Gdyby nie fakt, że "Hugo" nakręcił Martin Scorsese a nie jakiś Francuz, uznałbym film za szczyt rasizmu. Mamy tu bowiem wizję nie tak odległego Paryża, ale jednak zupełnie innego. To miejsce magiczne, pełne muzyki, miłości, a przede wszystkim stolica sztuki. Tu wszystko jest możliwe... z wyjątkiem spotkania czarnoskórego Paryżanina. Czyli zupełnie odwrotnie, niż jest dzisiaj, kiedy to emigranci z Afryki dominują na każdym rogu, a jak słychać muzykę, to jest to raczej arabski hip-hop, niż typowa francuska nuta. Oglądając "Hugo" zastanawiałem się też, na ile jest to rzecz autobiograficzna. Niby całość to adaptacja znanej książki, a jednak trudno było mi się oprzeć wrażeniu, że filmowy Georges Méliès to po części Scorsese. W ten sposób "Hugo" byłby opowieścią wspominkową, o pasji młodego Martina, a także wyznaniem na temat kłopotów z utrzymaniem twórczej świeżości i ciągłego zmaganie się ze zmieniającym się światem. To również niepozbawiona goryczy konst...