Muszę powiedzieć, że oglądałem "Męską grę" z pewną chorą fascynacją. Zastanawiałem się, jak długo można robić film niezgodnie ze sztuką, zanim ten rozpadnie się na kawałki. Ku mojemu zaskoczeniu, obraz Clémenta Virgo dotrwał do końca i choć daleko mu do kina wyrazistego, zapadającego w pamięć, gniotem jakim być powinien się jednak nie okazał. Historia boksera, który po 10 latach wychodzi z więzienia jest naiwna i grubymi nićmi szyta. Wszyscy bohaterowie bardzo łatwo i zgrabnie wpadają w przypisane im fabularne przegródki, tak że od początku jest jasne kto przetrwa, a kto jest przeznaczony do odstrzału. Virgo buduje film na wielokrotnych powtórzeniach, dość specyficznych, bo trójkowych – każda scena pojawia się w filmie trzykrotnie (jak choćby szlochający w łóżku faceci, odwiedziny miejsca zbrodni, teksty o tatuażach). Odrębną kwestią jest Rossif Sutherland, syn Donalda Sutherlanda. Cały film przetrwał na jednej minie zbolałego psa zamkniętego w schronisku. Jest to tak kiczowa...