I kolejny dowód na to, że kino SF ma się w naprawdę dobrej formie – "Moon". Mając do dyspozycji zaledwie 5 milionów dolarów, Duncan Jones wiedział, że nie starczy to na wizualne fajerwerki, które mogłyby przyćmić pomysły Bay i reszty hollywoodzkich wyrobników. Zamiast tego sięgnął po to, co w SF zawsze było najważniejsze: historia, która stawała się pretekstem do rozważań na tematy uniwersalne, jak choćby to, co to znaczy być człowiekiem. Pomysł Jonesa na fabułę jest banalnie wręcz prosty. Samotny człowiek na Księżycu odkrywa, że ani on nie jest tym, kim wierzył, że jest, ani też rzeczywistość nie wygląda tak, jak mu się zdaje. Dla fana gatunku, zwłaszcza w jego literackim wcieleniu, historia "Moon" będzie doskonale znana. To, czym Dunca zaskarbi sobie przychylność jest egzekucja filmu. Nigdy nie idzie na łatwiznę, nie stosuje uproszczeń i skrótów filmowych. Mając w zasadzie tylko fabułę, poprowadził narrację w sposób przemyślany i atrakcyjny dla widza. "Moon...