niedziela, 11 czerwca 2017

Kill the Messenger (2014)

Kolejny film, który wspiera idee anarchizmu. "Wyrok za prawdę" to bezpardonowa krytyka państwa i władzy. Udowadnia, że istniejąc wspierają same siebie, a nie obywateli. Kiedy Reagan prowadził swoją wojnę przeciwko komunistycznemu imperium zła, nie czynił tego dla dobra zwykłych Amerykanów, lecz ze względów geopolitycznych i dla dobra Stanów Zjednoczonych jako takich. Dlatego też w tej walce mógł poświęcić maluczkich, jeśli tylko zwycięstwo miało się okazać wystarczająco duże. Przez lata więc biedni Amerykanie stawali się ofiarami narkotykowego nałogu, umierali lub byli skazywani na wieloletnie więzienia. Ale pieniądze, które przekazywali dilerom i handlarzom narkotyków trafiały na "zbożny cel" – walkę z komunistami w Nikaragui.



Chciałoby się powiedzieć, że władza to siła korupcjogenna, ale to nie jest prawa. Przynajmniej nie ta, jaką pokazuje w "Wyroku naprawdę" Michael Cuesta. Tu władza funkcjonuje według innego systemu wartości, w którym punktem odniesienia jest samo państwo. Z ich punktu widzenia więc żadne zło nie zostało popełnione - Ameryka została uratowana.

Cuesta pokazuje także, że mechanizmy, które w założeniu miały kontrolować zapędy państwa, są częścią tego systemu, a przez to równie niewiarygodne dla maluczkich. Tak zwana "czwarta władza" zostaje tutaj zdemaskowana jako równie skorumpowana instytucja, której zwyczajny człowiek nie może zaufać. Cuesta wyrzuca za burtę mit dzielnych dziennikarzy ujawniających brudy. "Wyrok za prawdę" to nie są "Wszyscy ludzie prezydenta". Reżyser pokazuje, jak łatwo jest zdyskredytować dziennikarza, który rzeczywiście stanie przeciwko machinie państwa. I nie trzeba do tego systemu totalitarnego lub z totalitarnymi zapędami. Dziennikarze jako całość są równie tchórzliwi i zakłamani jak jakikolwiek funkcjonariusz państwa czy szef wielkiej bankowej korporacji. Żyjemy w fikcji wolności i demokracji. Państwo jest zawsze opresyjne i zwykły obywatel za każdym razem będzie ofiarą. Jest bowiem nikim w perspektywie celów i aspiracji władzy.

To powiedziawszy nie potrafię kibicować głównemu bohaterowi. Świadomie lub nie Cuesta uczynił z niego fanatyka, który jest w stanie poświęcić dla misji wszystko, ale zarazem nie potrafił uczynić tego, co właściwe. System można pokonać tylko od środka, wyłącznie jako terrorysta wykorzystujący rządzące prawa i mechanizmy (jak to pokazała "Sama przeciw wszystkim"). Nie przemawiają do mnie akty honoru takie, jak gest bohatera, który zwalnia się z pracy, bo został zesłany na gównianą placówkę, gdzie pisze głupiutkie artykuły. Gdyby naprawdę mu zależało na sprawie, zacisnąłby zęby, przełknął hańbę, robił, co od niego oczekują pracodawcy, przygotowywał się do kolejnego ataku i wypatrywał okazji do wykonania kolejnego uderzenia. Czasami najwyższą cenę, jaką płaci się za prawdę nie jest wcale śmierć. A honor nie jest najlepszym doradcą strategii.

Sam film to solidna robota, ale nierówna. Niektóre sekwencje były naprawdę świetne. W wielu innych Cuesta idzie po linii najmniejszego oporu. Obsadowo całość jest też solidna, ale nawet Renner nie wyróżnia się jakoś szczególnie na plus.

Ocena: 6

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz