Posty

Wyświetlam posty z etykietą Juliet Stevenson

Diana (2013)

Obraz
A cóż to za pokraka! Żaden to film biograficzny. Wydaje się, że postać księżnej Diany jest tu wykorzystana przez przypadek, wyłącznie jako zabieg marketingowy. Film owszem wykorzystuje kilka jej słynnych wypowiedzi, pojawiają się też sceny znane z pierwszy stron gazet. Ale nie ma to większego znaczenia, ponieważ twórcy w żadnym momencie nie pochylają się nad postacią Diany, nie próbują jej zrozumieć, czy przybliżyć widzowi. Zamiast tego dostajemy coś, co udaje sztampowy melodramat. Ale nawet odbity blask sławy Diany nie jest w stanie pomóc filmowi, by uczynić z niego głęboko przejmującą opowieść miłosną (ale żeby być fair, w tej chwili chyba żaden film o miłości nie wywarłby na mnie większego wrażenia, właśnie kończę czytać "Eight White Nights" i to jest dopiero niesamowita i poruszająca historia). Gdyby zamiast Diany była nikomu nieznana Zuzia, na seansie nie pojawiłby się nawet pies z kulawą nogą. Papierowe postaci, banały zamiast prawdziwych dialogów i aktorzy, którzy...

Pierrepoint (2005)

Ten film aż prosił się o opowiedzenie go w tym samym stylu co "Bronson" czy "Boski". Oto jeden z najsłynniejszych katów Wielkiej Brytanii, wielbiony i wyklinany, zabójca kilkuset osób, wszystkie zabił profesjonalnie, chłodno i w majestacie prawa. Impresjonistyczne kino mogłoby pomóc widzom wniknąć w głąb psychicznego doświadczenia, jakim jest zabijanie na zlecenie sądu, przeniknąć maskę, jaką Pierrepoint sam przyoblekł będąc jedynym , od kogo w zasadzie można czerpać informacje o jego życiu. Niestety reżyser wolał kręcić film "po bożemu". Wyszła z tego zupełnie nijaka biografia, która nic w zasadzie nie mówi, niczego nie pokazuje. Dostajemy kilka slajdów z miejsca kaźni plus kilka scenek rodzajowych i tyle. Mając znakomitą obsadę (Spall, Stevenson) kompletnie jej nie wykorzystuje. Tylko w jednej scenie widać prawdziwe emocje. To trochę mało. Ale po twórcy telewizyjnym trudno się był spodziewać więcej. Ocena: 6

Desert Flower (2009)

Przy tego rodzaju obrazach u wielu osób zawsze pojawia się problem, jak rozdzielić tematykę od oceny samego filmu. Ja nie mam tego problemu i tylko dlatego, że "Kwiat pustyni" porusza bardzo ważną kwestię, o której wciąż za mało się na świecie mówi (a przede wszystkim czyni), nie zamierzam zawyżać oceny. A fakty są takie, że Sherry Horman zrobiła film ładny, wręcz laurkowy, do bólu szablonowy, który przed porażką ratuje nie scenariusz a aktorzy. Horman chyba od samego początku miała problem, jak pogodzić historię głównej bohaterki w Somali z tą w Londynie. Poszła na podręcznikowy kompromis, który niestety słabo się tu sprawdza. Przejścia pomiędzy jedną a drugą przestrzenią czasową są wymuszone, a narracja zamiast stawać się spójniejszą, rozbija się i wytrąca z rytmu. Kilka wątków jest przeciągniętych ponad miarę, niektórzy bohaterowie są niepotrzebni (przynajmniej w tak duże ekspozycji). Horman nie potrafi pokazać, jak to naprawdę jest być obcym w wielkiej metropolii. Nie po...