Posty

Wyświetlam posty z etykietą François Sagat

Sagat (2011)

Obraz
Ale się dałem wrobić. Myślałem, że "Sagat" będzie biograficznym dokumentem, z którego dowiem się czegoś więcej o François Sagacie, gwieździe porno, który trafił do mainstreamowego kina, a nawet poświęcono mu jeden z wieczorów w MoMA. Niestety "Sagat" to promocyjny śmieć. Choć pojawiają się różne osoby opowiadające o Sagacie, to poza frazesami jaki to on jest piękny, wspaniały, inteligentny nie mówią nic. Sagat zresztą także się nie otwiera, strojąc się i pozując. Jedyna wartość to kilka zdjęć z dzieciństwa i młodości Sagata, kiedy jeszcze miał włosy a nie tatuaż. Nie wiem, dla kogo jest przeznaczony ten film. Bowiem jedyne, co można robić oglądając go, to gapić się na ciało Sagata, które ten prezentuje w pełnej krasie pod każdym możliwym kątem. Tyle tylko, że ci, którym na tym zależy, będą już woleli zainwestować w któryś z pornoli z jego udziałem. Dostaną to samo, ale w znacznie większej dawce. Ocena: 2

Homme au bain (2010)

Obraz
No cóż, nie każdy film Christophe'a Honoré może być tak udany jak "Piosenki o miłości", ale to wciąż jeden z ciekawszych francuskich twórców. "Homme au bain" mocno mnie zaskoczył swoją formą, ale nie do końca tematyką, która przywodzi na myśl jego wcześniejsze rzeczy (raczej scenariuszowe niż reżyserskie). "Homme au bain" to filmowa impresja, w której owszem mamy jakąś szczątkową – jak zwykle u Honoré mocno melodramatyczną – fabułę. Jednak historia schodzi na drugi plan w stosunku do głównego przesłania filmu, którym jest ukazanie "prawdy" o sztuce, a przynajmniej tej prawdy, jaką postrzega i doświadcza sam Honoré. Reżyser pokazuje sztukę w sposób brutalny, jako świat wymagający maksymalnego ekshibicjonizmu. Człowiek odzierany jest ze wszystkiego, by mogło to być rzucone na pożarcie widza, którym jest zarówno twórca jak i my, siedzący w bezpiecznej odległości po drugiej stronie ekranu. Honoré utożsamia sztukę z seksem, gdzie zmysłowość ...

The Advocate for Fagdom (2011)

Obraz
Trochę trudno było mi traktować ten film jako dokument, tak jak z trudem przychodzi mi traktować Bruce'a La Bruce'a jako artystę. Kiedy Gus Van Sant chwali La Bruce'a za jakość jego scenariuszy, byłem prawie pewien, że "Orędownik gejowa" to kolejny żart, a może pierwszy prawdziwie artystyczny, bardzo "meta", projekt samego La Bruce'a. Dla mnie zawsze był raczej pornografem z artystycznymi ciągotami niż undergroundowym artystą wykorzystującym hardcore'owy seks w swoich dziełach. I po filmie w zasadzie nie zmieniłem zdania. Głównie ze względu na to w jaki sposób potraktowano w dokumencie temat pornografii. Jednak kilka rzeczy mnie zaciekawiło. Przede wszystkim to, co robił na początku lat 90-tych z Glennem Belverio. "Post-queer" i wyśmiewanie się z pędu gejów do bycia normalną klasą średnią oraz anarchistyczne wbijanie kija w mrowisko – to mi się bardzo podobało. Sceny z programu "Glenda and Friends" nawet dziś nic nie str...