Chyba od czasu "Matriksa" nie widziałem w kinie filmu, który by w tak ostentacyjny sposób celebrował to, że jest antologią cudzych idei ubranych w szaty oryginalnego dzieła. Wszystko, dokładnie wszystko, co zostało tu pokazane, w kulturze funkcjonuje od czasów starożytnej Mezopotamii. Zasługą Andersona jest jedynie to, że dokonał selekcji tematów i zgrabnie je poskładał tak, że wyszedł z tego rasowy melodramat. I owszem jest to historia miłości tyle tylko, że nie dwóch mężczyzn a twórcy i jego stworzenia. Freddie jest osobistym eksperymentem tytułowego Mistrza. Z jakichś powodów to on a nie dziesiątki innych osób przykuły jego uwagę. Innymi manipuluje odruchowo, nim kieruje intencjonalnie, Freddie to jego opus magnum. Ale, jak to z takimi dziełami bywa, relacja szybko przestaje być jednostronna. Freddie równie nieświadomie przetwarza Mistrza, staje się jego obsesją. Koniec może nie jest tak histeryczny jak w "Czarnym łabędziu", ale końcowa piosenka jest gwoźdz...