"Stan gry" to kino retro. Ma to swoje plusy ale i – niestety – minusy. Plusem jest to, że Kevin Macdonald zdecydował się na film z rodzaju tych, jakie teraz w Hollywood są na indeksie. Zamiast akcji mamy bohaterów, jest też intryga, którą jednak rozwiązuje się bez fajerwerków. Soczyste kino, które trzeba przetrawić. Minusem jest jednak to, że "Stan gry" nie jest filmem samodzielnym. Intryga, bohaterowie są istotni, lecz jednak podporządkowani wyższej idei – idei zrobienia kina a la lata 70-te. W ten sposób oglądając film miałem wrażenie, że przyglądam się obrazowi udającemu coś, czym nie jest. Nie tyle podobał mi się sam film ile owo wrażenie sentymentu za starymi śledczymi obrazami. Po seansie chwytałem się na tym, że mam ochotę przypomnieć sobie chociażby "Wszystkich ludzi prezydenta" czy też (z nowszych, ale też mających swoje lata) "Raport Pelikana". Gdyby dzieło Macdonalda była naprawdę udane, cieszyłoby mnie samo w sobie, a nie poprzez...