piątek, 9 czerwca 2017

King Arthur: Legend of the Sword (2017)

Pierwszą moją reakcją na nowy film Ritchiego był WTF!!!!!! Oczekiwałem rewizjonistycznej wersji arturiańskiego mitu, ale liczyłem, że to wciąż będzie opowieść o Arturze. Tymczasem Guy Ritchie już w pierwszych scenach każe mi pozbyć się wszelkich oczekiwań i wyrzucić z pamięci wszystko, co wiem o Arturze, jego ojcu, Mordredzie, Merlinie i innych bohaterach średniowiecznych romansów. Zamiast tego dostałem jakiś dziwny mit o wojnie magów i ludzi. Mordred, który przecież powinien zabić Artura, zmarł zanim ten zdołał wyrosnąć na nastolatka. Vortigern, którego w legendach zabił Uther, tutaj zajął miejsce Ambrosiusa jako stryj Artura (ale, o dziwo, Ritchie pozostawił wątek z wieżą, choć bez smoków). Merlin pojawia się gdzieś na trzecim planie, a Morgany chyba w ogóle nie ma... choć z drugiej strony możliwe, że gra ją Astrid Bergès-Frisbey, bo imię jej bohaterki nigdy się w filmie nie pojawia.



Szok mija jednak szybko. Sekwencja montażowa przedstawiająca dorastanie Artura i poszerzanie władzy przez Vortigerna skutecznie przekonała mnie do filmu. To jedna z najlepszych montażowych scenek ostatniego roku i przykład na to, co u Ritchiego zawsze najbardziej lubiłem – tempo, ostry montaż i telegraficzną narrację. Chwilę potem następuje kolejny przykład mistrzowskiego kunsztu Ritchiego, czyli scena zeznań Artura i jego kumpli. Od tego momentu było już dla mnie jasne, że Anglik poszedł na całość i nie zamierza brać jeńców. Jego "Król Artur" to najbardziej nietuzinkowa opowieść o magii i rycerzach od czasu "Excalibura". To dzieło szaleńcze, zrywające z tradycją epickich widowisk. Całość wygląda jak efekt spotkania Ritchiego z Jodorowskym, którzy najpierw wzięli LSD, a potem wybrali się na drugą stronę lustra.

Typowe chwyty znane z innych filmów Ritchiego mieszają się z efekciarską widowiskowością i przedawkowaniem efektów specjalnych, które na dodatek są tak zrealizowane, by jak najbardziej rzucała się w oczy ich nienaturalność. Tworzy to mieszankę, która dla wielu osób może być nie do zniesienia, dla mnie był to jednak świetny przykład na świadomą fetyszyzację filmowych zdobyczy technicznych. A obecność Jude'a Law przywodziła mi skojarzenia z innym filmem równie odstającym od innych produkcji swoich czasów, czyli "Sky Kapitan i świat jutra".

Jednocześnie przy całej swej wywrotowej formie, Ritchie pozostał zaskakująco wierny zasadom opowieści fantasy z gatunku sword & sorcery. Świetnie korzysta z większości tropów typowych dla fantastyki. O ile więc jako ekranizacja legendy arturiańskiej film Ritchiego się nie sprawdza, o tyle jako widowisko fantasy już jak najbardziej tak.

Na odrębną pochwałę zasłużył sobie Daniel Pemberton. Współpraca z Ritchiem bardzo mu służy. Uwielbiam skomponowany przez niego soundtrack do "Kryptonim U.N.C.L.E.". A teraz zachwycił mnie tym, co zrobił w "Królu Arturze". Jak cały film, tak i muzyka jest niekonwencjonalna, szalona i fascynująca. Wystarczy posłuchać utworu z napisów początkowych albo "Growing Up Londinium" albo "Run Londinium", by nie mieć wątpliwości, że jest to wyjątkowa ścieżka, odbiegająca od tego, co Hollywood oferuje na co dzień.


Dla mnie plusem było też to, że znów razem przed kamerą wystąpili Gillen i Hunnam. Przywodzi to wspomnienia, kiedy byli Stuartem i Nathanem. Stare dzieje.

Jeśli jest coś, co mi się nie do końca podobało, to przestoje w narracji. Ritchie najlepiej wypada, kiedy cierpi na reżyserskie ADHD. Gdy tylko zatrzymuje się, próbuje złapać oddech, film przestawał mnie interesować. Na szczęście przestojów nie ma zbyt dużo.

Ocena: 7

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz