Gdyby Hunt wyreżyserowała ten film 10 lat temu, zapewne byłby przebojem. Teraz to po prostu kolejna niezależna produkcja z niezłymi nazwiskami, którą wyróżnia to, że zrealizowała ją laureatka Oscara. Większość pewnie w ogóle nie wie o jego istnieniu. Trochę szkoda, bo choć film nie wyrasta poza przeciętność niezależnego kina, mimo wszystko ogląda się to nieźle. W części komediowej Hunt udało się uchwycić tę życiową niezdarność bohaterów, którzy są barwni, zabawni, dowcipni, ale też wrażliwi i niepełni. Gdy film uderza w poważniejsze nuty, film staje się niezgrabny, wręcz toporny. Sceny te wyraźnie nie leżą Hunt jako reżyserce, co niestety mocno odbija się negatywnie na całości. W materiałach dodatkowych Hunt mówi, że tematem przewodnim jest zdrada. Cóż, nie dla mnie. Ja tu widziałem przede wszystkim przeolbrzymie pragnienie stania się całością, zaleczenia ran, które powstały tak dawno temu, że trudno jest odwrócić czas. Ten film jest o akceptacji siebie, z bliznami, jakie pozostawiło p...