niedziela, 5 lutego 2017

Nina Forever (2015)

Obiecanki cacanki, a głupiemu radość. Tak można podsumować "Ninę wiecznie żywą". Twórcy obiecują ciekawą historię Holly, jej chłopak i jego byłej dziewczyny. Holly to cicha woda. Wszyscy uważają ją za miłą i sympatyczną, a tymczasem ma ona w sobie mrok, który okaże się przekleństwem. Jej nowy chłopak fascynuje ją swoim nihilizmem i ponurym zainteresowaniem śmiercią. Nie wie, że nie zawsze taki był i że w odpowiednich okolicznościach może przestać. I jest jeszcze jego była dziewczyna. Choć ta ze słowem "była" nie chce się zgodzić. To prawda, że umarła, ale nigdy oficjalnie ze sobą nie zerwali. Teraz, zakrwawiona i pokiereszowana pojawia się w życiu Holly i Roba w najmniej odpowiednich momentach (głównie wtedy, kiedy uprawiają seks).



Pomysł filmu jest całkiem fajny. Problem polega na tym, że twórcy nie potrafią go wykorzystać. Chcą, żeby "Nina wiecznie żywa" była zarazem komedią i dramatem. Ma opowiadać o mrocznej stronie ludzkiej natury, która – kiedy patrzy się na nią z zewnątrz – może wydawać się śmieszna przez swój absurd. Ma też być przypowieścią o żałobie i tęsknocie, o świadomości śmiertelności i perwersji, jakie może rodzić. I choć twórcy się starają i umieszczają wiele odpowiednich elementów w narracji, to całość jest zwyczajnie w świecie nieudolna. Zamiast przewrotnego humoru i nieoczywistej mądrości króluje bezbarwność i nuda. Wszystko, co ciekawe, przecieka w źle zszytej konstrukcji narracyjnej. A i trójka bohaterów pozostawia wiele do życzenia. Liczyłem naprawdę na dużo więcej.

Ocena: 4

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza