czwartek, 15 czerwca 2017

The Mummy (2017)

"Mumia" to kolejna nieudana próba konkurowania kina z telewizją/platformami. Ponieważ te ostatnie zyskują przychylność widzów serialami, kino również chce tym kusić widzów. Stąd moda na "uniwersa". Studia wychodzą z założenia, że skoro serialowość jest modna, to można to spożytkować dając widzom kinowym to, czego nie może zaoferować telewizja, czyli rozmach. Niestety w ten sposób wykazują się kompletnym niezrozumieniem tematu. Nie rozmach się bowiem liczy dla serialowego widza, a historia i bohaterowie. Wystarczy sobie porównać "Dom grozy" z nową "Mumią", by nie mieć co do tego wątpliwości. Pomimo całego rozmachu widowiska Universal Pictures, jest to ledwie cień tego, co stworzyły stacje Showtime i Sky.



Owszem, "Mumii" nie można odmówić efekciarstwa. Scena ze spadającym samolotem czy przelatujący ponad bohaterem samochód robią wrażenie. Pierwsze spotkanie z zombie-mumiami też jest całkiem fajnie pokazane i jest jednym z nielicznych przykładów dobrze przygotowanej mieszanki horroru i komedii w tym widowisku. Co z tego, kiedy scenariusz jest kolażem setki różnych pomysłów, często sprzecznych ze sobą. Twórcy nie potrafili się nawet dogadać do tego, jak przygotować ekspozycję, więc najpierw mamy narrację z offu, by wkrótce potem te same sceny zobaczyć w sekwencji wspomnień, które przekazywane są głównemu bohaterowi.

Ogólny zarys fabularny jest niedopracowany. Bohaterowie są nieprzekonujący. Set to już postać karykaturalna i trudno uwierzyć w jego skłonność do bycia dobrym. Jekyll i Hyde w interpretacji Crowe'a wydają się porażką, ale to głównie dlatego, że Hyde jest tutaj wciśnięty na siłę, byle tylko zaznaczyć, że mamy do czynienia z uniwersum kinowym. Postać kobieca wyjęta jest z kina szowinistycznego sprzed kilku dekad, kiedy blondwłosa baba w opałach potrzebna była do dokonania przemiany głównej postaci.

Największą porażką jest jednak decyzja obsadowa dotycząca bohatera. Widowiska hollywoodzkie mogą się obywać bez fabuły i mającego ręce i nogi scenariusza. Ale dzieje się tak tylko i wyłącznie wtedy, kiedy całość "kradnie" aktor. Jego charyzma i wdzięk przykuwają uwagę, budząc przychylność widzów, która rozlewa się na pozytywną ocenę całego produktu. Niestety Tom Cruise nie jest tutaj takim aktorem. Jego plastikowa twarz nie budzi pozytywnych emocji. To nie jest szelma, który z wdziękiem oszukuje, przebojowo pokonuje kolejne przeciwności, jest pozornie egocentrykiem, ale ma zabójczy uśmiech i błysk w oku, przez co wszystko mu uchodzi na sucho. Coś takiego miał Alden Ehrenreich w "Ave, Cezar", Chris Pratt w "Strażnikach Galaktyki" i Armie Hammer w "Kryptonim U.N.C.L.E.". I gdyby ktoś taki zajął miejsce Cruise'a, "Mumia" mogłaby zostać fajnym odmóżdżaczem.

Ocena: 4

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz