wtorek, 12 września 2017

Renegades (2017)

Przeklęty J.K. Simmons! Dlaczego zgodził się zagrać w tym szajsie? Gdyby nie było go w obsadzie, nawet nie zorientowałbym się, że ten film powstał. A tak zdecydowałem się pójść na niego do kina. I już dawno tak bardzo swej decyzji nie żałowałem.



"Renegaci" gnają na łeb na szyję szybciej od nieszczęśnika cierpiącego na czerwonkę szukającego wolnego kibla w galerii handlowej. Twórcy najwyraźniej uznali, że jeśli będzie chaotycznie i głośno, to znaczy, że z powodzeniem imitują akcję. Kiedy już myślałem, że nie są w stanie upaść niżej, ci zawsze mnie zaskakiwali i udowadniali, że ich pokłady beztalencia są niezmierzone. Bohaterowie są pokracznymi monstrami i z wielkim trudem można się domyślić, że mieli być twardzi, męscy, lekko sarkastyczni, wyluzowani, sprytni i piekielnie sprawni. Czarny charakter z powodzeniem mógłby być wrogiem brudnej podłogi, bo zachowuje się jak mop z telezakupów, przesuwa się z miejsca na miejsce i nic więcej. Postać kobieca to koszmar każdej feministki, pozornie niezależna, w rzeczywistości broszka na kożuchu fabuły o dzielnych samcach alfa.

I jest jeszcze Simmons, który ma kilka zabawnych momentów. Problem niestety w tym, że jest go tyle, co kot napłakał. A to zdecydowanie za mało, bym mógł uznać "Renegatów" za film co najmniej słaby.

Ocena: 2

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz