Kiedy zobaczyłem nazwisko Tysona wśród producentów, a potem okazało się, że jest on również jednym z głównych bohaterów "Mistrzów", zacząłem się zastanawiać. Czy można wierzyć w szczerość Tysona, kiedy opowiada o swojej karierze? Czy jest to raczej próba sprawienia, by ludzie przestali utożsamiać go z Żelaznym Mikiem, bokserską bestią, gwałcicielem, koneserem męskich uszu? Moje wątpliwości nie rozwiały się wraz z zakończeniem seansu. "Mistrzowie" są bowiem dokumentem, który pokazuje bokserów jako ofiary. Najpierw są ofiarami w życiu prywatnym, pochodząc z biednych, często rozbitych domów. Potem są ofiarami systemu sprawiedliwości. Gdy jakimś cudem wybijają się i zostają mistrzami, zostają ofiarami własnej pychy. A kiedy ich kariery załamują się, stają się ofiarami cudzej przebiegłości i własnej ignorancji, bankrutami, których majątki jeszcze nie tak dawno szacowano w setkach milionach dolarów. Próbując uciec przed własnymi słabościami, ulegli im wszystkim, wpadając ...