Nie tego spodziewałem się po "T2 Trainspotting". I przez chwilę byłem nawet mocno zawiedziony. Ale jakoś Danny Boyle zdołał mnie przekonać do swojej wizji. Początkowo wydawało mi się, że nostalgiczna nuta kompletnie nie pasuje do bohaterów oryginalnego "Trainspotting". Tamci bohaterowie byli pozbawieni refleksji, a mądrości, którymi się przerzucali, miały głębokość szamba, w jakim się taplali będąc wciąż pod wpływem narkotyków. To, że wciąż stoją w miejscu, wcale mnie nie zdziwiło. Ale myślałem, że będą dalej uskutecznia "tu i teraz" wzbogacone fantazjami na temat nierealnej przyszłości. Tymczasem bohaterowie filmu rzeczywiście nie ruszyli się z miejsca, ale nie jest to spowodowane tym, że cały czas tak samo się zachowują, ile raczej tym, że zatrzymali się w przeszłości. 20 lat wcześniej może przepili i przećpali swoją przyszłość, ale z perspektywy czasu są to najbardziej intensywne czasy w ich marnych egzystencjach. Zamiast więc żyć w szarej rzeczywistośc...