Posty

Wyświetlam posty z etykietą Spike Jonze

Her (2013)

Obraz
Chyba jeszcze nie otrząsnąłem się z lektury Johna Crowleya, bo "Ona" to dla mnie gnoza w czystej postaci. Z tego też powodu nie jest to w moich oczach historia miłosna. Traktuję film tak samo, jak średniowieczne traktaty alchemiczne o oblubieńcach i oblubienicach i ich związkach. "Ona" jest więc opowieścią o świecie. To próba ubrania w słowa (a także w osoby, zdarzenia, przestrzenie, czas) myśli i emocji. Jest tu wszystko, co z szeroko pojętą wiedzą tajemną ma związek. Adam i Ewa, Szechina i Sophia. Niepamięć, przebudzenie. Dwoistość, merkuriańskie coniunctio oppositorum. Eidolon (w filmie Isabella). Logos i wywodząca się z niego idea narracji rzeczywistości, w której słowa nadają kształt rzeczy, rzeczy te stają się Prawdą lub też przestają nią być. Cykliczność, która jest podróżą nie po okręgu lecz trójwymiarowej spirali: powrót w to samo miejsce, które nie jest jednak tym samym. Spike Jonze jak na prawdziwego doktora sztuk tajemnych odsłania prawdę jednocześn...

The Wolf of Wall Street (2013)

Obraz
Witajcie w piekle. Jest to miejsce, gdzie spełniają się marzenia... wszystkie marzenia. Pod warunkiem, że marzą wam się tony gotówki, szybkie samochody, jeszcze szybsze panienki i niekończący się strumień dragów i wódy. "Wilk z Wall Street" pokazuje, jak żyje się w grzechu i wierzcie mi, po obejrzeniu filmu nikt z was nie będzie myślał o niebie. Jeśli jest jakiś film, który zasługuje na ekskomunikę, to jest nim właśnie najnowsze dzieło Martina Scorsese. "Wilk z Wall Street" gloryfikuje bowiem wszystko to, z czym walczy kościół. Choć "gloryfikuje" chyba nie jest do końca odpowiednim słowem. Sugeruje ono, że Scorsese wybiela swoich bohaterów, akcentuje zalety hedonistycznego stylu życia, a bagatelizuje jego wady. Tak wcale nie jest. Scorsese postawił przed nami zwierciadło, w którym ukazał amerykański sen, z całym inwentarzem plusów i minusów. Widzimy jaką cenę trzeba zapłacić za luksus, jak niszczycielski jest ów absolutny hedonizm. Ale "Wilk z Wa...

Where the Wild Things Are (2009)

Normalność jest zdecydowanie przeceniania. Max może i ma emocjonalne problemy, może odbiega od normy. Jednak czym jest norma jeśli nie brakiem indywidualizmu? A Max tę cechę posiada, a dzięki niej posiada też i wspaniałą wyobraźnię. To dzięki niej zrozumie, kim jest, wkroczy na ścieżkę dorosłości. To przez nią płacił cenę samotności. Jednak ten film pokazuje też niebezpieczeństwo dorastania. To wtedy większość z nas traci ów dar przekraczania granicy "tu i teraz". Większość traci ją całkowicie, u niektórych odrobina pozostaje na zawsze. Ci zaś, u których pozostaje w znacznym stopniu, przez ogół zostają uznani wariatami i zabijani powoli psychotropami. Max wariatem nie będzie. Jest jednak nadzieja, że gdzieś na obrzeżach jego jestestwa pozostanie miejsce dla dzikich stworów. Lubię tego rodzaju kino. Z jednej strony jest to wspaniała pieśń na cześć indywidualizmu. Jest w tym namacalna magia i piękno surowej, nieokiełznanej energii. Jednocześnie jednak nie wybiela ona charakteru...

I'm Here (2010)

Czy androidy marzą o złamanym sercu? Spike Jonze znów się popisał. Jego krótkometrażówka "I'm Here" nawet gdyby opowiadała o ludziach byłaby przeurocza, a ponieważ bohaterami uczynił androidy, jest rewelacyjna. Jedyny minus to fakt, że film powstał dla promocji wódki. Na pierwszy rzut oka jest to niezwykle romantyczna opowieść o miłości, której bohaterami są introwertyczny pracownik biblioteki i nieco roztrzepana dziewczyna. Jonze cudownie pokazuje kolejne etapy znajomości. Ich pierwsza rozmowa przy samochodzie, fantastyczna scena w łóżku. "I'm Here" to kwintesencja niezależnego kina spod znaku "feel good", pełna uroczych chwil, wzruszeń, radości i gorzkich momentów. Jednak na film można też spojrzeć zupełnie inaczej, mniej romantycznie, a bardziej klinicznie. Zamiast cudownej miłości możemy uznać, że mamy tutaj do czynienia z mocno zaburzonym młodym chłopakiem i niezwykle problematyczną relacją. Oto główny bohater to osoba zamknięta w sobie, którą...