wtorek, 6 czerwca 2017

Old Fashioned (2014)

Niewiele potrzeba, żeby mnie zachwycić w kinie. Wystarczą mi bohaterowie, których życiowe rozterki będą rezonować ze mną emocjonalnie i narracji, która skupi się na więzi istniejącej między bohaterami, która pozwoli wybrzmieć nie tylko słowom ale i ciszy. Niedawno takim filmem był "Loev". Teraz dokładnie ten sam wzorzec powiela "Old Fashioned" (choć jest o wiele bardziej optymistyczny).



Tu bohaterami są miłość i przebaczenie. A ich historię poznajemy dzięki Clayowi i Amber. Ten pierwszy kiedyś był psem na baby. Aż w końcu zorientował się, że jego beztroska niszczy życie jego i innych. Obezwładniło go poczucie winy. I choć dobrze, że czuł wyrzuty sumienia, z czasem stały się one istotą jego życia, fiksacją oślepiającą go na świat, zamykającą go w psychicznej pustelni. Amber jest równie poraniona przez swoje wcześniejsze decyzje. Zamiast jednak zamurowywać się, jak to czyni Clay, ona wybrała ucieczkę. Gdy tylko robi się "gorąco", bierze nogi za pas i wyrusza przed siebie, by zacząć wszystko od nowa, w innym miejscu, innym otoczeniu. Ale fizyczna zmiana nie prowadzi do zmian wewnętrznych, po prostu w nowym miejscu zaczyna od początku powielać te same wzorce zachowania.

Dopiero zetknięcie się tych przeciwności wyprowadzi ich oboje z równowagi. Ona zacznie wyciągać go ze skorupy na świat, on zaś pozwoli jej zapuścić korzenie. Jednak rodzące się uczucie jest kruche, a stare przyzwyczajenia i lęk mogą wziąć górę...

Jestem przekonany, że dla wielu osób "Old Fashioned" będzie filmem nieznośnym. Przeszkadzać im będą niezmierzone pokłady ckliwości, kicz taniego romansidła i irytująca świętoszkowatość Claya. Ale mnie te wszystkie elementy właśnie bardzo przypadły do gustu. Zakochałem się w dwójce bohaterów, zawiesiłem cynizm i dałem się porwać opowieści. Pięknie filmowanej, prostej i jednocześnie bardzo intymnej formie nie sposób było się oprzeć. Zaś Elizabeth Roberts i Rik Swartzwelder tworzą fantastyczną, wręcz klasycznie romantyczną parę.

Podobali mi się też drugoplanowi bohaterowie (cyniczny Brad, mądra ciotka Zella). Nie przeszkadzała mi też duch ewangelizacyjny, jaki z całości przebija. Nie ma w nim bowiem napuszenia kazania wygłaszanego z ambony, jest za to prosty, szczery język pokazujący wartości, jakie twórcy wyznają, ale bez ich narzucania. Taką propagandę jestem w stanie nie tylko zaakceptować, ale się nią nawet zachwycić. Manipulacja, jakiej twórcy dokonują nie jest bowiem wyrachowana, przez co całość wywoływała i uśmiech dziecięcej radości i łzy prawdziwego wzruszenia.

Ocena: 7

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz