wtorek, 26 czerwca 2018

Hereditary (2018)

Bardzo rzadko zdarza mi się obejrzeć film, któremu nie potrafię dać jednej oceny, ponieważ wywołuje u mnie sprzeczne reakcje: z jednej strony zachwyca mnie i sprawia wrażenie arcydzieła, z drugiej strony drażni mnie i sprawia wrażenie kretyńskiego bohomazu. Takim filmem jest właśnie dla mnie "Dziedzictwo".



Film zachwyca mnie, kiedy odbieram go nie tyle jako konkretną opowieść, lecz raczej jako obraz stanu ducha. Rodzina jawi się tutaj jako pewien system zamkniętych naczyń połączonych. Role, jakie poszczególne elementy mają w nim do odegrania, są przypisane na długo zanim te elementy staną się częścią systemu. Traumy są płynem, który przepływa z jednego naczynia do następnego i niezależnie jak bardzo człowiek próbuje się uwolnić i tak zostanie wypełniony tym, co przygotowały dla niego wcześniejsze pokolenia. Przypadłości psychiczne nie są więc efektem tego, kim jest dana osoba, lecz tym, do czego została przygotowana.

Historia rodziny Grahamów jest tego podręcznikowym przykładem: schizofrenia, zaburzenia dysocjacyjne, fugi. Ari Aster przedstawia bogatą paletę zaburzeń z kategorii F w ICD-10 i to na przykładzie kilku pokoleń (choć w większości są to relacje z drugiej ręki). Czyni to jednak w sposób wiarygodny, pozbawiony posmaku taniego dydaktyzmu. Reżyser naprawdę wprowadza nas w świat szaleństwa, zamazując granice, tworząc klimat nieustającego zwątpienia przy jednoczesnej intensyfikacji reakcji emocjonalnych. Mroczne popędy ujawniają się w efektowny sposób, który nie jest po prostu tanią, chwytliwą prezentacją.

Świetnym pomysłem było postawienie na specyficzną formę całości. Scenografia i zdjęcia sprawiają, że świat przedstawiony zatraca swoją realność. Wygląda to raczej tak, jakbyśmy wkroczyli do świata domku dla lalek. Reżyser daje nam to do zrozumienia już w pierwszej scenie, kiedy dosłownie pokazuje nam model domu, ale po zbliżeniu na jeden z pokoi, okazuje się, że jest to "prawdziwy" pokój jednego z bohaterów. Później ta sztuczność będzie podkreślana jeszcze wielokrotnie, jak choćby w scenie, w której noc przechodzi w dzień zupełnie, jakby kto zapalił światło w pokoju, w którym domek się znajduje.

Ta symbolika sprawia, że odbiór filmu prowadzić może do całej masy różnych interpretacji. Na przykład jest dla mnie całkiem prawdopodobne, że bohaterki filmu w ogóle w nim nie ma, ponieważ całość jest obrazem jej wewnętrznych procesów. Poszczególne postaci, ich zachowania i wszelkie zdarzenia są niczym innym, jak reprezentacją stanów emocjonalnych, obsesji, potrzeb, lęków.

Można pójść jeszcze dalej. Być może to w ogóle nie jest opowieść o jakiejkolwiek osobie, lecz o samej pamięci. Z takim uporem podkreślana symbolika domu przypomina mi bowiem dawną mnemotechnikę polegającą na budowaniu w umyśle gmachu, którego pokoje, jego dekoracje i mieszkańcy to nic innego jak reprezentacje wiedzy i wspomnień. "Dziedzictwo" wygląda trochę tak, jakbym obserwował proces kopiowania rzeczywistości do pamięci, po czym te różne elementy mnemotechnicznego domostwa wchodziły w sprzężenie zwrotne prowadząc do pytań, na ile reprezentują rzeczywistość, na ile ją zastępują, na ile zafałszowują.

W tym wszystkim jedyną stałą jest gra aktorska. Toni Collette stworzyła tu jedną z najlepszych kreacji w swojej karierze. Jest wyrazista i całkowicie przekonująca w tym, jak balansuje na granicy całkowitego szaleństwa. Niewiele ustępuje jej Alex Wolff. Tylko w scenach, kiedy wybucha głośnym płaczem, nie do końca wypadał wiarygodnie. We wszystkich innych momentach był bliski aktorskiej perfekcji.

Z tych wszystkich powodów spokojnie mógłbym "Dziedzictwu" postawić 8 i byłaby to ocena w pełni adekwatna do tego, co sądzę na temat filmu.

Ale jest to tylko połowa mojej reakcji na "Dziedzictwo". Jednocześnie jednak obraz drażnił mnie niepomiernie wielością stosowanych metafor, które dodatkowo były powielane poprzez powtarzanie ich na różnych poziomach ogólności. Odnoszę wrażenie, że film jest pusty, intelektualnie bezwartościowy, posklejany z wielu gatunkowych motywów i jego jedynym atutem jest to, że często mocno się od siebie różniące elementy zostały zszyte na tyle umiejętnie, że całość skutecznie funkcjonuje jako film.

Weźmy chociażby symbolikę makiety domu, którą nieco wyżej się tak bardzo zachwycałem. Trudno się nią zachwycać, kiedy jednocześnie zostaje ona spłycona i wyjaśniona przez twórcę filmu. W końcu Annie, główna bohaterka, sama buduje makiety domów i tworzy w nich sceny ze swojego życia. Prowadzi to łopatologicznej analogii: reżyser jest tym dla "Dziedzictwa", kim dla makiet konstruowanych domków jest Annie.

Można to było obrócić w atut, gdyby jednak stylistyka filmu prowadziła do jakiegoś głębszego przesłania. Ale tak się niestety nie dzieje. Reżyser po prostu bawi się nią i zadowola powierzchownymi walorami estetycznymi. Nie ma nawet na tyle wyobraźni, by uczynić z nich ramy, które wzmocniłyby emocje wzbudzane przez historię. Tak, jak na przykład zrobił to Lars von Trier w "Dogville".

Toporną łopatologią irytuje również wplecenie w fabułę szkolnej lekcji o tragicznych losach rodu Atrydów. W końcu jest to archetypowa przypowieść o dziedziczeniu losów, o przekleństwie braku wyboru. Historia rodu Atrydów (w filmie sprowadzona do najbardziej znanych wątków Agamemnona, Ifigenii i Klitajmestry) zyskuje idealne odzwierciedlenie w filmowej opowieści o Grahamach, a interpretacje serwowane na lekcjach dostarczają też interpretacji "Dziedzictwa", w szczególności w zakresie możliwości odmiany przypisanego (dziedziczonego) losu. Widz więc nie musi się nad niczym zastanawiać.

Irytowało mnie również kompletnie bezrefleksyjne korzystanie z różnych tematów dość często poruszanych w horrorach. Reżysera bardziej interesowało to, by zostały one sprawnie scalone w funkcjonującą i estetycznie zadowalającą formę, niż żeby cokolwiek z tego wynikało. Stąd "Dziedzictwo" to dla mnie efekt chowu wsobnego "Uciekaj!", "Łuku" i "Dziecka Rosemary".

Miejscami film jest też bardzo niechlujnie zrealizowany. Dotyczy to przede wszystkim sekwencji z seansami spirytystycznymi. W jednej scenie Annie otrzymuje szereg bardzo szczegółowych instrukcji. W następnej scenie jednak widzimy ją, jak zachowuje się zupełnie inaczej. Do tego dochodzą takie drobiazgi, jak niezapalona świeca (choć zgodnie z instrukcją jej zapalenie na początku jest bardzo ważne), które jedna po kolejnym cięciu montażowych pali się jakby nigdy nic.

Jeszcze bardziej uderzała mnie toporna łopatologia prezentacji niektórych wydarzeń. Jak choćby sekwencja poprzedzająca "wypadek" z ostentacyjnym zatrzymaniem kamery na słupie z wyrytym mistycznym symbolem i zbliżenie na dziewczynę siekającą orzechy (na które, co wiemy, bo zostało to co najmniej dwukrotnie powiedziane na początku filmu, jedna z postaci jest mocno uczulona).

Asterowi brakuje również całościowego poglądu na filmową narrację. Stąd w "Dziedzictwie" akcenty rozkładają się bardzo nierównomiernie. Elementy horrorowe są obecne na początku filmu, po czym reżyser o nich zapomina, bo głowę zaprzątają mu psychosomatyczne reakcje związane z osobą syna bohaterki. To nierówne tempo prowadzi do wrażenia, że mam do czynienia z dziełem osoby w gorącej wodzie kąpanej albo cierpiącej na artystyczny odpowiednik ADHD. Odbiera to jednak dużo z frajdy oglądania obrazu, a kiedy "Dziedzictwo" kończy się efekciarskim pseudotwistem, u mnie zrodziło się niedowierzanie, że w tak głupi i sztampowy sposób można zakończyć film.

Ocena: 3

4 komentarze:

  1. Zgadzam się co do joty. Jestem rozczarowana - nie wierzę politykom, a teraz krytykom. W momencie napisów koncowych wraz z osobą towarzyszącą wybuchnęłyśmy śmiechem - to zakonczenie :) Jezus na krzyżu plus jogini, ha, ha, plus te wcześniejsze wtręty intelektualne rodem ze starożytności - to trochę za dużo jak na przeciętnego widza, ktorego może reprezentować np. ... pani domu na włościach. A zapowiadało się naprawdę dobrze - te rodzinne dysfunkcje przekazywane z pokolenia na pokolenie (np. zafiksowanie się na punkcie nie tej płci jakiegoś potomka Charlie = Peter), o których tak trafnie piszesz, które przecież same w sobie mogłyby być horrorem. Trafna ocena 3 pkt.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No proszę, nie sądziłem, że znajdzie się ktoś, kto film oceni równie nisko jak ja

      Usuń
  2. Na dodatek powiem ci, że dużo nie czytałam recenzji, ale trochę tak, i Twoja podoba mi się najbardziej, jest bardzo, bardzo blisko, o ile nie identyczna z moimi odczuciami. Tylko, że Ty to tak trafnie i elegancko wszystko opisałeś. A już pani z Polityki to naprawdę przesadziła piejąc o statuetkach dla tego filmu. W komentarzach na FB została totalnie wyśmiana. Czyli jednak są ludzie, którym ten film nie pasuje. Podejrzewam, że ktoś pierwszy napisał o tych odniesieniach do dramatu starożytnego, czy psychologii, i teraz wszyscy inni (krytycy mniejsi lub więksi) wstydzą się przyznać, że im się film nie podobał, żeby nie było, że są tak ciemni i go nie zrozumieli. Innego wytłumaczenia dla tych zachwytów nie mam. Hm, a może ty też jesteś jakimś tajemniczym krytykiem? Jeśli, chwała ci za tę recenzje podwójnie. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tego, co zauważyłem, to film naprawdę bardzo wielu osobom bardzo się podoba. Nie sądzę więc, żeby naprawdę ktoś się wstydził przyznać do tego, że mu się film nie podobał. Ja zresztą też nie miałbym nic przeciwko temu, gdyby Toni Collette za rolę w "Dziedzictwie" dostała nominację do Oscara

      Usuń