poniedziałek, 22 października 2018

Scarborough (2018)

Dwie pary bardzo do siebie podobne. W obu ta sama konfiguracja: nauczyciel-uczeń. Raz jest to nauczycielka i 16-letni chłopak, drugim razem jest to nauczyciel i 16-letnia dziewczyna. Dwa plany czasowe. Jedno miejsce. I bliźniaczo do siebie podobne historie. Pomysł fajny, ale jest tylko nim - fajnym pretekstem do historii, która jest pusta, chaotyczna i koniec końców emocjonalnie nieprzekonująca.



Nancy (2018)

To nie jest moje kino. Dość szybko podczas seansu przekonałem się, że nie podoba mi się kierunek obrany przez reżyserkę. Nie podobało mi się to, że tytułowa bohaterka od samego początku pokazana została jako kłamczucha. I co z tego, że jest bardzo twórcza w kreowaniu fikcji. Jest niedoszłą autorką powieści, której lepiej wychodzi tworzenie iluzji w realnym świecie niż budowanie wyimaginowanych światów słowem pisanym. Kłamstwo jest dla nie eskapistycznym mechanizmem radzenia sobie z traumą, z szarością codziennej egzystencji. Kiedy więc pojawia się wątek rodziców, którzy od 30 lat czekają, by ich zaginiona córka odnalazła się, koniec był już oczywisty. Choć w skrytości ducha liczyłem, że może reżyserka zdobędzie się na przewrotność, sprawi, że kłamstwo przestanie nim być (chętnie zobaczyłbym reakcję bohaterki, jej szok z odkrycia, że jednak wymyślona przez nią prawda jest nią w rzeczywistości), to jednak wiedziałem, że tak się nie stanie.


Ирина (2018)

Niby tragedie chodzą parami, ale w filmie "Irina" wolą trójki. W ciągu jednego dnia życie tytułowej bohaterki legnie w gruzach. A przecież wcześnie wcale nie było różowo. W domu się nie przelewało, podkradała więc jedzenie i piwo z baru, w którym pracowała. Ale szef w końcu miał tego dość i ją zwolnił. Po przyjściu do domu odkryła, że jej mąż, którego seksualne awanse w ostatnim czasie odrzucała, znalazł sobie inną babę, a dokładniej siostrę Iriny, która do tego wszystkiego mieszka z nimi w jednym domu. Ledwo mąż zdążył wyjść wydobyć węgiel z prowizorycznej, nielegalnej minikopalni w ogródku, a siostry zaczęły się bić między sobą, gdy doszło do trzeciej tragedii - wykopany przez męża korytarz zawalił się z nim w środku. Przeżył, ale stracił obie nogi.


niedziela, 21 października 2018

La noche de 12 años (2018)

"Noc przez dwanaście lat" jest jednym z tych filmów, który dla wielu będzie dobry nie dlatego, że artystycznie taki rzeczywiście jest, ale dlatego, że podejmuje ważny dla nich temat. Osoby, których rodziny doświadczyły koszmaru wojskowej dyktatury szalejącej w Urugwaju w latach 70. i 80., będą z całą pewnością poruszone tym, co tu zobaczą. Reżyser, podpierając się długim okresem przygotowawczym, kiedy to zbierał informacje na temat funkcjonowania aparatu represji, na przykładzie trójki bohaterów pokazuje koszmar bycia więźniem politycznym w totalitarnym kraju. Trudno obok tych scen przejść obojętnie.


Diamantino (2018)

Wow. "Diamantino" zdecydowanie będzie należeć do największych niespodzianek tego roku. Byłem zupełnie nieprzygotowany na rodzaj kina, który zaproponowali jego twórcy. I bardzo dobrze. Dzięki temu dałem się porwać szalonej narracji, dla której pretekstem są jednak poważne sprawy.


We the Coyotes (2018)

"My, kojoty" to bajka o tym, że Los Angeles jest rajem dla tych, którzy nie pasują nigdzie indziej. Zarówno tych, którzy mają marzenia niemożliwe do zrealizowania w rodzinnej miejscowości, jak i tych, którzy dotąd nie odkryli swojego powołania. Owszem, twórcy filmu pokazują, że droga do tego raju nie jest wysłana różami, że na jego przedpolach jest najniebezpieczniej, kiedy zwątpienie sprawia, że jednostka gotowa jest porzucić szlak. Jednak "My, kojoty" to film z optymistycznym przesłaniem, więc skończy się w momencie, kiedy bohaterom wydaje się, że przeżywają happy end. Moja cyniczna część natury śmie w to wątpić, a przez to nie całkiem dałem się omamić tej bajce.


High Life (2018)

Kiedy tylko usłyszałem, że reżyserka "Pięknej pracy" kręci film SF, natychmiast zapragnąłem go zobaczyć. Oczekiwałem opowieści zupełnie innej od tego, co standardowo oferuje kino w tym gatunku. I rzeczywiście Claire Denis próbuje iść własną drogą. Niestety z akcentem na próbuje.


O Clube dos Canibais (2018)

Tytuł tego filmu choć prawdziwy, to jednak okazał się bardzo mylący. Rzeczywiście jego bohaterami są kanibale. Do tego zrzeszeni w formie ekskluzywnego klubu, który poprzez jedzenie ludzkiego mięsa propaguje wartości mające na celu budowanie Wielkiej i Wspaniałej Brazylii. Jednak znaczna część filmu w ogóle się ich kanibalizmem nie zajmuje. Zdecydowanie istotniejszy okazuje się wątek homoseksualnych ciągot jednego z liderów tego klubu, ciągot, które gotów jest utrzymać w tajemnicy przed równymi sobie za każdą cenę.


Kelebekler (2018)

Kolejny film o tym, że mieszkańcy takich państw jak Monako czy Luksemburg mają przechlapane. Muszą wyjechać za granicę, jeśli chcą naprawić relacje rodzinne. Bo "Motyle" udowadniają, że nadwątlonych więzi nic tak nie wzmacnia, jak długa wspólna podróż. A Monako czy Luksemburg są po prostu za małe, żeby mieszkańcy mogli na ich drogach być wystarczająco długo, by mechanizmy obronne przestały działać, by prawda o osobach zaczęła się ujawniać, by wewnętrzne konflikty mogły zostać wyrażone, by to, o czym często milczało się przez wiele dekad, teraz zostało zwerbalizowane. Nie to co Turcja. Kraj jest na tyle szeroki, że kiedy trójka bohaterów jedzie do rodzinnej miejscowości, w której nie byli 30 lat, to będą w drodze razem dwa dni. To wystarczający czas, by na powrót stali się rodzeństwem.


sobota, 20 października 2018

Ederlezi Rising (2018)

Sądząc po tym, co zobaczyłem w kinie, wydaje mi się, że literacki pierwowzór "Ederlezi Rising" może być solidną pozycją SF. W filmie odnajduję bowiem elementy sugerujące, że całość jest przypowieścią o relacji bóg-człowiek czytanej jednak nie przez pryzmat chrześcijańskiej ortodoksji, a raczej filozofii gnostycznej.