Seriale 2015

Seriale obejrzane w 2015 roku.
OCENA SERIALI OBEJRZANYCH W 2014 ROKU - TUTAJ.

Happy Valley
Ocena: 7
Na poły dramat obyczajowy, na poły serial kryminalny. Ta pierwsza połowa jest zdecydowanie lepsza. "Happy Valley" pokazuje, że za większością zbrodni i przemocy stoją ludzie słabi, tchórze, którzy w bezpośredniej konfrontacji nie mieliby odwagi cokolwiek zrobi. W sposób szczery i brutalnie otwarty pokazuje też, że okrucieństwo nie jest domeną zwyrodnialców. Przeciwnie, w niesprzyjających okolicznościach nawet najbardziej pozornie niegroźne i sympatyczne osoby są zdolne do niewyobrażalnych rzeczy, czy to czynem, czy też zaniechaniem, czy też brakiem umiejętności.

Wirus (sezon 2)
Ocena: 5
Pomysł dobry, ale wykonanie pozostawia sporo do życzenia. Serial jest po prostu niemiłosiernie nudny. Z trudem dotrwałem do końca sezonu i nie jestem pewien, czy sięgnę po ciąg dalszy.

Vicious (seria 2)
Ocena: 9
Przyzwyczaiłem się już do tego, że serial wygląda tak, jakby wydobyto go z zakamarków telewizyjnego archiwum, gdzie przeleżał 30 lat, dlatego też druga seria bawiła mnie bardziej niż pierwsza (a raczej: tak samo, co pierwsza przy kolejnym oglądaniu). Genialne dialogi. Świetna obsada. Jedyna wada (którą dzieli z prawie wszystkimi dobrymi produkcjami brytyjskimi) to mała liczba odcinków.

Dom grozy (sezon 2)
Ocena: 7
Drugi sezon "Domu grozy" nie ma może tak wyśmienitych odcinków, jak pierwszy, ale za to jest znacznie równiejszy. W ostatecznym rozrachunku oznacza to, że serial trzyma wysoki poziom  i jest obecnie jednym z moich ulubionych tytułów telewizyjnych. Królową sezonu była oczywiście Helen McCrory. Cóż za wspaniałą postać miała do zagrania i z jaką werwą się w nią wcieliła. Ciekawą postacią był też Pan Lyle, który okazał się nie tylko osobnikiem barwnym ale i wielowymiarowym. Grający go Simon Russell Beale wypowiada też najlepszy one liner serialu (w ostatnim odcinku).

Wet Hot American Summer: First Day of Camp
Ocena: 8
To był jeden z najbardziej przeze mnie wyczekiwanych seriali tego roku. I na szczęście nie zawiodłem się, choć było blisko. Pierwszy odcinek okazał się kompletnym rozczarowaniem. Nie mogłem uwierzyć, że tak ma wyglądać kontynuacja jednej z bardziej zwichrowanych komedii, jakie widziałem. Na szczęście od drugiego odcinka wszystko poszło dokładnie tak, jak się tego spodziewałem. Fantastycznie absurdalny humor, doskonała zabawa kliszami kina i telewizji lat 80. To takie "Kung Fury", tylko lepsze i z całą komediową śmietanką. Choć dla osób, które nie kupiły humoru kinowego "Wet Hot American Summer" ten serial może okazać się nie do strawienia.

Miasteczko Wayward Pines
Ocena: 6
"Miasteczko Wayward Pines" leży w całkowitej opozycji do "Fortitude". O ile problemem tamtego serialu było ślimacze tempo, o tyle tu wszystko rozgrywa się zbyt szybko. Jest to oczywiście spowodowane koniecznością zamknięcia historii w 10 odcinkach. A tymczasem wielopoziomowa intryga aż prosiła się o delektowanie się nią, o mylenie tropów, o budowanie kolejnych pięter, podtekstów, niejednoznaczności. Żeby to jednak w pełni wykorzystać, trzeba byłoby poświęcić na fabułę co najmniej 2-3 sezony (w zależności od liczby odcinków). 

Zapiski młodego lekarza (seria 2)
Ocena: 7
Zdecydowanie za krótkie. Oczywiście lepsze to niż nic, ale i tak pozostawia spory niedosyt. Ponadto ta seria jest zdecydowanie mniej śmieszna, za to bardziej ponura. Samo w sobie nie jest to złe, jednak moim zdaniem nie do końca udało im się zrównoważyć oba elementy. Niektóre z absurdalnych scen były po prostu zbyt okrutne, żeby mnie śmieszyć.

Agentka Carter (sezon 1)
Ocena: 7
Bardzo przyjemny serial. Spodobał mi się głównie za sprawą dobrze odwzorowanego klimatu epoki USA tuż po II wojnie światowej. Przywodził mi na myśl klasyczne kino noir czy pulpowe opowieści, które dziś uznalibyśmy za infantylne. W takiej scenerii komiksowość serialu była tylko atutem.

Upadek (sezon 2)
Ocena: 7
Jestem rozczarowany tym, w jakim kierunku poszli twórcy w drugim sezonie. Po więcej niż obiecującej pierwszej serii, zawrócili na bardziej utarte tory. Uznali, że widzowie chcą dowiedzieć się więcej o bohaterach. I to prawda, ale nie sądzę, by chodziło im (bo mnie na pewno) o poznanie korzeni ich obecnej sytuacji. O wiele ciekawsze jest poznanie tego, kim są w relacji do siebie nawzajem (koncepcja lustrzanego odbicia z pierwszego sezony była strzałem w dziesiątkę, szkoda że powrócono do niej dopiero pod koniec sezonu drugiego) oraz to, jak będą dalej ze sobą pogrywać. Co ciekawe na zmianach gorzej wypadła postać grana Gillian Anderson (choć scena w barze z Archie Panjabi – rewelacja!). Paul Spector pozostał fascynujący, głównie za sprawą swojej zuchwałości (na przykład w odcinku trzecim). Wielkim plusem jest całkowity brak histerii, wrzasków, wymuszania zeznań przemocą, cała mozolna procedura śledcza. Co prawda czasem serial się ślimaczy, ale mogę to przeboleć.
Ps. Colin Morgan okazał się doskonałym dodatkiem. Mam nadzieję, że będzie go więcej w trzecim sezonie.

Dolina Krzemowa (sezon 2)
Ocena: 8
Po świetnym pierwszym sezonie bałem się, że drugi okaże się z konieczności słabszy. Ale nie. Twórcy stanęli na wysokości zadania. "Dolina Krzemowa" bezbłędnie łączy pierwszorzędny humor z diabelską inteligencją i szokująco trafną diagnozą współczesnego świata. I choć kilka pomysłów nie było do końca trafionych, a inne były tak dobre, że żałuję, iż nie poświęcono im więcej miejsca, to w sumie jest to zdecydowanie jedna z najważniejszych komedii telewizyjnych roku.

Sense8 (sezon 1)
Ocena: 6
Dwa seriale w jednym. Pierwszym jest obyczajowo-egzystencjalna przypowieść o ludzkości i tym, co i w jaki sposób nas definiuje. Widać w niej piętno Wachowskich, tych z "Atlasu chmur". Druga to pełna intryg próba stworzenia nowej mitologii w stylu "Babilonu 5", brakuje tylko proroctwa, które napędzało tamten serial JMS-a. Połączenie ich obu nie zawsze przebiega harmonijnie. Niektóre postaci trochę się marnowały, bywa też za bardzo kaznodziejski. Ale ma sporo świetnych momentów: telenowelowy wątek meksykański, akcenty bollywoodzkie w historii indyjskiej, fantastyczna sekwencja narodzin z odcinka 10. Mam nadzieję, że na jednym sezonie się nie skończy.

Outlander (sezon 1, druga połowa)
Ocena: 6
Po pierwszych ośmiu odcinkach byłem pod sporym wrażeniem. Jednak kilka miesięcy przerwy sprawiło, że efekt nowości minął i nawet Sam Heughan nie wystarczył, by zatrzymać mój entuzjazm. Oczywiście to wciąż jest solidny serial i na pewno do niego powrócę. Zaś kilka odcinków (w tym ostatni) to kawał świetnej narracyjnej roboty. Niemniej jednak czegoś mi tu brakowało. (PS. Po raz kolejny przekonuję się, że kobiety piszące powieści fantasy są okrutniejsze od mężczyzn. Sekwencja gwałtu jest mocniejsza od tego, co wymyślił chociażby Martin w GOT. Nie przez swoją graficzność, ale przez uwzględnienie aspektu emocjonalnego na równi z fizycznym).

Grace and Frankie (sezon 1)
Ocena: 6
"Współczesna rodzina" a la Netflix - spóźniona, mniej zabawna, bardziej obyczajowa. Jej plusem są sympatyczni bohaterowie i to, że głównymi postaciami są osoby po 70-ce. To ewenement, zazwyczaj osoby w tym wieku są jedynie barwnym dodatkiem do serialu. W "Grace and Frankie" tkwi olbrzymi potencjał, ale twórcy muszą być bardziej odważni w tym, co opowiadają, a nie kręcić ciepłe kluchy.

The Flash (sezon 1)
Ocena: 7
Stworzony z tego samego szablonu co "Arrow". Różnica polegała na bardziej komiksowych bohaterach i lżejszym tonie. To ostatnie jednak wraz z rozwojem sezonu ulegało zmianie. Ostatnie odcinki uderzały w te same ponure tony, co "Arrow" w połowie trzeciego sezonu. Osobiście wolę Olivera, ale przygody Barry'ego to przyjemna pulpowa rozrywka. Plus za Ricka Cosnetta, w którego głosie się zakochałem. Jeśli nie uda mu się jako aktorowi, to wróżę mu świetlaną przyszłość w świecie audiobooków.

Brooklyn 9-9 (sezon 2)
Ocena: 5
Cóż za upadek! Pierwszy sezon był dla mnie komediowym objawieniem roku. Niestety w drugim sezonie wszystko jakoś oklapło. Zamiast brawurowo przeć do przodu, łączyć absurdalny humor sytuacyjny z inteligentnymi, niebanalnymi pomysłami komediowymi, "Brooklyn 9-9" zmienił się w sitcom rozlazły, pozbawiony ikry. Owszem miał kilka niezłych odcinków, ale większość niestety nie przekroczyła poziomu przeciętności.

Arrow (sezon 3)
Ocena: 7
Wiele osób narzeka na trzeci sezon. Ja nie. Jako całość podobał mi się. Najpierw wątek z siostrą, później sprawa z Ligą – przyjemnie mi się oglądało to, jak rozwija się historia. "Arrow" wciąż pozostaje moim ulubionym serialem komiksowym. Choć to prawda, ten sezon był mocno nierówny. Kilka odcinków było doskonałych, ale też było kilka, które wylądowałyby w moim zestawieniu na samym dole (najgorszy był ten poświęcony Deadshotowi). Już nie mogę doczekać się jesieni.

Żona idealna (sezon 6)
Ocena: 6
Biorąc pod uwagę liczbę odcinków i ich poziom, "Żona idealna" jest obecnie najlepszym serialem w jakiejkolwiek amerykańskiej telewizji. Jestem pod olbrzymim wrażeniem tego, jak wysokie standardy są tu utrzymywane. Niemniej jednak polityczne perypetie Alicii mniej mnie obchodziły od jej biznesowych poczynań w piątym sezonie. Stąd koniec końców tylko szóstka.

Imperium (sezon 1)
Ocena: 6
Dawno już nie oglądałem prime-time'owej opery mydlanej, ale "Imperium" okazało się całkiem przyjemną rozrywką. Oczywiście fabuła jest zwariowana i tak poplątana, jak to tylko możliwe. Na szczęście, mimo poważnych tonów, traktowana jest z przymrużeniem oka. Oddechu całości dodaje też spora dawka muzyki. Co prawda moim zdaniem za dużo jest w niej Timbalanda, ale kilka piosenek wyszło lepiej niż dobrze.

Fortitude (sezon 1)
Ocena: 6
Jeden z tych seriali, na które trzeba patrzeć jako całość, która jest większa niż suma poszczególnych odcinków. Ale muszę się przyznać, że ciężko mi było to zauważyć. Przez pierwsze kilka odcinków męczyłem się, wydawało mi się, że jest to nieudany mariaż "Miasteczka Twin Peaks" ze skandynawskim kryminałem. Ale później się wciągnąłem w historię. "Fortitude" okazuje się ciekawym spojrzeniem na preapokaliptyczną fabułę. Mimo wszystkich ozdobników jest to całkiem przekonująca wizja tego, jak może wyglądać początek końca.

Trafny wybór
Ocena: 4
Nie czytałem książki i serialu pewnie też bym nie obejrzał, gdyby nie jeden z jego zwiastunów. Gdy go zobaczyłem, pomyślałem, że może to być ciekawy współczesny dramat brytyjski, czego już od jakiegoś czasu nie widziałem w telewizji. Niestety dobrych elementów jest tu niewiele i rozsiane są po całym serialu tak, że po prostu giną w natłoku miernoty, jaką jest fabuła okraszona bezbarwnymi bohaterami. "Trafny wybór" zdecydowanie nie przypadł mi do gustu.

Piraci (sezon 2)
Ocena: 8
Niesamowite, jak zmienił się ten serial. Jestem pod wrażeniem tego, co uczynili z nim twórcy. Poprawili WSZYSTKIE wady, jakie widziałem w pierwszym sezonie. Tym razem dostałem całą masę doskonałych postaci (Flint, Jack, Max, John, nawet Billy). Do tego stworzono spójną, wciągającą fabułę. Podoba mi się to, że tu każdy ma swoje własne plany, a sojusze są jedynie tymczasowe. "Piraci" są też chyba pierwszym serialem od czasu "Torchwood", który tak wyraźnie porzucił jednoznaczną dychotomię hetero-homo(seksualizm) na rzecz wielowymiarowych, a przez to o wiele bardziej fascynujących relacji międzyludzkich.


Dom grozy (sezon 1)
Ocena: 7
Doskonały początek. Świetny klimat gotyckiej opowieści grozy. Barwne postaci są wariacjami na dwa podstawowe tematy, które splatają się w jedną, intrygującą wizję świata. Pierwszą jest konflikt twórcy z jego dziełem (czasem pokazywany dosłownie, czasem jako kryzys wiary). Drugim jest konflikt dobra ze złem, choć często trudno powiedzieć, co jest czym. To bardziej konflikt popędów i rozumu, moralności i instynktów, bezrozumnej bestii tkwiącej w każdym z nas z również u nas obecną transcendentną duszą. O dziwo z wszystkich postaci najmniej podoba mi się ta grana przez Evę Green. Poszczególne odcinki są dość nierówne, ale ten, w którym poznajemy "pierworodnego" Frankensteina, uważam za jeden z najlepszych, jakie widziałem w ciągu ostatnich 12 miesięcy. Taką historię Wiktora Frankensteina i jego dzieła chciałbym zobaczyć na dużym ekranie.

Sposób na morderstwo (sezon 1)
Ocena: 7
Ależ ten serial mnie wciągnął! Z każdym kolejnym odcinkiem z coraz większą fascynacją oglądałem rozwój wypadków. Podobała mi się obsada, choć wydaje mi się, że jest zbyt wielu bohaterów i niektóre postaci nie są jakoś szczególnie rozbudowane. Viola Davis jest cudowna. Po trzynastym odcinku byłem przekonany, że dam serialowi 8, ale finał niestety mnie rozczarował. Były to zdecydowanie dwa najsłabsze odcinki sezonu.

Newsroom (sezon 3)
Ocena: 3
Kompletnie niepotrzebny sezon. Bardzo zła fabuła, której jedyną atrakcją mają być błyskotliwe dialogi. Niestety przestały być one fajne już w drugim sezonie, więc teraz jedynie sympatia do Olivii Munn sprawiała, że jej postać jeszcze w miarę mi się podobała. Reszta niestety niewarta uwagi.

Pod kopułą (sezon 2)
Ocena: 6
"Pod kopułą" coraz bardziej przypomina tandetne seriale z lat 90. Ma tanie efekty i kiepską grę aktorską (nie radzą sobie głównie młodsi). A jednak mimo wszystko obejrzałem całość i na pewno wrócę do serialu. Po prostu spodobała mi się historia. "Pod kopułą" wpisuję do kategorii "wstydliwe przyjemności".

Galavant (sezon 1)
Ocena: 6
Doskonały pomysł, który jednak nie przełożył się na równie udany serial. Mam wrażenie, że twórcy nie potrafili zdecydować się na ile ekscentryczni a na ile familijni chcą być. "Galavant" jest więc serialem pstrokatym, z kilkoma doskonałymi dowcipami (pojedynek na kopie to moja ulubiona scena) i niestety sporą dawką nudy. Z piosenkami też jest różnie. Chyba nie ma niczego, co naprawdę wpadłoby mi w ucho.

Muszkieterowie (seria 1)
Ocena: 7
Szczerze mówią ostatnimi czasy zdecydowanie wolę seriale proste, łatwe i przyjemne. Dlatego też "Muszkieterowie" tak bardzo przypadli mi do gustu. Jest to fajnie skrojony serial przygodowy z sympatycznymi postaciami i niezobowiązującą, a zarazem wciągającą fabułą. Podobali mi się i muszkieterowie i cały drugi plan. Fajnie, że nie tylko mężczyźni ale i kobiety są tu barwnymi postaciami. Idealny serial do zrelaksowania się.

Olive Kitteridge
Ocena: 6
Chyba zbyt wysokie miałem oczekiwania wobec tego serialu po tych wszystkich zachwytach i ocenach ludzi wokół. Dla mnie jest to dość standardowe studium ludzkiego życia z doskonałą rolą Frances McDormand (co zresztą też nie jest dla mnie żadnym zaskoczeniem). Odniosłem wrażenie, że "Olive Kitteridge" to w zasadzie program edukacyjny, tyle że lepiej zagrany.

1 komentarz: