poniedziałek, 28 kwietnia 2014

The Amazing Spider-Man 2 (2014)

"Niesamowity Spider-Man 2" to najlepszy dowód na to, że robiąc wszystko tak, jak należy i tak nie zrobi się naprawdę należytej produkcji. W filmie Webba brakuje tego czegoś, co zamiast z filmu "starającego się być udanym", zrobiłby po prostu udany film. Nowa kinowa produkcja o Człowieku Pająku przypomina 40-latkę, która chce uchodzić za 18-latkę: ma doskonale dobrany strój, perfekcyjnie naturalny, nieinwazyjny makijaż, świetnie orientuje się co i jak mówić, co jest wśród młodzieży modne. A jednak, choć każdy z elementów sam w sobie jest bez zarzutu, to razem i tak nie czynią z 40-tki osiemnastolatki.


niedziela, 27 kwietnia 2014

Grown Ups 2 (2013)

Ten film jest niesamowity! Naprawdę. Tego po prostu nie da się opisać. Kto "Jeszcze większych dzieci" nie zobaczy, ten nie jest w stanie zrozumieć, jak zły może być film z największymi hollywoodzkimi gwiazdami. Przy tym komedie ze zdziadziałym Robertem DeNiro wydają się szczytem ludzkich możliwości. Reżyser powinien trafić do księgi rekordów. Szczęka mi opadła, kiedy spróbowałem policzyć, ile dowcipów spalił. Nie byłem w stanie. Łatwiej powiedzieć, ile dowcipów się udało – równe zero. Każdy skecz, który można było zepsuć, został zepsuty. A nawet tych kilka pewniaków, które zawsze się sprawdzają, tu także okazało się niewypałami. Co chwilę parskałem śmiechu, ale z zażenowania, że moje ulubione gwiazdy amerykańskiego kina robią z siebie aż takie ofiary losu.


A poważnie: "Jeszcze większe dzieci" nigdy, przenigdy nie powinny ujrzeć światła dziennego. Jakim cudem ktokolwiek uznał, że to coś może kogoś rozbawić? Ten film to horror dla każdego, kto ma choć minimalne poczucie humoru. Dawno już nie przeżyłem czegoś równie okropnego.

Ocena: 1

L'affaire Dumont (2012)

"L'affaire Dumont" to drugi film Podza (aka Daniela Grou), który mam okazję obejrzeć. I podobnie jak "7 dni" opowiada o przemocy seksualnej. W zasadzie można uznać, że oba tworzą jedną całość, ukazując w pełnej krasie brutalność, okrucieństwo i bezduszność świata, w jakim żyjemy. Ten film robi jednak jeszcze większe wrażenie od "7 dni", gdyż nie jest fikcją. Opowiedziana historia miała miejsce naprawdę, a znaczna część dialogów jest odegraniem tego, co zostało zapisane w aktach sprawy.


sobota, 26 kwietnia 2014

Invasor (2012)

SPOILERY

Każdy, kto zastanawia się nad tym, czy powinien zrobić dobry uczynek, postąpić szlachetnie, powinien obejrzeć "Najeźdźcę". Pozna w nim cenę, jaką płaci się za dobre intencje. Nie byłoby problemu, gdyby czyn okupiony był jedynie własnym poświęceniem. Wtedy możemy podjąć decyzję, bo jest to nasz los. Jednak zazwyczaj cenę płacą inni. Czy w imię ideałów możemy bez zgody zainteresowanych szafować cudzym życiem?


Sanitarium (2013)

Za każdym razem, kiedy oglądam tego rodzaju zbiór nowel filmowych, zastanawiam się, dlaczego ta rzecz powstała jako film. Przecież "Dom obłąkanych dusz" zrobione jest jak klasyczny serial telewizyjny w stylu "Opowieści z krypty" czy "Strefy mroku". Już sama konstrukcja jest identyczna: każda opowieść trwa pół godziny, w każdej mamy tego samego narratora, postać nadrzędną wobec opowiadanej historii. I każda historia jest na tyle dobra, że mogłaby funkcjonować jako samodzielny odcinek, bez wspierania się pozostałymi tytułami.


piątek, 25 kwietnia 2014

Camille Claudel 1915 (2013)

"Camille Claudel, 1915" to już któryś tam film Dumonta, jaki mam okazję obejrzeć i wciąż nie mogę do końca wskazać, dlaczego nie potrafię w pełni się nim zachwycać. Bo przecież w swoich dziełach porusza bardzo interesujące (przynajmniej mnie) tematy. Co więcej, robi to w sposób nietuzinkowy. A jednak za każdym razem mam wrażenie, jakby między mną a filmem Dumonta stała ściana ze szkła. Wszystko widzę, ale jednak coś nieokreślonego lecz kluczowego nie może się przedostać i przez to coś mi umyka.


Spies & Glistrup (2013)

W 2003 roku Christoffer Boe rozłożył mnie na łopatki tworząc film, który uważam za jedno z najwspanialszych dokonań światowej kinematografii – "Rekonstrukcję". Każdy kolejny obraz wywoływał u mnie nową falę zachwytów. Nigdy mnie nie zawiódł, choć jego późniejsze dzieła wydawały mi się jedynie wariantem "Rekonstrukcji". Niestety teraz postanowił nakręcić coś zupełnie innego i po raz pierwszy w życiu muszę efekt jego działań artystycznych skrytykować.


czwartek, 24 kwietnia 2014

The Other Woman (2014)

Na "Inną kobietę" wybierałem się z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony Cameron Diaz w obsadzie wyglądała bardzo zachęcająco. Ostatnio ma dobrą komediową passę i nawet w takich kaszanach jak (niekomediowy) "Adwokat" potrafiła zapunktować. Liczyłem na co najmniej powtórkę ze "Złej kobiety" (która miała sporo wad, ale jednak pozostawiła po sobie miłe wspomnienie). Z drugiej strony zwiastun zapowiadał powtórkę ze "Zmowy pierwszych żon", którą od katastrofy ratowała tylko obsada. I niestety to właśnie ta opcja okazała się prawdziwa.


środa, 23 kwietnia 2014

In Your Eyes (2014)

Tego mi było potrzeba: filmu o miłości, w którym naprawdę czułoby się uczucie. Ostatnio bowiem w filmach nie widziałem miłości, a inne relacje, które za miłość jedynie się podszywały. Zacząłem się nawet martwić, że za głęboko wkroczyłem w strefę cynizmu. Ale na szczęście obejrzałem "In Your Eyes" i odetchnąłem z ulgą.


wtorek, 22 kwietnia 2014

Being Flynn (2012)

Życie jest narracją, opowieścią, którą snujemy we własnych głowach. Czasem ta historia może stać się tak ważna, że nic poza nią się nie liczy. I w gruncie rzeczy nie ma w tym nic dziwnego, czy zaskakującego, w końcu jeśli życie jest narracją, to "być" znaczy "opowiadać". Ale jest różnica między opowieścią urzeczywistnioną, a tą będącą pobożnym życzeniem. Różnica, którą niestety widać z boku, ale której autor nie jest w stanie dostrzec. No, może czasem, w odpryskach cudzych opowieści.


"Być jak Flynn" to opowieść o uzależnieniu. I nie chodzi tu o alkohol czy narkotyki, choć o tym, również reżyser wspomina. Nie. "Być jak Flynn" to przede wszystkim opowieść o uzależnieniu od słów, które są niczym opiumowa ekstaza: słodka, odurzająca, otulająca, obezwładniająca. Jest coś wspaniałego, zachwycającego znaleźć się w opowieści, nawet jeśli jest to historia ezoteryczna, niedostępna dla nikogo poza opowiadającym (a może właśnie wtedy?). Ale to piękno ma w sobie olbrzymią moc destrukcyjną. Oślepia bowiem na życie "poza", sprawia, że porzucany jest świat zewnętrzny, że ludzie są ignorowani, zwracają wzrok ku wewnątrz człowiek ślepnie, a ślepota ta jest dla otoczenia nie do zniesienia.

Film Weitza nie jest niczym nadzwyczajnym. Ale w sumie obejrzałem go z przyjemnością. Stało się tak głównie za sprawą Roberta De Niro. Ostatnio grywa on przede wszystkim w szmirach, które powinny budzić w nim wstyd. Tu pokazał zaś, że wciąż potrafi wykrzesać z siebie iskrę talentu.

Ocena: 6

Nosotros los Nobles (2013)

Jeśli jest jakiś film, który zasługuje na hollywoodzki remake, to jest nim właśnie "My, dobrze urodzeni". To powinna być genialna komedia, pełna niewybrednych gagów z rozwydrzonych dzieciaków, które miały wszystko, a teraz muszą zakasać rękawy i wziąć się do roboty. Kontakt ze światem biedaków jest jak kopalnia diamentów: bogactwo na wyciągnięcie ręki.


Meksykańscy twórcy filmu z tego bogactwa jednak nie skorzystali. "My, dobrze urodzeni" mają temperaturę pokojową. Zabawnych momentów można zliczyć na palcach obu rąk. Twórcy mają bowiem inne ambicje. Pod kołderką komedii skrywają bardziej poważną historię o dzieciach i ojcu, którzy naznaczeni rodzinną tragedią wybrali powierzchowność i wybiórczą ślepotę, by sobie z bólem poradzić. Zamiast ścierać przeciwieństwa klasowe, reżyser tworzy raczej dramat rodzinny, tyle że podszyty humorem. I jako taki jest to film ciekawy, ale ja jednak życzyłbym sobie pełnokrwistej komedii. I dlatego remake w Hollywood byłby jak najbardziej wskazany.

Ocena: 6

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Emperor (2012)

Matthew Fox nie jest dobry aktorem. Jest rębajłą, który bez finezji przebija się przez wymagania narzucane mu przez rolę. W większości przypadków taka gra aktora dyskwalifikowałby go w moich oczach. Jednak w "Cesarzu" było właśnie tym, co film ratowało. Tylko ktoś tak pozbawiony wyrazu był w stanie w przekonujący sposób odnaleźć się w postaci Amerykanina próbującego zrozumieć "finezję" kultury japońskiej. Finezję umieściłem w cudzysłowie nie bez przyczyny. Kompletnie bowiem nie rozumiałem owego kulturowego starcia. Owszem, kodeks postępowania Japończyków był różny od tego, jakim kierują się Amerykanie. Jednak tę różnicę można określi jako "nie rozumiem, dlaczego ktoś wybrałby takie zasady postępowania", a nie jako "nie rozumiem tych zasad". Najlepiej widać to w scenie, w której bohater pyta się o kulisy spotkania cesarza z rządem i wojskowymi podczas którego doszło do bezprecedensowego wydarzenia – cesarz przemówił i wyrecytował wiersz. Bohater zachowuje się tak, jakby był kompletnym idiotą, bo tylko kretyn mógł nie zrozumieć, co też próbował mu rozmówca przekazać.


I tak jest niestety z całym filmem. "Cesarz" to rzeźnia i to z rodzaju tych hurtowych, gdzie wszystko przygotowywane jest maszynowo, bez przyglądania się szczegółom. Fox jako naturalne drewno w takich warunkach sprawdzał się idealnie, ale już Tommy Lee Jones wyglądał tak, jakby został zmuszony do występu, jakby cały czas ktoś zza kamery celował w niego naładowanym pistoletem i groził odstrzeleniem łba, jeśli przestanie deklamować swoje kwestie. I Jones deklamuje je, ale oglądanie tego jest bolesnym doświadczeniem.

O dziwo japońska część obsady radziła sobie przed kamerą lepiej. I to oni pomogli uratować "Cesarza" przed całkowitą klęską. Ciekawe, że o tym mniej więcej jest też sam film.

Ocena: 5

The Reluctant Fundamentalist (2012)

Ameryka. Kraj możliwości. I to jakich! Jednego dnia można być na szczycie, decydować o przyszłości setek nisko opłacanych pracowników. Następnego dnia samemu można poznać bezduszne okrucieństwo systemu, którego nie obchodzi jednostka, jak długo cała maszyna się kręci.


Changez przybył do Ameryki z Pakistanu. Był inteligentny i nastawiony na cel. Bez mrugnięcia okiem niszczył życia innym ludziom, kiedy dokonywał analiz wartości rynkowej firm. Ale po 11 września nagle sam stał się jednym z tych, na których analizy przydatności są dokonywane. I nie było mu już tak różowo. Changez poznał cenę bycia w systemie... pełną cenę, łącznie z tym, co życie wydrukowało drobnym maczkiem. "Uznany za fundamentalistę" pokazuje, że skrajne zachowania są częścią systemu i pozostają nieakceptowane dla jednostki tylko i wyłącznie, kiedy ta znajduje się na biernym biegunie. Ci, którzy są po przeciwnej stronie nie mają powodów do narzekania.

Najnowszy film Miry Nair niestety potwierdza, że reżysera wciąż pozostaje twórczo zagubiona. "Uznany za fundamentalistę" ma znakomity pomysł fabularny, który został rozmieniony na drobne. Błędem jest już sama struktura narracji podzielona na chwilę obecną i wątek z porwaniem i opowiadanie Changeza o przeszłości. Oba tematy mogły spokojnie zostać rozdzielone na różne filmy. Połączone straciły całą siłę wyrazu. Najbardziej odbiło się to na postaci głównego bohatera. Jego podróż wewnętrzna i przemiana są ukazane w filmie w sposób mało przekonywujący. Paradoksy jego egzystencji zostały spłycone, a pozorny konflikt Changeza z Bobbym to już jest nic więcej, jak zwykłe mydlenie widzom oczu.


Szkoda mi Nair. Od czasu "Histerycznej ślepoty" nie nakręciła nic tak naprawdę wartego uwagi.

Ocena: 6

sobota, 19 kwietnia 2014

Paul (2011)

Długo zbierałem się do obejrzenia tego filmu. W sumie nie wiem dlaczego. Ale liczy się to, że w końcu go zobaczyłem.


"Paul" to zabawna komedia łącząca w sobie kilka różnych konwencji. Po pierwsze jest to komedia nerdowska, czasem bawiąca się kliszami rodem z popkultury sf&f, czasem śmiejąca się z fanów fantastyki (ale nie złośliwie, lecz z sympatią). To również opowieść o kontakcie cywilizacji i to nie tylko człowieka z kosmitą, ale też Anglika z Amerykaninem (scena w sklepie, gdy spotykają lokalnego policjanta), fana fantastyki z "normalnym" człowiekiem (Bateman i Lo Truglio), rednecka z miastowym, człowieka wiary z człowiekiem nauki, mężczyzny z kobietą. Oczywiście jest to również staromodne kino drogi, pełne barwnych postaci, które pojawiają się na chwilę, by pchnąć bohaterów dalej w stronę ich przeznaczenia.

O dziwo "Paul" nie jest aż tak szaloną komedią, jak myślałem, że będzie. Biorąc pod uwagę liczbę komediowych osobistości w obsadzie, muszę przyznać, że czuję pewien niedosyt. Ale kilka scen jest naprawdę świetnych, a finał oczywiście jak najbardziej przypadł mi do gustu.

Ocena: 7

piątek, 18 kwietnia 2014

As I Lay Dying (2013)

Nie czytałem książki, więc nie mam możliwości odnieść się do tego, na ile udało się Franco unieść ciężar oryginału. Pozostaje mi więc jedynie ocena samego dzieła filmowego. A to niestety mocno mnie rozczarowało.


Nie lubię kina, jakie Franco tu prezentuje. "Kiedy umieram" jest bowiem dziełem rozkraczonym. Z jednej strony Franco usilnie stara się opowiedzieć jakąś historię, z drugiej strony co chwilę bawi się w formalne eksperyment. Przez to całość się w ogóle nie klei. Fabuła wygląda kretyńsko, a nad wszystkim unosi się pytanie bez odpowiedzi: Po co to wszystko? Czemu mają służyć eksperyment? Co chce przekazać nam Franco? Dlaczego proza Faulknera go zainteresowała? Oglądając wypociny Franco trudno jest to zrozumieć. Franco nie dokonuje żadnej interpretacji, analizy. Jest jak dzieciak, który dorwał się do kamery i programu do montażu i po prostu plecie trzy po trzy, skleja coś bez składu i ładu bardziej zainteresowany samym procesem, niż tym, czy coś mu z tego wyjdzie.

Najgorszy jest jednak Franco-aktor. Lubię go w komediach takich jak "To już jest koniec". Tam jego niewielki talent wcale nie jest zawadą. Tu jest inaczej. Te wszystkie spojrzenia rzucane spode łba są żenującym popisem niekompetencji. A gdyby bohaterowie nie powiedzieli, że grana przez Franco postać zwariowała, to nigdy w życiu bym się tego nie domyślił.

"Kiedy umieram" to niestety strata czasu.

Ocena: 3

Twenty Feet from Stardom (2013)

Na pierwszy rzut oka "O krok od sławy" wydaje się być bardzo prostym dokumentem, zrealizowanym według najbardziej rozpowszechnionego wzorca tego gatunku. Trochę wywiadów, trochę wspominania jak to drzewiej bywało, trochę materiałów archiwalnych. Ot, nic nadzwyczajnego. Kiedy jednak przyjrzeć się uważniej, okaże się, że twórcy zbudowali wieloaspektowy obraz zjawiska jakim jest muzyka rozrywkowa.


Po pierwsze jest to pieśń pochwalna dla tych, którzy pełnią rolę służebną. Twórcy pokazują, że na sukces tych stojących w świetle reflektorów pracuje wiele anonimowych osoby. Ich rola i waga w końcu zostają zauważone. Jest to również pochwała posługi jako drogi życia. W świecie, gdzie liczy się sukces, własna ambicja, twórcy dokonują afirmacji tych, którzy odnajdują się w roli bezimiennych.

A na tym nie koniec. Dokumentaliści pokazują, że ta łatwa kategoryzacja jest mocno niesprawiedliwa. Obok bowiem tych, którzy rzeczywiście akceptują rolę wsparcia karier innych, są i ci, którzy marzą o wybiciu się z anonimowej masy, o przeistoczeniu się w bożyszcze tłumów oraz ci, którzy tego nie chcą, a którzy zostają (przynajmniej na chwilę) postawienie przed całym światem do podziwiania. I tak "O krok od sławy", na przykładzie tych, którym się udało i nie udało, wyjaśnia, czym jest sława, jakie drogi do niej prowadzą, jaką cenę trzeba zapłacić i jakim trzeba być człowiekiem, by ją osiągnąć. Paradoksalnie okazuje się, że talent ma tu najmniejsze znaczenie.

Wreszcie, a dla mnie przede wszystkim, "O krok od sławy" jest krótka historią ostatniego półwiecza muzyki rozrywkowej. Jest to historia niby znana, ale tu ukazana z innej perspektywy, niejako od tyłu, co sprawia, że całość jest świeża, nieoczekiwana, fascynująca.

Ocena: 7

wtorek, 15 kwietnia 2014

Federico García Lorca Noir Despair (2013)

Dawno nie miałem okazji zobaczyć filmu prawdziwie undergroundowego (jeśli nie liczyć jakiś krótkich modowych wideo-instalacji), więc skusiłem się na "dzieło" Malgi Kubiak. To, co zobaczyłem, doskonale odzwierciedla tytuł filmu – była to rzeczywiście czarna rozpacz.


"Federico García Lorca Czarna Rozpacz" wcale nie wydał mi się filmem awangardowym, undergroundowym czy czymś w ten deseń. Miałem raczej wrażenie, że oglądam grupę przyjaciół, którzy bawią się w niezależną twórczość. I jako taka powinna pozostać wyłącznie w gronie tychże przyjaciół. Większość scen wygląda na tak bardzo improwizowanych, że równie dobrze możemy je określi tym, czym w rzeczywistości są: krygowaniem się, przybieraniem póz, udawaniem, ale nie grą aktorską. Jest też przedziwną mieszanką nieczytelności i łopatologii.

Brak czytelności związany jest z koniecznością dość dobrego poznania biografii poety. Bez tego rewizjonistyczny charakter interpretacji niektórych z epizodów z życia Lorci po prostu nie zostanie uchwycony. Z drugiej strony próba mieszania w głowie widza dziwnymi zbitkami obrazów i dźwięków prawie w całości okazała się nieudana. Obraz pozostał zbyt statyczny, zbyt linearny, co paradoksalnie, przez wprowadzenie przebitek, powtórzeń, mieszania scen, zostało tylko wyraźniej zaakcentowane. Reżyserka nie potrafiła porzucić schematu narracyjnego. Co w ostateczności niestety pogrążyło projekt.

Ocena: 2

The Railway Man (2013)

"Droga do zapomnienia" to przykład na to, że niesamowita historia wcale nie musi przekładać się na równie niesamowity film. Obraz Jonathana Teplitzkyego epatuje dobrym aktorstwem i poprawną realizacją. Jest jednak miałki. Poza próbą całościowego opowiedzenia o wydarzeniach, jakie były udziałem głównego bohatera, film nie ma widzom nic do zaoferowania. Sceny emocjonalnego rozstroju czy też okrucieństwa wydają się wymuszone, jakby reżyser po prostu odhaczał kolejne elementy z listy do zrobienia.


Podstawowym problemem filmu jest samo jego założenie, by dwie płaszczyzny czasowe (II wojna światowa i początek lat 80.) traktować po równo. W ten sposób ani kaźń budowy kolei birmańskiej, ani trauma męcząca bohatera wiele lat później, ani konflikt zemsta-wybaczenie nie są tu odpowiednio silnie wygrane. Wszystko jest zaliczone, pobieżnie, bez wchodzenia w szczegóły, a przede wszystkim bez zrobienia odpowiednio dużego wrażenia emocjonalnego. Reżyser powinien był wybrać jedną płaszczyznę czasową i jej się trzymać, a resztę albo odrzucić albo uczynić ledwie echem, które wzmacniałoby efekt krwawiącej duszy.

Problemem filmu jest też jego gwiazdorska obsada. Zarówno Firth jak i Kidman grają na typowym dla siebie poziomie. I to jest właśnie kłopot. Są świetni, ale przewidywalni. Niczym nie zaskakują. Takich kreacji mają na pęczki i po prostu, kiedy oglądam po raz kolejny to samo, to nie mam siły się już tym zachwycać. Zamiast podziwu czułem jedynie nudę.

Ocena: 5

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Because of the Hat (2012)

Szczerze mówiąc nie mam nic do powiedzenia na temat tego filmu. Nie wiem, czego się spodziewałem. Chyba niczego. I w sumie to dobrze, bowiem niezależnie od tego jak mikre byłyby moje oczekiwania, "Because of the Hat" i tak by im nie sprostało.


Filmik chce być formą eksperymentalnej ekspresji. Jednak w scenografii rodem z IKEI taki projekt nie miał racji bytu. Dziwaczna konfrontacja, której jesteśmy świadkami wygląda groteskowo. Możliwe, że zabieg ten jest celowy. Skontrastowanie dekoracji z kostiumami, jako ilustracja rozdźwięku pomiędzy pragnieniami a rzeczywistością, miała w sobie potencjał. Niestety bohaterowie niszczą wrażenie otwierając usta i gadając totalne bzdety.

Ocena: 2

niedziela, 13 kwietnia 2014

Kreuzweg (2014)

Kino intelektualne najwyższej próby. Podczas seansu myśli cały czas przelatywały mi przez głowę, nie mogłem nawet na chwilę przestać analizować, rozważać, dywagować. Wszystko przez to, co widziałem na ekranie. Każda scena to pokarm dla myśli.


"Droga krzyżowa" to ewenement. Podejmuje jeden z najtrudniejszych tematów – duchowości i religijności. Jednak reżyser jeszcze utrudnił sobie zadanie, ponieważ postanowił nie dać się zwieść żadnej ze stron dyskusji, pokazując racje obu stron, sprawiedliwie i z równym oddaniem. "Racje" to słowo idealnie tu pasujące, ponieważ przyjmując jedną lub przeciwną perspektywę jest absolutnie przekonujący i to co mówi jest (z tego punktu widzenia) całkowicie prawdziwe. Dlatego też "Droga krzyżowa" jest zarazem jednym z najlepszych antyreligijnych filmów jak i proreligijnych, jakie powstały w ostatnich czasach. Co więcej, do obrony jednej bądź przeciwnej strony wykorzystywane są dokładnie te same sceny.

I tak, religia jest tu ukazana jako proces indukowania zaburzeń psychicznych. Poprzez pielęgnowanie strachu i nierealnych oczekiwań wierni wprowadzani są w stan, w którym racjonalność staje się całkowicie irracjonalna, co prowadzi do destrukcji siebie lub też otoczenia. Ale te same sceny pokazują też, że mówienie o chorobie psychicznej jest de facto atakiem na religię, kiedy jej przekaz jest niewygodny dla potencjalnych wiernych. Większość chce wierzyć w Boga, ale zarazem chce robić to, co uważa za słuszne, a nie to, co jest słuszne. Oznacza to ni mniej ni więcej, jak tylko potężne dążenie do tego, by dogmaty wiary dostosowywały się do obyczajów, a nie obyczaje do wiary. Tymczasem, jeśli traktujemy religię naprawdę poważnie, to musimy uznawać, że są pewne zasady, które w danej religii są niezmienne i które nie podlegają negocjacji, nawet jeśli opinia publiczna naśmiewa się z nich i uznaje za zabobony. Oto paradoks ludzkiej natury: pragnienie uniwersalności pewnych zasad, pod warunkiem, że zasady te będą ulegać zmianom cywilizacyjny,

Z jednej strony religia chrześcijańska pokazana jest jako kult zakompleksionych ludzi, mających fiksację na punkcie cierpienia i męczeństwa. Z drugiej jednak strony dziś ludzie prawdziwie wierzący mają prawo czuć się prześladowanymi. W racjonalnym świecie cywilizacji zachodu nie ma miejsca dla cudów i Boga rozumianego w tradycyjny sposób. Ci, którzy mimo wszystko próbują żyć zgodnie ze swoją wiarą, stają się obiektami szykan, a jeszcze częściej mimowolnych, nieumyślnych ataków na swoją wiarę (najlepiej pokazuje to scena lekcji WF).

Z jednej strony ostrzeżenia o diabelskiej muzyce i wyzywających reklamach brzmią śmiesznie. Ale z drugiej strony te argumenty są w stu procentach prawdziwe (po cóż innego istnieje muzyka rozrywkowa, jak właśnie nie po to, by rozruszać towarzystwo, zagłuszyć wstyd, obniżyć poziom zahamowań? erotyzująca reklama sama w sobie nie jest niczym złym, ale będąc masowo nimi bombardowani wyrabiamy w sobie przyzwolenie na zachowania, która już niekoniecznie są dobre – przynajmniej z punktu widzenia danej wiary). Z jednej strony to, co mówi ksiądz jest rozsądne, logiczne i prawdziwe. Z drugiej jednak strony te słowa mają głębszy sens, którego zwyczajny człowiek (a już z całą pewnością nie 14-letnia dziewczyna) nie jest w stanie pojąć. Traktowane dosłownie prowadzą do wypaczeń. Marie bacząc, by unikać grzechów, jednocześnie popełnia znacznie poważniejsze wykroczenia przeciwko Bogu i zupełnie nie zdaje sobie z tego sprawy.

I tak, można byłoby każdą sceną, każdą myśl rozdzierać na kawałki i prześwietlać z różnych stron. A przecież na tym się nie kończy "Droga krzyżowa". Podskórnie jest to przecież także dramat jednostki i rodziny nie mający wiele wspólnego z wiarą bohaterów (a przynajmniej nie wprost). Kluczowa dla zrozumienia tego aspektu jest postać ojca i jego zagadkowa bierność. Relacje córka-matka, córka-ojciec, mąż-żona mają tu bardzo specyficzny charakter, to droga, na której aż roi się od niewybuchów. Nic więc dziwnego, że Marie czy jej brat stają się ofiarami spaceru po tej drodze. Wiara wydaje się dostarczać Marie doskonałego narzędzia, ale czy niekoniecznie musi być przyczyną.

Ocena: 9

Passion (2012)

Nie chcę wyjść na gerontofoba, ale "Namiętność" tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że emeryci nie powinni kręci thrillerów erotycznych. Brian De Palma jest żywym dowodem na to, że perwersyjni staruszkowie to mit. Gdyby nie tytuł nigdy bym się nie zorientował, że ma to być opowieść o namiętności.


De Palma buduje swoją opowieść na oczywistości i przeintelektualizowanych metaforach. Na dodatek nie zna umiaru i wszystko jest tu przedawkowane. "Namiętność" jest tak sztuczna, że chwilami miałem wrażenie, że reżyser z premedytacją ucieka się do nadmiernemu inscenizowaniu. Ale jeśli nawet tak jest, to kryjąca się za taką strategią myśl, jest tak głęboko schowana, że nie udało mi się jej pochwycić. Pozostały więc puste gesty, banalne konfrontacje i zwroty akcji rodem z brazylijskiej telenoweli. Nie ma tu żadnych uczuć, żadnych obsesji, nie czuje się żadnego zagrożenia, psychozy, nic.

Za jedyny plus filmu mogę uznać pokazanie, że Paul Anderson sprawdza się w rolach erotycznych lowelasów. Ale na drugim biegunie De Palma obrzydził mi Rachel McAdams – rzecz, która wydawała mi się niemożliwa.

Ocena: 4

Violette (2013)

W jednej z ostatnich scen "Violette" Simone de Beauvoir udziela wywiadu, w którym wychwala odwagę i twórczy geniusz Violetty Leduc. W pewnym momencie rzuca nawet słowa, że życie Violetty to najlepszy przykład na zbawczą moc literatury. Mówi to z całkowitym przekonaniem i wiarą we własne słowa. Jednak zastanawiam się, czy tytułowa bohaterka filmu Martina Provosta by się z nią zgodziła. Czy na pewno talent i sława są warte ceny, jaką Violette musiała zapłacić? Czy nie zamieniłaby tego bez wahania na to, czego najbardziej pragnęło jej serce?


Violette Leduc to ikona francuskiego feminizmu, pisarka, która rozniosła swoją sztuką w pył mury męskiego bastionu trwającego przez setki lat w świecie literatury i w ogóle w świecie myśli. Ale w filmie Provosta jest ona pokazana jako artystka z przypadku. Owszem, ma talent, a słowo pisane staje się jej podstawowym sposobem wyrażania siebie. Ale jest też kobietą prostą, pozbawioną artystycznego wyrafinowania i ambicji stania się bojowniczką o sprawę. Tym zostanie wyłącznie dlatego, że tak pokieruje nią Simone de Beauvoir. Violette, żyjąca z piętnem bycia dzieckiem niechcianym, bękartem, pragnie w życiu tylko jednego – miłości i akceptacji. Lecz właśnie to jedno zostanie jej odmówione. Jej słowa i dzieła długo również były odrzucane, ale w końcu zaistniała, została zauważona. Ale trudno tego nie uznać za pyrrusowe zwycięstwo. Bo na końcu filmu Violette jest równie samotna jak na jego początku.

Muszę przyznać się do tego, że mam spory problem z "Violette". Obraz wydaje się kontynuacją szerszego projektu Provosta polegającego na przybliżeniu publice postaci nietypowych artystek. Tak był w przypadku fantastycznej "Serafiny", tak jest i teraz. Ale tym razem jego film nie zrobił na mnie aż tak pozytywnego wrażenia.

"Violette" wydało mi się obrazem powierzchownym. Ale nie potrafię rozgryźć, czy ta powierzchowność była zamierzona. Mimo że dokładnie poznajemy losy bohaterki, odkrywamy powody jej takiego, a nie innego działania, Leduc do końca pozostaje enigmą. Wyrzucanie wszystkich faktów, stawianie jednoznaczny diagnoz niczego w gruncie rzeczy nie wyjaśnia, wydaje się wyłącznie pustym gestem. Czy Provost specjalnie wykłada kawę na ławę, by w oczywistości kwestionować proste odpowiedzi, by zostawiać widzów z pytaniami (na przykład o to, na ile de Beauvoir motywowana była do pomocy Leduc przez poczucie winy, że pchała ją ku absolutnej szczerości, podczas gdy sama szła na kompromisy i zdobywała nagrody)? Czy może "Violette" jest nieudaną, schematyczną filmową biografią?

Chwilami obraz ciężko się ogląda. Wydaje się, jakby narracja pozbawiona została interpunkcji, przez co staje się nieczytelna. Najwyraźniej widać to w połowie filmu, kiedy nagle pojawiają się sceny urzeczywistniające wspomnienia pisarki. Jest to ostre zerwanie z przyjętą konwencją. Ani wcześniej ani później nie będzie podobnych scen. Podane w tej formie nie są czytelne. Czy są to pierwsze objawy choroby, która już wkrótce zwali ją z nóg?

Z tych wszystkich powodów trudno jest mi oceniać "Violette". Z kina wyszedłem z mieszanymi uczuciami.

Ocena: 6

Líbánky (2013)

Ślub. Moment, w którym dwoje ludzi łączy swoje losy w jedno. Czy zastanawialiście się kiedyś, jak olbrzymiej trzeba odwagi, by oddać swoje życie obcej osobie? Jak przerażająco niezachwiana musi być wiara, że zna się swojego ukochanego, że nawet jeśli są rzeczy z przeszłości, o których nie mamy pojęcia, to nie są to rzeczy istotne, bo wiemy - z niezachwianą pewnością - co jest w jego sercu, w duszy, jakim jest człowiekiem. Prędzej czy później jednak ta wiara zostanie przetestowana. Prawda wyjdzie na jaw i co wtedy?


Dla Terezy i Radima test przyszedł szybciej niż dla większości par, bo jeszcze podczas wesela. Przypadkowe spotkanie, tajemniczy nieznajomy, który wcale nieznajomym nie jest. Czy państwo młodzi sobie tego życzą czy też nie, jest zdeterminowany, by przypomnieć dawno pogrzebaną przeszłość.

"Po ślubie" to trochę łagodniejsza wersja "Festen". Jan Hřebejk pokazuje, że można zmyć z rąk nie do końca przysłowiową krew, że można zakopać dawne winy pod maską dorosłości i dojrzałości, ale dusza nie zapomina. Jest to również film próbujący odpowiedzieć na pytanie o to, czy człowiek naprawdę się może zmienić, czy może jedynie z poczucia winy lub strachu wmawia światu, a przede wszystkim samemu sobie, że nie jest już tym samym niedojrzałym zwyrodnialcem. Ale deklaracje to jedno, a czyny to zupełnie co innego. Hřebejk ukazuje też niezwykłą łatwość, z jaką ludziom (w szczególności dzieciom) przychodzi popełniać czyny brutalne (czy też na granicy owej brutalności). Przy całym tym wywyższaniu się, osłanianiu pierzyną cywilizacji, natura ludzka pozostaje dzikim zezwierzęceniem: jesteś albo drapieżcą albo ofiarą.

Film Hřebejka to prosta opowieść o ludzkich dramatach. Ale za słonecznymi plenerami i mało skomplikowaną narracją kryje się wstrząsająco ponury obraz ludzkiej istoty. Gorzki jest ślub czeskiego twórcy. Ale osładzają go świetne kreacje Geislerovej i Černýego. Moją zaś uwagę przykuł w szczególności Stanislav Majer, którego chyba po raz pierwszy widziałem na dużym ekranie. Mam nadzieję, że nie po raz ostatni.

Ocena: 7

sobota, 12 kwietnia 2014

In Bloom (2013)

"I żyli długo i szczęśliwie" – te słowa są największym przekleństwem rzuconym na człowieka kiedykolwiek w historii. Spointowanie całego życia tymi kilkoma słowami, podczas gdy wcześniej tyle uwagi poświęcało się na okres zakochiwania i walczenia o miłość, ujawnia całe okrucieństwo ludzkiej egzystencji. Z jednej strony wszyscy chcemy dotrwać do tych kilku słów, a z drugiej strony od urodzenia karmieni jesteśmy tym, że istotne jest zakochiwanie się, zdobywanie uwagi ukochanej osoby, a nie trwanie przy jej boku.


I to jest właśnie tematem "Pierwszego wschodu słońca". To opowieść o tym, że życie "długie i szczęśliwe" nie wystarcza, że człowiek pragnie nie stabilności, ale chaosu i ekscytacji wynikającej z nowego związku. Odkrywanie nieznanego, karmienie się możliwościami pozwala poczuć życie pełną piersią. Kurt, bohater filmu, doskonale wie, jakim jest szczęściarzem, że ma Paula u swego boku. Wie, że niszczy coś idealnego. Bije się z myślami, płacze, rozdziera szaty, ale koniec końców poddaje się ludzkiej naturze, pierwotnemu instynktowi łowcy. Oto paradoks miłości: najgorsze, co może się zdarzyć to zostać otoczonym uczuciem. W tym momencie zaczyna się śmierć związku. Długo proces konania jest niezauważany. Żartobliwe kłótnie dotykają tego, co uwiera w drugiej osobie, ale nie jest świadomie jako takie odbierane. Ani Paul ani Kurt nie zastanawiają się, dlaczego w restauracji spierają się o to, a nie o coś innego, dlaczego na plaży naciskają na siebie niby nic sobie nie mając do zarzucenia. Objawy uzewnętrznią się dopiero, kiedy pojawi się nowy obiekt, za którym można zacząć się uganiać. Ale nawet wtedy przyznanie się do prawdy (nie przed partnerem, lecz przed samym sobą) jest rzeczą trudną do wykonania.

"Pierwszy wschód słońca" to ciekawy temat, ale mało ciekawa realizacja. Reżyser pomylił prostotę narracyjną z łopatologią. Opowiada historię w sposób toporny i niezdarny. Przypomina to próbę wykrojenia skomplikowanego wzoru z delikatnego jedwabiu przy pomocy wielkich nożyc do cięcia metalu. Dodatkowo reżyser mocno przesadził z metaforami. Rozpoczęcie filmu w dniu, kiedy miał się skończyć świat według Majów, było słabym pomysłem. Jednak całość pogrąża zupełnie niepotrzebne tło w postaci grasującego seryjnego mordercy. Reżyser mógł sobie ten wątek odpuścić. Jedynym elementem, na który warto zwrócić uwagę jest Kyle Wigent. Ma chłop potencjał... nie, nie na bycie wielką gwiazdą, ale na zostanie solidnym aktorem.

Oglądając film próbowałem zrozumieć tryb myślenia polskich dystrybutorów, którzy uznali, że akurat "Pierwszy wschód słońca" nadaje się do kin, a dzieła Marco Bergera, który o wiele ciekawiej opowiada o uczuciach, są pomijane.

Ocena: 5

piątek, 11 kwietnia 2014

13 Sins (2014)

SPOILERY

Film zmarnowanej szansy. Nie rozumiem, po co został w ogóle zrealizowany. Pomysł oczywiście (jak to często bywa) jest bardzo fajny. Jednak w filmie mógłby się sprawdzić tylko w jednym wydaniu: krwawym i obrzydliwym. "13 grzechów" powinno konkurować z "Piłą". Ale film Daniela Stamma nawet się do poziomu tamtej serii nie zbliża. Zadania, jakie stawiane są przed głównym bohaterem, są po prosu żenujące (no może poza dwoma - ręką i głowami motocyklistów - które i tak zostały spalone, bo twórcy szybko oba zadania doprowadzają do końca).


W tej łagodnej formie "13 grzechów" mogło się sprawdzić w telewizji, jako serial. Każdy odcinek pierwszego sezonu poświęcony mógłby być jednemu zadaniu. W drugim sezonie zaczęłyby się komplikacje związane z istnieniem drugiego gracza. W trzecim sezonie można byłoby się w końcu dobrać do organizacji. W filmie wszystko to jest tak bardzo skondensowane, że robi wrażenie ledwie naszkicowanych pomysłów, dodatkowo wziętych z różnych porządków. Bo z jednej strony mamy aluzje, że ważne wydarzenia historyczne (jak zabójstwo JFK-a) są po prostu elementami gry, a z drugiej strony okazuje się, że rodzina głównego bohatera "cieszy się" szczególnymi względami organizacji stojącej za grą. Dlaczego? Na to twórcy nawet nie spróbują odpowiedzieć.

"13 grzechów" to rzecz nudna, zrobiona bez polotu i zrozumienia tego, czego oczekują fani gatunku (do których się zaliczam). A już dorzucenie wątku rodzinnej tragedii rodem z antycznego mitu, sprawia, że rzecz staje się zupełnie niezamierzenie parodią.

Ocena: 2

czwartek, 10 kwietnia 2014

Michael Kohlhaas (2013)

W przypadku "Michaela Kohlhaasa" sprawdza się powiedzenie "miłe złego początki". Pierwsza część filmu des Pallièresa wydała mi się fantastyczna. Zobaczyłem tu sprawiedliwość nagą, bezwzględną, domagającą się krwi. Skonfrontowana zostaje z literą prawa, która narzuca porządek, ale też sprawia, że rzeczy mogą być zmanipulowane. Sprawiedliwość jest pasją, stanem całkowitego istnienia, zaślepiająca, niszczycielska, a zarazem uwodzicielska. W "Michaelu Kohlhaasie" jej moc widać wyraźniej, ponieważ reżyser postawił na bardzo surowy styl: zero współczesnej muzyki, brak ostrego montażu. Największe wrażenie robi to w scenie śmierci żony bohatera i późniejszego ataku na posiadłość barona.


Niestety w dalszej części filmu myśl przewodnia gdzieś się rozmywa. Rozbieżność sprawiedliwość-prawo zostaje uznana za iluzoryczną. Sama sprawiedliwość zostaje utożsamiona z konsekwencjami czynów. Początek końca filmu wyznacza scena spotkania Kohlhaasa z pastorem. Ten drugi ma długi monolog, w którym poucza bohatera, dlaczego błądzi. I choć jego argumenty są rozsądne, to nie mają one wagi absolutnej, mogły zostać zbite przez Kohlhaasa, a jednak ten tego nie robi. Przypomniała mi się w tym momencie scena podobnej rozmowy w "Głodzie" i rozwiązanie des Pallièresa wydało mi się błędne. Później jest niestety jeszcze gorzej. Fabuła toczy się rozwlekle. Kilka ciekawych momentów (jak cała gra polityczna księżnej) nie zostaje wygranych. Nawet gorzki finał nie ma głębszego wydźwięku.

Z całego filmu pozostają w pamięci jedynie zdjęcia, muzyka i niezły (co oczywiste) Mads Mikkelsen.

Ocena: 5

Quase Samba (2013)

"Quase Samba" to kino przeznaczone chyba przede wszystkim dla fanów samby. Opowiedziana w niej historia wydaje się jedynie tłem, formą ucieleśnienia ducha muzyki, która zresztą dominuje przez znaczną część filmu. I jako to jest z sambą, tak i z historią: radość przeplata się ze smutkiem, szczęście z tragedią, uśmiech ze łzami.


Sama fabuła nie jest jakoś specjalnie skomplikowana. Oto mamy jedną ciężarną kobietę i trzech mężczyzn z nią w taki czy inny emocjonalny sposób związanych. Wszyscy bohaterowie są nieco enigmatyczni. Ich losy poznamy o tyle o ile. Wiemy, że Teresa była związana z policjantem, ale nie była to zdrowa relacja. Wiemy, że Shirley miał równie toksycznego kochanka. Wiemy, że Charles prowadzi nielegalne interesy, które wchodzą w konflikt z nielegalnymi interesami, w jakie wplątana jest policja. Ale są to szczegóły. Fabuła nie ma tu większego znaczenia. Liczy się klimat, duch, muzyka.

Takie podejście mogę zrozumieć. To, co mi się jednak zdecydowanie mniej podobało to formalny chaos. Część filmu utrzymana jest w tonacjach telenowelowo-melodramatycznych. Ale chwilami, zupełnie niespodziewanie, "Quase Samba" staje się audiowizualnym eksperymentem, jakby reżyser na chwilę postanowił wskoczyć w nurt rzeki awangardy. To rozróżnienie ma dość słaby pretekst, którego ja nie kupuję, toteż uznaję całość za rozczarowującą.

Ocena: 5

Kerron sinulle kaiken (2013)

Nie wiem, co jest gorsze: to, że jestem na tyle cyniczny, że nie dałem się złapać na romantyzm pierwszej części filmu, czy też to, że cała fabuła "Powiem ci wszystko" była dla mnie zbyt przejrzysta i nie stanowiła żadnego wyzwania?


Kiedy na początku filmu pan poznaje panią, wszystko wydaje skłaniać się ku romantycznej opowieści. Tyle że ja nie widziałem tu miłości, lecz wygłodniałego drapieżnika, który wytropił osłabioną ofiarę. Ona jest tak spragniona uczucia, że odda się za nic... no, prawie za nic, wystarczy trochę uwagi i szacunku. On z kolei jest dość specyficznym rodzajem drapieżnika, mocno wyspecjalizowanym, uległym i wymagającym uległości od ofiar z natury twardych (co rzecz jasna z góry wyklucza trwałość związku). Przez chwilę są więc ze sobą szczęśliwi, kompatybilni. Ale taki stan rzeczy jest iluzją i jak z każdą iluzją bywa, tak i ta zostanie brutalnie sprowadzona do poziomu rzeczywistości.

Cała fabuła niczym specjalnym się nie wyróżnia. Kolejne wątki są prezentowane z brakiem subtelności zdumiewającym w przypadku obrazu, który nagrodzono za scenariusz. Podoba mi się jedynie paradoks głównej bohaterki. Z jednej strony po staniu się tym, kim zawsze była, po zrzuceniu maski fałszu, jest szczera aż do bólu, jakby nie mogła już dłużej kłamać. Z drugiej strony to właśnie na oszustwie próbuje zbudować swoje szczęście. Powinna niby wiedzieć lepiej, ale gdy do głosu dochodzą dawno pogrzebane uczucia, rozsądek milknie.

Ocena: 6

wtorek, 8 kwietnia 2014

(2013) دست‌نوشته‌ها نمی‌سوزند‎

"Rękopisy nie płoną" to studium ustroju totalitarnego. Mohammad Rasoulof pokazuje nam brutalną prawdę o cywilizacji skrytej pod całunem pełnej inwigilacji. A brutalna prawda jest taka, że ten świat jest zupełnie zwyczajny, szary i przeciętny. Totalitaryzm nie jest czymś szokującym, wyjątkowym, rzucającym się w oczy. Przeciwnie, jest częścią tego świata, stanem chronicznej choroby, która przysparza cierpienia, ale której nie można się pozbyć, więc człowiek uczy się z nią żyć. Okrucieństwo staje się czymś zwyczajnym. Aplikowane jest w sposób dość przypadkowy. Czasem wystarczy błaha sprawa, która tak naprawdę w tak olbrzymim zamordyzmie nie ma większego znaczenia. A jednak to właśnie takie sprawy pozwalają totalitaryzmowi w pełni objawić swą moc bez wykolejenia się całego zobojętniałego systemu.


Nie jest to może nadzwyczajnie oryginalna myśl, ale dla części mieszkańców globu z całą pewnością jest równie egzotyczna, co język, jakim mówią bohaterowie. Na mnie film nie zrobił jednak jakiegoś szczególnie dużego wrażenia. Myśl przewodnia jest dla mnie na tyle czytelna i zrozumiała, że dwie godziny, jakie zgotował reżyser, to była gruba przesada. Obraz można było spokojnie skrócić o pół godziny i nikt by nawet nie zauważył różnicy. W każdym razie nie w Polsce, gdzie totalitarny system jeszcze nie tak dawno temu był przecież normą. I podobne metafory były przez naszych filmowców także stosowane.

Ocena: 6

Test (2013)

Na "Test na życie" zwróciłem uwagę dzięki jego zwiastunowi. Spodobało mi się to, że jest to film o tańcu. Niby wiedziałem, że też jest o pierwszej fali AIDS, ale miałem nadzieję, że przede wszystkim skupi się na sztuce tańca. Tego mi ostatnio brakuje w kinie, a po całkiem niezłych "Pięciu tańcach" mój apetyt mocno wzrósł. Niestety zawiodłem się.


Kiedy reżyser pokazuje taniec, jest nieźle. Ale wyraźnie widać, że poza zainteresowaniem tańcem, nie miał żadnego pomysłu na film. Dodał więc fabułę, która jest dziwaczną krzyżówką kina sentymentalnego (zmagania z mało mobilnym telefonem czy dziwactwo, jakim jest prezerwatywa) z filmem edukacyjnym. Rezultat niestety jest mało przekonujący. Rzecz się rozpada na niezależne elementy, z których ten o AIDS wypada najgorzej. Poza tańcem jedyny plus, jaki ma "Test na życie", to brak wyraźnie dominującego wątku miłosnego. Chociaż nie wiem, czy rzeczywiście powinienem to traktować jako plus. Jest to przecież efekt tego, że reżyser ma problem z przeniesieniem na ekran emocji. I miłość, i strach mają tu ledwie zarysowane kształty.

Ocena: 5

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Dunno Y Na Jaane Kyun... (2010)

Pomysł "Nie wiem dlaczego" jest nawet całkiem niezły. Mimo wielu komediowych wstawek, jest to w gruncie rzeczy bardzo ponura wizja świata, w której każdy z bohaterów ma dwie drogi do wyboru (choć czasem to inni za nich tego wyboru dokonują): droga romantyzmu (emocji) lub droga pragmatyzmu (rozumu).


W filmie wszyscy bohaterowie wybierają tę drugą ścieżkę i dzięki temu zyskują stabilność materialną i bezpieczeństwo. Bo to jest trwałe. Szczęście w tym filmie nigdy nie może trwać długo. Jest ulotną chwilą, która tak naprawdę już w momencie swego zaistnienia przepoczwarza się we wspomnienie. Tak jest z matką, która dla utrzymania rodziny godzi się na romans z obmierzłym szefem (świetna jest scena – której nie ma w wersji pokazywanej w Polsce – kiedy rozmawia z nim przez telefon wymieniając się słodkimi przezwiskami: scena jest naprawdę zabawna, ale zarazem okrutnie cyniczna). Tak jest z synową, która wybrała stabilnego Asha nad nieprzewidywalnego Sama. Tak jest z Ashem, który kocha mężczyznę, ale dla dobra rodziny zostaje ze swoją żoną. Tak jest w końcu z Samem, który złamane serce "uleczy" w objęciach dziedziczki dubajskiego potentata hotelowego.

Niestety cały wymiar fabularny zostaje zniszczony przez wrażenia estetyczne. Aż trudno jest mi uwierzyć, że jest to "mainstreamowi produkcja bollywoodzka" (choć kilku aktorów w obsadzie jest całkiem znanych). Rzecz jest zrealizowana po amatorsku. Chwilami wygląda to po prostu przerażająco niechlujnie. "Nie wiem dlaczego" wydaje się mieć zdecydowanie większą wartość historyczną niż artystyczną. A do "Dostany" nie można go nawet porównywać. To nie są nawet te same wymiary kinowej produkcji.

Ocena: 4

niedziela, 6 kwietnia 2014

The Company You Keep (2012)

"Reguła milczenia" to film zmarnowanych okazji. Robert Redford najwyraźniej tak się zestarzał, że stał się ślepy na historie, jakie ma tuż przed swoimi oczami. To mógł być film rozliczający pokolenie zażartych bojowników o prawa obywatelskie z najbardziej burzliwego okresu Stanów Zjednoczonych. To mógł być też dramat psychologiczny badający granice poświęcenia cudzego życia dla realizacji własnych celów. Nie jest jednak ani jednym ani drugim. Ot, taka miła bajeczka, sprawnie zrealizowana, ale doskonale nijaka.


Bohaterowie grani przez Redforda, Sarandon, Nolte'ego czy Christie aż proszą się o cyniczne potraktowanie. Ich drogi życiowe pokazują, że walka o wyższe ideały może się toczyć tylko w sytuacji braku osobistych zobowiązań. Kiedy te się pojawiają, egoistyczne cele stają się istotniejsze niż dobro planety czy społeczeństwa. Własne dzieci wypalają z ludzi chęć poświęcenia dla anonimowego ogółu. Redford mógł z tego zrobić ironiczne, gorzkie podsumowanie ludzkiego losu i jałowości haseł o uniwersalność praw obywatelski. Mógł też zrobić bardziej sentymentalne podsumowanie pokolenia, którego przecież jest częścią. Niestety jego film przypomina dramat obyczajowy stacji Lifetime, tyle że z lepszą obsadą.

"Reguła milczenia" mogła też być znakomitym filmem pokazującym o tym, jak pragnienie spełnienia się w roli społecznej (na przykład jako dziennikarz) może kolidować z prawami innych ludzi do prywatności. Ale wymagałoby to lepszego opracowania postaci granej przez Shię LaBeoufa (i zapewne lepszego aktora). Zestawienie jego pasji z zaangażowaniem dawnych bojowników byłoby świetnym materiałem na film o tym, że nie zawsze trzeba strzelać do ludzi, by ich zniszczyć dla osiągnięcia własnych celów. Ale i to zostało w filmie kompletnie zmarnowane, ledwie zaznaczone w kilku mało istotnych w gruncie rzeczy dialogach.

Koniec końców Redford zrobił kino bezbarwne. O tym filmie zapewne już za tydzień nie będę pamiętał, bo też nie ma czego. Nie jest nawet na tyle zły, żeby mnie zirytować.

Ocena: 5

sobota, 5 kwietnia 2014

The Armstrong Lie (2013)

Fascynujący film. Armstrong i historia jego upadku jest tu wykorzystana jako pretekst. To bardziej obraz zmagań reżysera (i całego świata) z akceptacją paradoksu, jakim jest sport, czyli dziedzina życia oparta na rywalizacji.


Ideą sportu jest przekraczanie granic, zdobywanie nowych szczytów, a przede wszystkim i ponad wszystko – zwycięstwo. Ale aby je osiągnąć, trzeba być gotowym na każde poświęcenie. Nic nie może rozpraszać uwagi, zwycięstwo jest celem, poza którym nic nie istnieje. Dla jego osiągnięcia należy i trzeba rzucić na szali całego siebie, zgodzić się na ból i cierpienie, przemóc je i pokonać.

I tu pojawia się paradoks. Te cechy są tym, co Armstrongowi pozwoliło pokonać raka, choć lekarze nie dawali mu nawet 50% szans na wyzdrowienie. I za to jest podziwiany, budzi powszechny szacunek i zdumienie. Ale te same cechy wykorzystane w kolarstwie i w życiu publicznym, już czynią z niego wroga publicznego numer jeden. A przecież on "tylko" zrobił wszystko, by wygrać. Nie był idiotą korzystającym z dopingu od tak sobie, on czynił to w sposób przemyślany i metodyczny, wręcz naukowy. Kiedy pojawiły się podejrzenia, traktował je jako atak na swój wizerunek (który przecież stał się po roku 1999 globalną instytucją), w sposób naturalny z bezwzględnością rzucił się do obrony. A jeśli po drodze musiał kłamać, grozić, wykańczać innych? Przetrwanie nie ma nic wspólnego z moralnością.

I chyba właśnie w tym tkwi problem z Armstrongiem. Jest żywym potwierdzeniem tej myśli, a z tym nie chce się ogół publiki pogodzić. Z jednej strony świat chce zachwycać się zwycięzcami, a z drugiej pragnie żyć w bajce o szlachetności i honorowości rywalizacji. Jednak ci, którym zależy na dobru dyscypliny, mogą czuć się wyłącznie moralnymi zwycięzcami, bo w rzeczywistości są przegrani. Armstrong stał się ofiarą nie tylko własnej natury, ale również natury świata. "Kłamstwa Armstronga" z rozbrajającą szczerością obnażają ten nierozwiązywalny konflikt. Reżyser jest tego świadomy i na sobie samym pokazuje, jak łatwo popaś z jednej skrajności (absolutna wiara w kłamstwa i ślepota na fakty) w drugą (egocentryczna poczucie bycia skrzywdzonym przez tego, w czyje kłamstwa się wierzyło). Najtrudniej jest zachować trzeźwość umysłu i spojrzeć na rzeczy takimi, jakimi są w całej złożoności ich natury.

Ocena: 7

Meth Head (2013)

Matko jedyna, cóż to był za gniot! Tak złego filmu o narkomanii chyba nigdy w życiu nie widziałem. A ponoć "Ćpun" zdobywał nagrody na różnych festiwalach. Jeśli tak rzeczywiście było, to naprawdę współczuję widzom tychże festiwali. Jeżeli bowiem "Ćpun" był najlepszym punktem programu, to reszta musiała być przerażająco zła.


W "Ćpunie" nie ma ani jednej rzeczy, którą można byłoby choć trochę pochwalić. Wszystko jest tu złe, koszmarne, przeraźliwie głupie lub też zajeżdża przegniłą kalką. Mam wrażenie, że oglądałem film zrealizowany przez przedszkolaków, tak nieudolnie całość została zagrana. A już dialogi i kolejne sceny! Nawet w antynarkotykowym filmiku edukacyjnym nie znajdzie się takich sucharów jak tutaj.

Być może twórcy specjalnie tak skonstruowali ten film. Być może chcieli wywołać w widzach tę samą reakcję fizyczną, jaką wywołuje długie zażywanie metamfetaminy. Bo też "Ćpun" naprawdę wywołuje ból. Nie mogłem wysiedzieć spokojnie, wiłem się na fotelu kinowym cierpiąc niewyobrażalne katusze, bo po każdej głupocie, kiedy to myślałem, że twórcy upadli najniżej, jak tylko się da, okazywało się, że kolejna scena oferuje kretynizm jest jeszcze większy, a pod dnem znajduje się czarna dziura, w którą wpadałem raz za razem. I tak do samego końca.

Ponoć "Ćpun" inspirowany jest prawdziwą historią faceta, który zresztą zagrał mały epizod. Ale naprawdę jest mi w to trudno uwierzyć. "Ćpun" to kino powierzchowne, banalne, głupie, a przede wszystkim puste. Już chyba lepiej jest zostać ćpunem, niż wybrać się na "Ćpuna" do kina.

Szczerze odradzam.

Ocena: 1

czwartek, 3 kwietnia 2014

Noah (2014)

Z filmowym "Noe" mam ten sam problem, co z komiksem: przez 2/3 bardzo podobała mi się interpretacja Darrena Aronofsky'ego, ale niestety w obu przypadkach finał okazuje się niespójny z tym, co było wcześniej. W rezultacie z całością jest coś nie tak: albo wcześniejsza interpretacja jest naciągana albo też końcówka została wymuszona, by ułagodzić konserwatystów i tradycjonalistów. W komiksie rozdźwięk jest niby większy, ale też był łatwiejszy do uniknięcia. Komiks ma bowiem gorzkie, dość otwarte zakończenie, a nowe przymierze jest tylko dopiskiem, cytatem z Biblii. Gdyby się go pozbyć, całość od razu zyskałaby spójność. Tego samego nie można niestety powiedzieć o filmie. Przez prawie dwie godziny Aronofsky konsekwentnie buduje ponury obraz świata, a potem daje widzom kilka pięknych dialogów o tym, że może być dobrze, wspaniale i dodaje tęczę przymierza. Trudno w to jednak uwierzyć po tym, jak wcześniej z uporem maniaka mówił coś innego.


I właśnie ta wcześniejsza myśl wydała mi się o wiele bardziej ciekawa, intrygująca, niezwykła. Aronofsky pozostając wierny Biblii wyciąga z niej jednak zupełnie inne wnioski. Naświetlające te aspekty sytuacji, które dziś w kazaniach są sprytnie pomijane, buduje przerażający, niezwykle pesymistyczny obraz świata. W "Noe: Wybrany przez Boga" nie ma dobra. Zło otwarcie czynione ma w sobie czystość i szczerość. Tubal-Kain jest może okrutnikiem, ale jest w tym otwartość i akceptacja losu banity. Dobro jest kłamstwem, fałszywą maską, którą przybieramy, by udawać przed samymi sobą, że jesteśmy lepsi, że brud grzechu Adama i Ewy na naszych duszach jest nieco lżejszy. W rzeczywistości dobre intencje prowadzą do tragedii, bólu i rozpaczy (ileż bólu oszczędziłby wszystkim Matuzalem, gdyby tylko powstrzymał się od współczucia?!). Miłość może okazać się bramą dla czynów straszliwych. A lojalność, wierność, uczciwość, spójność są jedynie wygodnymi wytłumaczeniami dla odmawiania czynienia tego, co właściwe. Ale posłuszeństwo wcale nie jest lepsze. Noe, który przez długi czas jest człowiekiem rozdartym, ale fanatycznie powolnym rozkazowi Boga, wcale nie czyni dobra, jego ręce plami krew ludzi tak samo jak tych, którzy Bogu nie są posłuszni. I wreszcie sam Bóg. On też nie jest tu miłosierny i dobrotliwy. To Bóg okrutny i nieubłagany. Widać to chociażby w scenie z upadłymi aniołami, dla których jedynym wybawieniem z ziemskiej niewoli jest dokonanie rzezi zdesperowanych ludzi zakończonej ich własną śmiercią. Bóg Noego jest bogiem skąpanym w ludzkiej i anielskiej posoce. Taki obraz człowieka, Boga oraz sama koncepcja odnowy świata, która wymaga wymarcia rodu Adama i Ewy, nie jest utożsamiana z chrześcijańską ortodoksją. Są to raczej myśli, które na przestrzeni wieków popularyzowały różne ruchy heretyckie (jak np. katarzy). I właśnie dlatego, że Aronofsky odszedł do tradycji, pozostając jednak wierny Biblii, przykuł moją uwagę. Dlatego nie kupuję happy-endu (nawet jeśli jest w nim odrobina dziegciu).

Jeśli chodzi o film, to najmocniejszy jest on w drugiej połowie ale przed wejściem w fazę końcową. Aronofsky stworzył bardzo wiarygodny obraz całkowitego rozdarcia człowieka niepotrafiącego wybrać pomiędzy tym, co słuszne, a tym co konieczne. O wiele lepiej niż w komiksie zaprezentowany jest w filmie Tubal-Kain. To jedna z najciekawszych postaci całej opowieści, a Ray Winstone świetnie ją zagrał.

Natomiast komiksy wygrywa stroną wizualną. Pod tym względem film bardzo mnie zawiódł. Nawet montażowe zabawy nie zrobiły na mnie większego wrażenia. Nie podobał mi się też ostry podział na pokolenie Seta i Kaina. Początek opowieści o wiele lepiej został zaprezentowany w komiksie. W komiksie też mocniej zaakcentowano rolę samego Boga (działającego chociażby przez zwierzęta, czego w filmie nie ma w ogóle). Kinowy "Noe" łagodzi postawę Boga, zwiększając ciężar odpowiedzialności Noego, co ma swoje dobre i złe strony.

W sumie jednak film uznałbym za lepszy, gdyby nie ostatnie 10 minut. Tych Aronofsky'emu nie wybaczę.

Ocena: 6

Ps. Douglas Booth powinien zachować brodę, wygląda w niej o wiele korzystniej. Za to Connelly powinna jednak zrezygnować z samoopalaczy.

Finding Vivian Maier (2013)

Nie lubię dokumentów takich jak "Szukając Vivian Maier". Pod pretekstem prywatnego śledztwa prowadzonego, by odkryć prawdę o nieznanej "mistrzyni fotografii" przemyca się narcystyczny portret twórcy dokumentu połączony z reklamą jego projektu. Jest coś żenującego w tym, jak John Maloof kryguje się, by pokazać się nam jako wielki mecenas i orędownik tajemniczej artystki, a nie jako akwizytor, który wmawia nam, że coś jest dobre, bo jak to kupimy, będzie miał kasę.


Niemniej jednak "Szukając Vivian Maier" ma w sobie coś, co mnie zainteresowało. Tym czymś były wszystkie te osoby, z którymi Maloof rozmawia, które z przejęciem próbują rozgryźć "tajemnicę" Vivian Maier. Było to dla mnie fascynujące, ponieważ ja nie widziałem nic tajemniczego w tej kobiecie. Jej postępowanie wydało mi się całkowicie zrozumiałe, zupełnie normalne (zważywszy na okoliczności i rzeczy przemilczane w jej biografii, ale łatwe do wydedukowania). Wszystkie te pytania stawiane w filmie o to, dlaczego czegoś nie zrobiła albo dlaczego coś robiła tak a nie inaczej, więcej mówią o tych osobach niż o Vivian Maier. Opisują one dominująca formę zachowań społecznych – formę, której nie poddała się VM. Specjalnie napisałem "dominująca", bo choć przecież w potocznym myśleniu oznacza tyle co "normalna", to przecież w rzeczywistości tak nie jest (nie zawsze to, co dominujące jest normalne, a nawet jeśli, to nie musi to oznaczać domyślnego przyjmowanego, że to co nie jest normą, jest nienormalne). W tym sensie VM jest enigmą, której nigdy jej otoczenie nie rozgryzie, nawet jeśli poznałoby wszystkie fakty. Istoty rzeczy nie pozna się przez skatalogowanie przyczyn i skutków.

Ocena: 6

środa, 2 kwietnia 2014

Need for Speed (2014)

Wielkie pozytywne zaskoczenie. "Need for Speed" jest dokładnie takim filmem, na jaki ten tytuł zasługuje. Tu rządzą wyścigi, szybkie samochody i nic więcej. Fabuła nie ma znaczenia, więc jest zdziwiony, że twórcy w ogóle poświęcili jej czas i uwagę (nie na tyle, by uczynić z niej sensowną historię, ale wystarczająco, by samochody zyskały narracyjną oprawę). Choć wielkim fanem sportów motoryzacyjnych nie jestem, to Scott Waugh był w stanie sprzedać mi tę ideę o wiele bardziej przekonująco niż to było w przypadku wojaczki w "Akcie odwagi".


"Need for Speed" już od samego początku wzbudziło moje zainteresowanie. Pierwsza scena wyścigów i olbrzymie zdziwienie: sekwencja pozbawiona jest muzyki, jest tylko ryk pracujących na wysokich obrotach silników. I o dziwo, to wystarcza do stworzenia pasjonującego widowiska. Później jest sporo smaczków, którymi reżyser doprawił szybkie danie, jak dowcip z rowerzystów czy też fakt, że Finn deklaruje swoją niechęć do biurowej egzystencji w Detroit, mieście-symbolu upadającej Ameryki (tak forma propagowania patriotyzmu i wartości ważnych dla danej społeczności jest o wiele przystępniejsza niż wymachiwanie flagą). Fantastyczna jest też Imogen Poots. Nawet jeśli chwilami zachowywała się, jakby grała w reklamie pasty do zębów, to i tak jest na tyle urocza, że bez mrugnięcia okiem mogłem jej wszystko wybaczyć. Podobał mi się również Michael Keaton. Jego bohater jest kompletnie bezsensowną postacią i tylko szarżująca gra Keatona broni ją przed totalną porażką.

Najsłabszym elementem filmu jest za to Aaron Paul. Miałem cały czas wrażenie, że zmusza siebie do mówienia niższym głosem, przez co tylko się puszył i stroszył i krygował. Chwilami szwankował też montaż. Były takie momenty, kiedy wyraźnie zgrzytała synchronizacja kolejnych ujęć. Ja rozumiem, że przy pędzących samochodach trudno o zachowanie płynnej ciągłości, ale twórcy wiedzieli, na co się porywają, w końcu film nosi tytuł "Need for Speed".

Ocena: 7

Divergent (2014)

Po raz kolejny zostałem podbudowany. Młodzieżowa fantastyka nie jest jednak tak głupia, jak to można było sądzić po "Zmierzchu". W zasadzie większość tego, co napisałem o "Mieście kości", mógłby spokojnie powtórzyć przy okazji "Niezgodnej". Ani jednej ani drugiej książki nie czytałem i w zasadzie nie mam ochoty na ich lekturę, ale wersje kinowe nawet mi się spodobały.


Film Neila Burgera to naprawdę kawał solidnej antyutopijnej fantastyki. Oczywiście, fabuła składa się z samych kalek i klisz, ale Burger potrafi je zaprezentować w taki sposób, że wydają się świeże i intrygujące. Wizja kolejnego raju na ziemi, który w rzeczywistości jest totalitarnym koszmarem na progu katastrofy jest zaprezentowana bez przesadnego zdobnictwa i naiwności (biorąc oczywiście poprawkę na kategorię wiekową). Co więcej, twórcy postawili na bohaterów a nie na efekty wizualne, stąd też nie miałem w ogóle wrażenia, że historia jest tylko pretekstem i niczym więcej.

Efekt psuje niestety wątek romansowy. Ja wiem, że bez niego nie może obejść się żadna pozycja młodzieżowa, ale niestety sceny z Tris i Four, kiedy okazują sobie uczucia, są tak groteskowe, że wręcz nieintencjonalnie komiczne. Nie można ich oglądać inaczej, jak tylko pokładając się ze śmiechu. "Niezgodna" byłaby o wiele lepszym filmem, gdyby twórcy zabili tę miłość w zarodku.

Plusem filmu jest Shailene Woodley. To utalentowana aktorka, która potrafiła nadać Tris głębi, jakiej nie ma ta postać zbudowana przecież na gatunkowych stereotypach. Jeśli dobrze pokieruje swoją karierą Woodley może stanowić realną konkurencję dla Jennifer Lawrence. Wielkim atutem "Niezgodnej" jest również Theo James. Chyba nie muszą wyjaśniać dlaczego. O dziwo, po raz pierwszy nie irytował mnie Jai Courtney, co wydawało mi się jeszcze niedawno poza granicą możliwości aktora. Ode mnie film ma jeszcze plus za muzykę (Woodkid, M83, Snow Patrol).

Ocena: 6