sobota, 12 sierpnia 2017

Tulip Fever (2017)

Nie czytałem książki, więc nie mogę mieć pewności, ale wydaje mi się, że pomysł, aby tulipanowa gorączka, która w XVII wieku opanowała Holandię, funkcjonowała jako metafora (i ucieleśnienie) ludzkich obsesji, mógł się sprawdzić jedynie w prozie. W kinie, gdzie obrazy są nośnikiem informacji, takie podejście mogło łatwo stać się podstawą nieznośnej łopatologii. Co też w "Tulipanowej gorączce" rzeczywiście ma miejsce. Nie dziwi mnie to, bowiem za kamerą stał Justin Chadwick, o którego reżyserskich umiejętnościach nie mam najwyższego zdania.



Chadwick miał pierwszorzędne składni w postaci obsady. Niestety nie potrafił jej w interesujący sposób wykorzystać. Przygotowana przez niego opowieść jest bezbarwna. Ładnie wygląda, ale nie wywołuje choćby iskry emocjonalnego zaangażowania. Historia obsesji i namiętności tutaj jest zimna i bezduszna. Jest zbyt precyzyjnie i zarazem mechanicznie wykonana, by mogła imitować życie.

Niestety obsada wyczuła reżysera i przystosowała się do jego wymogów. Waltz jest bladą kopią samego siebie. DeHaan jest charyzmatycznym eunuchem. A Vikander ładnym manekinem. Na szczęście jest kilka wyjątków. Tom Hollander i Judi Dench lśnią w epizodach... ale może właśnie dlatego, że nie mieli zbyt wiele czasu ekranowego, przez co reżyserowi nie udało się ich spłaszczyć do nudnych postaci tła.

Po tym, jak film wielokrotnie miał przekładaną premierę, obawiałem się, że jest to straszliwy gniot. Tak nie jest. Poziom przyzwoitości udało się reżyserowi osiągnąć. Ale nie zdołał mnie przekonać, że w ogóle warto było powieść Moggach ekranizować.

Ocena: 5

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz