Posty

Wyświetlam posty z etykietą Tony Gilroy

Rogue One: A Star Wars Story (2016)

Obraz
Gareth Edwards to reżyserski odpowiednik Jaia Courtneya. Facet jest zły, ale jakimś cudem dostaje raz za razem w swoje ręce wielkie projekty. I, co najgorsze, nie wyciąga z nich żadnych wniosków. Widać wyraźnie, że Tony Gilroy próbował wyczyścić bałagan zrobiony przez Edwardsa, ale mu się nie udało. Wszystkie grzechy główne "Godzilli" pojawiają się i w "Łotrze 1". Po prostu mniej rzucają się w oczy.

State of Play (2009)

"Stan gry" to kino retro. Ma to swoje plusy ale i – niestety – minusy. Plusem jest to, że Kevin Macdonald zdecydował się na film z rodzaju tych, jakie teraz w Hollywood są na indeksie. Zamiast akcji mamy bohaterów, jest też intryga, którą jednak rozwiązuje się bez fajerwerków. Soczyste kino, które trzeba przetrawić. Minusem jest jednak to, że "Stan gry" nie jest filmem samodzielnym. Intryga, bohaterowie są istotni, lecz jednak podporządkowani wyższej idei – idei zrobienia kina a la lata 70-te. W ten sposób oglądając film miałem wrażenie, że przyglądam się obrazowi udającemu coś, czym nie jest. Nie tyle podobał mi się sam film ile owo wrażenie sentymentu za starymi śledczymi obrazami. Po seansie chwytałem się na tym, że mam ochotę przypomnieć sobie chociażby "Wszystkich ludzi prezydenta" czy też (z nowszych, ale też mających swoje lata) "Raport Pelikana". Gdyby dzieło Macdonalda była naprawdę udane, cieszyłoby mnie samo w sobie, a nie poprzez...

Duplicity (2009)

Nie rozumiem, naprawdę nie rozumiem dlaczego ten film nie sprzedał się w Stanach. Toż to znakomita rozrywka jest i kropka. O ile "Michael Clayton" bardziej bronił się ze względu na aktorów a nie na reżysera, o tyle w swoim drugim reżyserskim dziele Tony Gilroy odwalił kawał znakomitej roboty. Otrzymałem bardzo inteligentny, zmyślny, ironiczny, zabawny i trzymający w napięciu film, który wcale nie jest przewidywalny, który nie bierze siebie na poważnie, ale zarazem nie robi błazenady. To kino spod znaku braci Coen, dopieszczone, przemyślane i piekielnie rozrywkowe. I to zakończenie! Miodzio! Ja bawiłem się na nim znakomicie, a i aktorzy chyba również. Gilroy powoli wyrasta na prawdziwego geniusza jeśli chodzi o pracę z aktorami. Nawet drobne rólki (Kathleen Chalfant czy znakomita Carrie Preston) to prawdziwe perełki. A Clive Owen i Julia Roberts są po prostu stworzeni do grania razem. Ta ekranowa chemia! Tego nie da się podrobić. Julia dawno już tak mnie nie oczarowała jak tut...