Posty

Wyświetlam posty z etykietą Jeremy Jordan

American Son (2019)

Obraz
Czarnoskóra, roztrzęsiona kobieta na policyjnym posterunku. Deszczowa noc, nikogo nie ma. Jedyną osobą, która może udzielić jej informacji, jest młody policjant. Biały. Odmawia jej jednak powiedzenia czegokolwiek na temat jej syna zasłaniając się procedurami. Każe jej czekać na przybycie odpowiedzialnej za kontakt z cywilami osoby. Po jakimś czasie pojawia się biały mężczyzna, z oznaką przy pasku. Policjant bez chwili wahania przekazuje mu wszystko, co wie. Nie ma tego wiele. Mimo wszystko jest to dużo więcej od tego, co wiedziała kobieta. Po chwili policjant ma się z pyszna, bo mężczyzna okazuje się być ojcem chłopaka, mężem czarnoskórej kobiety...

The Last Five Years (2014)

Obraz
"Ostatnie pięć lat" to mocny argument za tym, by zakazać młodym małżeństw. Twórcy pokazują bowiem, że dojrzały związek nie może być oparty na młodzieńczej miłości. I nie chodzi tu wcale o negowanie tego uczucia. Twórcy wyraźnie pokazują, że taka miłość piękna i wspaniała, ale zarazem otumaniając. Zachłystując się sobą nawzajem sprawia, że zakochani są ślepi na świat, na okoliczności, na swoje cechy charakteru. Budowanie związku na takim uczuciu jest proszeniem się o cierpienie. Taka miłość szybko się wypala. Stopniowo rzeczy, na której wcześniej nie zwracało się uwagi, zaczynają nabierać znaczenia: ambicje jednej strony, brak siły przebicia drugiej, bycie w cieniu, świadomość możliwości, które nie uwzględniają partnera... I nagle między dwójką, której nic nie było w stanie rozdzielić, tworzy się przepaść. Związek zostaje wystawiony na test. Dla twórców filmu jest jasne, że małżeństwo można zawrzeć dopiero w momencie szczęśliwego jego zakończenia.

Joyful Noise (2012)

Obraz
"Radośnie śpiewajmy" nie jest dobrym filmem na sam środek gorącego lata. Mam wrażenie, że w sezonie świąt Bożego Narodzenia oglądałoby mi się go lepiej. A wszystko przez to, że fabuła jest dość miałka i za bardzo uproszczona. Do tego reżyseria zawodzi i chwilami panuje na ekranie spory bałagan. Wygląda to jak jakieś rozgotowane danie, zrobione z pierwszorzędnych składników. Bo też obsada jest rewelacyjna. I nie mówię tu o Latifah czy Parton. Mnie zachwycił przede wszystkim Jeremy Jordan (ależ on ma głos), a także parę osób z drugiego planu. Słychać, że są to aktorzy doświadczeni w broadwayowskich musicalach i wiedzą, co z głosem zrobić. Dlatego też szkoda, że sama historia jest tak grubymi nićmi szyta, że tylko w atmosferze świąt byłaby się w stanie obronić. Za to finałowy mashup jest pierwszorzędny. Ocena: 5