Są takie filmy, które ogląda się nie dla fabuły, a dla wrażenia, jakie po sobie pozostawiają. Do grupy tej należy właśnie "Ostatnia miłość na Ziemi". Najnowsze dzieło Davida Mackenziego to opowieść o Nirwanie, ale pokazana z punktu widzenia przeciętnego człowieka, który nie ma żadnych wyższych aspiracji poza byciem człowiekiem. Tymczasem Nirwana w swej istocie oznacza pozbycie się wszystkiego co ludzkie, co sprawia, że nasza egzystencja jest chaotyczna, pełna pasji i emocji. W "Ostatniej miłości na Ziemi" człowiek zostaje wbrew sobie pchnięty na drogę oświecenia. Dla przymuszonych proces ten jest niczym nieodgadniona choroba pozbawiająca ich wszystkiego, co pewne. Reagują więc strachem, buntem i uporem maniaka, który sprawia, że mimo coraz większej redukcji kurczowo trzymają się ludzkiej egzystencji. Mackenzie pokazuje, jak trudno jest nam porzucić to, kim wydaje się nam, że jesteśmy. Nawet ból i tragedia jest lepsza od nicości. Reżyser po mistrzowsku oddał ...