środa, 31 maja 2017

The Lazarus Effect (2015)

No cóż, nie ulega wątpliwości, że twórcy słyszeli dzwony. Obawiam się jednak, że nie był to objaw talentu zwiastun dobrego pomysłu na film, lecz raczej medyczny problem, z którym powinni byli się zgłosić do audiologa. Reżyserzy kompletnie pomylili budowanie klimatu z zanudzaniem widza na śmierć. W efekcie miałem nieprzyjemność obserwowania, jak lubiani przeze mnie aktorzy męczą się w pozbawionej sensu fabule.



"Projekt Lazarus" składa się z pożyczonych od innych filmów/książek pomysłów, z których jednak nic nie wynika. Mamy więc i "Linię życia", i "Lucy", i obowiązkowe nawiązania do Kinga, i standardowe chwyty pojawiające się w co drugiej produkcji Blumhouse'a. Jest szalony naukowy eksperyment, jest piekło, są ucieleśnione koszmary senne i temat nadczłowieka. Ale nie daje to nawet zalążka fabuły, a co dopiero mówić o wciągającej czy wzbudzającej niepokój opowieści.

Gdyby spróbować opowiedzieć "Projekt Lazarus", to aż trudno byłoby uwierzyć, że film jest aż tak długi. W ekspresowym tempie zawiązana zostaje historia. Potem pojawia się, by po chwili zniknąć, "zła korporacja". Okazuje się ona istnieć tylko w celu pchnięcia fabuły ku finałowej części, która również trwa mgnienie oka. Nie można nacieszyć się wskrzeszoną Olivią Wilde, nie ma miejsca na delektowanie się narastającą paranoją. Sceny, które powinny być poświęcone rozwojowi jej zaburzenia, zostały w większości wykorzystane wcześniej na psa, który nikogo chyba tak naprawdę nie obchodził (a już z całą pewnością nie twórców filmu). Ta rzecz nadaje się wyłącznie do kosza.

Ocena: 3

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz