca rzecz jasna, a łowy rządzą się swoimi własnymi prawami i tylko ten, kto naprawdę wierzy w wypowiadane w trakcie polowania słowa, może odnieść sukces). A ofiara, czyż – w odpowiednich warunkach – nie może stać się drapieżnikiem oddając to, co zostało jej zabrane? Ale nawet wtedy nie wychodzą poza wyznaczone role, są to po prostu dwa aspekty tej samej istoty, jak dzień i noc, awers i rewers, kobieta i mężczyzna.

"Stockholm" to kolejna produkcja z cyklu "ich dwoje i nic więcej". Pierwsza część przypomina "Przed wschodem słońca" czy w "W łóżku", ale z banalniejszymi rozmowami. Mimo to chemia między aktorami wydaje się prawdziwa, więc ogląda się to z zaciekaniem. Potem jednak następuje gwałtowny zwrot akcji. To też zadaje się być ostatnio chwytem powszechnym w tej formule (najlepszy przykład "Solo"). Jednak w tym momencie twórcy popełnili fundamentalny błąd. Zwrot akcji ma tu bowiem charakter wykładu akademickiego, jest łopatologiczną interpretacją tego, co widzieliśmy, wyłuszczeniem motywacji bohaterów i dokładną analizą łączącej ich relacji. Jakby twórcy nie wierzyli, że widz jest w stanie sam odczytać "zawiłości" narracji (a w rzeczywistości film wcale nie jest aż tak skomplikowany).

Nawet to jednak nie byłoby takie złe, w końcu sam w sobie pomysł na wywrotkę jest fajny. Niestety od momentu telefonu do matki wiedziałem, jaki będzie koniec i niemal zawyłem z rozczarowania, kiedy moje obawy się ziściły: finał jest banalny, głupi, niepotrzebny. Przez chwilę miałem jednak nadzieję, że twórcy zdecydują się na niedopowiedzenie, że uratują film kończąc na scenie siedzącej dziewczyny zwracającej się twarzą w stronę kamery. Niestety tak nie uczynili.

Poniższa ocena filmu jest zawyżona, ale to dlatego, że spodobali mi się bohaterowie oraz grająca ich dwójka aktorów.

Ocena: 6

sobota, 22 marca 2014

The Door (2012)

Człowiek jest narracją. Ciało, dom, zachowania – to są wszystko tylko i wyłącznie rekwizyty. Oczywiście bez nich opowieść nie mogłaby zaistnieć. A zatem nie byłoby także człowieka. Ale myli się ten, kto chciałby jednostkę sprowadzić wyłącznie do tego, co namacalne. Prawda – nawet jeśli jest fikcją – kryje się w słowach, a raczej w wierze w te słowa.


"Zamknięte drzwi" to studium dwóch narracji. Jednej stworzonej przez amatorkę, a przecież mistrzynię kreacji Świata Wypowiedzianego. Drugiej stworzonej przez profesjonalistkę, a jednak niezdarę, boleśnie odkrywającą na własnej skórze skutki popełnionych twórczych błędów. Ta pierwsza jest mistrzynią konstruowania skomplikowanych wzorów, splatania historii, ludzkich losów, tworzenia monumentalnej budowli, która skrywa jej skromną osóbkę niczym Tajemnicę. Ta druga jest mistrzynią dekonstrukcji, odtwarzania, otwierania drzwi do cudzych żyć, by snuć za ich pomocą własną opowieść.

Film István Szabó stara się stworzyć klimat rzeki słów, tajemnic i skomplikowanych relacji. Niestety nie do końca mu się to udaje. Rozumiem, gdzie podąża, ale jednocześnie czuję, że nie dotarł do celu. "Zamknięte drzwi" pozostają uchylone, przez co tak istota filmu gdzie się ulotniła.

Ocena: 6

Sleeping Beauty (2011)

Perwersja – słowo-tajemnica, sugeruje niezwykłość, wyjątkowość, rzeczy wykraczające poza to co "normalne" i "zwyczajne" (co utożsamiane bywa z nudą i bezbarwnością). A zatem perwersja powinna być ekscytująca, fascynująca. Niestety tak nie jest, a przynajmniej do tego chce nas przekonać reżyserka "Śpiącej piękności". Bowiem w jej filmie perwersje są rozczarowująco nijakie, zwyczajnie nudne i co najwyżej nieumyślnie groteskowe, ale nie ma tu żadnej tajemnicy, fascynacji, jest tylko słabość, kompleksy, niedoskonałość.


"Śpiąca piękność" rozczarowuje. Film albo pokazuje za dużo albo za mało, w zależności od tego, jakie miało być przesłanie (które rzecz jasna jest nieczytelne). Jeśli miało to być studium materialistycznego poświęcenia wolnej woli, to w takim razie film pokazuje zdecydowanie za dużo. O wiele lepsza byłaby tu bliższa bohaterki perspektywa, gdybyśmy podobnie jak ona nie wiedzieli, co tak naprawdę dzieje się z nią, kiedy śpi. Jeśli zaś miało to być studium seksualizacji dominacji i uległości, to w takim razie nie powinno być tu żadnych ograniczeń, a przede wszystkim całość powinna być bardziej odważna w pokazaniu erotyki, a mniej koncentrować się na pustych słowotokach. Niestety dzieło Julii Leigh chce być czymś pomiędzy, przez co tak naprawdę jest niczym, wydmuszką, której jedyną atrakcją jest naga Emily Browning.

Ocena: 5

Binds (2010)

Krótki metraż nie zna litości. Wystarczy jeden pomysł za dużo, by forma nie wytrzymała i została rozsadzona od środka. Tak jest w przypadku "Binds".

Binds from Marcello on Vimeo.

Dopóki jest to historia chłopaka czującego się winnym za śmierć brata, dopóty jest w miarę w porządku. Owszem, aktorstwo nie jest najwyższych lotów, przydało by się też popracować nad charakteryzacją (bohater w scenie nad grobem wygląda jakby mu twarz spiekło), ale to są detale, które można byłoby zignorować. Niestety koniec dodaje zupełnie inną historię, która może na papierze wyglądała fajnie, ale w rzeczywistości pochodzi z zupełnie innej bajki i zniszczyła mi całą (niewielką) frajdę.

Ocena: 4

piątek, 21 marca 2014

The Invisible Woman (2013)

Ach, jakże wspaniałym dziełem mogła być "Kobieta w ukryciu". Niestety, by tak się stało, potrzebny był ktoś lepszy u sterów niż Ralph Fiennes. Ten jest na tyle dobry, że potrafił rozpoznać i nawet pokazać na ekranie to, co najważniejsze w całej tej historii, ale tak naprawdę, wszystko co istotne gdzieś mu umyka, przecieka między palcami, niby jest na ekranie, a jednak nie ma.


"Kobieta w ukryciu" mogła być fascynującym obrazem epoki stanowiącej całkowite przeciwieństwo Romantyzmu. Tu szaleństwo uczuć poddane zostało terrorowi konwenansów. Nawet zdrada ma bardzo pragmatyczny charakter. Obserwując bohaterów filmu łatwo zrozumieć, dlaczego właśnie wtedy narodziła się psychologia.

"Kobieta w ukryciu" mogła też być genialną przypowieścią o okrucieństwie wierności. Historia Dickensa i Nelly Ternan uczy, że żadna więź nie jest trwała (ojcowska, małżeńska, romansowa). Ci, którzy w to nie wierzą, skazują się na ból i cierpienie, kiedy to, co dobre mija i staje się wspomnieniem. Zamiast czerpać z tych wspomnień radość, tęskni się za tym, czego już nigdy nie będzie się miało.

Wreszcie "Kobieta w ukrycia" mogła być nietypową, a przez to interesującą, opowieścią o relacji artysta-muza. Kino zazwyczaj prezentuje ją według schematu, w którym artysta jest wampirem karmiącym się emocjami swojej ofiary/muzy, po czym porzuca ją, gdy już się pożywi. Tu jest inaczej. Tu sztuka jest formą poukładania doświadczeń, jakie są udziałem twórcy lub jego muzy, próbą nadania sensu, zwerbalizowania tego, co umyka zrozumieniu.

Niestety film tym wszystkim nie jest. Widać potencjał, słychać echo, ale Fiennes-reżyser nie ma tego wyczucia, które sprawiłoby, że potrafiłby uchwycić ulotne idee. Przez to w pamięci pozostają mi wyłącznie przepiękne zdjęcia Roba Hardy'ego. Nie rozumiem, dlaczego w sezonie nagród zostały one całkowicie zignorowane. Brak choćby jednej nominacji to prawdziwy skandal.

Ocena: 6

Vampire Academy (2014)

Bracia Waters wyraźnie się marnują. Nie powinni kręcić paranormalnych romansideł dla rozpalonych nastolatek, które nie bardzo wiedzą, czym jest seks, ale są już pewne, że chcą go uprawiać. Zamiast tego powinni się wziąć za porządne kino akcji. Wtedy mogłoby wyjść im coś ciekawego.


"Akademia wampirów" sprawia wrażenie filmu zrobionego przez ciężarną kobietę mającą przedziwne zachcianki typu ogórek kiszony maczany w maśle orzechowym. To, co można tu znaleźć, przyprawia o mdłości. Jest tu za dużo wszystkiego, panuje za wielki rozgardiasz, a już dowcipkowanie na temat "Zmierzchu" jest poniżej wszelkie krytyki, bo "Akademia" wcale nie reprezentuje wyższego poziomu.  Najlepsza w całym filmie jest finałowa sekwencja akcji. O dziwo jest dynamiczna, świetnie zrealizowana i – co najważniejsze – posiada kilka świetnych testów typu: "Dimitri nazywany jest bogiem. Na szczęście jestem ateistą z wielką spluwą". Właśnie dlatego napisałem wyżej, że Watersowie powinni się zająć kinem akcji. Chciałbym bowiem zobaczyć więcej tego, co pokazali w tej jednej sekwencji.

A reszta? Cóż, im szybciej o tym zapomnę, tym będzie dla mnie lepiej.

Ocena: 4

Poziţia copilului (2013)

Dzieci. Mają być źródłem dumy, dowodem na spełnienie się rodziców jako ludzi. Zamiast tego są źródłem cierpienia, bólu, rozczarowań, wyrzutów sumienia, powodem do kwestionowania wartości rodziców jako ludzi. Niektóre dzieci wywołują ten ból swoją przedwczesną śmiercią. Inne śmiercią symboliczną.


"Pozycja dziecka" to opowieść o żałobie. Tej czasowej i tej permanentnej. Główna bohaterka jest kobietą sukcesu. Ma wszystko, poza jednym – dobrym kontaktem z synem. I to sprawia, że cierpi. Ale dopiero w konfrontacji z rodziną, która może cierpieć otwarcie, bo ich nastoletni syn zginął w wypadku samochodowym, okazuje się, że desperacko próbując nawiązać kontakt z synem, tak naprawdę przeżywa żałobę. Jej dziecko zmarło, kiedy odrzuciło jej troskę, miłość, zaangażowanie. Ale co dokładnie opłakuje kobieta? Tego możemy się tylko domyślać.

Rumuński film pokazuje bowiem świat toksycznych relacji. Choć słowo "toksyczne" nie jest tu do końca na miejscu. Sugeruje bowiem wypaczenie normy. Tymczasem u Netzera żadna więź nie jest "normalna", "czysta", wszystko jest podszyte emocjami, które wydają się co najmniej dwuznaczne, jeśli nie wprost dziwne i niepokojące. Dotyczy to nie tylko więzi głównej bohaterki z jej synem (scena masowania pleców ma wyraźnie erotyczny charakter), ale też jej relacji z mężem (kiedy nazywa go "miękkim"), relacji syna z jego partnerką (opowieść o nie-staraniach się o dziecko), relacji kobiety z policją, świadkami. Nawet scena, w której kobieta spotyka się z rodziną zmarłego chłopca, jest nie do końca jasna. Jej łzy są szczere, ale to wcale nie znaczy, że jest to cała prawda. Czy mimo wszystko nie kryje się za tym pewne wyrachowanie, postępowanie zgodne z makiawelicznym credo "cel uświęca środki"?

Kiedy tak piszę o tym filmie, wydaje mi się, że "Pozycja dziecka" jest świetnym, inteligentnym portretem ludzkiej niejednoznaczność, gdzie wzajemnie wykluczające się aspekty tej samej relacji są normą codziennej egzystencji. A jednak, kiedy oglądałem film Netzera, nie zrobił na mnie aż tak wielkie wrażenia. Za mocno wpisuje się w nurt rumuńskiego kina obecnego na światowych festiwalach, za bardzo wtapia się w podobne produkcje, które miałem okazję zobaczyć wcześniej. Dlatego też ostrze prezentowanych obserwacji wydaje mi się już nieco stępione. Jestem chyba już uodporniony i Rumuni nie robią na mnie takiego wrażenia, co jeszcze parę lat temu.

Ocena: 6

środa, 19 marca 2014

Lone Survivor (2013)

"Ocalony" to ciekawe doświadczenie, jeśli wcześniej widziało się "300: Początek imperium". Filmy stanowią bowiem dwie strony tej samej monety. Są one totalną formą celebracji etosu wojownika. Oba składają hołd męskiej sprawności fizycznej, braterstwu broni i honorowi, który powoduje, że godzą się umrzeć za Sprawę. O ile jednak w filmie Murro przekroczono granice rozsądku w owej celebracji (dzięki czemu ukazano cały fałsz i absurd tego etosu), o tyle Berg bardzo pilnuje się, by tej granicy nie przekroczyć. "Ocalony" to hołd prawdziwy i w zamierzeniu szczery, tu nie ma miejsca na homoerotyczne aluzje, campowość, uczynienie z rzezi rozrywki dla mas. Berg chce być autentyczny, chce pokazać amerykańskich żołnierzy jako współczesnych bohaterów.


Niestety zawodzi, przynajmniej jeśli chodzi o mnie. Berg nie przekonał mnie, że bohaterowie filmu są naprawdę Bohaterami. W moich oczach jawią się niestety jako idioci. Owszem, są świetnie fizycznie wyszkoleni. Potrafią przetrwać rzeczy, które mnie pewnie ukatrupiłyby dziesiątki razy. Jednak ich słabość tkwi nie w ciele, ale w umyśle. Ich przysłowiową piętą jest właśnie etos wojownika, przekonanie o konieczności honorowego postępowania (nawet jeśli kryje się za tym strach przed medialnym ostracyzmem), wiara, że wojna rządzi się określonymi zasadami, których nie można łamać. Przez takie głupie pomysły bohaterowie filmu wpadli w tarapaty. Oto przypadkowo na ich kryjówkę wpada kilku pasterzy kóz. Dowódca oddziału zamiast szybko ich ukatrupić, wypuszcza ich wolno, wiedząc, że zaraz opowiedzą o obecności Amerykanów talibom. Nie wiem, jakim cudem facet uchował się tak długo (i do tego musiał awansować!). Nie kupuję idei, że dla uratowania czwórki być może niewinnych osób, warto doprowadzić do sytuacji, w której zginie trzy razy tyle równie niewinnych ludzi.

A jednak Berg nie tylko pochwala decyzję dowódcy, on temat honorowego postępowania wbrew zdrowemu rozsądkowi rozwija w kolejnych równie absurdalnych sytuacjach. A to w scenie, gdy helikoptery transportujące oddział ratunkowy decydują się lecieć dalej mimo braku wsparcia powietrznego (i co? myśleli, że talibowie spokojnie dadzą im wylądować?). A to w scenie, w której tytułowy ocalony trafia do afgańskiej wioski, a jej mieszkańcy zgodnie z wielowiekową tradycją decydują się mu pomóc wystawiając się tym samym na atak talibów. Za każdym razem wzorzec postępowania jest taki sam: ceną za ratunek garstki jest śmierć wielu niewinnych. I jakimś cudem to jest uważane za dobre, właściwe i godne pochwały.

Za to realizatorsko "Ocalony" miejscami jest bardzo dobry. Ma znakomitą czołówkę, aż chciałoby się obejrzeć dokument o tym, co ona prezentuje (szkolenie SEALs). Fantastycznie wypadły też sekwencje spadania. Jedne z lepszych, jakie w ostatnich latach widziałem w kinie. Najgorzej wyglądają sceny ze sztabu, kiedy dowódcy coś tam muszą powiedzieć z przejęciem, ale nie ma to bezpośredniego przeniesienia na akcję. W tych paru momentach film wypada maksymalnie sztucznie, a aktorzy niewiarygodnie.

Ocena: 5

wtorek, 18 marca 2014

Six Bullets (2012)

Jestem rozczarowany. Spodziewałem się jednego z największych gniotów, jakie będę miał okazję obejrzeć w tym roku. Ot, miałem ochotę na chwilę debilizmu. A tymczasem "6 kul" nawet nie zbliża się do najgorszych filmów roku. Szkoda.


Oczywiście nie oznacza to wcale, że jest to film dobry. Daleki jestem od chwalenia "6 kul". Niemniej jednak historia rzeźnika-alkoholika-weterana legii cudzoziemskiej-płatnego mordercy, którego specjalnością stało się odnajdywanie dzieciaków porywanych w celach erotycznych, jest nawet niezła. Zdumiała mnie nawet liczba wątków i to, że film jest długi, znacznie dłuższy, niż powinien być. Ale nie nudziłem się. Mogłem sobie spokojnie odpłynąć myślami, bo film jest prosty jak konstrukcja cepa. Wzorzec akcji jest banalny, a całość polega na jego wielokrotnym powtarzaniu w różnych sceneriach. Gdyby jeszcze miał lepsze teksty, byłby nawet całkiem zabawny.

Ocena: 4

poniedziałek, 17 marca 2014

Like Crazy (2011)

Jeśli nie jesteś 100% romantykiem; jeśli dla miłości nie jesteś w stanie poświęcić wszystkiego, walczyć o nią do upadłego, wtedy wielka, prawdziwa miłość staje się przekleństwem, ciężarem nie do wytrzymania. O tym przekonują nas bohaterowie filmu "Do szaleństwa".


Anna i Jacob poznali się na studiach. Ona przyjechała do Los Angeles z Wielkiej Brytanii na chwilę, by liznąć trochę wiedzy. Tak poznała jego. Zakochali się. I jak to młodzi, uczucie wzięło górę nad rozsądkiem, czego konsekwencją było złamanie przez Annę warunków wizowych i zakaz wstępu do Stanów. Uczucie jednak przetrwało. W końcu to była prawdziwa miłość. Próbowali żyć osobno, ale wciąż ich coś do siebie pchało. Wreszcie pobrali się, ale wiza małżeńska też została im odmówiona. Nie zostało im więc już nic, jak się poddać, jak zabić uczucie, jak ustatkować się praktycznie i wygodnie, godząc na to, co jest w zasięgu ręki.

"Do szaleństwa" pokazuje wspaniałe uczucie. Yelchin i Jones stanowią idealną parę, naprawdę wierzy się w ich uczucie. A jednak ich bohaterowie nie są zdolni o to uczucie zawalczyć. Problemy z urzędem emigracyjnym są tylko pretekstem. Gdyby nie one, pojawiłyby się inne. W końcu realność dnia codziennego składa się z wielu kłód rzucanych nam pod nogi. Anna i Jacob nie byliby w stanie z tą realnością zawalczyć.

Drake Doremus świetnie pokazuje rzeczywistość, w której miłość nie wystarcza, nie jest odpowiedzią na wszystkie bolączki świata. Reżyser cudownie pokazał rozkwit uczucia oraz intencjonalny (choć nie do końca uświadamiany) proces jego niszczenia.

W tym wszystkim jedna rzecz mnie irytowała: niemożliwość zrozumienia przez reżysera idei stref czasowych. Przez dużą część Anna i Jacob rozdzieleni są ośmioma godzinami różnicy, ale w filmie wygląda to raczej tak, jakby zamiast w Londynie i Los Angeles bohaterowie mieszkali w Nowym Jorku i Los Angeles. Niby drobnostka, a jednak mnie mocno uwierała.

Ocena: 7

niedziela, 16 marca 2014

Lose Your Head (2013)

Zagubić się, całkowicie zatracić - to kusząca myśl. Ale tylko wtedy, kiedy jest się pewnym, że można się po wszystkim odnaleźć, że rzeczywistość zapewni linę ratunkową, której w ostatniej chwili będzie się można chwycić. I tylko młodość daje taką naiwną pewność bezwarunkowo, bezrefleksyjnie. Tak naprawdę nie ma przecież żadnej gwarancji, że zatracenie nie jest drogą jednokierunkową.


"Lose Your Head" okazało się takim filmem, jakim powinien był być "Charlie musi umrzeć". Berlin jest tu kosmopolitycznym kociołkiem, w którym wszystko jest możliwe: zabawa, miłość, śmierć, morderstwo. Berlin kusi, Berlin obiecuje, Berlin realizuje wszelkie nasze obsesje. Trzeba więc być bardzo ostrożnym jeśli chodzi o życzenia, mogą się one spełnić aż za dobrze.

"Lose Your Head" to drugi film Stefana Westerwellego, jaki mam przyjemność obejrzeć. Nie jest aż tak dobry, jak "Solange Du hier bist", ale to wciąż intrygujące kino. W obu filmach poruszany jest podobny temat popędów autodestrukcyjnych i ich uwodzicielskiego wpływu na młodych mężczyzn. Ciekaw jestem, czy ewentualny trzeci film podąży podobnym tropem, a jeśli tak, to jak go rozwinie.

Ocena: 6

Me, Rory (2012)

"Me, Rory" to opowieść o wewnętrznej wojnie. Jej wynik zdeterminuje to, jakim człowiekiem stanie się główny bohater. To opowieść o rodzącym się szaleństwie, dla którego alternatywą jest chłodna, wykalkulowana bezwzględność. To opowieść o utracie niewinności, której nigdy się nie miało, która była jedynie wewnętrzną iluzją, teraz w końcu zmuszoną ujawnić swą ulotną nierzeczywistość.


Lubię tego rodzaju zakręcone opowiastki. Choć trzeba przyznać, że w "Me, Rory" owo "zakręcenie" jest w dużej mierze pozorne. W rzeczywistości jest to dość prosta filmowa przypowieść. Jak dla mnie, całość mogłaby być zdecydowanie bardziej niejednoznaczna.

Ocena: 6

The Necessary Death of Charlie Countryman (2013)

Początkowo myślałem, że "Charlie musi umrzeć" mi się spodoba. Jak długo trwałem w przekonaniu, że film Fredika Bonda jest przypowieścią, że jest to podróż po świecie żałoby, gdzie Bukareszt z jego mieszkańcami nie jest prawdziwym miejscem, tak długo całość była fascynującym psychodelicznym doświadczeniem. Kiedy jednak zrozumiałem, że reżyser chciał jedynie stworzyć klimat "dziwnego Bukaresztu", cała moja fascynacja filmem rozwiała się, a jej miejsce zajęła irytacja pompatycznymi bzdurami, którymi Bond zapełnił film.


Kilka teledyskowych sekwencji mimo to spodobało mi się. Zaś LaBeouf i Wood tworzą naprawdę uroczą parę. Fajnie było ich oglądać, ale jedynie złagodzili moje niezadowolenie, lecz całkowicie nie potrafili go zniwelować. "Charlie musi umrzeć" to niestety stracona szansa nie niezwykły film.

Ocena: 3

sobota, 15 marca 2014

Mandela: Long Walk to Freedom (2013)

Nie mam zielonego pojęcia, co chciał osiągnąć Justin Chadwick kręcąc biografię Mandeli, ale z jego filmu wynika, że Nelson Mandela był postacią kompletnie nijaką. Nie bardzo widać w nim przywódcę. Nie widać, by miał jakiś charakter (poza jedną sceną, kiedy rzucił się na swoją pierwszą żonę). Nie ma żadnego uzasadnienia, dlaczego mimo wieloletniego więzienia był w stanie doprowadzić RPA do niezwykłej przemiany.


Mandela jest tu raczej symbolem i to dość bezpłciowym. Co oczywiście też byłoby ciekawym tematem na film, gdyby reżyser go pociągnął. Każda rewolucja wymaga przecież symbolu wokół którego ludzie mogą się jednoczyć, ale od symbolu niekoniecznie wymaga się inicjatywy. W filmie Chadwicka Winnie Mandela jest o wiele barwniejszą i ciekawszą postacią i można ją był znakomicie skontrastować z Mandelą-symbolem (kilka scen wydaje się iść nieśmiało w tym kierunku, ale przez to tylko wyraźniej czuje się niewykorzystany potencjał). Zupełnie też nie udało się pokazać kluczowych dla Mandeli momentów, łącznie z tym, jak doszło do zakończenia apartheidu. A sceny jego tak zwanych prześladowań przez władze wyglądają po prostu śmiesznie. Dlaczego Winnie Mandela wydaje się być znacznie gorzej traktowana przez służby specjalne niż Nelson Mandela? To jedno z wielu pytań, na które nie dostaniemy odpowiedzi.


Obraz Chadwicka jest faktograficzną ślizgawką. Tyle samo można dowiedzieć się z Wikipedii (a nawet więcej), a trwa to znacznie krócej. Z całego filmu warta zapamiętania jest wyłącznie piosenka U2. Nie, wcale nie zapomniałem o Idrisie Elbie. On po prostu nie gra tu nadzwyczajnie. Niczym szczególnym mnie nie zachwycił.

Ocena: 4

Dallas Buyers Club (2013)

Jean-Marc Vallée jest jednym z ciekawszych (przynajmniej w moich oczach) kanadyjskich reżyserów. Ale i nawet jego czasem przytłacza ogrom tematu. Tak stało się w przypadku "Witaj w klubie". Ten film to nic więcej, jak tylko popis dwóch aktorów. Matthew McConaughey jest oczywiście świetny, ale zaczynam powoli zauważać u niego pierwsze objawy manieryzmu, który może go w przyszłości zgubić (jak stało się z Nicholsonem, Pacino i Hopkinsem). Dlatego też bardziej spodobał mi się Jared Leto, który naprawdę zagrał w sposób świeży, odważny, inny. Tego jeszcze w jego wykonaniu nie widziałem. No i róż wyraźnie mu służy.


Niestety sam film jest jak podróż dwadzieścia lat wstecz. "Witaj w klubie" popada w ten sam kanał opowieści o AIDS, co filmy realizowane w latach 90. Mamy tu ten sam zestaw bohaterów, te same ckliwe historyjki, to samo menu banału. Film Valléego jest pusty, o niczym tak naprawdę nie opowiada. Ślizga się po moralnych problemach całej sytuacji, wije się jak piskorz, byle tylko uniknąć postawienia niewygodnych pytań. W rezultacie "Witaj w klubie" przypominało mi "W ciemności" Holland. U Polki mieliśmy antysemitę, który z niedoli innych zrobił dochodowy biznes, a po drodze zmienił nieco swoje nastawienie, u Kanadyjczyka mamy homofoba, który z niedoli innych zrobił dochodowy biznes, a po drodze zmienił nieco swoje nastawienie.

Rozczarowało mnie to, że film nie ma żadnego charakteru. Jest idealnie nijaki. Dobrze przynajmniej, że ścieżka muzyczna chwilami jest niezła.

Ocena: 5

czwartek, 13 marca 2014

Oh Boy (2012)

"Oh Boy" daje bardzo negatywną diagnozę ludzkości. Film obnaża bowiem niezdolność człowieka do cieszenia się stabilizacją. Brak wyzwań to najgorsza rzecz, jaka może się przytrafić. Gdy człowiek nie musi walczyć z przeciwnościami losu, z wrogiem (jakkolwiek by on był definiowany), wtedy zostaje zawieszony w próżni, bez możliwości podjęcia decyzji.

)

Takim człowiekiem jest właśnie główny bohater "Oh Boy" Niko. Jego największym dramatem jest to, że nie jest hipsterem w świecie opanowanym przez nich. Nie potrafi odnaleźć się w nonszalancji pozerstwa, obojętności wobec dobrobytu, który uważany jest za uniwersalną wartość świat podlegającą pseudonegacji (pseudo, ponieważ trudno negować coś, czego nie da się de facto odrzucić – przynajmniej w ich mniemaniu). Ale Niko nie jest też rewolucjonistą, nie znajduje alternatywy, ponieważ nie ma ku temu żadnej motywacji.

W tym sensie "Oh Boy" pokazuje, że młodzi ludzie muszą doświadczyć kryzysu (ekonomicznego, militarnego, politycznego), który postawi ich w sytuacji (pozornie) bez wyjścia, który wymusi podjęcie przez nich decyzji poprzez uniemożliwienie podjęcia jakichkolwiek innych decyzji. Po latach można te decyzje konstatować albo nauczyć się czerpać z nich korzyści. Jedno jest jednak pewne: w takiej sytuacji ich życie jest "jakieś", nawet jeśli owo "jakoś" nie jest tym, o czym marzyli. Nie ma nic gorszego, jak odrzucać szanse wierząc, że tuż za rogiem czeka ta jedna, jedyna rola życia.

Sam film jest próbą przeniesienia na grunt niemiecki allenowego stylu opowiadania (ale nie tego Allena z ostatnich filmów, lecz wcześniejszego). Dla mnie jest to jednak pozerstwo identyczne z tym, z którego reżyser się naśmiewa. Warto zwrócić uwagę jedynie na Toma Schillinga. Ma chłopak talent.

Ocena: 5

A Late Quartet (2012)

Zazwyczaj śmierć kojarzona jest z bezruchem, zaś życie łączone jest z chaosem i zmiennością. W "Późnym kwartecie" jest odwrotnie. Tu życie jest niezmienną rutyną, której - nawet jeśli jest się jej świadomym - nie sposób przełamać. Dopiero konfrontacja z własną (lub cudzą) śmiertelnością wprowadza zamęt, niszczy to, co dotąd wydawało się trwałe, wymusza zmianę. Śmierć (choć tu przyjmująca łagodniejsze oblicze choroby Parkinsona) okazuje się niezbędna po to, byśmy mogli odkrywać kim jesteśmy, do czego jesteśmy zdolni, byśmy mogli dać się zranić, dać się ponieść pasji.

)

Ciekawy temat, który został okraszony fantastyczną obsadą. Ale to chyba za sprawą nazwisk miałem nadzieję na więcej. Dlatego też "Późny kwartet" trochę mnie rozczarował. Jest nieco zbyt mdły w warstwie narracyjnej. Najciekawiej wypada Hoffman, ale głównie dlatego, że jego postać wplątana jest w całkiem intrygującą sieć zależności. Trochę żal mi za to Poots, która po raz kolejny gra praktycznie tę samą postać.

Ocena: 6

Vehicle 19 (2013)

Szkoda, że Paul Walker zmarł. Miał on najwyraźniej słabość do kiepskiego kina akcji kręconego w egzotycznych rejonach globu. Istniała więc szansa, że mógłby rzucić kasą na produkcję w Polsce. Sądząc po technicznej wartości "Trefnego wozu", Polacy mogliby sprostać jego niskim wymaganiom.

)

"Trefny wóz" to film jednej akcji i półtorej godziny nudy. Niestety jego najgorszym elementem jest sam Paul Walker, który gra gorzej niż źle. Nie bez powodu najlepszą sceną w filmie jest ostatnia. Nie ma w niej bowiem Paula Walkera.

Całość wygląda na tanią podróbkę hollywoodzkiego sensacyjniaka z ery VHSów. Nie mam zielonego pojęcia, co skłoniło Walkera nie tylko do zagrania w tym czymś, ale też do objęcia stanowiska producenta. No, chyba że chciał sobie zrobić wakacje w RPA i dzięki realizacji filmu mógł je sobie wpisać w koszta.

Ocena: 3

wtorek, 11 marca 2014

A Long Way Down (2014)

UWAGA SPOILERY

Co za oszustwo! Rozumiem, że o śmierci (czy też o jej pragnieniu) może być trudno nakręcić dobrą komedię... Chociaż nie, wycofuję to zdanie. Tak naprawdę, to zupełnie tego nie rozumiem, w końcu co druga amerykańska niezależna komedia jest właśnie o śmierci, umieraniu, radzeniu sobie z własną lub cudzą śmiertelnością. I jakoś udaje im się wyważyć humor z bolesną prawdą, bez trywializowania problemów, o jakich opowiadają.

)

Tymczasem "Nauka spadania" wcale nie jest komedią o samobójcach. To jest raczej film o tym, jak sobie inni (czytaj: niezorientowana większość) wyobrażają problem samobójstwa. Martin, Jess i Maureen są chodzącymi stereotypami. Ich pragnienie samobójcze zostaje sprowadzone do domorosłej psychologii życia codziennego. Wydawało mi się przez chwilę, że być może J.J. okaże się wyjątkiem, ale banał, jaki wystarcza, by go odwieść od zamiaru zabicia siebie, jest po prostu porażający swoją ignorancją. Twórcy filmu nie próbują z humorem podejść do poważnego problemu. Oni ośmieszają problem samobójstw, czym tak naprawdę ośmieszają samych siebie, ukazując swoją bezdenną głupotę. Byłoby to może nawet zabawne, gdyby nie było aż tak niebezpieczne.

Oczywiście, chęć do stworzenia happy-endu w tego rodzaju produkcji jest naturalna i zrozumiała. Ale twórcy nie powinni jej tak naiwnie i bezwarunkowo ulegać. Gdyby choć jeden z czwórki bohaterów zginął, pewnie potraktowałbym film łagodniej. Ale jedyni samobójcy w tym filmie to totalne no-name'y, które nikogo nie obchodzą, bo są tylko imionami bez twarzy, bez historii.

Szkoda mi obsady aktorskiej, bo nawet fajnie zagrali (szczególnie Imogen Poots). Niestety twórcy tym razem zawalili na całej linii i aktorzy nic tu nie mogli poradzić

Ocena: 4

niedziela, 9 marca 2014

Dark Horse (2011)

Nie chciałbym być bohaterem filmu Todda Solondza. Reżyser nie wie chyba, co to litość. Widać to doskonale w "Czarnym koniu" – predestynacyjnym koszmarze.


Oglądanie "Czarnego konia" przypomina podcinanie sobie żył tępym, zardzewiały nożem... przy czym procesu tego nie można przerwać. Główny bohater Abe to postać tak bardzo tragiczna, jak to sobie można tylko wyobrazić. Jest przegranym, który próbuje robić dobrą minę do złej gry. Ale nie ważne, co zrobi, nie jest w stanie zmienić swojego losu. Szczęście jest tuż poza zasięgiem jego palców, a pech będzie go prześladował nawet po śmierci. I najgorsze w tym wszystkim jest to, że taki właśnie miał być. Tak został uformowany przez rodziców i świat. Jest nieudacznikiem, ponieważ przez to inni zyskują szansę na szczęście. Jest niezbędnym elementem zapewniającym równowagę świata, za co nigdy nie doczeka się od niego wdzięczności. No może jedna osoba na milion zatrzyma się na chwilę, by go wspomnieć. Reszta pędzić będzie przed siebie prostą drogą, wygładzoną jego nieszczęściem.

Koszmarny film w pozytywnym znaczeniu. Jest tak sugestywny, że naprawdę nie polecam go osobom cierpiącym na depresję. Po obejrzeniu "Czarnego konia" wszelka motywacja do walki o lepsze jutro was opuścić. Bo też nie ma powodów by walczyć. Przegrani zawsze pozostaną przegranymi.


Ocena: 7

Silver Tongues (2011)

Lubię kino, które nie próbuje wszystkiego wyjaśniać, które pokazuje jakiś wycinek rzeczywistości, bez osadzania go w szerszym kontekście. I zapewne dlatego "Złotouści" przypadli mi do gustu. Para głównych bohaterów to wielka niewiadoma. Kim są? Co ich łączy ze sobą? Co ich pcha, by wciąż na nowo definiować siebie? Oto są pytania, na które nie znajdziemy w tym filmie odpowiedzi. Czasami rzucone zostaną jakieś aluzje, dzięki którym poznamy możliwe tropy rozwiązania zagadki, ale do końca nie będziemy ich pewni. Bo choćby ostatnia scena. Sugeruje ona, że Gerry i Joan prowadzą bardzo typową, szarą egzystencję. Odgrywanie ról może więc być dla nich formą odreagowania więzienia, w jakim znajdują się na co dzień. Ale to wyjaśnia tylko fakt, dlaczego przed innymi ludźmi grają. A co, kiedy są sami? W co wtedy grają? Czy łącząca ich seksualna więź o charakterze sadomasochistycznym jest autentyczna, czy tylko kolejną grą?


Niestety reżyser nie do końca wykorzystał potencjał tkwiący w filmie. Najbardziej rzuca się to w oczy w najlepszej z sekwencji, w kościele. Para bohaterów świetnie demaskuje płytkość relacji wiążących pastorkę z jej kongregacją, łatwość, z jaką ludzie zmieniają swoje opinie. W tym momencie pomyślałem, że "Złotouści" mogą być fantastycznym filmem o człowieku. Ale gdzieś to się rozmywa. Całość jest niestety trochę zbyt teatralna. Możliwości ekranu nie zostają w pełni wykorzystane. Mimo więc fascynujących bohaterów i niektórych scen, rzecz pozostawiła mnie w poczuciu niedosytu.

Ocena: 6

Smashed (2012)

Oglądanie "Wyjść na prostą" przypomina trochę obcowanie z kimś, kto był zabawny wyłącznie pijany, a teraz, kiedy jest trzeźwy, jest nieznośnie nudny. Konwencja kina niezależnego w wersji "light" nie do końca się tu sprawdza. Muzyczka jest zbyt radosna, a z drugiej strony humor zbyt nieśmiały. Sam proces wychodzenia z nałogu też został tak jakoś pobieżnie potraktowany. Trudno uwierzyć w ten cały trud i znój, o którym mówią uczestnicy spotkań AA.


A jednak jest tu sporo wartościowych, choć porozrzucanych i nie tworzących spójnej całości, scen. Najlepiej wyszły twórcom sceny interakcji dwójki głównych bohaterów. Jest coś przygnębiającego w tym, że choć łączy ich uczucie, nie mogą być ze sobą, ponieważ ich życia toczą się na różnych częstotliwościach i tylko alkohol był tym, co trzymał ich razem. Sama Mary Elizabeth Winstead jest znakomita w roli alkoholiczki. Szkoda, że reszta aktorów nie jest równie dobrze przez twórców wykorzystana.

Ocena: 6

sobota, 8 marca 2014

N'importe qui (2014)

Po obejrzeniu filmu czuję się jak ofiara Gaillarda z tego żartu:


Z boku może jest on zabawny, ale być facetem, który spędził czas na pucowaniu samochodu tylko po to, by zaraz został on totalnie zapaskudzony, nie jest przyjemnie. I tak samo wcale nie było mi przyjemnie siedzieć w kinie na "What the Fuck?". Czułem się jak ostatni idiota wydając kasę na coś, co spokojnie mogę obejrzeć w domu za darmo. Ten film to jedna wielka ściema. Nie mam zielonego pojęcia, dlaczego Gaillard zgodził się na jego realizację.


Sam Gaillard jest sympatycznym gościem i na dużym ekranie wygląda fajnie. Większość jego skeczy jest przezabawnych. Choć czasami jest mi żal jego ofiar. Niektóre żarty wydają się nowe, ale jest ich naprawdę niewiele. Z całą pewnością za mało, aby stanowiły dobre uzasadnienie dla realizacji filmu.

Szkoda zmarnowanej szansy.

Ocena: 1

piątek, 7 marca 2014

Friend Request Pending (2012)

Chyba przejadły mi się już dowcipy o emerytach używających nowych technologii, przeklinających i uprawiających wyuzdany seks. W ostatnich latach zbyt często te pomysły były wykorzystywane, by robiły jeszcze jakieś wrażenie. Bo też w sumie co w powyższym jest takiego dziwnego (poza faktem, że dzieci i wnuki mogą się z tym czuć mało komfortowo)?


"Friend Request Pending" pogrąża się więc słabym pomysłem. Ratuje go jednak Judi Dench i kilka niezłych dialogów. W sumie zatem nie było to takie złe 12 minut.

Ocena: 6

środa, 5 marca 2014

That Awkward Moment (2014)

Kolejna produkcja, która pomimo sporego potencjału okazała się przeciętniakiem pozbawionym charakteru. Na całe szczęście nie jest to rzecz żenująco zła, a bohaterowie są na tyle sympatyczni, że nawet jeśli ich perypetie mało mnie obchodziły, to oni sami mnie nie irytowali. Ale źle to świadczy o komedii, kiedy bloopersy na napisach końcowych są zabawniejsze od wszystkiego, co było w filmie.


"Ten niezręczny moment" nie jest zbyt korzystnym portretem współczesnego mężczyzny. Jeśli wierzyć twórcom filmu, są oni tchórzami i kłamcami. Bliskość to rzecz, która ich przeraża. I dotyczy to nie tylko związków intymnych z kobietami, ale również relacji przyjacielskich. Dlatego też wszyscy są tu trzymani na dystans: kobiety za pomocą seksu lub praktycznych planów życiowych, mężczyźni-kumple za pomocą rubasznych żartów i kłamstw. Co ciekawe, właśnie ten dystans jest tym co czyni z nich postaci sympatyczne i atrakcyjne. Ciekawa konstatacja, szkoda więc, że twórcy nie poświęcili więcej czasu na jej rozwinięcie.

Ocena: 5

300: Rise of an Empire (2014)

To jest kino, jakie uwielbiam! Przejaskrawione widowisko będące umową pomiędzy twórcami i widzami, że żadna ze stron nie będzie do niego podchodzić serio. "300: Początek imperium" wygląda, jakby zostało nakręcone przez szaleńca. Od czasu "Piranii" nie widziałem w kinie czegoś równie pozytywnie odjechanego. A do tego, choć prawdopodobnie wyszło to twórcom przypadkiem, jest to rzecz bardzo przewrotnie inteligentna.


Pierwsze "300" często, choć niesłusznie, nazywane jest filmem homoerotycznym. Dzieje się tak dlatego, że była to pieśń pochwalna na część męskości w jej najbardziej tradycyjnym wydaniu, czyli  definiowanej jako fizyczność (mięśnie) i czyny (walka). "300" celebrowało ją, stawiało ponad wszystko. Kontynuacja ten mit burzy, lecz czyni to poprzez jeszcze silniejsze akcentowanie męskiej fizjonomii i męskich czynów. "300: Początek imperium" jest filmem pornograficznym. Cielesność i walka w męskim wydaniu doprowadzona została tutaj do widowiska ekstatycznego. Granice, jakie wytyczyło "300", twórcy kontynuacji zostawili daleko za sobą. W rezultacie jednak męskość została tutaj poddana miażdżącej krytyce. Masa mięśniowa jest tylko piękną fasadą, za którą kryje się czyste szaleństwo. Męskość jest tu ukazana jako choroba psychiczna pchająca ludzi w odmęty niekończącej się walki, przemocy, orgii zemsty. Wspaniałe, podnoszące na duchu przemowy, w tym filmie okazują się groteskowym żartem, pretekstem, by skryć się za ładnymi hasłami, kiedy tak naprawdę liczy się wyłącznie śmierć i zniszczenie. Czyny zaś mają odwrócić uwagę świata od tego, że mężczyzna jest w rzeczywistości istotą słabą, pozbawioną charyzmy. W "300: Początek imperium" są tylko dwie wyraziste postaci i są to kobiety.

Na pochwałę, wręcz kult, zasługuje Eva Green. To dzięki niej ten film staje się tak wspaniałym widowiskiem. Jest fantastycznym czarnym charakterem: groteskowa, szalona, fascynująca. Od strony wizualnej film jest grą umowności i psychodelicznego odlotu. Twórcy serwują nam fantastyczną jatkę, z niewiarygodną wręcz liczbą "splatterów". Nie boją się też wkracza na terytorium kiczu i campu. I radzą sobie zdecydowanie lepiej od Zacka Snydera. Robią wszystko bowiem na luzie, dzięki czemu w ani jednym momencie rzecz nie jest ciężka, drętwa czy zwyczajnie pozerska (jak to było chociażby w "Sucker Punch").

Mimo że jest to film o zniszczeniu i śmierci, to "300: Początek imperium" naładowali mnie pozytywną energią. Tak właśnie powinno wyglądać kino rozrywkowe.

Ocena: 8

wtorek, 4 marca 2014

Mr. Peabody & Sherman (2014)

"Pan Peabody i Sherman" to familijne kino genderowe. Choć całkiem nieźle się maskujące. Bo przecież pies nie brzmi nawet w połowie tak groźnie jak ateistka, feministka czy gej. Niemniej jednak obrońcy moralności i konserwatywnych wartości rodzinnych nie powinni mieć raczej złudzeń co do wywrotowego przesłania filmu, w którym tradycyjnie uznane role zostały odwrócone, a prawo do bycia rodzica przysługuje wszystkim, nie tylko heteronormatywnej parze (a można jeszcze dorzucić kampanię nienawiści wobec małżeństwa – teksty o wypatroszeniu współmałżonka mogą nie tylko małej bohaterce wybić z głowy zamążpójście).


Szkoda, że ideologia to jedyna rzecz, która wyróżnia "Pana Peabody'ego i Shermana". Mimo usilnych starań twórców, film niestety nie robi zbyt dobrego wrażenia. Choć dlaczego tak się dzieje, trudno powiedzieć. Bo w końcu jest kolorowo, a przede wszystkim dynamicznie. Na ekranie króluje akcja i szalone przygody. A jednak wszystko to spływało po mnie jak woda po kaczce. Jedynie sekwencja staroegipska była w miarę zabawna, choć teksty o flakach i patroszeniu ludzi chyba nie jest przeznaczona dla najmłodszych widzów. Szwankuje też humor. Twórcy chcą być dowcipni, ale nie do końca im to wychodzi. Zabawnych tekstów jest może trzy, w porywach cztery. Na półtorej godziny to zdecydowanie za mało.

Za to pochwalić można twórców 3D. W "Panu Peabodym i Shermanie" powrócono do klasycznej formuły kina trójwymiarowego, czyli do bawienia widzów "wystającymi" z ekranu elementami. I to im wyszło całkiem dobrze.

Ocena: 5

poniedziałek, 3 marca 2014

The Monuments Men (2014)

Nie mam cierpliwości do tego rodzaju filmów. Już naprawdę wolę oglądać rzeczy źle zrobione i zagrane, bo przynajmniej przez swoje błędy nabierają charakteru. Tymczasem "Obrońcy skarbu" są filmem do bólu poprawnym, tak bezbarwnym, że wręcz niemożliwym do wytrzymania. Gdybym oglądał to w telewizji, po 15 minutach już bym przełączył na coś innego.


Clooney dotąd nie miał większych reżyserskich wpadek. Owszem, "Miłosne gierki" były nudne, ale nawet na nich nie zawiodłem się tak bardzo, jak tutaj. "Obrońcy skarbów" wyglądają jakby zostali nakręcenie przez kinowego dyletanta. Zdumiewa mnie to, co chwilami widziałem na ekranie. Wszystkie sceny z Hitlerem są pozbawione sensu. Po filmie porozrzucane są też sekwencje z Rosjanami, które niczemu nie służą (poza ostatnią). Sceny z Cate Blanchett są tak niechlujnie zrealizowane, że dla filmu i aktorki byłoby lepiej, gdyby i one straciły żywot w montażowni i nigdy nie ujrzały światła projektora.

"Obrońcy skarbów" przynudzają o tym, jak to kiedyś znalazła się grupa szlachetnych ludzi, których losy milionów ludzi nie przejmowały taką grozą, co losy kilkunastu tysięcy obrazów i rzeźb. A i tak Clooney musiał się cofnąć do czasów II Wojny Światowej, by znaleźć tak podniosłą historię. Coś mi się zdaje, że w Iraku i Afganistanie Amerykanie nie byli równie szlachetni.

Ocena: 2

niedziela, 2 marca 2014

Westerland (2012)

Produkty kultury masowej uwielbiają histeryzować. Dlatego też zło przybiera w nich postać psychopatycznego mordercy, szalonego geniusza, demonicznej obecności, której zwyczajny człowiek nie jest w stanie się przeciwstawić. Ale taka ikonografia sprawia, że jesteśmy zupełnie nieprzygotowani na zło innego rodzaju, na podstępne, niezauważalne, ale równie skutecznie wyniszczające wpływy egzystencjalnej pustki. I to właśnie o tym niebezpieczeństwie opowiada niemiecka produkcja "Na zachód od pustki".


Tragicznym bohaterem jest tu Cem. Młody chłopak ma plany i marzenia, rodzinę i przyjaciół. Pewnego dnia w jego życiu pojawia się Jesus. Jego imię, podobnie jak i powierzchowność, usypiają czujność. Wydaje się sympatycznym chłopakiem, nawet jeśli życiowo nie jest całkiem poukładany. Ale ten jego "luz", "wolny duch" są częścią uroku osobistego. Cem nie zdaje sobie sprawy, że jest to trucizna, że Jesus to emocjonalna czarna dziura. Dla Jesusa nie ma nadziei. Jest osobą żyjącą w puste, ba, on jest tą pustką: nie ma planów, aspiracji, marzeń, jego istnienie sprowadza się do chaotycznych ruchów pozorowanych, w których króluje entropia przybierająca kształt autodestrukcyjnych zachowań. Jest emocjonalnym pasożytem, który może istnieć tylko wysysając życie z innej osoby. I tak też czyni z Cemem. Pod wpływem Jezusa Cem zaczyna tracić kontakt ze światem i ludźmi, którzy byli dla niego bliscy. Gdzieś w zakamarkach głowy czuje niebezpieczeństwo, ale towarzystwo Jesusa jest jak narkotyk, który niszczy jego zdolność do racjonalnego myślenia. Cem, z czego nie do końca zdaje sobie sprawę, znalazł się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. A słodki, niewinny Jezus, po mistrzowsku rozgrywa wojnę psychologiczną.

"Na zachód od pustki" to opowieść o typowym toksycznym związku. Od innych tego typu historii różni ten film to, że bohaterowie są zdecydowanie młodsi i że nie ma tu wyrazistej jednej przyczyny owej "toksyczności". Zamiast tego mamy wiele drobiazgów, które łącznie prowadzą do trudnej sytuacji. To interesująca konstrukcja, ale zaprezentowana w niezbyt atrakcyjnej formie. Film jest zbyt surowy, a zarazem za mało minimalistyczny. Rzecz jest zbyt chłodna emocjonalnie, a narracja niezbyt udanie zrównoważona. Z tego też powodu reżyser dość łatwo tracił moją uwagę, choć przecież sam temat filmu mi się podobał. Twórcy mają u mnie jednak plus za to, że nie wybrali najbardziej oczywistego rozwiązania całej historii.

Ocena: 6

Sofia (2012)

Jeśli główny bohater "Operacji Sofia" jest "wzorowym agentem FBI", to przyszłość Stanów Zjednoczonych rysuje się w najczarniejszych barwach. Bardziej nieprofesjonalnego agenta bowiem trudno sobie wyobrazić. Ja rozumiem, że facet może nie rozróżniać prawdziwych piersi od sztucznych. Ale żeby nie zorientować się, że babka, z którą poszedł do łóżka, ma perukę??? To już trzeba być głąbem totalnym, całkowicie pozbawionym zmysłu obserwacji.


Sam film jest niewiele lepszych od jego bohatera. "Operacja Sofia" wygląda jak pilot odrzuconego serialu sensacyjnego. Ale, choć zły, oglądało mi się ten film nawet nieźle. Może dlatego, że groteskowa kreacja Timothy'ego Spalla cały czas mnie rozśmieszała. Podobnie jak sztywna gra Slatera. Jego Robert momentami bardziej przypominał androida niż człowieka z krwi i kości. No i te wszystkie przebieranki bohaterki, z których główny bohater nie zdaje sobie sprawy...

Ocena: 4