Posty

Wyświetlam posty z etykietą Kim Basinger

The Informers (2008)

Obraz
Początek lat 80. Czas, kiedy umarła beztroska i narodził się strach przez intymnością, która mogła zarażać śmiercią. Ale czy aby na pewno. Jak przekonuje Bret Easton Ellis, autor literackiego pierwowzoru i współscenarzysta filmu, jest to złudzenie. Nic tak naprawdę nie umarło... no, może samą iluzją. W "Informers" beztroska nie jest wcale objawem radości i wolności. Beztroska bohaterów filmu jest objawem skrajnego nihilizmu. To konsekwencja bólu, nieznośnej niepewności tego, kim się jest, kim chce się być, kim są dla nas inni. Zawód rodzicami, pustka egzystencjalna, brak myślenia perspektywicznego. Nadejście AIDS w tym świecie nie jest nową epidemią, jest starym lękiem ubranym w nowe, bardziej widoczne szaty. A i tak nadejście tej choroby jest prawie niezauważone. Bo jak w ciemnościach ujrzeć mroczne zagrożenie?

The Nice Guys (2016)

Obraz
Shane Black nie zawiódł. "Nice Guys" to przednia zabawa, świetna komedia i doskonale dobrany duet aktorski. Black jest tu w równie dobrej formie, co w czasach swojego debiutu "Kiss Kiss Bang Bang". A Gosling i Crowe (który już chyba na dobre zrezygnował z ambicji bycia mięśniakiem) są równie dobrzy, co przed laty Downey Jr. i Kilmer. Oby tylko żaden z nowej dwójki nie skończył jak ten ostatni.

Third Person (2013)

Obraz
Nie wiem, co zdumiewa mnie bardziej: to, że Paul Haggis nakręcił tak pretensjonalny bzdet czy to, że uzyskał on tak wysoką ocenę wśród publiczności. "Miasta miłości" przywodzi mi na myśl najbardziej nabzdyczone polskie produkcje puszące się artystycznymi pretensjami. Po Haggisie spodziewałem się czegoś zupełnie innego.

Grudge Match (2013)

Obraz
Nie było tak źle, jak się tego obawiałem. W porównaniu z innymi geriatrycznymi komediami z ostatnich lat ("Twardziele") wypada nawet przyzwoicie. Ale to w sumie niewiele znaczy, ponieważ ta formuła po prostu w Hollywood się nie sprawdza. Nie rozumiem, dlaczego powstają kolejne filmy. Zamiast grać w czym popadnie, niech te wszystkie legendy kina już przejdą na emeryturę albo też niech będą bardziej wybredne przy wyborze ról.

One Square Mile (2014)

Obraz
Nigdy nie ufaj obsadzie – taką lekcję przyniósł mi seans filmu "Cztery minuty". Sięgnąłem po niego zachęcony właśnie nazwiskami odtwórców ról, a tymczasem okazało się, że całość jest niczym więcej jak kinową wersją "Dlaczego ja?".

Charlie St. Cloud (2010)

No cóż, po obejrzeniu "Charlie St. Cloud" nie mam złudzeń. Burr Steers zakochał się w Zacu Efronie, lecz jest to miłość alfonsa do swojej ulubionej dziwki: oddaje obiekt swego uwielbienia światu, chwaląc się, jaki jest on wspaniały. I tak właśnie wygląda "Charlie St. Cloud". Efron jest tu stręczony na wszystkie możliwe sposoby, Steers prezentuje go widowni z pieczołowitością i dbałością balansującą na granicy obsesji. Liczba zbliżeń twarzy jest wręcz karkołomna i kompletnie nie uzasadniona fabułą. Szkoda, że Steers nie poświęcił tyle samo czasu fabule. Ta jest naiwna i sama w sobie mocno dwuznaczna. Historia braterskiej miłości, która przekracza granice życia i śmierci mogła być interesująca. Tu jednak ma tylko wywołać wzruszenie. Wielu osobom pewnie to wystarczy, dla mnie niestety to za mało. Szkoda też, że Kim Basinger  pojawia się tylko w kilku scenach. Ocena: 5

Even Money (2006)

O matko! "Władza pieniądza" to prawdziwa gwiezdna apokalipsa. Tyle znanych nazwisk zagrało w filmie, który wstydziłbym się wrzucić do swojego kosza, tak jest zły. Kilkanaście lat temu Mark Rydell może i robił porządne filmy, ale ten czas dawno już minął i chyba nie wrócić. "Władza pieniądza" ma być opowieścią o tym, jak marzenia zmieniają się hazard, hazard w nałóg, a nałóg w chorobę niszczącą właśnie marzenia. Ma być, bo w rzeczywistości jest to jedna długa masochistyczna tortura wyraźnie udowadniająca, że niektórzy ludzie nie potrafią cenić czasu swojego i widzów. Besinger, Liotta, Roth Whitaker, Gugino i inni marnują się miotając w rolach, które nie dają im żadnych szans na rozwinięcie swojego talentu. Szkoda, wielka szkoda. Ocena: 3

While She Was Out (2008)

"Zaraz wracam" daje odpowiedź na pytanie, dlaczego kobiety powinny dziękować za męża, który się nad nimi znęca (nawet jeśli tylko głównie werbalnie). Otóż uczy to je trudnej sztuki przetrwania, nie tracą głowy, potrafią nieźle kombinować, a kiedy miarka się przeleje, to są bezwzględne jak mało kto. Ot choćby taka Della, główna bohaterka filmu Susan Montford. W domu zdaje się być kompletną ofiarą podporządkowaną swojemu ciągle wściekłemu mężusiowi. Kiedy jednak zostanie zaatakowana przez czwórkę młodocianych przestępców, a ucieczka okaże się bezskuteczna, będzie wiedziała co robić. Jak wiedzę po ocena tu i tam, film nie spotkał się z przychylnością widzów. Nie bardzo rozumiem dlaczego, bo mi się całkiem podobał. Żeńskie kino akcji, gdzie to kobiety kule się nie imają wypada bardzo dobrze w porównaniu z kinem macho, zaś Kim Basinger wcale nie ustępuje w walce z oprychami Michaelowi Dudikoffowi czy Sylvestrowi Stallone. Owszem, jak w kobiecych pornosach, tak i tu akcenty są niec...

The Burning Plain (2008)

"Granice miłości" to pierwszy film wyreżyserowany przez Guillermo Arriagę. Autor scenariuszy do "Amores perros" czy "21 gramów" zagrał bezpiecznie korzystając z tego, co dobrze już poznał. Znów więc mamy kilku bohaterów, kilka planów czasowych i tragedię, która ich wszystkich wiąże. Całość kręci się wokół trzech kobiet: matki, córki i wnuczki. Wszystkie trzy naznaczone zostały nieszczęściem, stratą, a poczucie winy, niespełnienia przerodzi się w grzech, który dopiero przy wnuczce ma szansę zostać odpuszczony. Wszystko byłoby z tym filmem w porządku, gdyby nie jeden fakt: to już było. I nie dotyczy to tylko Arriagi, ale też i Charlize Theron. Uparła się ona na granie tych samych zmęczonych, okaleczonych przez życie kobiet, których ja już zaczynam mieć kompletnie dosyć. Jest gorsza od Sandry Bullock, ta przynajmniej ma trochę rozumu i od czasu do czasu zagra w jakiejś komedii. A Theron nawet w Hancocku gra postać podobną, tyle że w lżejszym wykonaniu. Dość T...