Posty

Wyświetlam posty z etykietą Shawn Roberts

xXx: Return of Xander Cage (2017)

Obraz
Scenarzysta przy tym filmie za bardzo się nie napracował. Jego zadanie było banalnie proste. Musiał wymyślić serię nieprawdopodobnie i absurdalnie widowiskowych scen, które następnie zostały wrzucone do wirtualnego blendera, poszatkowane i wyciągane scena po scenie, przypadkowo posklejane i nazwane fabułą.

Resident Evil: The Final Chapter (2016)

Obraz
Paul W.S. Anderson w swoim żywiole. "Resident Evil" nie ma żadnej wartości. Głupota została tutaj wyniesiona do rangi cnoty. Nikt już nawet nie udaje, że fabuła ma ręce i nogi. Bohaterowie są przerysowani, a spiętrzenie niezwykłych zbiegów okoliczności i zwrotów akcji wyczuwanych nosem na kilometr ma rozmiary katastrofy naturalnej. Ale to właśnie jest urokiem serii.

Resident Evil: Retribution (2012)

Obraz
Brawo panie Anderson! Tym razem zyskałeś mój pełen podziw i szacunek. "Resident Evil: Retrybucja" wychodzi naprzeciw wszystkim oczekiwaniom fanów, którzy domagali się adaptacji gry, a jednocześnie wywraca je na do góry nogami. Anderson podszedł do tych żądań bowiem całkiem poważnie, czego rezultat był oczywiście z góry wiadomy, choć żaden fan by się do tego nie przyznał. Dosłowne przeniesienie gry na ekran daje tragiczny rezultat. Już słyszę te głosy oburzenia, że film w niczym nie przypomina gry. Tak, to prawda. Ale są to tylko pozory. Film jest negatywem gry. Gdzie gra próbowała imitować rzeczywistość, tam film imituje wirtualną rzeczywistość. Całość, dosłownie wszystko, jest tu sztuczne aż do granic wytrzymałości. Sterylne lokacje są bardzo umownym odtworzeniem świata, bo też ich intencją nie jest perfekcyjne odzwierciedlenie rzeczywistości, a jedynie stworzenie warunków na tyle dookreślonych, by zachowania postaci miały choć niewielki stopień prawdopodobieństwa. Ande...

Resident Evil: Afterlife (2010)

Nie jestem wielkim fanem Paula W.S. Andersona. Pierwszy "Resident Evil" nie był może tak zły jak się tego obawiałem, a "Ukryty wymiar" po latach wspominam całkiem nieźle, jednak w ostatnich latach Anderson nie przekracza granic przeciętności. Dlatego też na "Resident Evil: Afterlife" wybierałem się pełen najgorszych obaw. Częściowo moje obawy potwierdziły się. Filmowi brakuje fabuły, bohaterów i ogólnie sensu. Na szczęście nadrabia to fajnymi i zabawnymi sekwencjami akcji i dużą dawką autoironii. Film ogląda się bardziej jak horrorową komedię akcji w stylu "Wysypu żywych trupów" niż pełnokrwisty horror postapokaliptyczny o zombie. I może to i lepiej. W końcu temat jest już tak rozwałkowany, że chyba najlepiej byłoby, gdyby pozwolono mu chwilę odleżeć w spokoju. Ocena: 5

Edge of Darkness (2010)

Zupełnie nie dziwię się, dlaczego na swój kinowy comeback Mel Gibson wybrał "Furię". Toż to idealny film dla niego. Policjant, który jest świadkiem brutalnej śmierci swojej jedynej córki. Teraz zrobi wszystko, by odkryć prawdę. Gibson przez lata był synonimem mściciela i wojownika o prawdę (kłania się "Okup", "Braveheart"). I tu jest w swoim żywiole, choć mniej w nim dawnego romantycznego uroku, a więcej zimnej stali. Gibson z całą pewnością dał z siebie wiele, by wypaść jak najlepiej. To nie on zawodzi, ale inni. Najpoważniejszym problemem jest scenariusz. "Furia" jest po prostu źle rozpisana. W zasadzie całość sprawia wrażenie, jakby pisało ją niezależnie od siebie pół tuzina osób, a potem posklejano to wszystko w przypadkowej kolejności. Chwilami jest to klasyczne kino zemsty i sceny te należą do najlepszych. Chwilami jest to solidne, choć wtórne kino sensacyjne z dawką akcji. Niestety miejscami otrzymujemy jakąś przedziwną parodię komiksowych...

Diary of the Dead (2007)

Obraz
Romero jest niekwestionowanym mistrzem, jeśli chodzi o opowiadanie historii o zombie. Problem w tym, że on sam ugrzązł w pewnych ramach, poza które nie potrafi się już wyrwać. Stąd też jego kolejne filmy nie wnoszą nic nowego, choć przecież mogłyby. Ot choćby "Kroniki żywych trupów". Pomysł jest naprawdę niezły – historia opowiedziana z punktu widzenia studentów filmówki. Nie mają pojęcia co się dzieje, po prostu próbują przeżyć. Jeden z nich wszystko rejestruje. Niestety na pomyśle się kończy. Romero wykorzystuje Internet, media, politykę jako pretekst do wygłaszania kolejnych kazań o kondycji ludzkości. Brzmi to pretensjonalnie i nawet u nastolatka sprawiałoby wrażenie nadmiernej egzaltacji. Kolejne sceny są dość nudne i tak naprawdę brakuje tu napięcia. Bez niego zaś film o zombie nie ma większego sensu. Do tego postaci są dziwnie niedopracowane, zwłaszcza Jason. Jego obsesja jest kompletnie niewiarygodna i wydaje się raczej chwytem komediowym, niż realną cechą osobowości....