czwartek, 15 czerwca 2017

Eddie the Eagle (2016)

Zazwyczaj kompletnie nie przeszkadza mi to, że film – nawet jeśli zaczyna się od napisu "oparty na prawdziwej historii" – niewiele ma wspólnego z faktami. Jednak "Eddie zwany Orłem" jest pod tym względem wyjątkiem. Co prawda nie przeszkadzało mi to, że większość akcji umieszczono nie tam, gdzie trzeba. Nie miałem też twórcom za złe, że skoczkowie narciarscy skakali nie tą techniką, co powinni. Ale nie mogłem przeboleć faktu, że nie zachowali olimpijskich wyników Edwardsa. Kompletnie nie rozumiem, co reżyser chciał osiągnąć tym, że wydłużył skok zawodnika na normalnej skoczni o 5,5 metra i na dużej skoczni o pół metra. Czy naprawdę nie mógł podać prawidłowych wyników?



Z całą pewnością jednak nie miałoby to dla mnie znaczenia, gdyby "Eddie zwany Orłem" był dobrym filmem. Tak jednak nie jest. Obraz Dextera Fletchera jest kompletnie pozbawiony charakteru. Wykorzystanie postaci Edwardsa wydaje się wręcz przypadkowe. Stanowił po prostu pretekst dla twórców, którzy chcieli zrobić rutynową brytyjską komedię. Bo też tak właśnie całość wygląda. Co druga sekwencja sprawia wrażenie, jakby wyjęta była z encyklopedycznego spisu scen charakterystycznych dla typowych komedii obyczajowych o Anglikach z klasy robotniczej, którzy próbują wejść tam, gdzie tradycyjnie nie jest ich miejsce.

Co gorsza nie ma w tym za grosz wdzięku. Główny bohater – pomimo niezłej kreacji Tarona Egertona – nie jest wcale sympatyczny. A opowieść wcale nie ma w sobie zbyt wiele ciepła. W bohaterze jest coś dziwacznego, wręcz chorobliwie antypatycznego, a twórcy czasami wydają się wręcz niezdrowo z niego naśmiewać. Drugi plan to już festiwal zmarnowanych okazji i popis sztuki "kopiuj + wklej". Przez to wszystko dziwię się, że film zrobił na mnie aż tak dobre wrażenie. Bo naprawdę niewiele brakowało, by było źle.

Ocena: 5

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz