Najnowszy film Leosa Caraxa idealnie wpisuje się w kontinuum wytyczone z jednej strony przez "Rekonstrukcję" Boego, z drugiej przez "Atlas chmur" Wachowskich i Tykwera. Od tego pierwszego wziął sztuczność konstrukcji, która mimo to daje jakże prawdziwe, pełne emocji efekty. Od tych drugich pożyczył wieloepizodyczną formułę jak i metafizyczny budulec. "Holy Motors" to wyprawa do świata nieświadomości. Dla Caraxa jest to świat nostalgii i tajemnicy związanej z tym, co minęło. Dlatego też wrotami do niego są symbole, które dla bohatera są już znakami przeszłości (las, który jest już tak odległym dla niego symbolem nieświadomości, że zastąpiła go tapeta; kino, które jest ożywionym mitem – idea popularna u zarania medium, ale dziś coraz rzadziej przypominana; limuzyny). Po przekroczeniu bram nieświadomości, trafiamy do świata, gdzie zwykłe prawa logiki zdają się nie obowiązywać. Ale nie oznacza to wcale, że nie ma tu żadnych praw, bądź że wszystko jest ...