wtorek, 16 maja 2017

The Circle (2017)

Pierwszą rzeczą, jaką zrobiłem po obejrzeniu "The Circle. Krąg", było sprawdzenie, ile lat ma James Ponsoldt. Drugą i trzecią rzeczą, było sprawdzenie jego wieku w innych źródłach. Po prostu nie mogłem uwierzyć, że ten film mógł nakręcić ktoś tak młody. "The Circle. Krąg" to przecież kwintesencja starczego kina, zrealizowanego przez osobę pozbawioną od lat kontaktu z rzeczywistością (a przez to żyjącą przed nią w strachu), ale próbującą opowiedzieć o problemach współczesności, by udowodnić, że jako twórca jeszcze coś znaczy. Przypomina mi to żenadę, jaką było oglądanie erotycznych fantazji Kubricka w "Oczach szeroko zamkniętych".



Ponsoldt próbuje opowiedzieć o zagrożenia związanych z nowoczesnymi technologiami, zadaje pytania o prywatność, granice między jednostką a społecznością, prawa i obowiązki ludzi w świecie rewolucji informacyjnej. Ale robi to w taki sposób, że obnaża tylko swoją całkowitą ignorancję w temacie. "The Circle. Krąg" ogląda się bez poczucia, że film porusza aktualne problemy i lęki, z jakimi zmagać się mogą miliony osób. To śmieszne, ale zrobiony za garść dolarów "Search Engines" lepiej podszedł do tematu. Zamiast trzymać rękę na pulsie, Ponsoldt odwołuje się do popkulturowych dinozaurów: mentalność ula borgów, mechanizmy sekciarskiej indoktrynacji i kultu jednostki, przemiana Szawła w Pawła, itp. itd.

Jest to tak głupie i naiwne, że nie sprawia najmniejszej nawet frajdy. Oglądanie takiego filmu to straszliwy wysiłek. Tym bardziej, że było tu kilka ciekawych momentów: obowiązkowe zajęcia nieobowiązkowe czy wypruwająca z siebie flaki przyjaciółka głównej bohaterki. Reżyser nie potrafił jednak rozwinąć ich w ciekawą narrację, co tylko dobijało mnie świadomością zmarnowanej okazji. Jeszcze bardziej męcząca jest ignorancja, która nie pozwala reżyserowi na zadawanie naprawdę istotnych pytań, jak choćby o to, jak definiowana jest przez pokolenia, które urodziły się w czasach powszechnej dostępności do Internetu, owa mityczna prywatność. Ponsoldt korzysta bowiem z przestarzałej, sięgającej pierwszej połowy XX wieku wizji tego pojęcia.

Ponsoldt nie sprawdził się też jako zwyczajny gawędziarz. Jego narracja jest nudna i rozwlekła. Nie poradził sobie również z prowadzeniem aktorów, przez co większość wypada tragicznie, a najlepszych z nich poznaje się po tym, że w ogóle się ich nie pamięta. I tylko jedno pytanie nie daje mi spokoju: Czy książka też jest tak nieudolna? Choć nie, tak naprawdę niewiele mnie to obchodzi. A w każdym razie nie na tyle, by po powieść sięgnąć.

Ocena: 3

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz