Darren Lynn Bousman może kręcić krwawe jatki, ale nikomu tym nie zmydli oczu. Jest straszliwym konserwatystą, a jego filmy są niczym ewangelizacyjne lekcje pisane krwią. Tak było z "Piłami", gdzie uczył nas wartości życia. Tak jest i w przypadku "Mother's Day". Tym razem uczy nas lekcji macierzyństwa. I jest to lekcja niezbyt politycznie poprawna. Macierzyństwo jest tu nierozerwalnie związane z biologią. Kiedy ciało nas zdradza, reszta nie może funkcjonować prawidłowo. Stąd tytułowa matka musi, z definicji punktu wyjścia, być psychopatką. A że pomysł nie jest Bousmana, tylko jest to remake, nie ma tu większego znaczenia. Jak i w "Piłach", tak i tu Bousman szczególną uwagę poświęca karaniu grzeszników. Co jednak ciekawe albo większymi grzesznikami są według niego mężczyźni albo też kobiety traktuje ulgowo, tym ostatnim jest bowiem łatwiej przetrwać, a przy tym są bardziej okrutne w pragmatycznym podejściu do sprawy przetrwania. "Mother...