Heh, "trylogia zemsty" – całkiem dobra nazwa na kręcenie tego samego tylko w zmienionych scenografiach. Ale choć Tarantino nie zaskakuje i nie wprowadza nic nowego, to nie oznacza to wcale, że źle się go ogląda. Wręcz przeciwnie, na poziomie czysto rozrywkowym, film oglądało mi się z nieskrywaną przyjemnością. Nadal uważam, że "Death Proof" to jego najlepszy film, ale "Django" stawiam wyżej niż chociażby "Bękarty wojny". Film podoba mi się najbardziej wtedy, kiedy odwołuje się do stylistyki kina z przełomu lat 60./70. Podoba mi się praca kamery, faktura zdjęć (jak choćby w reminiscencjach Django) i gra aktorów, którzy jednocześnie są bardzo serio i świetnie się bawią. Pozytywnie zaskoczył mnie Samuel L. Jackson. Jeśli już ktoś zasługiwał na nominację do Oscara, to właśnie on. Waltz też jest fajny, ale gra tak, jakby dr Schultz był dziadkiem Landy. Gdyby między "Bękartami" a "Django" nie zagrał tej samej roli w trzech inn...