środa, 24 maja 2017

Fai bei sogni (2016)

Massimo to człowiek naznaczony przez śmierć. Sam jej nie doświadczył. Nie był jej nawet świadomy. Kiedy się obudził, będąc dzieckiem, śmierć już się dokonała. To zmarła jego ukochana matka. Fakt, że nie był świadkiem wydarzenia, że nie znał okoliczności i przyczyn sprawił, że stał się poślubiony śmierci. W objęcia Mrocznego Żniwiarza pchał go lęk przed pytaniami, których długo nie chciał zadawać. To zaś ukształtowało jego życie: samotne, niespełnione, pełne bezsensownej i (przede wszystkim) niespodziewanej przemocy.



Jednak Massimo wcale nie zabrnął w ślepy zaułek. Po prostu potrzebował więcej, dużo więcej, czasu, żeby pogodzić się ze śmiercią matki, żeby uwolnić się od ciężaru wspomnień o niej. Dochodził do tego momentu powoli, po drodze wytrzymując napór licznych tragedii i niespełnionych nadziei. Bo choć życie pogrążone w żałobie było dla niego ciężarem, to jednak jeśli chodzi o psychikę, nie ma drogi na skróty. Jedni łatwiej radzą sobie z osobistymi tragediami, inni ciężej. Jest z tym jak z wchodzeniem do lodowatej wody: jedni wskoczą od razu, inni zanurzają się powoli, krok po ślamazarnie stawianym kroku.

"Słodkich snów" to ciekawe studium jednostki zmagającej się z tragedią, której było świadkiem, kiedy nie miało jeszcze żadnych dojrzałych mechanizmów obronnych. To również opowieść o emocjonalnym egoizmie. Zachowanie matki wynikało z lęku przed tym, co choroba może jej uczynić. Zachowanie Massimo jest również fiksacją na własnej osobie, na jego więzi z matką, na ślepocie uniemożliwiającej mu zrozumienie cudzego cierpienia.

Miejscami Marco Bellocchio tworzy wspaniały, poruszający obraz ludzkiej duszy. Niestety ma też skłonność do wodolejstwa i niektóre sceny są niepotrzebnie rozwlekłe. W nieco bardziej skondensowanej formie film robiłby większe wrażenie. Ale scena z listem do czytelnika jest mistrzowskim popisem. Najpierw wyciska z widzów łzy, by później zakończyć się cyniczną pointą.

Ocena: 6

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz