środa, 30 września 2015

Slow West (2015)

Człowiek naiwny jest równie niebezpieczny co w Wiekach Średnich szczur. Niby taki niepozorny, niby łatwo daje się go ignorować lub czuć wobec niego wyższość. A jednak to on jest zwiastunem gwałtownej śmierci. A kiedy mamy do czynienia z mieszanką naiwności z młodzieńczą miłością, to epidemia czarnej śmierci jest wręcz gwarantowana.


wtorek, 29 września 2015

Ricki and the Flash (2015)

Interesujące. Widzę, że w amerykańskim kinie pojawiło się nowe zjawisko. Polega ono na opowiadaniu pokrzepiających i optymistycznych historii o przegrywaniu, o rozczarowaniu i rozwianych marzeniach. "Nigdy nie jest za późno" to kolejny w ostatnim czasie film, który wyraźnie mówi, że ci, którzy idą za głosem serca i snów, przegrywają życie, że roztrwonili potencjał, unieszczęśliwili siebie i inny. Ale i tak powinniśmy się cieszyć tym, co się ma, prostymi rzeczami i pogodzić się z tym, że życie to stracona sprawa.


The Visit (2015)

"Wizyta" to najlepszy film Shyamalana od prawie dekady. To jednak wiele nie znaczy, bo to, co ostatnio kręcił, z wielkim trudem można było nazywać filmami. Na ich tle "Wizyta" robi imponujące wrażenie. Ala sama w sobie nie jest to historia zbyt ciekawa. A stylistyka found footage wcale nie pomaga.


niedziela, 27 września 2015

Saul fia (2015)

Kolejny węgierski film, który jest niczym innym, jak przeróbką bardzo amerykańskiej, bardzo rozrywkowej kliszy na coś, co staje się dziełem artystycznym. Podoba mi się takie podejście. I cieszy fakt, że rezultaty są interesujące.


sobota, 26 września 2015

Sicario (2015)

Denis Villeneuve musi jak najszybciej wrócić do Kanady i porzucić Hollywood. "Sicario", jak wcześniej "Labirynt", może robić wrażenie tylko i wyłącznie w przypadku, w którym wyłączy się myślenie. Tak, reżyser wie, jak budować obrazy. Sposób pokazania historii (dodatkowo podsycony prostą, ale niepokojącą ścieżką muzyczną) robi mocne wrażenie. Nadaje filmowi intensywność, przykuwa uwagę, wciąga.


The Intern (2015)

Jesteśmy w połowie drugiej dekady XXI wieku. Jeśli należycie do grona ludzi, którzy sądzą, że oznacza to zmianę mentalności ludzi, to mocno się na "Praktykancie" zawiedziecie. Choć bowiem Nancy Meyers osadziła bohaterów w świecie, w którym kobiety mogą robić kariery, w którym równość płci, różnorodność kulturowa staje się normą, to jednocześnie jest kaznodziejką głoszącą wartość ideałów sprzed stu lat. Oczywiście rozumiem intencje reżyserki. Chciała pokazać cenę, jaką zapłacili ludzie za "postęp". I jest to chwalebne, bo przecież zmiana genderowo-kulturowa ma swoją ciemną stronę. Meyers jednak przesadziła. Z tego też powodu przesłanie jej filmu kompletnie mnie odrzuciło.


środa, 23 września 2015

Legend (2015)

Chciałbym móc napisać, że jestem rozczarowany filmem "Legend". To jednak implikowałoby, że miałem wobec niego pozytywne oczekiwania. A tak nie było. Na niekorzyść filmu przemawiały dwa fakty. Po pierwsze zwiastuny. Były, delikatnie mówiąc, mało ciekawe i zapowiadały film pozbawiony polotu. Po drugie osoba reżysera. Brian Helgeland jako reżyser sprawdził się w mojej ocenie tylko raz, kiedy nakręcił "Obłędnego rycerza". Wszystko, co zrobił później, było mocno przeciętne. Z tych też powodów mogę napisać jedynie, że nie zostałem "Legend" pozytywnie zaskoczony.


wtorek, 22 września 2015

Król życia (2015)

Na "Króla życia" wybierałem się pełen jak najgorszych przeczuć. Obawiałem się, że jest to jeden z tych polskich feel good movies, po których człowiek czuje się tak wspaniale, że ma apetyt na całe opakowanie żyletek albo nawet dwa. Dlatego też pierwszy kwadrans zdumiał mnie niepomiernie. Początek "Króla życia" przywodzi na myśl typowy niezależny film amerykański o bohaterze, który przechodzi kryzys egzystencjalny, rzuca wszystko, pogrąża się w nic-nie-robieniu, by w końcu odnaleźć siebie (zazwyczaj za sprawą innej, często naprawdę mocno doświadczonej przez los osoby). I choć mam już dość tego rodzaju fabuł, to w polskim kinie dawno czegoś podobnego nie widziałem, więc zacząłem być pozytywnie do filmu nastawiony,


poniedziałek, 21 września 2015

The Transporter Refueled (2015)

Szkoda, że nie jestem prawicowym fanatykiem. Wtedy mógłbym po obejrzeniu "Transportera: Nowej mocy" rwać sobie włosy głowy i pomstować na kompletny upadek moralny współczesnej cywilizacji. Ten film jest bowiem spełnieniem wielu koszmarów tych, dla których gender jest jednym z imion szatana. Tu bowiem mózgiem operacji jest kobieta, a facet to tylko mięśniak co to przyjdzie, weźmie, pozamiata. A i nawet takiego macho łatwo da się spacyfikować, kiedy zajdzie potrzeba. Jakby tego było mało, to właśnie facet może tu pochwalić się najlepiej pomalowanymi ustami i świetnym kolorem szminki. Po prostu świat stanął na głowie.


niedziela, 20 września 2015

Straight Outta Compton (2015)

Nie dziwi mnie, że ten film cieszy się w Stanach tak wielką popularnością. Dzięki "przemiłym" policjantom z St. Louis "Straight Outta Compton" ogląda się bardziej jako film współczesny, niż historyczny, którego akcja osadzona jest ćwierć wieku temu. Dziwi mnie za to fakt, że powstał dopiero teraz. Ma przecież wszystko to, co widownia kinowa kocha: barwnych bohaterów, seks, przemoc, narkotyki, napięcia społeczne, biedę i bogactwo. Co więcej, twórcy sprawnie wykorzystali te elementy i stworzyli widowisko, które ogląda się z przyjemnością nawet, jeśli jest się świadomym tego, jak bardzo pobieżnie historia rapu została tu potraktowana. Chwilami odnosiłem wrażenie, że "Straight Outta Compton" skierowane jest właśnie do widzów, którzy doskonale orientują się w historii rapu lat 90. i dlatego niektóre kluczowe rzeczy są tu wspominane słowem, migawką, kilkoma ujęciami.


Wild Card (2015)

Simon West lubi pracować z Jasonem Stathamem. Szkoda tylko, że ta sympatia nie przekłada się na jakoś. "Joker" to kolejna rzecz z Stathamem, którą zapomni się jeszcze w trakcie jej oglądania.


sobota, 19 września 2015

Fidelio, l'odyssée d'Alice (2014)

Jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak pokazano kobiecość w tym filmie. Akcja "Odysei Alicji" rozgrywa się na frachtowcu. Alice jest mechanikiem, jedyną kobietą w załodze. Łatwo więc było zrobić z jej płci "big deal", manifest feministyczny lub inną podobną rzecz. Tymczasem Lucie Borleteau w ogóle nie robi z tego afery. Nie, nie udaje, że nie zauważa płci bohaterki, po prostu traktuje ją jako rzecz naturalną, nie tłumaczy się, i absolutnie nie usprawiedliwia. Nawet w sytuacjach, które aż proszą się o konfrontację męskiego i żeńskiego punktu widzenia, reżysera pokazuje je, ale odrzuca nawet aluzję próby konfrontacji. Rzadko kiedy spotykam się z czymś takim w kinie. Było to więc dla mnie doświadczenie naprawdę orzeźwiające i napawające nadzieją.


My Zinc Bed (2008)

Kolejny w dniu dzisiejszym film, który jest w zasadzie teatrem telewizji. I znów, zamiast być wadą, jest to jego zaletą. Gdyby twórcy spróbowali choć trochę wszystko "ufilmowić", wtedy rzecz rozpadłaby się na drobne kawałki. A tak udało się sprawić, by relacje między bohaterami wypadały autentycznie, a jednocześnie były podkręcone w swej intensywności do poziomu, który tylko na deskach teatru się sprawdza. Trafne dialogi i mistrzowska gra Jonathana Pryce'a uczyniła z tego dzieło żywe i emocjonalnie istotne.


My Old Lady (2014)

Nie ma róży bez kolców. Nie ma też szczęścia bez ofiar. Jak powie jeden z bohaterów "Mojej staruszki": miłość jest towarem limitowanym, żeby komuś ją dać, trzeba ją komuś odebrać. Film Israela Horovitza opowiada o tych, którzy płacą za cudze szczęście. I jest to historia naprawdę poruszająca, wręcz łamiąca serce.  Horovitz doskonale uchwycił ból jednostki, która od dzieciństwa cierpi w sposób niezawiniony i która nie może się z tego cierpienia wydobyć. Żadna ze strategii na dobrą sprawę nie działa. Może jedynie złagodzić formę przeżywania bólu, ale nie jest w stanie go stłumić. Mathias pławi się w cierpieniu, poddał mu się przegrywając swoje życie już na wstępie. Chloé wybrała obojętność i pozorną ignorancję, ale choć płynie przez życie na spokojniejszych wodach, to jednak i tak nic nie była w stanie zbudować. Horovitz potrafił również świetnie oddać selektywną ślepotę tych, którzy żyją własnym szczęściem nie chcą go mącić świadomością cudzego cierpienia.


środa, 16 września 2015

Youth (2015)

Nie mam pojęcia, czy po tym filmie powinienem z nadzieją patrzeć w przyszłość, jeśli chodzi o kolejne dokonania Paolo Sorrentino, czy też z przygnębieniem i rezygnacją. Oglądając "Młodość" miałem wrażenie, że jest to brakujące ogniwo w nieszczęsnej ewolucji artystycznej reżysera od arcydzieła ("Wszystkie odloty Cheyenne'a") do pretensjonalnej wydmuszki ("Wielkie piękno"). Problem polega na tym, że "Młodość" powstała PO obu tych filmach, a nie POMIĘDZY nimi.


Everest (2015)

"Everest" ostatecznie przekonało mnie, że ja po prostu nie lubię stylu Baltasara Kormákura. Ze wszystkich jego filmów tylko jeden – "Bagno" – tak naprawdę mi się spodobało. Reszta to niestety rzeczy bardzo przeciętne, a czasem nawet i to nie. "Everest" jest równie słaby co "Na głębinie". Kormákur chyba nie powinien się inspirować prawdziwymi historiami, bo po prostu nie potrafi ich "ufilmowić".


wtorek, 15 września 2015

Hitman: Agent 47 (2015)

Na "Hitmana: Agenta 47" wybierałem się w pełni świadomy, że będzie to zły film. Ale nie spodziewałem się, że będzie aż tak zły. Choć tak naprawdę nie jestem pewien, czy "zły" to trafne określenie. Sugeruje ono, że film wzbudził we mnie jakieś emocje (w tym przypadku negatywne). Tak jednak nie było. Rzecz jest bowiem tak bezpłciowa, że nawet nie miałem ochoty irytować się kiepską jakością.


niedziela, 13 września 2015

Southpaw (2015)

"Do utraty sił" to kolejna opowieść o tym, że w życiu najlepszą rzeczą, jaka może się nam przydarzyć to śmierć bliskiej osoby. Owszem, na początku jest ból, złość i rozpacz. Ale kiedy już spadnie się na dno, wtedy można się odbić i stać się człowiekiem, jakim nigdy by się nie było, gdyby ta osoba wciąż żyła.


Scenic Route (2013)

Kto by pomyślał, że zwykła przyjacielska interwencja może stać się aż tak niebezpieczna dla jej uczestników? Oczywiście trzeba być prawdziwą ofiarą losu, ponieważ splot okoliczności, z jakim mamy w filmie "Piękne widoki" do czynienia jest naprawdę niewiarygodny.


czwartek, 10 września 2015

Que horas ela volta? (2015)

Jestem przekonany, że "Prawie jak matka" przypadnie wielu osobom do gustu. Sam pewnie byłbym nim zachwycony jeszcze kilka lat temu. Ale teraz moja tolerancja na podobne gawędzenie jest zdecydowanie niższa. A reżyserka oprócz gadania sobie o niczym nie ma nic do zaoferowania.


Maze Runner: The Scorch Trials (2015)

Filmowe "Próby ognia" zachęciły mnie do sięgnięcia po książkę. Podoba mi się bowiem to, jak rozwija się opowieść. A przede wszystkim fakt, że nie ma tu tak naprawdę złych postaci. Osią konfliktu jest spojrzenie na świat oraz odmienne cele (ale same w sobie nie są one po żadnej stronie złe). To historia o tym, ile makiawelizmu jest niezbędne do przetrwania ludzkości oraz ile makiawelizmu jednostka jest w stanie wytrzymać zanim cel przestanie uświęcać środki.


niedziela, 6 września 2015

Vacation (2015)

Kto spodziewa się powrotu ducha filmów z Chevy Chase'em i Beverly D'Angelo, ten się sromotnie zawiedzie. Czy to jednak oznacza, że "Wakacje" są złym filmem? Nie dla mnie.


środa, 2 września 2015

Elephant Song (2014)

Sztuka, która stanowi podstawę fabuły "Pieśni słonia", musi być całkiem interesująca. Widać bowiem w filmie spory potencjał. Tyle tylko, że reżyser kompletnie pogubił się podczas procesu adaptacji oryginału na potrzeby dużego ekranu.


wtorek, 1 września 2015

We Are Your Friends (2015)

Ostatnio muzyka elektroniczna znalazła się na celowniku filmowców. I w sumie cieszę się z tego, jako fan. Ale póki co nic dobrego ze starań reżyserów nie wychodzi. Choć bowiem EDM jest rdzeniem filmowych opowieści, to jednak same historie są za mało osadzone w tym świecie, muzyka jest tylko pretekstem i scenografią, a nie krwią trzymającą całość przy życiu. Pozostaje mi w zasadzie cieszyć się z tego, że w przypadku "We Are Your Friends" udało się  osiągnąć więcej niż w "Edenie".


Love (2015)

Zaufanie. Do tego sprowadza się odbiór filmu. Muszę uwierzyć, że reżyser nie robi mnie w konia, że jest autentyczny w tym, co kręci, że nawet najbardziej wydumane sceny nie istnieją tylko po to, żeby zaistnieć, że kryje się za nimi głębszy sens. Niestety Gasparowi Noé nie ufam od czasu "Wkraczając w pustkę". Dlatego też nie uwierzyłem w szczerość intencji, nie kupiłem tego, co pokazał w "Love".