niedziela, 4 czerwca 2017

Tom of Finland (2017)

Gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść. Cóż, przysłowie to okazało się jak najbardziej prawdziwe w przypadku "Tom of Finland". Lista scenarzystów jest całkiem bogata, lecz oglądając film miałem wrażenie, że nie ma ani jednego, że całość wypluła z siebie jakaś aplikacja bazując na najbardziej oklepanych pomysłach z kinowych biografii. Nie pojmuję, dlaczego za fabułę nie był odpowiedzialny wyłącznie Dome Karukoski, który, choć jest przede wszystkim scenarzystą, tu był jednak reżyserem. A przecież Karukoski pokazał, że potrafi niebanalnie opowiadać o życiu ("Zakazane owoce").



Zgodnie z tytułem "Tom of Finland" chce być biografią ikony gejowskiej sztuki, autora erotycznych grafik o charakterystycznej fetyszowej tematyce i mocno przerysowanych atrybutach męskości. Jest jednak w sumie opowieścią o jakimkolwiek geju urodzonym w Finlandii przed II wojną światową. Film składa się bowiem wyłącznie z wyliczania standardowych tematów, bez subiektywnego, jednostkowego nacechowania: wojna, prześladowania gejów w Finlandii, swoboda seksualna w Ameryce lat 70., epidemia AIDS. Nawet wątki rodzinne i miłosne potraktowane są zupełnie bezosobowo. A sztuka Touko Laaksonena pełni minimalną rolę w narracji.

Karukoski chyba zdawał sobie sprawę z niedociągnięć scenariusza. Jednak jego sposób na poradzenie sobie z problemami dodatkowo pogrążył całość. Próby nadania kolejnym scenom poetyckiej głębi sprawiało wrażenie aktów desperacji i zamiast maskować tylko jeszcze bardziej podkreślały płytkość podejścia do tematu życiorysu Laaksonena.

Owszem, jest w filmie kilka odizolowanych przypadków niezłych scen. Ale jako całość "Tom of Finland" był dla mnie wielkim zawodem.

Ocena: 3

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz