poniedziałek, 5 czerwca 2017

Baywatch (2017)

Seth Gordon powinien odpocząć od komedii. Wyraźnie bowiem brakuje mu pomysłów na to, jak bawić widzów. I nawet sprawdzone dowcipy potrafił zaprezentować tak, że nie śmieszyły, nawet nie irytowały ani nie wywoływały zażenowania, po prostu nie zauważałem w nich nic śmiesznego.



Początek jest jeszcze całkiem niezły. Scena z dławiącym się Ronnie'em i późniejszy jego problem intymny, to chyba najzabawniejszy momenty w całym filmie. Ale i tu już widać było zapowiedź późniejszych problemów. Scena jest po prostu za długa. Gordon delektuje się dowcipem, jakby zapomniał, że żartów nie można przeciągać w nieskończoność. Później niestety film idzie właśnie tym tropem. Zamiast zabawnych scen mamy gagi spalone przez fakt nieumiejętnego ich opowiadania. O tym, jak słaby jest to film najlepiej świadczy fakt, że najbardziej śmiałem się na napisach końcowych, kiedy to prezentowano bloopersy.

Całość, ze swoim ciągłym cytowaniem popkultury, przywodzi na myśl któryś ze słabszych odcinków "Głowy rodziny". Gordon wyraźnie idzie w ślady Setha MacFarlane'a, który przecież sam udowodnił w "Milionie sposobów, jak zginąć na Dzikimi Zachodzie" i "Tedzie 2", że taki sposób zabawiania widowni w kinie się raczej nie sprawdza.

Jakby tego było mało, "Baywatch" ma naprawdę słabą intrygę, kiepski czarny charakter i brak wyrazistych postaci, które wypełniłyby drugi plan (choć w sumie duet Frankie i Leon wypada nieźle, a w każdym razie wyróżnia się na tle reszty). Słaby jest też i pierwszy plan. Tandem Efron-Johnson po prostu nie ma w sobie tej samej energii, co Tatum-Hill w "21 Jump Street".

Słaba to parodia "Baywatch". Nie umywa się do "Nagiego patrolu", który był zabawny i miał wiele ciekawszych pomysłów na fabułę.

Ocena: 4

PS. Co się stało z Priyanką Choprą? Nie taką ją pamiętałem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz