Ridley Scott ma już tyle lat, że powinien wiedzieć, iż w pewnym wieku szpagatu nie powinno się już robić, bo można sobie to i owo naciągnąć i uszkodzić. Niestety właśnie szpagat próbuje zrobić w Robin Hoodzie, stając w rozkroku między rewizjonistyczną prawdą a romantycznym mitem. Wychodzi z tego zaskakująco niespójny film, który miejscami jest naprawdę pasjonujący, by chwilę później szokować głupotą. Robin Hood w tej wersji nie jest nawet Robinem z Locksley. Jest łucznikiem w armii Ryszarda Lwie Serce, synem pierwszego angielskiego socjalisty, który położył fundamenty pod przyszłą Magna Charta Libertatum. Locksleyem staje się udając syna szlachcica. Banitą stanie się ratując królestwo. Jest więc to dość gorzka opowieść o bohaterstwie, które nie zostaje nagrodzone, lecz wręcz odwrotnie budzi wrogość tych, którzy powinni być wdzięczni. Przypomina w tym "1492: Wyprawę do raju". Jednak obok tego jest i druga historia romantycznego Robin Hooda, szlachetnego, który kończy jako bani...