Posty

Wyświetlam posty z etykietą Ling Bai

Love Ranch (2010)

Obraz
Helen Mirren burdelmamą i do tego w historii, która była swego czasu medialną sensacją. To wystarczyło, bym z niecierpliwością czekał na ten film. Niepotrzebnie. Taylor Hackford nie wspiął się na typowy dla siebie poziom reżyserski i spłodził dzieło nijakie. Problemem "Rancza miłości" jest brak pomysłu twórców na to, o czym dokładnie chcą opowiedzieć. Pewnie nie mogli się zdecydować, bo możliwości było naprawdę sporo. Mogli skoncentrować się na sportretowania legalnej prostytucji, funkcjonowania burdelmamy, alfonsa i relacji między dziwkami. Można było opowiedzieć o umierającej kobiecie, która w obliczu zbliżającego się końca postanowiła po raz ostatni poczuć w swym życiu namiętność. Można było opowiedzieć o love-hate relationship łączącym męża i żonę. Można było opowiedzieć o życiowych wrakach, którzy dostają drugą szansę, nawet jeśli tylko na chwilę. Można było... Hackford tymczasem wziął szczyptę tego, parę ziarenek tamtego i w rezultacie nie mówi nam nic poza faktami...

Man About Town (2006)

Zawsze fascynują mnie filmy, które mają wszystko, by być świetnymi okazami kina gatunkowego, a z jakichś przedziwnych powodów okazują się przeciętniakami. Do tej grupy zalicza się właśnie "Człowiek z miasta". Oto historia agenta gwiazd, który przechodzi kryzys. Aby z niego wyjść zapisuje się na kurs samopoznania. Niestety kurs ten spowoduje jeszcze większy kryzys, kiedy jego osobisty dziennik, w którym ujawnił parę kompromitujących szczegółów ze swojego życia, został skradziony. Film ma gwiazdy (może nie pierwszej wielkości ale jednak), które choć grają porządnie, to jednak za słabo, by zapaś w głowie. Ma sporo świetnych gagów (np.: pogoń przez pół Chinatown), które ledwie wywołują uśmiech na twarzy. I kompletnie nie rozumiem, dlaczego tak jest, ale niestety... tak właśnie jest. Można by pomyśleć, że to wina Bena Afflecka, ale nie. Facet jest kiepskim narratorem, ale poza tym nie ma się do czego przyczepić. Wydaje mi się, że wina leży po stronie reżysera, który po prostu nie ...

Southland Tales (2006)

Oglądałem "Donnie Darko", więc wiem, skąd Kelly czerpał inspirację do filmu. Widać to jak na dłoni. Niestety dał się ponieść ambicji i przeliczył się z siłami. Kelly w ogóle nie poradził sobie z materiałem, który zatopił go i zdrowy rozsądek, przede wszystkim jednak powstrzymał jego odwagę. Ten film przy tym scenariuszu mógł się udać tylko w przypadku pójścia na całość, gdyby Kelly świadomie postanowił zostać drugim Jamesem Whale'em i doprowadził do ostatecznych granic campowo-komiksową pulpę. Niestety wersja, którą otrzymaliśmy wygląda jakby Kelly przeleciał przez magazyn rekwizytów, na ślepo powybierał kostiumy, bohaterów, a nawet wątki fabularne, wrzucił to wszystko do blendera i nacisną guzik. Końcowy rezultat to nuda, nuda, nuda. Szkoda mi zwłaszcza aktorów, bo nie zasłużyli na taki gniot. Zwłaszcza Dwayne Johnson, który gra całkiem dobrze, ale wyraźnie widać, że miał chyba inne wyobrażenie o tym, w czym gra. Żal mi też Mirandy Richardson, bo jej rola ograniczyła się...